Ptasie mleczko na czerwonym jęzorze

pobrane33

Tylko Fripp mógł wpaść na pomysł pełnoprawnego zatrudnienia w zespole faceta grającego na skrzypcach nie jako instrumencie tworzącym tło, lecz jednym z wiodących. I jeszcze tego perkusjonisty, nie bez kozery pozującego do zdjęcia w piłą w rękach…

[more]

*

1973? Należy do Pink Floyd i ich dzieła nad dziełami, opus magnum – The Dark Side of The Moon. 1973? Dla mnie

jeden z tych magicznych,

wspominałem bowiem o tym parokrotnie, że czas zastąpienia w moim domu pocztówek dźwiękowych magnetofonem szpulowym zbiegł się z zamianą dominujących gitar na syntezatory. A przecież tamten rok dla muzyki progresywnej jest zdecydowanie najlepszy – poza wymienioną wyżej, ukazują się wtedy krążki: Genesis – Selling England By The Pound, Yes – Tales From Topographic Ocean i Emerson, Lake & Palmer – Brain Salad Surgery. Gdzieś bardzo blisko są Jethro Tull z A Passion Play, a nawet Electric Light Orchestra z On The Third Day, kolejne płyty wydają m.in. Manfred Mann’s Earth Band czy Gentle Giants. Jak dorzucić do tego jeszcze Houses of The Holy Led Zeppelin, Sabbath Bloody Sabbath Black Sabbath,  The Who i ich Quadrophenię, Lou Reeda z Berlinem, Roxy Music z For Your Pleasure, McCartneya i Band On The Run, Eltona Johna z Goodbye Yellow Brick Road, Mike’a Oldfielda z Tubular Bells, Steely Dan z Countdown To Ecstasy oraz szalony Raw Power The Stooges – uświadamiamy sobie, że było to wyjątkowe dwanaście miesięcy, nie pierwsze i nie ostatnie, ale jedne z niewielu aż tak znaczących. Jednakże zarówno ten zestaw, jak i mój prywatny wybór najlepszych płyt wszech czasów byłby niepełny, gdyby zabrakło w nim Larks’ Tongues In Aspic kapeli dowodzonej przez Roberta Frippa, czyli King Crimson. Albumu, który – tak jak krążek Floydów – ukazuje się w marcu 73.

*

Jedna z niewielu płyt, które moi bracia mieli nagrane w całości – bo też 

taśm magnetofonowych

mieli niewiele. Dziś aż trudno się nie dziwić, gdy rozebrać na części pierwsze operację nagrywania muzyki z audycji radiowych na dość podłym sprzęcie, w wersji monofonicznej. Lecz przecież tak było: wielu fanów miało dostęp do muzyki taki – albo żaden.
Więc znałem tę płytę, zaprezentowaną z pewnością w jednej z audycji Piotra Kaczkowskiego, od zawsze. W 1977 roku, gdy zawartość nielicznych taśm poddawałem wielokrotnej samodzielnej lekturze – zwariowałem i pokochałem. I nie odkochałem się nigdy, a gdy teraz słucham tych nagrań z jubileuszowego, wydanego w trzydzieści lat po analogowej premierze krążka kompaktowego, mój zachwyt nie jest ani trochę mniejszy. Ba! – raczej większy, ponieważ emocje wspiera jeszcze głowa, ponieważ teraz mam świadomość, jaki ogrom znakomitych płyt ukazał się do marca 1973, a jaki – choć już znacznie mniejszy – przez kolejne czterdzieści pięć lat. I jak ciągle znakomicie na tym tle wypada Larks’.
W 1972 roku, w zaledwie trzy lata po genialnym debiucie, Fripp montuje zupełnie nowy skład, można rzec – trzecią odsłonę KC. Przy mikrofonie, z gitarą basową przewieszoną przez ramię, staje John Wetton (pozyskany z Family), za bębnami zasiada Bill Bruford, do niedawna w Yes, ponadto formację zasilają skrzypek David Cross i Jamie Muir grający na przeróżnych instrumentach perkusyjnych, który niedługo po nagraniu płyty zamyka się w buddyjskim klasztorze. Zmiana dokonuje się także na posadzie autora tekstów: Richard Palmer-James (nb. pierwszy gitarzysta Supertramp) zastępuje Pete’a Sinfielda (który niebawem znajduje zatrudnienie w EL&P).

Bruford wspomina: 

„To naprawdę było piekło

– bo nikt nie mógł się zdecydować, jaką muzykę mieliśmy grać”. Ostatecznie dochodzi do nagrania swoistej trylogii, którą uzupełniają Starless And Bible Black oraz Red, płyt – wreszcie? – spójnych stylistycznie, zaś fanom dających oddech w postaci głosu tego samego frontmana. Tyle tylko, że po kolejnych dwóch latach, w 1974, jest już pozamiatane: Fripp rozwiązuje zespół. I to w chwili, gdy ten wspina się na sam szczyt.
Spójnych stylistycznie? Dekadę później sporą karierę zrobiło określenie „odjazd”, na przykład w odniesieniu do niesamowitych nowych płyt. Pierwszy raz usłyszałem je z ust znajomego, który zachwycił się… Three of A Perfect Pair (1984), zupełnie innego zespołu o tej samej nazwie: King Crimson. Larks’ to piekielny odjazd – z jednej strony potężne riffy gitary znane już z 21st. Century Schizoid Man, liryczność, zwłaszcza olśniewającej miniatury Book of Saturday, w stylu I Talk To The Wind, symforockowa przestrzeń w stylu Epitaph czy tytułowych kompozycji z dwóch pierwszych albumów w Exiles, ale wszystko to zaprawione jest szalonymi improwizacjami z okolic muzyki współczesnej, tzw. konkretnej, albo jazzu. Tylko Fripp mógł wpaść na pomysł pełnoprawnego zatrudnienia w zespole Crossa, faceta grającego na skrzypcach (lub altówce), nie jako instrumencie tworzącym tło, lecz jednym z wiodących. I jeszcze ten perkusjonalista Muir, nie bez kozery pozujący do zdjęcia w piłą w rękach… Jednak ucho, przynajmniej moje, ogarnia to zdecydowanie lepiej niż dokonania Zappy. Amerykanin nie daje słuchaczowi większych szans, by zaczepić się o melodię czy harmonię, jego muzyka sprawia wrażenie, jakby była niemożliwa do odtworzenia na żywo bez pomocy partytury. Fripp tymczasem raz po raz daje wytchnienie, powracając do odwiecznego kanonu muzyki europejskiej. Jego i jego kolegów 

odloty

w jakiś sposób przywodzą na myśl te o kilka lat wcześniejsze The Cream – Bruce’a, Claptona i Bakera. Jeśli jednak trio BBC robiło to na bazie bluesa, gitar i przystawek, u Frippa żadne granice już nie istnieją.
Cream przypominam tu nieprzypadkowo. Jeden z najpiękniejszych w moim odczuciu fragmentów muzyki rockowej, finał pierwszej części utworu tytułowego z Larks’  – te niespełna dwie minuty od jedenastej minuty i czterdziestej sekundy – całego wyjętego jakby z ówczesnych telewizyjnych teatrów sensacji („Kobry”) jest tak niesamowity także z tego powodu, że ani nie eksploatuje, ani nawet nie ogrywa fantastycznego konceptu z gitarą basową w roli głównej i wtóryjącym jej skrzypcom (lub altówce, nie potrafię rozstrzygnąć). Całkiem jak w Badge Claptona i Harrisona, gdzie powalające wejście gitary rozbrzmiewa tylko raz. 
Dlatego tak cenię sobie robotę Roberta Frippa i różnych jego kolegów. Poszukiwacz ciągle żądny nowych wrażeń przez wiele lat gnał ciągle do przodu, ani myśląc okopać się w rozpoznanych rewirach – w tej strefie komfortu własnego, ale też – i może przede wszystkim – słuchaczy. Stąd tyle wcieleń – jego i jego formacji. Stąd bezustanne wymykanie się wszelkim szufladom: 

progresja Frippa

zdaje się nie do opanowania, nie do ogarnięcia. Zupełnie inaczej niż ta floydowska, yesowa czy Genesis (oczywiście do 1976 roku). Może tylko Keitha Emersona da się jakoś z nim porównać, choć w tym przypadku mamy do czynienia z fascynacją klasyczną muzyką europejską i czerpaniem z jej formuły. Zaś z tych zasłuchanych, umiejętnie czerpiących z – między innymi – KC z tego okresu wymienić należy rodzime SBB.

Na zasadzie żartu jeszcze jedno spostrzeżenie. Mocny, pulsujący w refrenie gitarowy numer, jakim jest Easy Money, został umieszczony w tym samym miejscu na krążku analogowym – jako otwierający drugą stronę – co Money Pink Floyd. To oczywiście przypadek (przypominam, że obie płyty ukazały się w marcu 73), ale…
Dark Side of The Moon zgarnęła całą pulę: dziewięćset trzydzieści siedem tygodni obecności na liście „Bilboardu” to rekord już chyba nie do pobicia. Od lat uparcie uciekając od rankingów i innych zestawień wiem jednak, że gdybym miał spędzić resztę życia na bezludnej wyspie i mógł zabrać na nią tylko dziesięć płyt, i Dark Side, i Larks’ znalazłyby się wśród nich. 

(King Crimson, Larks’ Tongues In Aspic, 1973)

[W NaTemat: 26 marca 2018]

Stadion Śląski Reaktywacja

stadion

Jako mieszkaniec Śląska do tego obiektu zawsze będę miał stosunek daleki od obojętnego, zwłaszcza że w młodości byłem zapalonym kibicem, natomiast muzyka nawet z łysiejącej głowy nie chce mi wywietrzeć.

[more]

*

Radiowa Trójka zjechała 26 października na Śląsk i z niegdysiejszego „kotła czarownic” nadawała swoje audycje. Słuchając rano wspomnień redaktorów oraz słuchaczy, pomyślałem sobie, że też mam co nieco, i to bynajmniej nie małe, do opowiedzenia.

*

Jako mieszkaniec Śląska, a od 1977 roku Katowic, do tego obiektu zawsze będę miał stosunek daleki od obojętnego, zwłaszcza że w młodości byłem zapalonym 

kibicem,

natomiast muzyka nawet z łysiejącej i siwiejącej głowy nie chce mi wywietrzeć. A – jak powszechnie wiadomo – meczów i koncertów odbyło się trochę na chorzowskim gigancie. W głowie mam strzępy szczenięcych wspomnień dotyczących potyczek Górnika Zabrze z AS Roma, Manchesterem City czy Dynamem Kijów. Znacznie więcej niż strzępy to rok 1973 i zwycięskie mecze kadry Kazimierza Górskiego z Anglią i Walią. Do końca życia nie zapomnę czterdziestej siódmej minuty, gdy Włodek (jak mówiła cała Polska) Lubański odebrał piłkę Moore’owi i pognał na bramkę rywali, kończąc rajd wspaniałym strzałem i podwyższając prowadzenie na 2-0. Nie zapomnę też, gdy jakiś czas później, poturbowany przez McFarlanda, opuszczał boisko na noszach, co radykalnie miało odmienić oblicze reprezentacji.

*

Nie dojdę już dziś do tego, czy 10 września 1975 roku to była moja pierwsza wizyta na Śląskim. Polska była wtedy trzecią drużyną świata, a w eliminacjach do ME 1976 przyszło naszym orłom bić się z Holendrami, czyli wicemistrzami świata. To był, ośmielę się powiedzieć, ostatni naprawdę wielki mecz kadry Górskiego, która w proch i pył rozniosła rywali 4-1. Trzynastoletnie gardło zdarłem tak, że następnego dnia w ogóle nie mogłem mówić, za to byłem bohaterem nie tylko w swojej klasie i nie tylko na swoim podwórku.

(W dołączonym filmie słychać głos Jana Ciszewskiego, nieodżałowanej pamięci komentatora i świadka największych triumfów polskiej piłki. Dzisiaj, 12 listopada, mija ćwierć wieku od jego śmierci). W Chorzowie zaliczyłem też między innymi jeden z finałów MŚ na żużlu, a także ostatni występ Lubańskiego w reprezentacji – przeciwko Czechosłowacji. W latach 80., a jeszcze bardziej później, motywacja do tego, by bywać na Śląskim, spadła tak samo jak miejsce futbolistów we wszelkich europejskich czy światowych rankingach.

*

Ktoś mądry jednak doszedł do wniosku, że ten stadion to dobre miejsce do organizowania koncertów. 

Występu AC/DC wraz z supportującymi Aerosmith i Metallicą „wysłuchałem” latem 1991 przez uchylone okna mieszkania, bowiem czteromiesięczne wtedy bliźniaki nie miały żadnej konkurencji, gdy chodziło o spędzanie tzw. czasu wolnego. Pierwszym obejrzanym koncertem był więc dopiero siedem lat później ten, który pozostanie jednym z najważniejszych w moim życiu: 

The Rolling Stones.

Dożyć chwili, gdy ukochana kapela wybiega na scenę przy riffach Satisfaction – bezcenne! Tym bardziej, że koncert był po prostu rewelacyjny, nawet bez You Can’t Always Get What You Want na bis (granego w wielu innych miejscach podczas tamtej trasy – było to po wydaniu Bridges to Babylon).

W 2005 roku spełniło się moje kolejne muzyczne marzenie: by zobaczyć w akcji 

U2. 

Było tak pięknie, że nie było mowy, by cztery lata później tego nie powtórzyć, choć bilety sprzedawano przez internet i, pamiętam, można było dostać zawału. Żonie udało się je zabukować o jakiejś absurdalnej, wczesnoporannej porze, przed wyjściem do pracy. Przy New Year’s Day widownia utworzyła jedną wielką biało-czerwoną flagę, wprawiając w osłupienie Bono i jego kumpli. Ukłonił się głęboko, wywrócił swoją kurtkę na lewą stronę (była w czerwieni) i tak pozostał do końca występu.

Gdzieś po drodze, bardziej jako bodyguard (za przeproszeniem mojej wagi lekkopółśmiesznej) niż sympatyk, trafiłem z nieletnimi jeszcze wtedy synami na koncerty Iron Maiden i Metalliki. Nikt i nic – niech fani wybaczą – nie skłoni mnie do słuchania, jak kolorowy rokendrol przechodzi na czarną stronę metalu. Próbowałem parokrotnie, w różnych życia okresach, ale nie – i koniec.

2007 to trzy koncerty: 

Pearl Jam 

z Linkin Park jako supportem. W sumie zawód, zwłaszcza że osiem lat wcześniej w Spodku było fantastycznie. Tym razem dwukrotnie chrzanił się sprzęt, a panowie zeszli ze sceny po półtorej godzinie, ponieważ mieli obstalowany samolot do następnego miejsca na trasie. Oj, tak się nie robi tym, którzy tyle lat czekali, a nawet jeździli po obcych landach z transparentami „You Forgot Poland”. 

Prawdziwą miazgą był jednak występ 

Red Hot Chilli Peppers. 

Popelina sączyła się z głośników aż miło, tyle że nie dla mnie. Byłem tak rozczarowany, że już bodaj następnego dnia zakupiłem Mother’s Milk, by posłuchać, jak RHCP gra bezkompromisowego rokendrola.

Na 

Genesis

– w parę lat po koncercie w Spodku z Wilsonem jako wokalistą – szedłem z pełnym przekonaniem, że chciałbym usłyszeć zupełnie inny materiał, a otrzymam coś, na co czekają tysiące ludzi. Ten zespół skończył się dla mnie na Second’s Out, a już na pewno na Duke’u – czyli tam, gdzie dla wielu dopiero zaczął. Sceneria grozy – gwałtowna ulewa i burza z wściekle walącymi piorunami – dodały jednak niesamowitego smaku temu koncertowi. Szkoda tylko, że Mama i inne takie to nie moja bajka.

Rok później zaliczyłem ostatni, póki co, koncert na Stadionie Śląskim – 

Police.

Pisałem nawet o nim w blogu. Znakomite brzmienie, lepsze niż trzech kapel rok wcześniej, ale zejście po sześćdziesięciu pięciu minutach ze sceny było jak obicie mnie po gębie. Panowie po miesiącu wspólnego grania, po ćwierćwiecznej – dodajmy – przerwie, mieli siebie tak dość, że nawet nie potrafili spojrzeć od czasu do czasu w swoją stronę. Tak się nie traktuje ludzi, którzy zapłacili za bilet, kupowali i kupują płyty. Dla mnie był to fragment większej całości pt. Sting.

*

Wychodzi na to, że starego zgreda trudno zadowolić. Cóż, tak już mam, trochę w życiu widziałem i posłuchałem i byle czym smarowana kanapka mi nie smakuje. Lecz ufam, że jeszcze na tym samym, aczkolwiek zupełnie innym stadionie, czekają mnie wrażenia wielkie i piękne. Co prawda dwa hasła – Van Morrison i Dave Matthew Band – na które czekam najbardziej, stadionu u nas, w Polsce, nie wypełnią, ale parę innych – kto wie?

Jak w starym serialu: J-23 znowu nadaje. W innej rzeczywistości, wśród paru innych pięknych, ale „tylko” piłkarskich obiektów, w tym z koszmarnym akustycznie, nie do nagłośnienia Stadionem Narodowym w stolicy. Pierwsze imprezy sportowe w Chorzowie  już zapowiedziane, inne planowane. Pora zabrać się za kawałki muzycznego tortu.

P.S. Właśnie ogłoszono, że koncertową inauguracją będzie występ Guns’N’Roses. Mam wątpliwości, czy gwiazdorzy sprzed lat zdołają wypełnić chorzowski stadion. I czekam na kolejne zapowiedzi.

[W NaTemat; 12 listopada 2017]

Camel: taki ładny bezdech

camel_breathless

Miałbym opory, by Camel wymienić jednym tchem z King Crimson czy Pink Floyd. Jeśli największe firmy tamtych czasów stanowiły szpicę „First Division”, to Wielbłąda usytuowałbym gdzieś w środku stawki. Ale jak to bywa z ligowymi średniakami, czasami potrafią skutecznie powalczyć z drużynami z czołówki.

[more]

*

Powroty do przeszłości bywają ryzykowne. Dlatego też, pominąwszy permanentny niedoczas, lękam się powrotu do lektur, które zachwyciły mnie w studenckich czasach, boję się  – kto wie? – może wręcz brutalnej weryfikacji wrażeń po latach, a tym samym odebrania sobie ciepłych wspomnień i… jakiejś cząstki siebie.

Podobnie jest z muzyką, pewnymi wykonawcami, płytami z różnych powodów odłożonych na całe dziesięciolecia na bok. Im wcześniej, im bliżej początku dźwiękowych penetracji usłyszanych, tym bardziej naznaczonych emocjami i w ten sposób bardziej wystawionych na bolesną konfrontację.

Za krążkiem 

Breathless

grupy Camel rozglądałem się w ogólnie znanych sklepach muzycznych od dawna. Nie intensywnie, ale miałem go, jak wiele płyt poznanych dawno temu, w pamięci. Breathless to moje osobiste początki – już nie pakiet z dzieciństwa otrzymany od starszych braci, a samotne mierzenie się z muzyką. Jakieś dwa zimowe „Minimaksy” i zarejestrowanie na jednej z pierwszych swoich taśm magnetofonowych całego materiału.

Było wtedy tej muzyki tak mało – a jeszcze mniej miałem możliwości jej zapisu – że wszystko, co posiadałem w domu w postaci płyt i taśm, zostało wielokrotnie, gruntownie odsłuchane – z taką intensywnością, że niemal każda nuta z tamtych lat odciśnięta została na twardym dysku, czyli w głowie.

*

Koniec lat 70. był 

schyłkową fazą rocka progresywnego

w swym pierwotnym kształcie, wyraźnym wyczerpywaniem się artystycznej formuły, gdy chodzi o czołowych reprezentantów tego nurtu (choć, trzeba od razu dodać, że nie inaczej działo się z bliższą źródeł muzyką gitarową: rozpadały się albo dołowały takie formacje jak np. Deep Purple czy Black Sabbath).

Miałbym opory, by Camel wymienić jednym tchem, w jednym szeregu z King Crimson czy Pink Floyd. Jeśli największe firmy tamtych czasów stanowiły szpicę „First Division”, to Wielbłąda usytuowałbym gdzieś w środku stawki. Ale jak to bywa z ligowymi średniakami, czasami potrafią skutecznie powalczyć z drużynami z czołówki – i to niekoniecznie licząc na słabszą tamtych dyspozycję.

Rok 1978 jest – przypadek? – dość osobliwym momentem w dziejach rocka symfonicznego. Dla pełnego obrazu warto może jeszcze zacząć niniejszy wywód od krążka o kilkanaście miesięcy starszego: wydanego w styczniu 1977 roku Animals Pink Floyd. Zawierającego trzy co prawda rozbudowane, jak dawniej, kompozycje, ale jak nigdy dotąd i nigdy potem dające bardzo dużo miejsca mocno brzmiącej gitarze Davida Gilmoura. Gitarze, nigdy co do tego nie miałem wątpliwości, doskonałej, zwłaszcza w numerach z drugiej strony wydawnictwa analogowego: Pigs (Three Different Ones) oraz Sheep. Na podobne łojenie pozwalał sobie wcześniej tylko lider King Crimson, Robert Fripp, ale KC to w ogóle osobliwy i całkiem osobny rozdział w dziejach rocka.

W marcu 1978 okrojone do tria Genesis wydaje ...And Then There Were Three..., 20 września, na swoje dziesięciolecie, grupa Yes publikuje Tormato, dwa dni później ukazuje się album Camel, zaś 18 listopada Love Beach Emerson, Lake & Palmer, zdecydowanie najsłabszy z wymienionych.

*
Camel, podobnie jak Genesis, Yes i EL&P w pierwszej części swej płyty, 

odchodzi od długich form,

nawiązuje do struktury – częstokroć bardzo przebojowej – piosenki. A podobnie jak u Floydów – na plan pierwszy raz po raz wypuszczana jest soczysta gitara elektryczna, niebylejakiego zresztą majstra, jakim jest Andy Latimer, czasem riffująca jak u zespołów hardrockowych. Ta mieszanka progresywno-hardrockowo-popowa przyniosła bardzo ciekawe efekty. 

Rozbuchane formy zdecydowanie dożywały swoich dni, zaś w późniejszych realizacjach, grup-następców, częstokroć przybierały karykaturalną i wręcz niestrawną postać. Pop spod znaku Genesis też broni się średnio, ale jest to pewnie skutkiem kontekstu wielkiej próby, jaki tworzą wcześniejsze dokonania bandu w pięcio- i czteroosobowym składzie. 

Camelom natomiast udała się na tym krążku trudna sztuka połączenia tych elementów w zwartą i artystycznie bardzo udaną całość. Wpłynęło na to, jak zawsze, kilka czynników. Świetna forma kompozytorska i wykonawcza – utwory w zdecydowanej większości są po prostu bardzo dobre i po mistrzowsku wykonane. Typowe motywy progresywne, wygrywane na klawiszach, ścieśnione zostały do skondensowanych, kilkuminutowych utworów. Nie ma miejsca na nudę, jest za to na konstatację, ile się może wydarzyć w tak krótkim czasie. 

Urzekają głosy

– aż trzech muzyków na tej płycie śpiewa główne partie wokalne, trudno powiedzieć, który lepiej. Uwodzi już na samym początku, w tytułowej piosence, ciepły, ale nie przesłodzony głos Richarda Sinclaira. Przez gitarę akustyczną i nieco jazzujący bas przebija się – na zmianę – a to obój, a to flet, a to saksofon drugiego wielkiego fachury, Mela Collinsa (trudno zliczyć tych, z którymi zagrał w swej karierze), stanowiące wielką ozdobę całości. Z krainy łagodności i powłóczystych dźwięków klawiszy raz po raz wytrącają nas soczyste uderzenia gitary Latimera, dodając piosenkom tempa i dynamiki. 

Od progresji Camel ucieka jeszcze na dwa inne sposoby: czuje się wpływ znakomitej i bardzo popularnej w tamtym okresie formacji amerykańskiej, Steely Dan i, szerzej, całego kwitnącego wówczas, elektrycznego ze swej natury jazz-rocka (choćby Weather Report – w The Sleeper). Muzycy nie wzbraniają się też przed podróżami w minione wieki, jak w stylowym i bardzo nastrojowym Starlight Ride.

*

Album po latach brzmi bardzo dobrze, pewnie – paradoksalnie – tym lepiej, że nigdy nie był szczególnie popularny nad Wisłą i utwory z niego właściwie są na antenie radiowej nieobecne. Kompozycje brzmią zdecydowanie szlachetniej niż wspomniane wyżej, zbyt popowe wydawnictwo Genesis, a jednocześnie – w wielu przypadkach – są bliższe przebojowej, mainstreamowej piosence niż połamane faktury Yes. Poczucia humoru też członkom zespołu nie zabrakło, czego dowodem jest Down On The Farm.

Sześć lat później Tomasz Beksiński zaraził mnie – i nie tylko mnie – muzyką ze Stationery Traveller. Dynamiczny Breathless broni się jednak zdecydowanie lepiej niż momentami przelukrowany album z 1984 roku.

(Camel, Breathless, 1978)

[W NaTemat: 18 stycznia 2016]

Elbow: rozpychanie się łokciami niekonieczne

elbow

Czasem jest tak, iż mimo pewności, że propozycje jakiegoś wykonawcy nie posuwają historii rocka do przodu, sprawiają niemało frajdy przy słuchaniu.

[more]

*

Wielokrotnie dawałem znać o swej niechęci wobec 

produkcji tzw. progresywnych,

które uparcie czerpią wprost ze źródeł, z dokonań najważniejszych skądinąd kapel tego nurtu. Jak długo jeszcze można posługiwać się w skali jeden do jednego patentami wyeksploatowanymi w tamtym czasie i zajechanymi w kolejnych niezbyt świeżych realizacjach? Przy słuchaniu na przykład takich kapel jak Pineapple Thief niejednokrotnie zapala mi się żółte, a czasami po prostu czerwone światło.

Czasem jednak – dodam od razu, że znacznie rzadziej – jest tak, iż mimo pewności, że propozycje jakiegoś wykonawcy nie posuwają historii rocka do przodu, sprawiają niemało frajdy przy słuchaniu.

Nagrania 

brytyjskiego kwintetu

Elbow są mi znane o tyle, o ile. Nie jest on szczególnie popularny w Polsce, trudno usłyszeć go w radiu – i tym mniej miałem  okazji, by go polubić. Ale gdy kilkanaście dni temu w sklepie na S natknąłem się na krążek Dead In The Boot za całe dwanaście złotych, po szybkim przesłuchaniu trzech fragmentów pobiegłem z nim do kasy.

Kiedyś, przy okazji dzielenia się wrażeniami z koncertu rodzimej formacji Saintbox, pisałem, że jeśli chcę jeszcze słuchać progresji, to właśnie takiej. Dominujące w instrumentarium klawisze, łagodniejsze i płynące wolniej nuty niekoniecznie muszą od pierwszej chwili wprowadzać podniosły, niebezpiecznie zahaczający o patos nastrój: wyciskającą łzy gitarę, monumentalne klawisze i perkusję akcentującą powagę przekazu.

W przypadku Elbow, już za sprawą barwy głosu Guya Garveya skojarzenia z Peterem Gabrielem są nieuchronne. Ale, po pierwsze, solowy 

Gabriel

nie jest wcale taki progresywny, a – po drugie – słychać w muzyce zespołu także zupełnie inne wpływy. Co też zdecydowanie przydaje walorów całości.

Bo to raczej Gabriel właśnie niż – skądinąd – stare, dobre (i bardzo przeze mnie cenione) pięcio- i czteroosobowe Genesis, do tego coś z klimatu najlepszego Talk Talk – z okresu Colour of Spring. Ale kłaniają się też wpływy trip hopu (McGreggor), jak i klasycznego rocka. Już w utworze otwierającym płytę, Whisper Grass, mamy sporo gwałtownych przesterów, które nieodparcie przywodzą na myśl psychodelię à la Doors. Ciepłe uczucia wyzwala swingująca gitara akustyczna w chyba najlepszym na płycie, pulsującym The Long War Shuffle. Wielkiej urody jest trzeci kawałek –Lay Down Your Cross – kolejny dowód na to, jak wdzięczną materią dla rockmanów potrafi być walc. 

Całość robi bardzo przyjemne wrażenie: koi, a przy tym bynajmniej nie nudzi. Jak wspomniałem, trudno w tym graniu odnaleźć jakieś szczególnie oryginalne rysy, a jednak 

poczucia smaku

i kultury muzycznej odmówić mu nie sposób. A to przecież „zaledwie” płyta stworzona ze stron B singli. 

Może nie jest to najbardziej zmysłowa* muzyka, jaką znamy czy możemy sobie wyobrazić, ale z pewnością mogąca dostarczyć wielu miłych doznań w czasie słuchania. A to przecież niemało.

_________________________

* Podaję za wikipedią: nazwa zespołu pochodzi z nadawanego przez BBC serialu „Śpiewający detektyw”, w którym główny bohater – Philip Marlowe – stwierdza, że słowo „elbow” (ang. „łokieć”) jest najbardziej zmysłowym słowem w języku angielskim, nie ze względu na znaczenie, a uczucie towarzyszące jego wypowiadaniu.

(Na talerzu lub w szufladce: Elbow, Dead In The Boot, 2012)

[W NaTemat: 15 lutego 2015]

Wielka sztuka z pięknym ogonkiem – Genesis: A Trick of The Tail, 1975

Cała czwórka ma już dość. Tyłki przyrastają im do foteli. Ileż można słuchać swoich kawałków śpiewanych przez różnych dziwnych ludzi? Są zmęczeni, wściekli, znudzeni. Tyle czasu strawili, a tymczasem nikt nie zabrzmiał dostatecznie dobrze, by pomyśleli: „Tak, ten facet jest w stanie zastąpić Petera”. W którymś momencie Collins nie wytrzymuje, wstaje ze swojego miejsca i podchodzi do mikrofonu. Śpiewa tak, że Tony, Mike i Steve patrzą zdumieni po sobie. Jak mogli na to nie wpaść wcześniej, skoro Phil robił chórki do wielu kawałków, a nawet zdarzyło mu się zaśpiewać solo? „Koniec przesłuchań. Mamy wreszcie nowego wokalistę!”.

[more]

Gdy w 1974 roku, po nagraniu The Lamb Lies Down On Broadway i trasie koncertowej Peter Gabriel obwieścił kumplom, że odchodzi, miał zaledwie dwadzieścia cztery lata. Postawił ich

w trudnej sytuacji.

Kilka lat ciężkiej pracy wywindowało zespół na szczyt. Zdobyli sławę po obu stronach oceanu, osiągnęli bardzo dużo w sensie artystycznym. Wiedzieli, czego chcą. Ale bez Petera? Jak dadzą sobie radę bez tak ważnego instrumentu, jakim jest jego głos? Jak pociągną to dalej bez jego teatralnych pomysłów na występy, bez jego pomysłów muzycznych?

Płyta rozwiała wszelkie obawy. Genesis nigdy wcześniej nie brzmieli tak mocno, potężnie – i pięknie. Olbrzymie znaczenie miało tu odejście od bardzo długich form muzycznych, najdłuższy kawałek trwa osiem minut. Zwarta forma czasowa podwyższa jeszcze wielką wartość znakomitych kompozycji. Każdy utwór skrzy się od pomysłów, fantastycznych, a czasem olśniewających urodą melodii.

W 1975 roku

moc jest po stronie Genesis.

Muzycy udowadniają przede wszystkim samym sobie, że znakomicie radzą sobie z ciężarem związanym z kontynuacją działalności bez dotychczasowego lidera, że artystycznie robią wręcz kolejny krok do przodu. I biją na głowę konkurencję. King Crimson już nie ma, dokonania Yes i Emerson, Lake & Palmer budzą coraz większe wątpliwości, Sztuczce nie dorównuje też Wish You Were Here Floydów.

Steve Hackett i Tony Banks, którzy dostarczają najwięcej materiału na płytę, są u szczytu swych możliwości twórczych, ich wspólne Entangled to jedno z arcydzieł grupy i jeden z najpiękniejszych utworów w historii rocka. Kroku stara się im dotrzymać Rutherford. Razem z Banksem podpisany jest pod pełnym nostalgii Ripples. Przyznając się do słabości do pięknych melodii, muszę wskazać jeszcze kompozycję Banksa Mad Man Moon. Ale cały krążek jest wybitny. Dla mnie – jedno z rockowych arcydzieł.

 

Skład zespołu wydaje się optymalny – trzech mistrzów swych instrumentów, Banks, Hackett i Collins, poprawny basista Rutherford starający się dorównać kolegom – to nie może budzić żadnych wątpliwości. A raczej

zachwyt nad rozmachem nagrań.

Wokal Collinsa to też ze wszech miar cudowne zrządzenie losu – niby nowy, lecz przecież stary, już znany. Inny niż matowy głos Gabriela, ale – właśnie w tym czasie (1975-1980) znakomity.

Jako wielki fan Genesis do 1977 roku, do Second’s Out, nie mogę przeboleć, że Hackett tak szybko poszedł w ślady Gabriela. Bez jego kompozycji, bez jego gitar grupa straciła bardzo, bardzo wiele. Los sprawił, że osiągnęła ogromny sukces komercyjny, ale z wielką muzyką nie miało to już nic wspólnego.

Radio z głową lepsze od komputera – Radiohead, OK Computer, 1997

Moja znajomość z Radiogłowymi rozpoczęła się dopiero od tego albumu. Po pewnym czasie, w swoim prywatnym nierankingowym zestawieniu, uznałem ten krążek za ostatnie rockowe arcydzieło XX wieku (i tu mi ręka zadrżała, bo chyba mam jeszcze na oku debiutancki album z 1998 roku innej brytyjskiej grupy, o hiszpańskiej nazwie). Dziś wiem także, że ten zespół jest w moim pojmowaniu tzw. muzyki rockowej jednym z tych granicznych.

[more]

Jednym z tych, którego dokonania te

granice

przekroczyły, powodując, iż stałem się obojętny na jego ostatnie propozycje artystyczne. Zawsze zadziwiać mnie będzie, jak kapele mające w swym składzie rasowego gitarowego wymiatacza potrafią daleko odejść od sześciu strun, perkusji – i zapuścić się w klimaty tak bardzo komputerowo-syntezatorowe, których już moja głowa pojąć nie jest w stanie, a – co istotniejsze – serce nijak pokochać nie potrafi.

Ale, wbrew tytułowi albumu z 1997 roku, w tym przypadku mamy jeszcze w przytłaczającej większości instrumenty, a nie studyjną, elektroniczną robotę, jeśli komputer, to zdecydowanie OK. Jeśli nawiązanie do tradycji, to powłóczystość melodii, ich nieoczywista harmonia, instrumentarium, którym posłużyli się członkowie zespołu – kojarzą się nieodparcie z najlepszymi dokonaniami grup symforockowych. Jestem zdania, że to właśnie dzięki takim albumom widać, że

formuła art nie uległa całkowitemu wyczerpaniu,

że w tych klimatach da się jeszcze coś bardzo ważnego powiedzieć, że taka jedna płyta Radiohead znaczy więcej niż cała dyskografia Marillionu czy Pendragonu. Ale ja tu o definicjach, a to przecież muzyka. Wspaniała, najpiękniejsza.

I jednak od porównań nie potrafię uciec. Ramy czasowe utworów bardzo zwarte, przywodzące na myśl dokonania Genesis z A Trick of The Tail czy Wind And Wuthering albo Yes z Tormato, ale i Fragile. Z jednej strony album wieńczy pierwszy okres działalności grupy, dopełniając swego rodzaju trylogii z Pablo Honey i The Bends, a jednak gitary wyraźnie ustępują tu miejsca klawiszom. Kunsztownie opracowane utwory, po mistrzowsku wykonane, zdecydowanie – w odróżnieniu od tych pomieszczonych na następnej płycie, Kid A – nawiązują do wielowiekowej tradycji muzyki europejskiej, czyli oparte są, powtórzę, na melodii i harmonii.

Wspaniałym instrumentem jest

głos Thoma Yorke’a,

gdzieś w pewnym rejestrze łudząco podobny do Roya Orbisona, ale wnoszący zdecydowanie inne cechy do całości brzmienia – Orbison jest piosenkowy, popowy, Yorke natomiast wyraźnie neurotyczny, dzięki czemu nawet z pozoru banalny pomysł staje się oniryczny i niepokojący. Aranżacje są w ogóle cholernie mocną stroną tego albumu.

Trudno wskazywać na nim utwory lepsze od innych, bo to dwanaście w większości znakomitych numerów. Na przykładzie tego krążka wyraźnie widać, jak rokendrol zatoczył koło i stanął w miejscu, w którym dozwolone jest sięganie do absolutnie wszystkiego. Bo mija już – strach liczyć – szesnaście lat, a ten materiał równie dobrze mógłby powstać dzisiaj. Swoisty bezczas stał się cechą immanentną rocka, ale – już to sygnalizowałem kiedyś wcześniej – stanowi atut chyba tylko w przypadku płyt wybitnych. A OK Computer po tylu latach można już bez większego ryzyka w gronie takich albumów umieścić.

  

Księga Genesis w dwóch częściach (2)

Od 1983 roku wyraźnie mamy do czynienia z kapelą, która powinna nazywać się Phil Collins and (his) Genesis. Płyta o nazwie tej samej co zespół (tzw. Mama) przyprawiła mnie o dreszcze towarzyszące wysokiej gorączce. Ze starego, ambitnego grania nie został już kamień na kamieniu.

[more]

Oto popowy zespół, gdyby nie pochodzenie, można by powiedzieć, całkiem przyzwoity. Gitary takie sobie, klawisze skromniutkie, zwrotka – refren – zwrotka, pan wokalista śpiewający od pierwszej do ostatniej sekundy każdego utworu (trochę przesadzam, ale niewiele), niepozostawiający już miejsca na jakiekolwiek instrumentalne popisy. Zresztą – Rutherford nie umie, a Banksowi się już nie chce, już jest wypalony, w dodatku kasa leci, popularność grupy olbrzymia jak nigdy dotąd, więc po co majstrować przy maszynce do robienia pieniędzy?

Bez Collinsa to już nie Genesis – słychać było zewsząd po jego rozstaniu z kolegami w drugiej połowie lat 90. A ja się cieszyłem: może taka zmiana sprawi, że ci ludzie jeszcze coś wycisną z siebie? Może wreszcie, po latach, znów trochę pograją? Matowy, chrypiący głos Raya Wilsona przywodził na myśl Gabriela.

Calling All Stations (1997) jest rzeczywiście inna. Nie tylko z tego powodu, że został zmieniony najważniejszy instrument, czyli głos, ale jest na tym CD trochę muzyki. Lecz bez przesady, tylko trochę. Nie ma Hacketta, który wsparłby i wzbogacił brzmieniem gitar parę całkiem niezłych kawałków. Ale co z tego?! W Europie jeszcze jakoś idzie. W Polsce – w styczniu 1998 roku – Spodek pełny. Było nieźle, a przy starych kawałkach zakręciła się łza w moim oku. Jednak trasę po Stanach trzeba było odwołać, bilety się nie sprzedawały. Chcemy Collinsa!

No i w 2007 roku był ten Collins, była koszmarna ulewa, burza z piorunami, starsi już panowie w niezłej formie, pełne zawodowstwo, ale… Ja, łysiejący zgred, czekałem na te najstarsze utwory z ich repertuaru, na ślady prawdziwego Genesis. Szedłem na koncert, wiedząc, że będzie nie tak, jak bym chciał, że Collins powinien więcej siedzieć za bębnami, a nie przy mikrofonie, że… Mój syn był zachwycony, z koncertów na Stadionie Śląskim w 2007 roku (jeszcze Pearl Jam i Red Hot Chili Peppers) ten podobał mu się najbardziej. Natomiast ja szedłem, wiedząc, że musi być raczej popowo, bo takie są proporcje czasowe w historii grupy i na to czekają ludzie, z których większość zawarła bliższą znajomość z zespołem w okolicach In The Air Tonight.

Więc mnie nie dziwi, że nie było dalszego ciągu, że Collins nagrał (podobno ostatnią, ale nie wierzę w takie deklaracje) bardzo słabą płytę, podczas gdy zdolniejsi od niego kompozytorzy z dawnych lat przeżywają renesans formy i popularności (np. Robert Plant).

Nie wolno odmawiać ludziom prawa do robienia w życiu tego, co wychodzi im najlepiej, czyli, w przypadku muzyków, do grania. Szkoda jednak, że czasem tak bardzo odchodzą od tego, co tworzyli w młodości, co miało i ma niezaprzeczalną wartość i na trwale wpisane jest w historię muzyki rockowej. Ale po co psioczyć na Genesis, skoro można znaleźć znacznie gorsze przykłady, jak na rodzimym rynku zejście ze sceny O.N.A. i Kombi-reaktywację? To jest dopiero danie pewnej części ciała. W dodatku męskiego, niemłodej już i ździebko pomarszczonej.

*

No i proszę – mimowolna coda do moich powyższych wymóżdżeń. Ledwie dwa dni po napisaniu tych słów – jeden z młodszych o parę lat kolegów w pracy, gdy przypadkiem zgadaliśmy się o muzyce, powiedział: „Dla mnie Genesis zaczyna się od Mamy. Za..bista płyta!”. I co?! Powiedziałem tylko zrezygnowany: „A dla mnie kończy” i umilkłem.

(pisane latem 2011)


Księga Genesis w dwóch częściach (1)

Genesis – zespół pęknięty na pół. Podwójnie i podwójnie nierówno. Bo proporcjonalne nie są ani okresy czasowe, ani miara dokonań w obu z nich. Gdy miałem lat naście i zaczynałem swoje buszowanie w muzyce (dzięki radiowej Trójce i, przede wszystkim, Piotrowi Kaczkowskiemu), to był mój nr 1,5. Nie 2, jak wtedy mówiłem kolegom, ale właśnie półtora. Numerem jeden byli oczywiście Pink Floyd. Ale tych emocji nie umiem już dziś w sobie odnaleźć, w odniesieniu do Floydów najbardziej kręci mnie to, co nie kręciło wówczas. Wiem, że będę niesłychanie oryginalny: Dark Side of The Moon, takie Kind of Blue muzyki rockowej.

[more]

Genesis to, z grubsza rzecz ujmując, dwa zupełnie różne zespoły. Pierwszy kończy się w 1977 roku wraz z wydaniem Second’s Out, dwupłytowego albumu koncertowego, na którego program – co bardzo znamienne – składają się nagrania dokonane zarówno w kwartecie, jak i w trio. Do 1974 roku rządzi Peter Gabriel. Grupa ciągle poszukuje nowych muzycznych ścieżek w nurcie szeroko pojętego rocka symfonicznego, mając w składzie trzech wirtuozów: gitarzystę Steve’a Hacketta, klawiszowca Tony’ego Banksa i perkusistę Phila Collinsa, który udziela się także wokalnie.

Gdy w 1974 roku odchodzi Gabriel, zespół jest u szczytu możliwości – muzycy są w pełni świadomi swego olbrzymiego potencjału wykonawczego i kompozytorskiego, tego, co i jak chcą robić. Banks i Hackett  (wreszcie na okładkach płyt pojawiają się nazwiska autorów poszczególnych numerów) zdecydowanie są w stanie udźwignąć ciężar kierowania zespołem i dostarczania większości materiału. A Trick of the Tail (1975) to w moim odczuciu najdoskonalsza płyta Genesis, Wind And Wuthering  (1976) niewiele jej ustępuje. Cóż z tego jednak, skoro Hackett dojrzewa do opuszczenia kolegów, co ma miejsce właśnie po nagraniu drugiej z wymienionych płyt.

W 1978, czyli właściwie z marszu, zespół wydaje …and Then There Were Three. I zostało ich trzech. Nagrań na krążku znacznie więcej, bo to już po prostu piosenki. W większości znakomite, zaaranżowane z olbrzymim rozmachem, bogactwo brzmień instrumentów klawiszowych odwraca uwagę, zwłaszcza szesnastoletniego – jakim wtedy byłem – słuchacza od potężnej gitarowej dziury, która tworzy się po odejściu Hacketta. Jeszcze wydaje się, że wszystko jest w najlepszym porządku, ale koszmarny finał płyty – Follow You, Follow Me – zwiastuje nieszczęście. Kiczowata, uboga (absolutnie nie należy jej mylić z oszczędną!) aranżacja jest zapowiedzią tego, co miał przynieść czas.

Po dwuletniej przerwie ukazuje się Duke. Po drodze Banks i Rutherford wydają swe solowe płyty. Dobre, zwłaszcza ta Banksa, więc fanów zespołu może to tylko cieszyć. Wolno bowiem przypuszczać, że mają tyle pomysłów, iż wszystkich nie są w stanie pomieścić na krążkach macierzystej formacji. Duke uspokaja. Mamy co prawda singlowy przebój, Turn It On, ale bardzo przecież zgrabny, a płyta skonstruowana jest jak te stare, z Gabrielem jeszcze, z długimi kompozycjami na początku i na końcu, z powracającymi motywami. Jest znacznie ciszej, skromniej niż na …and…, ale to przecież znak czasu, w którym zaczęto odchodzić od pełnych przepychu aranżacji. Zespół ciągle jeszcze balansuje gdzieś między piosenkami a utworami o bardziej skomplikowanej fakturze muzycznej.

Gwoździem do trumny okazuje się solowy debiut Collinsa, a ściślej – zawrotny jak na owe czasy sukces komercyjny tego krążka. Dochodzi do nieodwracalnych już, galopujących pop-procesów w łonie grupy. Nie licząc Three Sides Live (1982) i oczywiście tej czwartej strony z fantastycznymi z perspektywy 1982 roku odrzutami ze starych sesji, które zresztą „wyparowały” z późniejszych wydań albumu – definitywnie ostatnią płytą, kiedy miałem jeszcze złudzenia, jest Abacab (1981). Po latach widać, że są na niej jedynie nawiązania do Duke’a, a nie do starego, dobrego Genesis.

 (pisane latem 2011)

Placebo, Coke Live Music Festival, Kraków, 12 sierpnia

Długo nie umiałem przekonać się do Placebo, mimo iż Paweł Kostrzewa w swoich Trójkowych programach w końcu lat 90. nie ustawał w wysiłkach. Oświeciło mnie, dopiero gdy w odtwarzaczu moich synów regularnie zaczęły lądować płyty zespołu. Cóż, jeszcze jeden dowód na to, że czasem trzeba kilku podejść.
Jeśli występ Petera Gabriela pozostanie dla mnie na długo koncertem symfonicznym nr 1, jeśli Joe Bonamassa dał znakomity set akustyczny, to największą muzyczną, w pełni elektryczną radość bieżącego roku dane mi było przeżyć w nocy z niedzieli na poniedziałek.

[more]

Żeby nie narażać ani kręgosłupa, zwłaszcza jego części lędźwiowej, ani uszu nadmiarem dźwięków jednego dnia – wraz z większą częścią swojej rodziny stawiłem się pod krakowską sceną tylko w tym jednym jedynym celu.

Koncert zaczął się punktualnie o 23.00, wieńcząc dwudniową imprezę. Był krótki, bo z czterema bisami trwał osiemdziesiąt pięć minut, co w warunkach dużego festiwalu jest, jak sądzę, absolutnie dopuszczalne. Spełnił natomiast moje artystyczne oczekiwania, co uważam za najcenniejsze.

Jest parę kapel w historii muzyki, o których mówię, że cały czas grają jeden utwór. Proszę to jednak wziąć w wielki cudzysłów, bo już wymieniam tych, których mam na myśli: Jethro Tull, Rush i Placebo właśnie. Z pozoru dość trudno odróżnić poszczególne numery, z których wiele rozwija się w podobnym tempie, w podobnych schematach konstrukcyjnych. A jednak jest w tym kawał muzyki.

Słuchając kolejnych utworów, zastanawiałem się, w czym tkwi siła Placebo. I, przynajmniej na własny użytek, udało mi się, mam nadzieję, uchwycić jej źródło.

Rock’n’roll. Te utwory są proste do bólu: gitarowe intro, gdzieś między piętnastą a trzydziestą sekundą wchodzi wokal, ściana gitar – i tak do samego końca. Co w tym szczególnego? Po pierwsze – piosenki, bo to piosenki przecież, o wielkiej urody melodiach. Po drugie – wyśpiewywane (a nie wykrzykiwane) przez faceta o charyzmatycznym głosie, natychmiast rozpoznawalnym i nie do pomylenia z nikim. Po trzecie –  tej prostocie trudno postawić zarzut niedostatków warsztatowych.

Dziś sporo jest takiego grania, gdzie wokalista wchodzi w piątej sekundzie i kończy w ostatniej. Nie dając pograć instrumentalistom, którzy – najwyraźniej – tego nie potrzebują, bo nie potrafią – już, jeszcze albo w ogóle. Przykłady? Genesis z Collinsem po 1981 roku, a z nowych zespołów cenionych przez wielu, a mnie nieprzekonujących – The National czy Arcade Fire.

Z Placebo jest inaczej, trochę może jak z U2. Trudno mówić o szczególnej wybitności w używaniu strun gitary, może raczej  o porządnym rzemiośle i inżynierii dźwięku w najlepszym tego słowa znaczeniu. The Edge nie jest przecież wielkim gitarzystą, a jednak wypracował własny, łatwo rozpoznawalny styl. Panowie z Placebo poszli podobną drogą. To, co stanowi o ich wielkości, o tym, że trzymają poziom już tyle lat, nazywa się po prostu talentem. Bo są cholernie utalentowani, mają łatwość wymyślania chwytliwych melodii – chwytliwych, dodajmy, nie w rozumieniu knajpianym czy dyskotekowym. I opracowywania ich w bezkompromisowy, gitarowy sposób.

Wszystkie te atuty ujawniły się tej nocy. Dwie gitary, bas, pudło, klawisze, bębny – to po męskiej stronie – oraz klawisze, skrzypce i wokal w chórkach – jeśli chodzi o damski rodzynek. Gęsta faktura gitar wspierana brzmieniem instrumentów klawiszowych, bardzo dobra forma wokalna Briana Molko, mocna perkusja. Taka bezustanna rock’n’rollowa jazda do przodu, którą uwielbiam, a która na dobrych koncertach zawsze brzmi ostrzej niż w studiu.

Jeśli chodzi o playlistę*, to zabrakło przede wszystkim Without You I’m Nothing. A czego nie zabrakło? Zaczęli od Kitty Litter, potem usłyszeliśmy m.in. Every You Every Me, Black-Eyed, Special Needs, Slave to The Wage, Meds i na koniec The Bitter End. Bisy zaczęli od coveru kawałka Kate Bush, Running Up That Hill, zaś tym czwartym, kończącym występ, był Infra-Red.

Było pięknie. Kolejny koncert, który zapamiętam na długo. A do stolicy Małopolski z Katowic jest tak blisko, że będę – po U.K. i teraz Placebo – zerkał, kto i kiedy ma zamiar zawitać do grodu Kraka.

____________

* Bez Maćka, mojego syna, raczej nie dałbym rady. Dzięki!

 

GENESIS KLASSIK – Ray Wilson and The Berlin Symphony Ensemble, Dąbrowa Górnicza, 26 maja

Australian Pink Floyd, The Musical Box, Żuki, The Beatles Revival Band. Życie po życiu, na wielką I małą skalę – utwory mistrzów grane przez innych wykonawców. Choć w tym przypadku nie do końca jest to prawda, ponieważ Wilson był członkiem zespołu Genesis pod koniec XX wieku. Od pewnego czasu objeżdża nasz kraj, grając kawałki z płyt tej kapeli, z solowych krążków Collinsa, a nawet Gabriela i Rutherforda, uzupełniając zestaw kilkoma własnymi piosenkami.

[more]

Mam kłopot z określeniem artystycznej miary tego typu pomysłów. Ale też, powiedzmy uczciwie – nie ma w tym absolutnie chałtury. Podejście do tematu zawodowe, poziom wykonawczy – co najmniej dobry. Więc czego się czepiać, jeśli do uszu dociera muzyka znakomicie znana co najmniej dwóm pokoleniom odbiorców muzyki? Mogę sam kręcić głową, bo Genesis po 1977 to już zupełnie inny zespół, popowy zaledwie, ale – trzeba jednak przyznać – jest to pop na tyle szlachetny, że po upływie dwudziestu-trzydziestu lat wciąż słucha się go bez zażenowania i poczucia, że jesteśmy w starym kinie. W dodatku – głos Wilsona, matowy, podobny nieco do Gabriela, wciąż brzmi bardzo dobrze. Tak samo, jak w 1998 roku w Spodku.

Zaczęło się od Congo, utworu z jedynej wspólnej płyty Wilsona z Genesis, i już wiadomo było, że zespół brzmi bardzo dobrze (osiem osób: bębny, bas, dwie gitary, klawisze, dwie skrzypaczki oraz wokal i, czasem, gitara akustyczna frontmana). Potem Jesus He Knows Me i jeden z kilku własnych utworów, ostatni przebój American Beauty – i tak przez blisko dwie godziny, przy coraz gorętszej reakcji widowni. Usłyszeliśmy m.in. Follow You Follow Me, Mama, potężnie brzmiące Calling All Stations. Moje serce zgreda zabiło mocniej, gdy lider zapowiedział Ripples pochodzący z A Trick of The Tail (1975). Nie zabrzmiało to jednak tak pięknie jak w oryginale – obniżona w refrenie tonacja (Wilson nie wyciąga takich wysokich rejestrów jak młody wtedy Collins) i uproszczone bębny nie przeniosły mnie w najukochańsze klimaty Genesis.

Z solowych nagrań członków grupy usłyszeliśmy In The Air Tonight, Another Day In Paradise Collinsa oraz Another Cup of Coffee i All I Need Is A Miracle Mike And The Mechanics zaśpiewany przez Steve’a Wilsona. Na koniec Land of Confusion i znakomicie, rokendrolowo zaaranżowany I Can’t Dance.

Nie trzeba było muzyków długo zachęcać do bisu. Zagrali porywające Solsbury Hill Gabriela, co dla mnie stało się kolejnym dowodem na artystyczne zwycięstwo Pana Petera nad byłymi kolegami. Uważam po prostu, że Gabriel solo zrobił rzeczy o wiele bardziej wartościowe niż Genesis jako trio. Na zakończenie porywająco, monumentalnie i gitarowo brzmiący Inside z repertuaru macierzystej formacji Wilsona, StiltskinI jak najbardziej zasłużone, długie oklaski.