Big Day: pięć minut w mocnym świetle

pobrane5

Trzynaście piosenek składających się na debiutancki album wyraźnie nawiązywało do amerykańskiej muzyki epoki dzieci-kwiatów.

[more]

*

Lata 90. to szczególny czas w polskiej muzyce. W pełni przystawalny do każdej innej sfery ówczesnego życia. 4 czerwca 1989 roku skończyła się komuna, wszyscy zachłysnęliśmy się wolnością. Na podbój muzycznych scen ruszyła kolejna fala wykonawców, w większości tych urodzonych na początku lat 70. Wielu spośród nich miało w swym repertuarze piosenki śpiewane nie tylko po polsku, ale i angielsku.

Młodzi muzycy

– ale chyba nie tylko oni – naiwnie wierzyli, że skoro wreszcie otwieramy się na świat, to i świat otworzy się na nas, ba! – przyjmie nas z otwartymi ramionami. Że w związku z tym karierę będzie dało się zmierzyć w zupełnie innej skali niż kilometry kwadratowe między Bałtykiem i Tatrami, między Odrą a Bugiem. W muzyce skończyło się to wszystko na nic nieznaczącym artystycznie, protekcjonalnym geście, w efekcie którego Edyta Górniak w 1994 roku, pierwsza reprezentantka naszego kraju w konkursie Eurowizji, zdobyła drugie miejsce.

O Big Day dowiedziałem się z cyklicznego programu Zbigniewa Hołdysa, bodaj półgodzinnego, jaki wówczas prowadził na antenie TVP. Świetnym pomysłem było prezentowanie obiecujących debiutantów. Były lider Perfectu zdecydowanie miał nosa – przypuszczam, że występ u niego stał się dla olsztyńskiego kwartetu trampoliną do ogólnopolskiej popularności.

Któregoś dnia w 1994 roku przyniosłem do domu dwa kompakty wydane przez Izabelin Studio: drugi album Heya, Ho!, i pierwszy BD – W świetle i we mgle. Ten drugi bez instrumentalnych fajerwerków, za to z materiałem zdradzającym niemały talent kompozytorski. Trzynaście piosenek, zaśpiewanych w części w rodzimym języku, w części po angielsku, wyraźnie nawiązywało do amerykańskiej muzyki epoki

dzieci-kwiatów, 

tak jak efektowne logo zespołu do słynnej pacyfy. Wpadające w ucho, zgrabne melodie i przyjemny wokalny dwugłos damsko-męski muzycznej i życiowej pary, Ani Zalewskiej i Marcina Ciurapińskiego przyniosły zespołowi dużą popularność. Przywodziły na myśl z jednej strony dokonania takich zespołów jak np. Jefferson Airplane z Grace Slick jako frontmanką, a z drugiej korespondowały z wczesnymi nagraniami rzeszowskiego Breakoutu i duetu Mira Kubasińska – Tadeusz Nalepa. Nie od rzeczy chyba będzie w tym miejscu wspomnieć także Edie Brickell, która pod koniec lat 80. wraz z zespołem New Bohemians udanie przypomniała klimaty sprzed dwóch dekad.

„Tylko Rock” uznał płytę za najlepszy debiut 1994 roku, była ona też nominowana do Fryderyka. Wydany rok później drugi krążek, zatytułowany Kalejdoskop, rozszedł się w ponadstutysięcznym nakładzie, stając się Złotą Płytą i przynosząc bodaj największy przebój zespołu, 

Przestrzeń.

A potem nastąpiła w składzie pierwsza z całego szeregu zmian. Dzień trzeci z 1996 roku nie powtórzył już sukcesu poprzednich krążków, zaczęło jakby brakować świeżości. Ale prawdą też jest, że na ciasnym ryneczku lidla niezmiernie ciężko  się utrzymać, ludzie gonią wciąż za nowymi wrażeniami – wytwórni nagraniowych i producentów nie wyłączając. Prędzej więc da się szansę nowemu wykonawcy na debiut niż nieco starszemu na czwartą czy piątą płytę, jeśli popularność tego drugiego wyraźnie spadła i nie daje już gwarancji sprzedaży płyt na odpowiednim poziomie.

Kapela dowodzona niezmiennie przez małżeństwo Ciurapińskich działa do dziś, ale z dala od radiowych anten i chyba już tylko dla garstki najzagorzalszych fanów. Ostatnią jak dotąd płytę wydała w 2012 roku.

[W NaTemat: 19 lutego 2017]

Très. b, 40 Winks of Courage, 2012

Po bezskutecznym przeszukaniu regałów w sklepie na „s”, podszedłem do sprzedawcy. – Czy jest płyta tre be? – i widząc wyczekujące spojrzenie, dodałem – Pisze się to „tres be”.

– A, tres bi!

– No, raczej tre be, bo to z francuska – uśmiecham się.

Sprzedawca zagląda do komputera i po chwili oświadcza, że będzie pod „t” na zagranicznych płytach.

– No tak, w końcu tylko jedna trzecia zespołu jest polska.

[more]

Daleki jestem od wymądrzania się, w wielkim sklepie znajdują się tysiące płyt, a ludzie potrafią wynaleźć przedziwne nazwy i nazwiska. Nie wymagam więc od sprzedawców bycia omnibusami. Ale skoro już dochodzi do takiej rozmowy, to – na ich miejscu – próbowałbym zaspokoić ciekawość i wypytać nieco klienta. Chyba że tej ciekawości niestety nie ma.

Trẻs. b przebijają się powoli

do świadomości polskich rockfanów. Droga zdaje się ciernista i nieznaczona szczególną pomocą mediów. A przecież – za swój debiut fonograficzny (The Other Hand) – zespół otrzymał Fryderyka, a w ostatni wtorek w jego ręce trafił muzyczny Paszport „Polityki”.

Jeśli mówienie i pisanie o graniu sprzed paru dekad jest w pewien sposób łatwiejsze, bo myśli i wrażenia zdążyły już się w głowie uleżeć, to ten sam zabieg w odniesieniu do dokonań lat ostatnich sprawia mi czasem trudność. Jest tego – wykonawców i płyt – cały ocean. Co program radiowy, co prezenter – to nowe nazwy i inne typy, podobnie gdy otworzyć gazety bądź internet. Trudno jedną głową to ogarnąć, nie mówiąc już o próbie – choćby na swój prywatny użytek – usystematyzowania tego. Na szczęście ciągle powraca do mnie zbawienna myśl, że słuchanie muzyki sprowadza się do dość prostej operacji – dania piosenkom mniejszej lub większej liczby szans i, w końcowym rozrachunku, albo się one podobają (trochę lub bardzo), albo nie.

Indie rock

stał się w ostatnich latach pojęciem – wytrychem przy mówieniu o muzyce. Wielce pojemnym, prawie bezdennym. Trẻs. b mieszczą się w tej formule. Trio, którego członkowie mają korzenie polskie, duńsko-angielskie i holendersko-amerykańskie – głos Misi Furtak i jej bas, do tego gitara i bębny – z pewnością nie wytycza nowych rockowych szlaków. A jednak słuchanie tej niewiele ponad czterdziestominutowej płyty (drugiej w dorobku kapeli) dostarcza miłych dla uszu wrażeń. Jeśli nazwiemy to popem, pewnie nikt się nie obrazi.

Tyle że pop w rockowym instrumentarium budzi pewne nadzieje. Realizujące się nie zawsze, ale w przypadku tej formacji z pewnością tak. Sporo tu dobrych tradycji – i merseybeatu, i gitarowego grania lat 80. (The Smiths) oraz następnych. I pewnie wymienianie nazw można by ciągnąć dalej, choćby po to, by spróbować nieznającym jeszcze grupy czytelnikom przybliżyć jej muzykę.

Szlachetnie zagrana piosenka

bronić się będzie długo.

Gorzej z łaskawością  słuchaczy i wszelkich okoliczności. Słuchając Trẻs. b mam pewne skojarzenia z olsztyńskim Big Day (zwłaszcza kawałek Head Or Tail), który swą debiutancką płytę wydał w 1994 roku, obficie czerpiąc z klimatów kalifornijskich. Big Day działa do dziś, wydając kolejne płyty, ale mało kto już o nich pamięta. Wolałbym więc, by Trẻs. b powoli, ale na dłużej zyskiwali sympatię ludzi. By ciągle widzieli przed sobą kolejne szczyty do zdobycia. By im nie brakło talentu i sił do realizacji artystycznych zamierzeń. I, najzwyczajniej, szczęścia. Polski rynek muzyczny jest lichutki i nie tak łatwo na nim się ostać. Niech więc gwiazdy im sprzyjają, bo dobrej muzyki nigdy za wiele.