David Gilmour: sukienka żółta do szaleństwa

gilmour_rattle

Miłości, także te muzyczne, trwają albo przemijają. Zeznań przeróżnych na ten sam temat nie brakuje. Pragnienia, by nowe płyty starych mistrzów czarowały z mocą równą nagraniom sprzed lat, są najczęściej nieziszczalne.

[more]

Z rozmysłem unikam pisania o całej ostatniej płycie Gilmoura, by nie popaść w banał, nie tłuc i tak już obitych przez lata fraz. Mr. David bowiem popada raz po raz w

banał autocytatów,

tych nut rzewnych i rozciągniętych, a i trwających bez zmian przez lata. Lecz przecież gdzieś między nimi dosłyszeć można dźwięki mniej oczywiste, mniej flojdowate – i, przyznam – ich moje ucho spragnione jest najbardziej.

Po Rattle That Lock, nawet jeśli zabrakłoby jakichkolwiek innych argumentów na „tak”, warto sięgnąć i cierpliwie słuchać  już tylko dlatego, by dotrzeć do numeru ósmego, choć po drodze natrafiamy na jeszcze jedną smakowitość – Dancing Right In Front of Me.

Po kilku pełnych odurzenia odsłuchaniach The Girl In Yellow Dress głowa mi podpowiada, że przecież ten swing też już kiedyś otrzymaliśmy w muzyce macierzystej formacji DG. W 1971 roku ukazał się album Meddle, a na nim można znaleźć  taką jazzującą perełkę jak St. Tropez.

Zachwyt jednak nie mija,

bo nowa piosenka urody jest wielkiej i najczystszej. To trochę tak, jakbym wszedł do starego hotelu, w którym dobudowano kolejne piętro. Idę korytarzem, którego podłoga wyłożona jest tą samą wykładziną co na niższych kondygnacjach. Drzwi do kolejnych pokojów też znane: na lewo Pink, na prawo Floyd – i tak na zmianę. I nagle ósme spośród nich wyprowadzają mnie w noc…

W niezbyt bezpieczną dzielnicę, w podejrzaną ulicę, na której kręci się sporo typów spod ciemnej gwiazdy. Naciskam klamkę i wchodzę do knajpy. Też szemranej. Ciemno w niej, powietrze tak gęste od dymu, że można by siekierę zawiesić (Careful With That Axe Eugene). 

Przy paru zaledwie stolikach widzę sylwetki nielicznych konsumujących – degustujących raczej drinki niż zagrychę. W kącie samotnie siedzi niewiasta. Nie młódka już, może czterdziestka, ale taka, że każde 

męskie oko musi choć na chwilę zawiesić się na niej.

Sączy jakiś alkohol, w prawej dłoni trzyma zapalonego papierosa. Wzrok ma nieobecny, zatopiony gdzieś na dnie szklanki. Jest smutna, ale smutkiem, który łzy ma już jakiś czas za sobą. Tylko ból wciąż czai się w jej oczach.

Z kontemplowania tego widoku wyrywa mnie głos wokalisty i gitarzysty jednocześnie. Spoglądam na niewielką scenę. Pianista gra swoje nuty, trzymając wargami resztę papierosa. Facet od basu jest gdzieś daleko stąd, palcami głaszcząc struny swego instrumentu. Perkusista, najwyraźniej nieco już zawiany, stylowo omiata bębny. W pewnej chwili odzywa się saksofon, jakby naćpany i tęskny zarazem. Dźwięk instrumentu wywołuje chwilowy grymas na twarzy kobiety. No tak, więc to dla niej gra. To jej opowiada o tym, co było piękne jak nic nigdy wcześniej na świecie, a skończyło się banalnie i okrutnie pospolicie jak większość takich historii. 

Muzyka snuje się po sali,

zespół jest świetny, zupełnie z innej bajki niż ta knajpa. I chciałoby się, by grał nadal, wciąż i jeszcze. Tymczasem kobieta dopija drinka i szybko podnosi się z miejsca. Wychodzi, nie spoglądając nawet na scenę. Saksofonista gra nadal, tylko jakby jeszcze bardziej skulony, jeszcze mocniej pochylony ku ziemi. 

Chciałbym doczekać końca utworu, ale wychodzę na ulicę w ślad za piękną kobietą, gnany jakimś irracjonalnym impulsem. Muzyka cichnie z każdym moim krokiem. A ona – pani, dama, zjawa – znika niespodziewanie z oczu za pierwszym rogiem. 

Nie ma więc już ani jej, ani muzyki. Zatrzymuję się bezradnie, nie wiedząc, co ze sobą dalej począć. Pozostaje tylko wspomnienie – dziewczyny w żółtej sukience, którą była kiedyś. W piosence.

[W NaTemat: 1 lutego 2016]

Igrajet kamanda Pinka Fłojda

more

Czy gdy mówimy „Pink Floyd”, zawsze mamy na myśli to samo? Czy wśród znudzonych już ciągłym wynoszeniem zespołu na ołtarze wywołuje to tylko wzruszenie ramion, a wszyscy zagorzali miłośnicy kochają go za to samo?

[more]

*

Czy gdy mówimy lub słyszymy „Pink Floyd”, mamy pewność, że zawsze chodzi właśnie o „to”, a nie o nic innego? Czy wśród znudzonych ciągłym wynoszeniem zespołu na ołtarze ta nazwa wywołuje już tylko wzruszenie ramion, a wszyscy zagorzali miłośnicy kochają go za to samo? Czy, wreszcie, można nie tolerować pewnych płyt, a cenić i/lub uwielbiać inne? Odpowiedź jest oczywista.

Wściekłej psychodelii, przede wszystkim pierwszego albumu, sam uległem niedawno, za to całkowicie. Czas The Dark Side of The Moon i kolejnych krążków wydawanych w dwuletnich odstępach pozostanie najsłynniejszy i najlepiej rozpoznany przez szerokie rzesze wyznawców grupy. W obu okresach prawie zawsze znajdowało się miejsce na wyciszenie, na gitarę akustyczną. Na piękną balladę.

Pierwszą porcję takiego grania otrzymaliśmy w lipcu 1969 roku na płycie More – w wielkim pośpiechu powstającym materiale będącym muzyczną ilustracją do filmu Barbeta Schroedera (podobno poganiany kwartet uwinął się z robotą w osiem dni). 

Dość rzadko wraca się dziś do tych utworów, a ja mam do nich wielką słabość. Wynika to z dwóch prostych faktów. Pierwszy to ten, że moi starsi bracia mieli tę płytę nagraną na jednej ze swych nielicznych taśm magnetofonowych. Drugi natomiast związany jest z uczestnictwem w obozie we Francji w 1977 roku. W ośrodku był do dyspozycji (niezbyt wysokich lotów) gramofon, a obok niego leżało bezpańsko kilka płyt. Po jedną z nich wyjątkowo chętnie sięgał pewien bardzo przystojny, długowłosy francuski nastolatek. 

To była właśnie More. Okładkę, nieco już sfatygowaną, wielokrotnie i nabożnie brałem do rąk i uważnie studiowałem. Dziś, po wielu, wielu latach, nawet jeśli potraktować ten materiał jako swego rodzaju szkicownik – tak wiele utworów na jednym krążku, nie licząc kolejnego filmowego dzieła Obscured By Clouds (1972), pojawiło się dopiero na The Wall – jest to szkicownik, jak przystało na wielki zespół, urody niepospolitej.

A w nim pod trzecią pozycją pojawia się przepełniony smutkiem i nostalgią numer Crying Song ozdobiony w finale solem gitary elektrycznej, którego autorstwa nie sposób pomylić. Dwa tracki dalej mamy Green Is The Colour, balladę w klasycznym, akustycznym wydaniu. Na proste akordowe granie gitary rytmicznej nałożone są jednak subtelne dźwięki gitary solowej, a całość wzbogaca jeszcze cudownie lekka partia fortepianu Wrighta oraz flet. A zaraz potem jeszcze jedna perła: Cymbaline. Znów świetne piano i nieoczywista piosenkowość. Element niepokoju słyszalny od samego początku rozrasta się wciąż mocniej i mocniej. Gitara oraz fortepian znikają, pozostają tylko psychodeliczne organy i bębny. Ta pieśń chyba bardzo zainspirowała panów z Rare Bird – w skądinąd bardzo dobrym kawałku House In The City.

Sporą porcję łagodności PF zaserwowali też rok później, na drugiej stronie Atom Heart Mother. Ale o tym to już może przy innej okazji.

*

Tytuł tekstu ma źródło w czymś niewiele młodszym niż More. Stare radioodbiorniki radiowe odbierały kilka zakresów fal, w tym krótkich. Jakość dźwięku była kiepska, stacje ciągle „uciekały”, odstrajały się, ale zdarzało się wśród nich namierzać te z mową naszego ówczesnego wielkiego brata. I gdzieś pojawiła się taka właśnie zapowiedź: „Igrajet kamanda Pinka Fłojda”.

[W NaTemat: 28 września 2014]

Kate Bush, The Man With The Child In His Eyes

kate_bush

Raz czy dwa zdarzyło mi się napisać o męskich głosach uwodzących kobiety. A teraz, tuż przed położeniem dłoni na klawiaturze, uświadomiłem sobie, że to do Kate Bush należy pierwszy kobiecy głos, któremu ja dałem się uwieść.

[more]

Był 1978 rok, miałem szesnaście lat, a Wichrowe wzgórza były wielkim przebojem także nad Wisłą. Na moją wyobraźnię nastolatka jeszcze mocniej podziałał fakt, że Bushka nagrywając tę piosenkę miała zaledwie trzy wiosny więcej, a ze zdjęć popatrywała na mnie seksowna dziewczyna w dżinsach i podkoszulku.

A jakiś czas potem dotarła do Polski kolejna piękna piosenka z tego albumu. I chyba w pewien sposób do dziś pozostałem tym mężczyzną o oczach dziecka, zupełnie nieodpornym na piękne, a przez to jakieś nieziemskie, eteryczne i nierealne damskie głosy, tkające w dodatku delikatne nuty. Dziś, po trzydziestu pięciu latach od wydania debiutanckiego krążka Bush – The Kick Inside – sięgam do niego z przyjemnością, a przy wywołanym do tablicy kawałku wciąż robi mi się miękko na sercu.

Niesamowity był ten wynalazek Davida Gilmoura. Bo to gitarzysta Pink Floyd podpowiedział ludziom z EMI, że powinni zainteresować się Kate. Jej głos z lekkością brał takie góry, że zapierało dech nie tylko w piersiach.

Natomiast osiem lat później, już jako wielka gwiazda, zaśpiewała razem z Peterem Gabrielem Don’t Give Up, jeden z najpiękniejszych fragmentów albumu So.

P.S. Wierzcie lub nie, z klipem zapoznałem się dopiero tuż przed opublikowaniem tego tekstu…

[26 listopada 2013]

Świnie nad miastem – Pink Floyd, Animals, 1977

W czasie kiedy dane mi było trochę liznąć wielkiego świata, gdy w 1977 roku spędziłem kilkanaście lipcowych dni we Francji – po drugiej stronie Kanału La Manche szalała punkowa rebelia. Rock’n’roll trząsł się w swych posadach, Po wspaniałych latach 1967-1975 muzyczna sinusoida wyraźnie zjeżdżała w dolne rejony. Największe grupy z tego okresu albo już z różnych powodów nie istniały, albo zmagały się z większą lub mniejszą niemocą twórczą. Tak intensywnie żyć – nagrywać, koncertować, nie rezygnując z uciech i używek – nie da się bezkarnie i bez końca.

[more]

Floydzi zwolnili tempo już nieco wcześniej – począwszy od Ciemnej strony księżyca nagrywali co dwa lata, ale nie czyniło ich to wolnymi od problemów związanych z tworzeniem nowego repertuaru.

Słucham po raz kolejny Animals zakupionego podczas wspomnianego pobytu we Francji – i wciąż łapię się na tym, że nie mam do tego krążka dystansu. Albo też, najzwyczajniej, mimo powszechnej „zmowy milczenia” wokół niego – tak samych muzyków, jak fanów – upartego niewracania do tego materiału muzycznego, jest to

bardzo dobry album.

Dwa lata wcześniej wyszedł słynny Wish You Were Here. Pewnie narażę się niejednemu czytającemu te słowa, ale już dawno stwierdziłem, że płyta to niewybitna, a z całą pewnością nierówna – dobrą, bardzo dobrą stronę drugą analogowego krążka poprzedza stanowczo nazbyt rozwleczona pierwsza część Shine On You Crazy Diamond oraz kiepski, industrialny i przypominający elektroniczne produkcje zachodnoniemieckie Welcome To The Machine.

Na płycie o dwa lata późniejszej takich dłużyzn nie ma. W ogóle – jest to dla mnie ciągle bardzo

interesujące połączenie progressive i hard rocka.

Na żadnej innej płycie gitara Gilmoura nie brzmi tak mocno i wyraziście, a jednocześnie, jak zawsze w jego przypadku, szlachetnie, bo to stylista wyborny. Choćby tylko dla samej gry Pana Davida warto tych nagrań posłuchać, dla genialnej solówki w finale Pigs (Three Different Ones), znakomicie wspieranej zresztą przez linię basu Watersa. Po Świniach mamy Sheep, czy nie jeszcze lepszy, a na pewno ostrzejszy kawałek – druga część analogowego wydawnictwa jest naprawdę wyśmiemita.

W tym miejscu chciałbym podzielić się pewną refleksją. Jeszcze jako nastolatek zakochany we Floydach doszedłem do wniosku, że płyty grupy z lat 70. znacząco różnią się od siebie, że każda ma swoje

wyjątkowe brzmienie.

Zasługa w tym Richarda Wrighta, który za każdym razem  trochę inaczej używał klawiszowego instrumentarium. Faceta, którego Waters wyrzucił z zespołu po The Wall, stwierdzając, że jest nietwórczy, że się nie rozwija. Oj, warto może spojrzeć do okładek płyt, by popatrzeć, przy jakich kawałkach pojawia się nazwisko nieżyjącego już niestety pianisty. Warto nadstawić ucha przy jego solowym Wet Dream z 1978 roku.

Roger Waters

to z jednej strony niekwestionowany lider zespołu, z drugiej – z upływem lat – coraz bardziej despotyczny władca. Nigdy nie umiałem, i do dziś nie umiem, strawić ani The Final Cut, ani jego solowych produkcji – napuszonych, operowo nadętych, rozpiętych pomiędzy szeptem i krzykiem, a pozbawionych tego, co w anglosaskiej muzyce najcenniejsze: bardzo szerokiego środka i średniego tempa. Płyt po prostu koszmarnych.

Wracając do Animals – podobno podczas trasy promującej to wydawnictwo członkowie zespołu stwierdzili, że tracą kontakt z publicznością, że zaczyna ich oddzielać od fanów coraz grubszy i większy mur. Być może dlatego nie sięgali do tych nagrań w następnych latach, podczas kolejnych tras, także tych już bez Watersa. Stacje radiowe też tych utworów nie grają, bo są po prostu zbyt długie. Proponuję więc sprawdzić samemu i zweryfikować moją opinię. Dla mnie zawsze już będzie to kawał wielkiej muzyki.