
Trudno dociec, co dokładnie stoi za takim pomysłem na przebieg kariery artysty w XXI stuleciu. Bezspornym natomiast faktem jest to, iż Joe Bonamassa chyba nikomu, nawet najzagorzalszemu fanowi, nie da stęsknić się za sobą, za nowymi nagraniami, za kolejnymi płytami, za koncertowymi wersjami swoich utworów.
[more]
Beth Hart podejmując cykliczną współpracę z tym gitarzystą i wokalistą, chcąc nie chcąc zdecydowała się na określone warunki gry, na wpisanie działań duetu w całość dokonań swojego przyjaciela.
Moi synowie postanowili natomiast uraczyć mnie stosownym dla zainteresowań prezentem z okazji 23 czerwca. Stanęło na tym, że w domu pojawił się pierwszy od ponad dwudziestu lat
album analogowy
– Live In Amsterdam rzeczonej dwójki wydany w marcu bieżącego roku. Winyle są drogie – i przyznam bez owijania w bawełnę, że to przede wszystkim ich ceny powstrzymywały mnie i powstrzymywać będą przed regularnymi zakupami. Zawsze będę się upierał, że najważniejsza jest muzyka, nośnik jest sprawą drugorzędną, przy zachowaniu oczywiście przyzwoitości i poszanowaniu praw autorskich. Za 139 złotych (bo tyle kosztował ten trzypłytowy album) można by zakupić znacznie więcej muzyki, niż to miało miejsce w tym przypadku. No, ale bajer jest i frajda też.
Jest też coś więcej, mimo iż trudno nie czuć w sobie pewnego
oporu materii
– ilość płyt sygnowanych przez Joego Bonamassę jest tak olbrzymia, wręcz przytłaczająca, że nie sposób wyzbyć się całkowicie nieufności. I, na dodatek, nie pomaga świadomość, że BH i JB zabierają się za koncertowe wydawnictwo po opublikowaniu dwóch zaledwie studyjnych albumów.
No i co? Płyta się kręci, jedna, potem druga i trzecia – raz, drugi i piąty. Muzyka z wolna płynie do uszu. I z każdym kolejnym opuszczeniem ramienia gramofonu na rozbiegówkę robi się coraz piękniejsza. I nawet jeśli głowa broniła się przed tą myślą – dochodzę do rozbrajającej konstatacji, że mam do czynienia z bluesowym (czy tylko?) mistrzostwem świata: jest niespiesznie i niegwałtownie. Swingująco i po prostu bardzo smakowicie.
Najpierw
porywają mnie i nie chcą już puścić
nagrania umieszczone na stronach B i C wydawnictwa: Close To My Fire, mój faworyt w tym zestawie – Rhymes, Something’s Got A Hold On Me, Your Heart Is Black As Night, Chocolate Jesus, Baddest Blues oraz Someday After Awhile (You’ll Be Sorry). A jak już porwą i parę razy przekonają o swej bezspornie wysokiej jakości i świetnym wykonaniu – droga do ufnego wsłuchania się w całość zostaje otwarta.
Potężny głos Beth Hart to coś, co wciąż zadziwia. Przecież – wydawałoby się – przy takim sposobie jego używania powinien słabnąć w miarę, jak mijają kolejne minuty koncertu, powinien zdradzać oznaki zużycia, bolesnego wręcz zniszczenia zmuszającego wokalistkę do coraz ostrożniejszego nim operowania, by w ogóle dotrwać do końca występu, a potem natychmiast rozpocząć kurację zdrowotną umożliwiającą za dzień lub dwa kolejne wyjście na scenę. Nic z tych rzeczy – to już wiem, znam, bo miałem radość oglądać dwa jej koncerty.
Zespół towarzyszący gra trochę inaczej niż stały band BH – mniej rockowo, nie ma tu dosypywania do pieca, więcej natomiast
bluesowych wycieczek
w stronę soulu, a nawet klimatów musicalowych (jak w Them There Eyes, klasyku, który miały w swym repertuarze Billy Holiday, Ella Fitzgerald czy Sarah Vaughan). Gitara Bonamassy zwykle oszczędna, ale wirtuozowska, sekcja bez zarzutu, do tego klawisze oraz tu i ówdzie stylowe dęciaki.
I można by tak pozostać w zasłuchaniu, w zatopieniu się w te pulsujące nuty, raz po raz wręcz w zachwycie. W delektowaniu się szlachetnym trunkiem trochę przeszkadza świadomość, iż ten materiał – zamiast starczyć na dobre dwa lata, służyć do wielokrotnego sączenia w letnie i zimowe popołudnia czy wieczory – wtapia się w wielką górę wydawnictw sygnowanych nazwiskiem JB. Jest to jednak, mimo wszystko, wierzchołek tej góry, wszak w ostatnich trzech latach Dżej Bi nagrał dopiero trzeci album z Bi Ejcz. A to nie jest jeszcze nieznośnie przytłaczająca dawka.
(Beth Hart & Joe Bonamassa, Live In Amsterdam, 2014)
[W NaTemat: 15 lipca 2014]


