Elton John: Rocket Man

elton_john_oswiecim

Lata biegną, a Elton John wciąż utrzymuje się w znakomitej formie. Ten. kto zna go tylko z płyt, niewiele wie o sile rażenia tej muzyki na żywo.

[more]

*Pierwszy raz widziałem Eltona Johna w akcji

w 1984 roku.

To był też dla mnie pierwszy raz, gdy zobaczyłem, że artysta z Europy zachodniej gra u nas na pełne sto procent. Był wtedy świeżo po wydaniu znakomitej Too Low For Zero, znajdował się na szczytach list przebojów, ale przecież musiał wiedzieć, że żaden Polak nazajutrz po jednym z trzech zakontraktowanych koncertów (w Katowicach, Warszawie i Gdańsku) nie pójdzie do sklepu i nie kupi za złotówki żadnej jego płyty. Że z emisji jego nagrań w jednym z paru ówczesnych programów radiowych nie dostanie ani szylinga tytułem tantiem. A jednak zagrał tak, jakby miał to być jego, a już na pewno wszystkich widzów w wypełnionym po brzegi katowickim Spodku ostatni koncert w życiu. Na drugi bis wyszedł sam i z towarzyszeniem fortepianu oraz puszczonej z taśmy elektronicznej perkusji zaśpiewał Song For Guy, a na koniec, zlany potem, potwornie zmęczony po dwuipółgodzinnym występie powiedział krótko; „Thank you, goodbye”. Czuliśmy, że Spodek, a my razem z nim, odleciał w muzyczne rejony dotąd po tej stronie muru berlińskiego nieosiągalne. To był – i na zawsze już pozostanie – koncert mojego życia.

Trzydzieści lat czekałem na kolejne spotkanie z EJ, niespecjalnie kontemplując dokonania artysty, niezbyt uważnie śledząc jego dalszą karierę. Ale czy tego pana da się tak w ogóle nie zauważać? Gdy jesienią 2014 roku miał wystąpić w Krakowie, nie wahałem się ani chwili, czy kupić bilety. I znów było pięknie.

Teraz, w półtora roku po grodzie Kraka, wybraliśmy się z żoną do Oświęcimia, na Life Festival. Spokojni o to, co powinno wydarzyć się na scenie, spokojni o miejsce, parokrotnie wcześniej już zaliczone. Pogoda dopisała, lato, bezchmurne niebo – i sobotni wieczór w sam raz na koncert niemłodego już mistrza. Na 

Wonderful Crazy Night,

jak zatytułowany jest jego tegoroczny album – niosący kolejną porcję bardzo udanych piosenek, z których kilka – jestem przekonany – gdyby zostało nagranych przed laty, zostałoby zapamiętanych na dłużej. A dziś takie płyty giną niestety w zalewie nadprodukcji muzycznej pulpy.

Elton John pojawił się na scenie wraz z pięcioma znanymi już kolegami o 20.45 – i od pierwszego wyśpiewanego słowa wiadomo było, że jest, wciąż i wciąż, w znakomitej dyspozycji. Na pierwszy ogień poszedł tym razem numer z 1974 roku, The Bitch Is Back, a więc natychmiast mieliśmy do czynienia z istotą muzycznej formuły artysty: pop mocno zaprawiony, zwłaszcza w wydaniu na żywo, rokendrolem. Trudno się dziwić, że jego przyjaźń z pierwszorzędnym gitarzystą, jakim jest Davey Johnstone, oraz wzruszającym podobnie jak Charlie Watts bębniarzem, siwiuteńkim Nigelem Olssonem, trwa już prawie pół wieku.
A potem była pierwsza dla mnie miła niespodzianka. Klasyczny numer Bennie And The Jets w swym finale przybrał nieco jazzową formę, z bardzo krótkimi, acz stylowo zaznaczonymi solówkami gitary, basu i klawiszy. Już po paru minutach miała miejsce kolejna, bo I Guess That’s Why They Call It the Blues kończył się w rzeczywiście bluesowy sposób, z tym charakterystycznym dla tego gatunku frazowaniem wokalisty.

Czwarty w kolejności był Daniel, jedno z cudeniek w dorobku Sir EJ. Tu mała uwaga: na prywatny użytek utwory z setlisty dzielę następująco:

żelazny zestaw

w postaci niemal wszystkich kawałków z krążka Greatest Hits z 1974 roku (wczoraj było osiem z dziesięciu na nim zawartych), a do tego żonglowanie niezliczoną ilością przebojów dużych i wielkich, zaś całość uzupełniana kilkoma rzadziej testowanymi na żywo numerami (wczoraj Tiny Dancer czy All The Girls Love Alice).  Takie zmiany w zestawie mogą tylko cieszyć słuchaczy.

Powalił mnie, tak jak w Krakowie, rozbudowany do niemal minisuity Rocket Man, z długim, mocnym fortepianowym intro. Elton John nie jest ani wirtuozem w stylu Keitha Emersona, ani szalejącym Jerry Lee Lewisem, ale te parę minut robiło jednak wrażenie. A że piosenka wielkiej urody i smakowicie – cała – zaaranżowana, znów miałem łzy wzruszenia w oczach. Nie zabrakło też Sad Song (Say So Much), ulubionego numeru mojej lepszej połowy. Tu spotkała nas jeszcze jedna niespodzianka, bo utwór podryfował, lekko i jak gdyby nigdy nic, w całkiem stonesowskie klimaty. Zasadniczą część występu zakończył popisowy numer Johnstone’a, a więc Saturday Night Alright (For Fighting), a na bis nieco krótszego niż wspomniane dwa wcześniejsze występu (z racji wymogów festiwalowych) jeszcze Candle In The Wind i Crocodile Rock.

Świetny koncert, co jest

tyleż oczywiste, co niesamowite,

bo lata przecież biegną nieubłaganie. Bawili się wszyscy, starsi i młodzi. Tych ostatnich było – za sprawą festiwalowej formuły i obecności innych jeszcze wykonawców (na koniec Dawid Podsiadło) znacznie więcej niż miałoby to miejsce w przypadku występu samego EJ – mnóstwo. I widać, że świetnie znali piosenki, z których zdecydowania większość powstała na długo przed ich urodzeniem.

A co do panów na scenie, ze szczególnym uwzględnieniem Eltona Johna, Olssona i Johnstone’a – widać, że gdy seksualne i alkoholowe ekscesy ma się już dawno za sobą – pozostaje stary dobry rokendrol. Rock and roll, ten w popowym, piosenkowym wydaniu, rodem ze szkoły Paula McCartneya, szybko zamienionej na szkołę własną, natychmiast rozpoznawalną. Pozostaje rock and roll, mimo upływu kilku dekad, nadal znakomicie podawany.
(Elton John, Life Festival Oświęcim, 18 czerwca)

[W NaTemat: 19 czerwca 2016]

Znakomity koncert Eltona Johna w Krakowie

elton_j

Trudno to opisać i jeszcze trudniej przekonywać tych, którzy EJ nigdy nie widzieli w akcji. Siła tej muzyki na żywo jest nieporównywalnie większa od nagrań studyjnych. Te czasami drażniły popowym aranżem, bywało, że jawiły się jako banalne i podejrzanie konfekcyjne. Band o zdecydowanie rockowym zacięciu w koncertowych wykonaniach robi z nich piosenki uderzające w słuchaczy z mocą czasem wręcz porażającą.

[more]

*

Nie szargać świętości.

Nie ryzykować, bo ideał może nie tyle od razu sięgnie bruku, ale jednak spadnie z piedestału. To wszystko prawda, tyle że ryzyko jest zdecydowanie bardziej po stronie wychodzącego na scenę artysty niż słuchacza, który po latach znów wybiera się na jego koncert.

Po latach dokładnie trzydziestu, bo tyle mija od występu Eltona Johna w katowickim Spodku (w kwietniu 1984), który miałem możliwość zobaczyć i pierwszy raz, a więc wyjątkowo mocno, najmocniej, doświadczyć magii na scenie, która udzieliła się chyba wszystkim wtedy widzom. To był prawdopodobnie w ogóle pierwszy bądź jeden z pierwszych razów, gdy zachodni artysta z kręgów popowo-rockowych przyjechał do nas i dał z siebie wszystko – w rewelacyjnym, dwuipółgodzinnym koncercie. A jak będzie teraz, po latach, gdy EJ ma trzy krzyżyki więcej, a dzisiejszy showbiznes niekoniecznie traktuje go jak gwiazdę pierwszej wielkości?

Krakowska Arena

robi wrażenie: piękna z zewnątrz, solidna od środka, gdy chodzi o część korytarzową, i imponująca, gdy wejść na widownię. Niepokoiły mnie dość pustawe trybuny, ale te – na szczęście – wypełniły się w sporym procencie tuż przed rozpoczęciem występu.

Czyli o około 19.40. Wtedy sześciu muzyków pojawiło się na scenie i rozległy się pierwsze dźwięki połączonych Funeral For A Friend i Love Lies Bleeding. Przez około kwadrans towarzyszył mi też lekki niepokój dotyczący akustyki, ale gdzieś przy czwartym utworze moje manipulowanie przy małżowinach usznych niczego już nie zmieniało w odbiorze – było bardzo dobrze.

Najistotniejsze jednak i najpiękniejsze było to, że lata biegną, a Elton John i jego zespół, w którym od 1969 roku gra na bębnach Nigel Olsson, a tylko dwa lata krócej na gitarach Davey Johnstone, wciąż są w rewelacyjnej formie i w bardzo zawodowy sposób podchodzą do swojej roboty. Żadnej taryfy ulgowej: znów dwie i pół godziny, świetna forma wykonawcza i imponujący zestaw największych i wielkich przebojów z długiej kariery artysty.

Tak naprawdę trudno to opisać i jeszcze trudniej przekonywać o tym tych, którzy EJ nigdy nie widzieli w akcji. 

Siła tej muzyki

na żywo jest nieporównywalnie większa od nagrań studyjnych. Te czasami drażniły popowym aranżem, bywało, że jawiły się jako banalne i podejrzanie konfekcyjne. Band o zdecydowanie rockowym zacięciu w koncertowych wykonaniach robi z nich piosenki uderzające w słuchaczy z mocą czasem wręcz porażającą.  To, że łzy kręcą się w oczach przy najwybitniejszych kompozycjach, jakie wyszły spod palców pianisty, to jasne, ale że poruszają utwory o prostszej fakturze – to, powtórzę, magia. A taką aurę potrafią stworzyć tylko artyści wielkiej miary.

Kondycja fizyczna mistrza od lat nieco szwankuje – porusza się on z pewnym wysiłkiem, tym niemniej chętnie i, raz po raz podchodząc do brzegu sceny i karmiąc się z bliska żywiołową reakcją widowni, najwyraźniej ładuje w ten sposób akumulatory. Tych niedomagań zupełnie jednak nie widać i nie słychać, gdy zasiada przy fortepianie. Gra wciąż niesamowicie, waląc w klawiaturę z siłą i świeżością młodego rokendrolowca, zaś jego głos wciąż brzmi zadziwiająco mocno. Oczywiście, niemłodzi dziś panowie nie wyciagają już takich gór i nie serwują tych falsecików, z których przed laty słynęli (frazy w Crocodile Rock wzięte ze Speedy Gonzalesa Pata Boone’a puszczone zostały z taśmy), ale i tak chórki wciąż robiły wrażenie. Lider miał też dość energii, by – przy gromkich owacjach – przez dobrych kilka minut, przed bisami, podpisywać płyty i co tam kto jeszcze pod sceną trzymał w wyciągniętych dłoniach.

Elton John od lat opiera 

program 

swych koncertów na przebojach z pierwszych lat działalności – tych, które weszły do historii pop music – ze świadomością, że są najbardziej oczekiwane przez publiczność i nie może ich zabraknąć. Poza tym jednak, mając w czym wybierać, może zmieniać repertuar odgrywany w kolejnych trasach. Materiał prezentowany podczas obecnego touru (do sprawdzenia w internecie) jest stały, ale jednak widać, że muzykom raz gra się lepiej i przyjemniej, innym razem może odrobinę mniej. Dwadzieścia sześć pozycji na krakowskiej setliście to jeszcze jeden dowód na to, że chemii między sceną a widownią nie zabrakło. Natomiast – co odnotowałem ze zdziwieniem – nie pojawił się żaden utwór z ostatniego, bardzo udanego albumu The Diving Board.

Zawsze najbardziej mięknie mi serce przy Danielu i Your Song, a tylko trochę mniej przy Candle With The Wind i Goodbye Yellow Brick Road. Nie inaczej było i wczoraj, ale najbardziej powaliło mnie rewelacyjne, rozbudowane formalnie wykonanie 

Rocket Man 

z mocnym fortepianowym intro i potężnym finałem. Nie zabrakło też ognistego Saturday Night’s Alright (For Fighting) na zakończenie zasadniczej części – trochę może żal, że publiczność nie podjęła wokalnego wyzwania Eltona, ale cóż, w większości to nie te roczniki (już nie, gdy chodzi o dyspozycję głosową, jeszcze nie, gdy mowa o biegłej znajomości języka Szekspira, choć taka akurat w tym momencie nie była wymagana). Jedyna repertuarowa wątpliwość dopadła mnie na samym końcu, gdy Elton samotnie wykonał – połączone – Circle of Live i Can You Feel The Love Tonight? z „Króla lwa”. Zrobiło się trochę nazbyt lukrowato, ale cóż to znaczy wobec ponad dwóch godzin świetnego grania? Tym bardziej że opuszczaliśmy widownię przy dźwiękach Song For Guy, co dla mnie stanowiło jeszcze jeden łącznik z katowickim występem, który kończył się właśnie tym utworem.

Elton John ma dziś sześćdziesiąt siedem lat. Podkreślam ten fakt dlatego, że zalicza się on do grona tych niemłodych już muzyków, którym dyspozycji artystycznej można tylko pozazdrościć. Na koniec powtórzę zaś to, co już kiedyś pisałem: to nie jest mój ukochany wykonawca, nie mam zbyt wielu jego płyt w domu, ale podziwiam go za to, co potrafi zrobić na żywo, za profesjonalizm w każdym calu, za wielki szacunek dla publiczności. Za mnóstwo pięknych piosenek. Za to, że wciąż udowadnia, iż jest artystą przez wielkie „A”.

[W NaTemat: 6 listopada 2014]

Jego Wybitność: Sir Elton John, The Diving Board, 2013

elton_john_diving

Czytając przed laty świeżo wydane „To” sędziwego już Czesława Miłosza, zastanawiałem się nad tym, że może trzeba w życiu zatoczyć wielkie koło, by gdzieś, przy nieuchronnie zbliżającym się końcu, operować tylko niezbędnymi, najprostszymi środkami wyrazu, by przemawiać wprost. I być w tej prostocie mędrcem.

[more]

Podobna – muzyczna tym razem – refleksja naszła mnie też wcześniej przy pierwszym, radiowym jeszcze, odsłuchiwaniu Innuendo (1991) Queenów. Czyli materiału pisanego przez przede wszystkim Freddiego Mercury’ego, który wiedział, że zostało mu bardzo niewiele życia. Że

nie pora na poszukiwania i eksperymenty,

że należy powrócić do najlepszych i jednocześnie sprawdzonych już patentów. 

I oto słucham teraz nowych piosenek Eltona Johna. Człowieka, który szczyt artystycznej formy osiągnął właściwie na starcie, a już na pewno na początku lat 70. Który potem raz czy drugi zbliżał się do tego poziomu, który chyba zawsze rewelacyjnie grał na żywo. Którego kariery nigdy ze szczególną uwagą nie śledziłem, ale jego koncert w 1984 roku w Katowicach pozostanie dla mnie – poprzez porażającą konfrontację mistrzostwa na scenie z polską mizerią lat 80. – najwspanialszym występem, jakiego byłem świadkiem.

Paradoksem niewątpliwego

sukcesu artystycznego nowego materiału

jest fakt, iż jest to jeden z nielicznych albumów, które Elton John nagrał bez swego stałego zespołu. W podróż do własnych źrodeł udał się więc sam, ale uczynił to w sposób niezwykły.

Otrzymaliśmy zbiór kameralnych, wyciszonych piosenek. Pięknych, w większości przypadków – nie waham się tego napisać – niczym nieustępujących największym przebojom artysty. To zresztą jedna z zadziwiająco wielu w ostatnich latach takich nostalgicznych propozycji, gdy dojrzały wykonawca daje sobie spokój ze ściganiem się – z innymi, z czasem, z listami przebojów – i robi głęboki ukłon w stronę starych fanów, dając im to, za co ci go pokochali lub przynajmniej polubili.

Jest w tym oczywiście jeden, za to istotny warunek do spełnienia: co najmniej dobra forma gdzieś tam, po okresach wzlotów i stanów średnich, 

dobra forma raz jeszcze

– po dziesiątkach lat uprawiania swojej artystycznej grządki. To, że jesteśmy świadkami wydawania tak wielu świetnych płyt niemłodych wykonawców, nie powinno nas zwieść. Nie wszyscy z tego grona są przecież aktywni, nie wszyscy po upływie wielu dekad od debiutu potrafią wznieść się na wyżyny. Okazuje się, że takich wybitnych postaci w muzyce rozrywkowej – na szczęście – nie brakuje, ale i tak jest to wierzchołek rockowej góry. A jak to z wierzchołkiem bywa, dostępny jest on tylko nielicznym.

Niezwykle trudno – mimo niezaprzeczalnych walorów – młodszym o czterdzieści lat utworom będzie wedrzeć się do 

Eltonowskiego kanonu,

do zestawu evergreenów. Piosenek zagranych tysiące razy na żywo, słyszanych setki razy w radiu, odtwarzanych z talerzy gramofonów i szufladek CD. Jednego jestem jednak pewien – że ta nowa – stara i bardzo dobra muzyka tak samo dobrze zabrzmi za pięć i piętnaście lat. Elton John zawiesił sobie poprzeczkę wyjątkowo wysoko i pokonał ją w imponującym stylu. Zwłaszcza że – nie wypominając – jest dziś sześćdziesięciosześcioletnim muzykiem, dla którego The Diving Board jest trzydziestym pierwszym albumem studyjnym w karierze.

[W NaTemat: 3 listopada 2013]

Brzegi łagodne – Rumer: Seasons of My Soul, 2010

Z emocjami i nastrojami jest trochę tak, jak z kręceniem potencjometrem w odbiorniku radiowym w poszukiwaniu odpowiedniej stacji. Odpowiedniej do tego, co czujemy w danej chwili. Zwykle mamy te swoje ulubione, od lat, i darzymy je większym lub mniejszym zaufaniem. Jednak czasem korci nas, by poszukać czegoś jeszcze. Albo też, po prostu, wrócić w pewne dobrze znane miejsca, tyle że odwiedzane rzadziej.

[more]

I jeśli zwykle pragnę gitar, choć niekoniecznie dosypujących do pieca, czasem szukam

dźwięków dających ukojenie,

wydobywających z faceta pierwiastek kobiecy. Więc zdarza się, że mam ochotę na „lirykę, tkliwą dynamikę, angelologię i dal”, by posłużyć się fragmentem piosenki Grzegorza Turnaua. I ciepły damski głos zwykle lepiej mi pasuje do takich klimatów niż głos mężczyzny. Może też w ten sposób przejawia się tutaj moja orientacja zdecydowanie hetero, pragnienie, by kobieta uosabiała cechy kiedyś, dawno temu, przypisane jej płci, jej płci przynależne, a w ostatnim czasie coraz trudniej odnajdywane – i w wyglądzie, i w sposobie bycia istot statystycznie zdecydowanie piękniejszych.

Suzanne Vega czy może Eva Cassidy? Nie, to nie o nich, choć mogłoby być. Będzie o Angielce Sarah Joyce, urodzonej w Islamabadzie w 1979 roku, a występującej pod pseudonimem Rumer. Wokalistce, która dotąd wydała

dwa albumy

– Seasons of My Soul w 2010 i Boys Don’t Cry w 2012 – otwierała koncerty m.in. Burta Bucharacha i Eltona Johna. Właśnie ten pierwszy odkrył ją dla szerszej publiczności, usłyszał w jej głosie barwę tak dobrze kiedyś znaną – nieżyjącej już Karen Carpenter.

I takie to są nagrania. Nic, absolutnie nic nowego, odwoływanie się do klasycznej formy piosenki i aranżacji rodem często gdzieś z lat 70., tu i ówdzie nawiązujących do soulu. Ale głos mamy zdecydowanie biały, pięknie brzmiący w niskich rejestrach (wypisz wymaluj Carpenter) i

urzekająco, aksamitnie

w wyższych.

Jako całość jej debiut fonograficzny z pewnością nie poraża, ale jeśli na większą, a nawet całkiem dużą uwagę zasługują utwory stanowiące ponad pół płyty, to nie jest to mało. Do moich zdecydowanych faworytów należą Thankful, Healer i On My Way Home, piosenki pełne liryzmu, niezwykle nastrojowe, pięknie, delikatnie zaaranżowane. Ale kilka innych niewiele im ustępuje – Come To Me High, Slow czy Blackbird.

Rumer z rzadka pojawia się na antenie polskich stacji radiowych i chyba popularności nad Wisłą szczególnej nie zdobędzie. Świata też raczej nie podbije, ale swymi delikatnymi nutami jest w stanie ukoić niejedno skołatane serce.

Czerwony sztruksowy smoking Sir Eltona – Elton John, Katowice, Spodek, 26 kwietnia 1984

Spełniło się sporo moich muzycznych marzeń. Zobaczyłem na żywo Planta i Page’a, The Rolling Stones, U2 – by wymienić tylko tych najukochańszych. A jednak – wciąż, mimo upływu tylu lat, z odrobiną zdziwienia noszę to w sobie, a teraz dzielę się z Wami: koncertem mojego życia jest występ Eltona Johna w katowickim Spodku w – no właśnie – 1984 roku.

[more]

Byłem do niego nieźle przygotowany, ale też – co tu dużo mówić –

trudno nie znać tych piosenek.

Jeszcze w połowie lat 70. jeden z moich braci pożyczył od kogoś znakomitą Greatest Hits, a na niej dziesięć największych przebojów artysty z pierwszych lat kariery. Krążek był w naszym domu może z miesiąc, więc bardzo dobrze zapoznałem się z jego zawartością. Daniel, Your Song, Saturday Night Alright (For Fighting) – palce lizać. Krótko przed przyjazdem do naszego kraju EJ wrócił na szczyty list przebojów utworami z bardzo udanej płyty Too Low For Zero.

Tylko – czego tu się spodziewać? Wszystko, co zachodniego widziałem dotąd, było odgrzewaniem kotletów, zwykle z marnym skutkiem: UFO, Nazareth, Budgie. Wszyscy oni mieli mniej lub bardziej dość. Siedemdziesiąt minut i ucieczka ze sceny.

To, co dane było mi ujrzeć w kwietniu 1984, jeszcze dziś, gdy o tym pomyślę, wbija mnie głębiej w fotel. Tak dla tych młodszych, jeśli czytają te słowa: w grudniu 1981 roku wprowadzono w Polsce stan wojenny, zamarło wszystko, życie kulturalne w szczególności. Ów stan zniesiono w lipcu 1983, ale wszechogarniająca mizeria trwała dalej. Było smutno, pusto i zwykle nieciekawie. I oto przyjeżdża do Polski artysta ze ścisłej czołówki, po paru słabszych latach znów na samej górze, ze znakomicie sprzedającym się albumem. Otóż to – nie w Polsce przecież. Tu nadal oknem na świat jest Trójka i nagrywanie płyt z radia. Żaden wykonawca zachodni nie ujrzał w tamtym czasie na swoim koncie ani funta tytułem tantiem z demoludów.

Wrażenie robiła już sama scena,

na której zainstalowano trzy podświetlane (na niebiesko, żółto i czerwono) jakby wielkie bębny, podia. Elton John wyszedł na scenę ubrany w śliczny czerwony, sztruksowy smoking i nieodłączny kapelusz. Żona podpowiada, że zasiadł do białego fortepianu. Obok niego stanęła wypróbowana od lat ekipa. Dobry pop, ten dryfujący blisko rokendrola, na żywo zwykle brzmi dobrze – mocniej, bardziej gitarowo. Tyle że ci faceci nie brzmieli dobrze – a znakomicie! Nie jestem w stanie po latach przypomnieć sobie, od czego zaczęli, ale poczucie, że jesteśmy w środku czegoś magicznego, narastało wśród pełnej widowni przez może pierwszy kwadrans. A potem Spodek po prostu odleciał. Całą degrengoladę, dziadostwo połowy lat 80. pozostawiliśmy gdzieś na zewnątrz. Muzyka, absolutnie fantastyczna – uniosła nas w nieznany dotąd wymiar.

Zespół grał największe przeboje gwiazdy wieczoru, co jeden to piękniejszy, przeplatając to świetnymi kawałkami z nowej płyty – I’m Still Standing, I Guess That’s Why They Call It The Blues i innymi. Było lirycznie i rockowo na przemian. Trudno mi powiedzieć, na ile reakcja – nieśpiewającej przecież – polskiej widowni była inna, wyjątkowa. O to trzeba by zapytać Eltona Johna. Ale, najwyraźniej, i jemu, i kumplom grało się znakomicie.

Zwariowali zupełnie – po kiego diabła w jakiejś zapyziałej komunistycznej Polsce grali prawie dwie i pół godziny?! Bis, jeszcze dwa kawałki? Dla nas, ubogich ludków ze Wschodu? A po niemilknących brawach jeszcze jedno wyjście na scenę? Wyszedł sam. Raz jeden nie miałem nic przeciw elektronicznej perkusji. To z jej towarzyszeniem – i oczywiście fortepianu – zaśpiewał Song For Guy. Ukłonił się, potwornie już zmęczony, i powiedział krótkie „Thank You. Good Night. I zostawił nas samych.

W muzycznym siódmym niebie,

spełnionych i szczęśliwych, w zupełnie nierzeczywistym świecie, który zabraliśmy w sercach i głowach ze sobą, do domów, wracając późną porą przez opustoszałe, nocne i szare miasto do łóżek, do swoich spraw. Do swojego życia, jedynej młodości, jaka była nam dana.

Parę lat później najbardziej zbuntowani w Polsce – starzy i młodzi – kolejny raz i wreszcie skutecznie upomnieli się o prawo do normalności. W 1984 roku Elton John uświadomił uczestnikom trzech jego występów – w Katowicach, Warszawie i Gdańsku – że rockfanom w tej części Europy też przynależny jest kawałek muzycznego tortu najwyższej jakości, że niby czemu mamy na niego nie zasługiwać. Pokazał, jak wygląda prawdziwy koncert wielkiego artysty.

EJ nie jest tym, którego karierę śledzę ze szczególną uwagą. Ale gdy publiczna TV przed kilku laty transmitowała jego koncert z Sopotu, usiadłem przed ekranem. I choć w domu to już nie to samo, dawne emocje powróciły. Przez szacunek dla klasy i ciągle wysoką formę koncertową muzyka.

Gdyby Eric Clapton wyszedł w Spodku na scenę 18 października 1979 roku, może to o jego występie pisałbym takie słowa. Widać jednak musiało minąć cztery i pół roku – i kolejne dwadzieścia dziewięć – by należały się one Eltonowi Johnowi. Cylindry i meloniki, kaszkiety i berety z antenką – z głów!

I coś, na co natknąłem się w rocznicę koncertu: fotoreportaż Ireneusza Kaźmierczaka zamieszczony na jego blogu „Z Tych Okolic”.