Jacek III Biały anarchista pod Wawelem

white1

Tauron Arena w środowy wieczór daleka była od tzw. szczelnego wypełnienia. Tym razem jednak nie należy z tego robić problemu – chyba pierwszy raz bowiem zdarzyło się, że artysta ze światowej ekstraklasy dał w Polsce aż cztery koncerty: w Trójmieście, Poznaniu, Warszawie i Krakowie. Byłem świadkiem tego ostatniego.

[more]

To Hańba!

Support był świetny. Bandżo, tuba, akordeon lub klarnet, bęben i czasami grzebień – czyli krakowska Hańba! Ależ dali czadu czterej panowie. Gdy z klimatów międzywojennych, bałkańskich, żydowskich i tym podobnych wyłonił się punk, wszystko ułożyło się w klarowną całość. Więc można grać dziś punka, łamiąc przy tym wszystkie ustalone przed dziesięcioleciami reguły tej gry, przede wszystkim: umiejąc posługiwać się instrumentami i dobierając ich zestaw zupełnie inaczej, niż by „należało”. Skaczący – w dobrze tym razem znany sposób – bandżysta Andrzej Zamenhof dodawał tylko kolorytu całości. Kapela funkcjonuje poza mainstreamem, ale ma na swoim koncie całkiem sporo płyt i nagród. Płyt niestety nie znam i – przynajmniej póki co – pozostaje mi zastanawiać się, czy ów łomot równie dobrze sprawdziłby się w domowych warunkach.

Tym, co podpowiada mi, że tak, jest jedno ewidentne skojarzenie. Która w dawnych czasach z rodzimych punkowych kapel umiała grać, miała dwóch wokalistów i stosowała chórki? Nieodżałowana Śmierć Kliniczna. 

Gromkie brawa, jakie zebrała Hańba! na koniec występu, były w pełni zasłużone.

JW III

Od czego zacząć? Kłębowisko różnych myśli towarzyszyło mi w trakcie tego występu. Cóż, trochę już w życiu dane mi było zobaczyć i wysłuchać, ale nie jestem w stanie teraz przywołać podobnych wspomnień dotyczących pierwszego oglądanego koncertu wykonawcy – koncertu, który tak bardzo by mnie zaskoczył, tak bardzo odbiegał od tego, czego – jak mi się zdawało – mogę się spodziewać na podstawie nagrań płytowych.

Uderzyła w słuchaczy bezkompromisowa ściana dźwięku i decybeli. Szukając odniesień, ustaliłem, przynajmniej na własny użytek, że najbardziej podobna do tej, którą serwuje Queens of The Stone Age. Prócz bólu uszu miałem jeszcze jeden dyskomfort, bardziej chyba merytoryczny. Z pewnym zdziwieniem skonstatowałem mianowicie, że brakowało mi… swingu. Tego łagodnego, płynnego przechodzenia od jednej nuty do drugiej, od zwrotki do refrenu i z powrotem. Z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że White z pełnym rozmysłem „łamał” linię melodyczną każdego niemal utworu, z jednej strony przypominając tutaj czarnych bluesmanów grających jakby cały czas tuż obok. Różnica, zasadnicza, tkwi w tym, że w Krakowie to wszystko odbywało się przy potencjometrach odkręconych na maksimum, i z rozkołysanym bluesem nie miało wiele wspólnego. Drugi powód to wokal White’a: na płytach tego nie ma, ale na żywo chyba nie do końca artysta panuje nad swoim głosem, który wielokrotnie wymykał się linii melodycznej. Jeśli w przypadku gitary był to zabieg zamierzony, o tyle w przypadku śpiewu mam już wątpliwości. Natomiast ta charakterystyczna chrypa nieodparcie – i dobrze –  kojarzyła mi się z Janis Joplin.

Kiedy już przywykłem do gwałtownego ataku wymierzonego w mój aparat słuchowy, zacząłem zastanawiać się nad sposobem obsługi gitary przez lidera pięcioosobowego składu (poza nim dwóch czarnoskórych klawiszowców, basista i perkusistka). Na pewno White nie jest wirtuozem klasy Hendriksa czy Claptona, ale wiele potrafi – i zdecydowanie pierwszy z wymienionych jest dla niego jednym wielkim wzorem i punktem odniesienia. Właśnie poprzez to

nieoczywiste dobieranie nut,

łamanie faktury utworów, granie, zwłaszcza na koniec kolejnych utworów długimi dźwiękami, wybrzmieniami, obfite korzystanie – w starym stylu – z możliwości gitarowych przystawek.

Oswojony już z ciągłym dysonansem między wersjami płytowymi i tym, co słyszałem na żywo, coraz lepiej reagowałem na muzykę. O Jacku III myślałem raczej jako o chłodnym intelektualiście, który ukochał starą muzykę i metodycznie realizuje w tym stylu kolejne projekty. Tymczasem na scenie objawił się facet może z ADHD, ale na pewno temperamentny, którego gryf gitary wciąż gna z jednego końca sceny na drugi, który wciąż wchodzi w interakcje z pozostałymi muzykami, który dyryguje orkiestrą, raz po raz dając umówione znaki.

Facet jest „nasz”. Nie kadził zanadto publiczności – i dobrze, bo niespecjalnie to lubię, ale miał z publiką dobry kontakt. Okazał się prawdziwym artystą: gram dla was, bez was nie istnieję, to, że jesteście tu, słuchacie i skaczecie pod sceną, napędza mnie i jest istotą rokendrola. Część zasadniczą koncertu zagrał ubrany w granatowego tiszerta z białym orłem na piersiach – w końcu ma polskie korzenie. Gdy po długich chyba dziesięciu minutach przerwy band wyszedł na bis, White przebrany w inną koszulkę rzucił tę pierwszą niczym 

trofeum

– w bodaj pierwszy rząd pod sceną. (Ciągle nie wiem, czy gdyby to była moja zdobycz, wyprałbym ją, czy też zasuszył niczym najcenniejszą relikwię).

Część zasadnicza trwała osiemdziesiąt pięć minut, może krótko, ale odbywała się właściwie bez przerw. Jak już wspomniałem, kolejne kawałki wybrzmiewały, a Jack zmieniał w tym momencie wiosło i – dawaj! – atakował po raz kolejny. Ci, którzy opuścili halę w tym momencie (nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy wychodzą przed końcem występu, żeby np. uniknąć korków przy wyjeździe itp.), niech żałują. Bis to był set półgodzinny, a w nim zaserwowano nam coś na kształt „The Best of”. To repertuarowo (oj, ma w czym JW wybierać!), zaś muzycznie… Wreszcie zostaliśmy dopieszczeni: łamańców było zdecydowanie mniej, za to piosenki, których bym o to nie podejrzewał, jak choćby Connected By Love czy finałowy Seven Nation Army, przybrały hymnową, monumentalną postać. Ta posągowość kojarzyć się może z wieloma numerami np. Pearl Jam, tyle że barwa głosu nie ta.

Zacząłem od jakichś przytyków i kręcenia nosem, ale koncert z każdą minutą podobał mi się bardziej, by zachwycić w swych końcowych fragmentach. No i jeszcze ten – bezlitosny, na drugi czy trzeci dzień – papierek lakmusowy: jak mi się słucha płyt JW po koncercie? Świetnie, jak nigdy dotąd.

(Jack White, Boarding House Reach, Tauron Arena Kraków, 10 października)

Setlista: https://www.setlist.fm/setlist/jack-white/2018/tauron-arena-krakow-poland-6be942fe.html

Jack White III Akustyczny

jw_iii

To, najwyraźniej, definiuje styl Jacka White’a: pierwotność, powrót do korzeni, do źródeł bluesa i rock and rolla, prosty, surowy przekaz.

[more]

*

Notując swoje wrażenia dotyczące dwóch poprzednich albumów artysty, zżymałem się na „pośpiech” w rejestrowaniu nagrań, niechęć do wycelowania szczegółów w studiu, ubolewałem, że wciąż brak mi tej kropki nad „i”. A teraz?

Teraz wracam pamięcią do pierwszej sceny 

It Might Get Loud

(Będzie głośno, 2008), w której muzyk, w plenerze, bierze do ręki byle jaką deskę, znajduje jakiś gwóźdź, który – jeśli mnie pamięć nie zawodzi – wbija w tę deskę kamieniem, następnie podnosi z ziemi kawałek drutu i… ma gitarę gotową. I chyba ten obrazek definiuje JW III: pierwotność, powrót do korzeni, do źródeł bluesa i rock and rolla, prosty, surowy przekaz, melodia i tekst, zaś całą tę mniejszą lub większą ornamentykę pozostawia w spokoju, daleko od siebie, niech inni sobie dłubią jeśli chcą, poprawiają i dopieszczają, on – nie.

https://youtu.be/UbDrtUZGHPA

A jakiś czas potem w tym samym filmie trzej panowie – JW, The Edge i Jimmy Page – znajdują się w studiu. I ten ostatni dobywa ze swej gitary pierwsze riffy Whole Lotta Love. Oczy pozostałych dwóch płoną…

*

Whole Lotta Love otwiera drugą płytę Led Zeppelin, wydaną w październiku 1969 roku. Rok później ukazuje się trzecia, moja ukochana, odkąd usłyszałem ją w całości (oj, było to wiele lat później). A na niej – pierwszy 

akustyczny set

w dziejach rocka.

W tym miejscu dodać też należy, że Jack W.  jakiś czas temu zamienił rodzinne Detroit na Nashville. Bo to są te, dość oczywiste, tropy dotyczące nowego wydawnictwa artysty. Tyle że oczywistość niczego jeszcze nie załatwia, częściej może przełożyć się raczej na banalność niż przekaz udany artystycznie, zwłaszcza po upływie tylu dekad, w roku 2016. Tym bardziej że album ma kompilacyjny charakter, zbiera bowiem utwory nagrane na przestrzeni osiemnastu lat. Ściślej – akustyczne bądź prawie akustyczne wersje utworów zamieszczonych na płytach White Stripes, Dead Weather, Raconteurs i solowych.  Album w dodatku nie jest krótki – składają się nań dwie płyty, dwadzieścia sześć utworów.

Dostatecznie dużo, by dać obraz albo odpadów, przypadkowo dość pozbieranych z różnych sesji i lat, niekoniecznie trzymających się tzw. kupy, albo – właśnie: piosenek świadczących o 

wierności

muzycznym ideałom i idolom, dowodzących stylistycznej jednorodności. Rozpiętej – jak na Amerykanina z Południa (z wyboru) przystało – między bluesem, rock and rollem, bluegrassem i country. I jeśli brakuje mi w jego innych płytach ostatniego szlifu, to tutaj mam wreszcie poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu: prawie nic ponad niezbędne minimum, proste aranże, skromna, w przeważającej mierze akustyczna instrumentacja, A to tylko mocniej uwypukla urodę poszczególnych kawałków i ich niekoniecznie prostą fakturę. Czyli, chciałoby się rzec, zupełnie jak u McCartneya, choć White’owi znacznie bliżej do patentów Page’owsko-Plantowskich.

(Jack White, Acoustic Recordings 1998-2016, 2016)

[W NaTemat: 20 listopada 2016]

Wolfmother – pełnokrwisty rock z antypodów

wolfmother

To mainstreamowe, pełnokrwiste gitarowe granie. Ilość pomysłów zawartych w każdym utworze jest doprawdy imponująca. Do woli możemy zachwycać się młodzieńczą brawurą tria i zupełnym brakiem pokory wobec dokonań mistrzów.

[more]

*

Zaprzyjaźniona sprzedawczyni w katowickim sklepie na literę M, znając już moje upodobania, podaje mi płytę i zachęca do przesłuchania. „Jeden utwór na pewno pan zna” – mówi. Zerkam na okładkę, która – gdyby nie polecenie – mogłaby mnie tylko zniechęcić. 

O tym, że 

w Australii potrafią grać,

wiemy od mniej więcej połowy lat 70., gdy dotarły do nas pierwsze nagrania AC/DC. Płyta, o której mowa, zdecydowanie jest vintage, nawiązuje do brzmień właśnie z tamtej dekady. Jest też zapisem minionego czasu, jeśli chodzi o historię Wolfmother. Mimo sporej popularności, wielkiego sukcesu w postaci Grammy dla utworu Woman, trio w swym oryginalnym składzie przestało istnieć po nagraniu debiutanckiej płyty, po czterech latach działalności i w rok po przyznaniu wspomnianej nagrody.

Co tu mamy? Krytycy wychwycili podobieństwa głosu Andrew Stockdale’a do Planta i Osbourne’a. Dorzuciłbym – przede wszystkim – Jacka White’a, którego patenty (mamy rok 2005) zastosowane w White Stripes były chyba bardzo bliskie liderowi WM. Do tego barwa, narzucająca się swym podobieństwem w ponad połowie numerów. Dołóżmy na koniec jeszcze… burzę włosów jak u Jimiego Hendriksa albo Marca Bolana i nie całkiem, zdaje się, biały kolor skóry – jak u Phila Lynotta.

Jest w tej muzyce wszystko co najlepsze 

w tradycji hard rocka.

A więc świeżość, tak cenna, gdy mówimy o graniu wyjętym z rokendrolowego zamrażalnika. Oj, nasłuchali się młodzi ludzie starej muzy, nasłuchali. Natomiast poskładało się to w ich głowach w bardzo zgrabną całość. Natychmiast zapominamy o kiczowatej okładce, dajemy się porwać radosnemu i bezkompromisowemu wiosłowaniu do przodu. Kawałki są jednocześnie i drapieżne, i bardzo przebojowe. Swoboda, z jaką młodzi panowie poruszają się w konwencji, jest naprawdę imponująca. Mamy czasową zwartość piosenek z końca lat sześćdziesiątych oraz bardzo solidny warsztat czołowych kapel z lat 70.

 

To mainstreamowe, pełnokrwiste gitarowe granie. Ilość pomysłów zawartych w każdym utworze jest doprawdy imponująca. Nie dane nam się nudzić – wolta goni woltę i zachwycając się młodzieńczą brawurą tria, całkowitym brakiem pokory wobec dokonań mistrzów, możemy bez końca bawić się w rozbieranie piosenek na czynniki pierwsze, rozpoznając kolejne 

ślady przeszłości.

Na przykład refreny w dwóch pierwszych kawałkach wzięte z najlepszych Sabbathów, jakąś Focusową gitarę, nieco Doorsów w drugiej części White Unicorn. Albo coś z Grand Funk, organy z Deep Purple albo Uriah Heep w Joker & The Thief (tytuł podejrzanie znajomy…). Where Eagles Have Been ma coś z Led Zeppelin i Rush (hm, Geddy’ego Lee też porównywano przed laty do Planta, a hałaśliwy, wczesny Rush uważano za naśladowców Led Zeppelin).

Od piątego numeru wyraźnie dostrzegalne jest podobieństwo do Jacka White’a – barwa, charakterystyczne, lekkie wibratto i niektóre gitarowe zagrywki. Ale cytatologia może trwać nadal: coś z ducha The Who i jednocześnie punka – w Apple Tree. W Pyramid znów Black Sabbath i riffy Eddy’ego Van Halena, w Witchcraft charakterystyczny flet kojarzący się – do wyboru – albo z Focusem, albo z Jethro Tull. Ale wszystko pędzi do przodu, nie pozwalając zbyt długo namyślać się: „skąd ja to znam?!”. 

Takie to stare, a takie świeże. Świetna płyta. Do tego kupiona za jedyne 19,99 zł.

(Wolfmother, Wolfmother, 2005)

[W NaTemat:23 października 2014]

W lazarecie pod wezwaniem JW III

lazaretto

Jack White wreszcie trochę zwolnił. Całe dwa lata kazał czekać na swój nowy album. Czy warto było?

[more]

Tak bardzo chciałbym, by mnie wreszcie zachwycił, oczarował. Bym z pełnym przekonaniem mógł powiedzieć, że nagrał materiał znakomity, porywający. Tymczasem znów czegoś mi brak. Niewiele, kropki nad „i”, tego czegoś, co sprawiłoby, bym poczuł się w pełni usatysfakcjonowany, dopieszczony.
Krążek jest 

kontynuacją Blunderbuss,

pierwszej jego solowej płyty z 2012 roku. Żadnych zaskoczeń – eksplorowanie klimatów panujących w rocku przed czterema, a nawet pięcioma dekadami nadal jest myślą przewodnią twórczości JW III, rejestrowanie materiału na starym, analogowym sprzęcie – również.

Lazaretto – lazaret, wojskowy szpital. Działający w polowych, trudnych warunkach. Linia muzycznego frontu przebiega gdzieś niedaleko, raz po raz słychać odgłosy wybuchów, starć – wpływy bardzo wielu wykonawców, zwłaszcza tych z lat 60. poprzedniego stulecia, mieszają się bezustannie, raz jedni, raz inni biorą górę. W lazarecie nie ma miejsca ani czasu na długi proces leczenia. Tu chodzi o życie – trzeba działać szybko, natychmiast – opatrywać najgorsze rany, łatać rozprutą skórę, wnętrzności, sklejać potrzaskane kończyny. Szyć niekoniecznie po mistrzowsku, warunki przecież dalekie od sterylnych, od klinicznej czystości, za to sprawnie i szybko. I zaraz pochylać się nad następnym pacjentem, następną pieśnią. 

Ta formuła chyba już pozostanie z White’em na zawsze: 

daleko od mozolnej pracy w studiu,

ciągłego siedzenia i poprawiania, wycinania i wklejania kolejnych implantów. Rokendrol w swej pierwotnej postaci: prostota lat 50. i 60., wręcz punkowy brud – tak ma być i koniec.

Zaczyna się porywająco – od numeru Three Women, natychmiast kojarzącego się z najlepszymi dokonaniami Atomic Rooster: charakterystyczne współbrzmienia organów Hammonda i gitary, przenikanie się organów i fortepianu – Vincent Crane uśmiecha się szeroko gdzieś z zaświatów: świetne otwarcie niespełna czterdziestominutowego albumu.


Po mniej oczywistym, a bardzo dobrym Would You Fight For My Love? mamy zeppelinowskie riffy toczące bój z pianem w duchu Keitha Emersona (High Ball Stepper).

Singlowy Just One Drink zaczyna się w stylu The Who, by zaraz rozlać się pomiędzy kamieniami szlachetnymi firmy The Glimmer Twins. Kolejne dwie pozycje na płycie znów dowodzą fascynacji rockmana tym, co ludowe i mejd in juesej. A po nich JW serwuje The Black Bat Licorice oraz I Think I Found The Culprit, ten drugi przywołujący ducha wspaniałych średniotempowych długasów Rolling Stones. I wreszcie – relatywne – wyciszenie i spowolnienie w Want And Able na koniec.

Moje ucho skupione wyłącznie na dźwiękach stoi w 

progu muzycznego szczęścia.

Słychać wyraźnie, że mamy do czynienia ze znakomitym materiałem, rewelacyjnymi piosenkami. Tyle że znów – tak jak na Blunderbuss – całość przypomina bardziej szkicownik niż efekt finalny. I tak bardzo mi żal, i bardzo mi to przeszkadza. Bo jestem przekonany, że niejedna z tych piosenek zostanie wzięta kiedyś na warsztat przez innych wykonawców, także – być może – mistrzów White’a. I oni uczynią z nich prawdziwe perły. Ale – powtórzę po dwóch latach – czemu, do cholery, nie sam White, jeśli ma wszystko, co do tego potrzebne?

[W NaTemat: 4 lipca 2014]

The Police, Chorzów, Stadion Śląski, 26 czerwca 2008; The Rolling Stones, Shine A Light, 2008

Wciąż żywe wspomnienie sprzed trzech lat*. Bodaj przedostatni koncert na trasie specjalnie reaktywowanego The Police. Płyty Stinga sprzedawały się coraz słabiej, forma artystyczna też coraz gorsza. Police na Stadionie Śląskim? Oczywiście – mimo różnych „ale”, trzeba iść.

[more]

Po około dziesięciu minutach stwierdziłem, że brzmią lepiej niż wszystkie trzy kapele, które grały w tym miejscu rok wcześniej (czyli Pearl Jam, Genesis i Red Hot Chili Peppers). Gitara Summersa, wówczas – nie wypominając – pana już sześćdziesięciodwuletniego, brzmiała rewelacyjnie. Brak mi przygotowania muzycznego, by docenić grę Copelanda (Antoni Piekut wciąż powtarza, że wymyślił on nowy sposób gry na perkusji), frontman brzmiał przyzwoicie zarówno wokalnie, jak i jako basista. I wszystko byłoby O.K., gdyby nie to, że po sześćdziesięciu pięciu minutach  trio zeszło ze sceny. Cóż, panowie wyraźnie, mimo wielu lat odpoczynku od siebie, już po kilkudziesięciu dniach tournee mieli się serdecznie dość nawzajem. To było widać – zero kontaktu między sobą. Czułem się, jakby ktoś dał mi po gębie. Sześćdziesiąt pięć minut? W Polsce, w 2008 roku? Tu, gdzie sprzedają się ich płyty? Gdzie starsi od nich grali ponaddwugodzinne koncerty?! Kpiny z ludzi. Miałem dość, spodziewałem się, że każdy kawałek na bis może być tym ostatnim, co zupełnie odebrało mi radość słuchania. No i, gdzieś po kolejnych dwudziestu minutach, definitywnie zeszli ze sceny.

Zlekceważony, po pewnym czasie znalazłem się w samochodzie i włączyłem radio. A tam – w Trójce – ludzie dzwonią do Piotra Kaczkowskiego (prowadzącego Minimax) i z zachwytem opowiadają, na jakim wspaniałym koncercie byli. Nic z tego nie rozumiałem – czyżbym ja był gdzie indziej, gdzieś, gdzie grali inni Policjanci? Próbowałem się, bodaj pierwszy raz w życiu, dodzwonić do radia, ale bezskutecznie.

Wszystko ułożyło się w mojej głowie w całość – wcale niewybitny koncert przed laty w Spodku, niemoc kompozytorska Stinga w ostatnim czasie, która zresztą trwa do dziś, czego efektem jest nużąca płyta zimowo-świąteczna, krążek z filharmonikami berlińskimi (stary towar w nowym opakowaniu), wreszcie teraz osobisty jego wybór dwudziestu pięciu utworów z całego solowego dorobku (jw.). Po drodze jakieś dziwne koncerty,  np. dla prezydenta Uzbekistanu, despotycznego władcy, za ciężkie pieniądze. Fuj. Nie mogę tego pana – znaczy Stinga – słuchać od tamtej pory. Już mu chyba nigdy nie uwierzę.

 *

Minęło parę dni od tego koncertu i poszliśmy z żoną na Shine A Light. Nie do multipleksu, gdzie jakość obrazu i dźwięku byłaby bez zarzutu, a do Rialta, gdzie akurat puszczano ten film. Jakość dźwięku kiepska, sprzęt się sypał, emisję  dwukrotnie przerywano. Ale co z tego!

Podobno panowie Jagger i Richards ostatnio nie darzą siebie zbytnią sympatią, ale wtedy, kilka lat wcześniej, wyglądało to chyba inaczej. Ciasna scena teatru, na niej kilkanaście osób, które bez przerwy uśmiechają się do siebie, poszturchują jak nastoletnie chłopaki, Buddy Guy i Jack White jako goście (wydzierająca się Aguilera to akurat jedyne nieporozumienie tego koncertu), Satisfaction grane nie wiadomo po raz który – 3000-, 5000-tysięczny? – zabrzmiało tak, jakby jutro miał skończyć się świat, a przynajmniej Stonesi nigdy już mieli nie wyjść przed publiczność.

Pomyślałem sobie: O, cholera, ci faceci są o – z grubsza biorąc – dychę starsi od The Police – a grają tak, ze serce rośnie.

To właśnie jest subtelna różnica między kapelą wielką, jaką jest The Rolling Stones, a kapelą taką sobie, czyli The Police. Oczywiście, nie tyle chodzi tu o względy historyczne – bo Policjanci są ważną grupą w dziejach rocka – ale, po latach, podejście do tego, co się robi i jak traktuje się publiczność. Jedni kochają swoją robotę, inni – przynajmniej w tym składzie osobowym – nie cierpią.

Cóż, kasa nigdy nie śmierdziała, nie śmierdzi i śmierdzieć nie będzie. A niechęć niektórych osób do siebie nawzajem nie przemija. A mówi się, że ludzie łagodnieją z wiekiem. Nie wszyscy i nie zawsze. Jako fan czuję się bardzo oszukany. Bardzo lubiłem kiedyś Police, w latach 80. Sting, obok U2, był moim ukochanym wykonawcą. Był po prostu wielki, a to powinno zobowiązywać.

* tekst napisałem latem 2011


 

Jack White, Blunderbuss (2012)

White, podobnie jak Joe Bonamassa, niesie mi pocieszenie. Daje poczucie, że jeszcze ciągle należę do wielkiej rockowej rodziny, a nie jestem już tylko stetryczałym, marudnym zgredem, który niewiele rozumie z tego, co wokół dzieje się w muzyce.

[more]

White wytrwale penetruje brzmienia lat 60. i 70. Jest nimi zafascynowany, przesiąknięty do szpiku kości, on cały jest z tamtych czasów. Przypuszczam, że pojawienie się na koncercie Shine A Light Stonesów (w kawałku Loving Cup) oraz udział, wspólnie z Jimmym Page’em (oraz Egde’em) w dokumencie Get Loud to swoiste ukoronowanie dotychczasowej jego kariery – wspaniała okazja, by zagrać ze swoimi największymi mistrzami. We wspomnianym filmie, gdy Page wydobył z gitary pierwsze riffy Whole Lotta Love, oczy zapłonęły mu pełnym blaskiem i miłością.

JW III to artysta niespokojny i bardzo płodny. White Stripes, The Raconteurs, The Dead Weather – bardzo to pokaźny dorobek jak na młodego ciągle artystę. Blunderbuss jest krążkiem, o którym sporo się niedawno w Polsce mówiło, odnotowując pierwsze solowe dzieło w dorobku muzyka.

Niewiele ponad czterdzieści minut – czyli stara, dobra, zwarta szkoła. Trzynaście utworów – a więc lata 60., kawałki po około trzy minuty. Patenty przede wszystkim zeppelinowskie i stonesowskie, czyli, po prostu, rokendrolowe.

A jednak – czegoś tu brak. Czego, by nazwać tę płytę wielką? Istota chyba nie tkwi w tym, że White’owi trochę brakuje wokalnie do Planta, jako gitarzyście do Page’a, a jako pianiście – do Prestona czy Leavella. Myślę, że chodzi o cierpliwość. Wytrwałą, spokojną pracę w studiu nad wyszlifowaniem kolejnych piosenek. Zwolnienia tempa, z jaką kręci się ta karuzela, z czterdziestu pięciu do trzydziestu trzech obrotów na minutę.

Bo ten krążek – to szkicownik. Znakomity, ale szkicownik. Zbiór przepięknych czasem pomysłów (tytułowy Blunderbuss czy On and On and On), ale pozbawionych jubilerskiego wycyzelowania. Nie brzmieniowego, bo ten stary brud jest fantastyczny, ale aranżacyjnego. Pochylenia się nad każdą nutą, by wydobyć z tych utworów pełnię ich urody. Szkoda.

Wolałbym, aby artysta o takim potencjale pracował nieco wolniej. Wydawał płyty nieco rzadziej, z nieco może mniejszą ilością utworów, ale staranniej dopracowanych w studiu. Może przed laty, kiedy Plant i Page znajdowali się u szczytu możliwości twórczych, byłoby podobnie, gdyby nie praca w duecie. Co dwie głowy to nie jedna. White’a może nie ma kto złapać za rękę, może nie ma kto zabrać mu tych kawałków, by dalej nad nimi jeszcze trochę popracować – on sam podpisany jest przecież jako producent całości.

Do arcydzieła tak blisko i daleko zarazem. Artysta sprawiłby mi wielki zawód, gdyby  tego arcydzielnego poziomu nigdy nie osiągnął. Bo ma właściwie wszystko, co do tego jest potrzebne.