Zapuszkowani na gorąco – Miś, Ślepa Sowa i Canned Heat

Początek i koniec kawałka On The Road Again Canned Heat stanowił sygnał wczesnoporannej audycji nadawanej w latach 60. w pierwszym programie Polskiego Radia, nie pamiętam już jakiej. Ciekawe, jak udało się w tamtym czasie użyć do tego celu utworu pochodzącego z wrogiego kraju imperialistycznego. Może ktoś wmówił decyzyjnej osobie, że to blues, czyli muzyka uciśnionych Murzynów?

[more]

Losy, jeśli chodzi o kolor skóry jej członków, białej kapeli, utworzonej w 1965 roku, są długie, poplątane i znaczone licznymi zmianami składu. Nic jednak nie może się równać z pierwszym okresem funkcjonowania, najznaczniejszym i obfitującym w znakomite

boogie-bluesowe nagrania.

Światowy rozgłos przyniosły zespołowi występy na festiwalach w Monterey (1967) i Woodstock (1969).

Grupa czerpała z klasyki gatunku, wykonując utwory M. Watersa, W. Dixona, B.B. Kinga czy E. Jamesa. W 1971 roku nagrała nawet dwupłytowy album z jednym ze swoich mistrzów – Hooker’n’Heat.

Boogie, które dziś częściej kojarzy się na przykład z łojeniem ZZ Top, może mieć zupełnie inne oblicze. On The Road Again, Going Up To The Country, Poor Moon czy Time Was należą do najważniejszych i bardzo charakterystycznych utworów w repertuarze CH, a to za sprawą przede wszystkim niepowtarzalnego głosu, ale i gitary oraz harmonijki Alana „Blind Owl” Wilsona.

Tego, który w 1970 roku otworzył wrześniowo-październikową, czarną serię wśród dwudziestosiedmioletnich rockmenów (krótko po nim przenieśli się w zaświaty Jimi Hendrix i Janis Joplin). Jedna z hipotez mówi o samobójstwie – że

przedawkował świadomie,

nie potrafiąc poradzić sobie z ciągłymi depresjami.

Drugi współtwórca zespołu, wokalista i gitarzysta Robert „The Bear” Hite, zmarł na atak serca w 1981 roku, mając zaledwie trzydzieści sześć lat.

Grupa wielokrotnie zawieszała i wznawiała działalność, działa i dziś, jednak nigdy już nie cieszyła się taką popularnością, jak w pierwszych latach istnienia. Niewiele tu zmieniał fakt, iż do udziału w swych nagraniach wielokrotnie zapraszał członków zespołu, m.in. Waltera Trouta, John Mayall.

Półtorej tygodnia

Z pomieszania win, czyli rodzajów, wychodzą zwykle mało zgrabne rzeczy. Nagminnie używane również przez przedstawicieli tych zawodów, które są szczególnie odpowiedzialne za szerzenie kultury języka.

[more]

Rozróżniamy trzy zapachy: męski, żeński i spod pachy. To jest, chciałem powiedzieć, trzy rodzaje: męski, żeński i nijaki. Męski, czyli „ten” – rok, miesiąc, tydzień, zielony. Żeński, czyli „ta” – minuta, godzina, zielona itp. Dlaczego więc tak często w eterze unoszą się frazy typu: półtorej roku, półtorej tygodnia? Przecież tylko półtora (tego) chleba jest prawidłową formą, tak samo jak półtorej (tej) godziny.

 



ZaGrammy to jak zwykle po swojemu – JJ Cale & Eric Clapton: The Road to Escondido, 2006

Jako wychowanek radiowej Trójki raz po raz sprawdzam swoje stare i nowsze ślady na katowickiej częstotliwości 99,7 MHz. Wychodzi na to, że moje muzyczne upodobania, kształtowane przed laty przez Piotra Kaczkowskiego, są dziś dość odległe od klimatów wciąż bardzo obecnych w programach redaktora. Nie przesadzając z wpływami, bo to w moim wieku po prostu niemożliwe, już od dawna znacznie bliżej mi do propozycji Wojciecha Manna. Wielokrotnie zabarwionych niegdysiejszym „Bielszym odcieniem bluesa”, kiedyś – wspólnym dziełem jego i Jana Chojnackiego.

[more]

Bliżej do źrodeł rokendrola,

do nieskomplikowanego gitarowego grania, które – w moim odczuciu – lepiej znosi upływ czasu niż uwznioślające próby progrockowe. Świetne kiedyś, w swych pierwszych i najlepszych realizacjach, ale dziś zwykle nieświeże i pretensjonalne. Bliżej do źródeł, choć niekoniecznie do bluesa w czystej postaci.

Lay Down Sally, czyli piosenka z płyty Slowhand (1977), zaprezentowana przed laty przez P. Kaczkowskiego, wydała mi się, nastolatkowi, błaha i zupełnie na aucie rockowych dokonań. A dziś jest tak, że wciąż lubię, jak band dosypie do pieca, ale coraz bardziej pomlaskuję z zachwytu nad takim, bez przeproszenia, popierdalaniem Knopflera czy Claptona. A ten ich luz to – najwyraźniej – patent nieodżałowanej pamięci JJ.

Na The Road to Esondido składa się

czternaście utworów,

dwanaście z nich to kompozycje Cale’a, pod dwiema, raz jako współautor, podpisany jest Clapton. A więc znane proporcje. E. C., wiadomo, jako instrumentalista jest majstrem z tych najprzedniejszych. Tyle że od dawna już nienadużywającym, także ślizgania się po gryfie. Dzięki temu lekkie i zwiewne piosenki JJ zyskują rys gitarowego mistrzostwa, nie tracąc nic ze szlachetnej prostoty i łagodności. Plejada gwiazd wśród sajdmenów tak samo doskonale wie, jak należy wykonać swoją robotę.

Efekt jest wspaniały,

zdecydowanie ponadczasowy, godzien tej jednej jedynej Grammy, jaka stała się udziałem Cale’a – w 2008 roku. Wchodzimy w świat dźwięków daleki od wypełnionych terminarzy, szalonego tempa wielkich miast, hałasu klaksonów i wykrzykiwanych przekleństw. Co prawda tylko na niespełna godzinę, ale jak to dobrze, że byli i ciągle wśród nas są tacy, którzy z ucieczki od zgiełku potrafili i potrafią uczynić sposób na życie. Bo to właśnie dzięki ich muzyce my sami możemy codziennemu wariactwu uszczknąć kwadranse smakowitego wyciszenia.



Crème de la crème – zmarł Jarosław Śmietana

To, że „biorą z każdej półki”, uświadamiamy sobie mniej więcej, gdy jesteśmy nastolatkami. Sześćdziesiąt dwa lata to śmierć przedwczesna, nie z powodu starości i jej rozlicznych niedomagań, a – w tym przypadku – okrutnego nowotworu.

[more]

Nie będę udawał znawcy jazzu ani szczególnego miłośnika talentu Pana Jarosława, lecz przecież dorastałem i starzałem się, wciąż mając świadomość Jego obecności i bardzo ważnego miejsca w polskim jazzie.

W rodzimym środowisku ten krakowianin z urodzenia i absolwent katowickiej PWSM zagrał chyba ze wszystkimi, zdążył dokonać nagrań ze Zbigniewem Seifertem, znakomitym skrzypkiem, którego w wieku niespełna trzydziestu trzech lat, w 1979 roku, także pokonał rak. Stał na czele Extra Ball (1974-84) i kilku innych formacji. Nagrywał i koncertował z tuzami – Johnem Abercrombiem, Artem Farmerem czy Didierem Lockwoodem.

Nie stronił od innej muzyki, sięgał do bluesa i rocka. W 2008 roku z Wojciechem Karolakiem, Pawłem Mąciwodą (tym od Scorpions) i Krzysztofem Dziedzicem, z gościnnym udziałem m.in. Nigela Kennedy’ego,  nagrał album Psychedelic. Music of Jimi Hendrix, na którym także… śpiewał.

W 1998 roku otrzymał Fryderyka za krążek Songs and Other Ballads. Był także nauczycielem akademickim w Krakowskiej Szkole Jazzu i Muzyki Rozrywkowej.

 

Miejsce, w którym zakrzywia się czas

Każda doba ma dwadzieścia cztery godziny, każdy rok dwanaście miesięcy. A jednak, mimo tej bezwzględnej i upiornie działającej matematyki, pewne rachunki i wyliczenia – dokonywane na własny użytek – czasem (nomen omen) zadziwiają.

[more]

I tak oto konstatuję, że pierwszy zakup płytowy, jakiego dokonałem, od pierwszego nabytku CD (Pearl Janis Joplin) dzieli raptem trzynaście lat – 1977 i 1990. Od tamtej pory mijają dwadzieścia trzy lata i może tylko obecność w domu dwóch facetów wyższych ode mnie o pół głowy dowodzi poważnych zmian, jakie w tym okresie się dokonały. Jak to zdążyłem, za przeproszeniem, się posunąć.

W 1977 nie byłem nawet absolwentem szkoły podstawowej, zaś w 1990 żonatym od trzech lat facetem, z żoną w mnogiej ciąży. Za sobą miałem trzy szkoły, dwie zmiany adresu i pierwsze rozczarowania dorosłego człowieka. Cały ogrom zdarzeń.

Z jednej strony pojawienie się dziecka, a cóż dopiero dwojga naraz, wywraca świat do góry nogami, a z drugiej – właściwie nie dzieje się już w życiu nic, co mogłoby się równać siłą doznań z okresem dzieciństwa i młodości.

Więc niby jest bardziej liniowo, a jednocześnie – w tej liniowości – czas zdaje się poruszać ruchem jednostajnie przyspieszonym. Dni, tygodnie i lata pędzą coraz bardziej naprzód, zupełnie oszalałe. Na łeb, na szyję, na złamanie karku. Szum w głowie wciąż się wzmaga, spraw wszelakich co dzień sporo, ale tych istotnych niewiele. Zupełnie na odwrót niż dawniej, kiedy było ich mało, a wszystkie wagi niezmiernej. Nowych książek regały pełne, ale jakby treść ich bez znaczenia w większości, płyt ilość nie do ogarnięcia, ale gdzież im do tych z lat 60. czy 70.

Tyle że świat się skurczył, przybliżył, a i my – nareszcie – do świata także. Więc niech tam, niech będzie, niech strzyka w kościach, jeśli musi. Narodzin wokół coraz mniej, pogrzebów coraz więcej.

Pamięć szczęśliwie ciągle dopisuje (to i owo). Na przykład ze studenckich czasów pierwsze lub jedne z pierwszych tomiki poetyckie ludzi parę lat ode mnie, od nas starszych. Przewidujące Wszyscy podpiszemy nasze spuszczone oczy Włodzimierza Dulemby. Pogodzone Jeszcze żyjemy Aleksandra Rybczyńskiego. Najnowszy testament Dariusza T. Lebiody. Albo Strefę skażeń Piotra Bratkowskiego. Strefa się zmieniła, skażenia pozostały. A może – strefa pozostała ta sama, a skażenia się zmieniły?

           *

     kiedy wejdą tu do nas

     uchylą drzwi

     zrobią ostre światło

     i rentgeny języków

 

     co zrobimy wtedy z oczami

     gdzie schowamy ręce

     gdzie podziejemy nasze kroki

 

Wyrwane z kontekstu: Shocking Blue, Venus

Parodniowa przerwa w codzienności żony i mojej przeznaczona na Amsterdam jest dobrym pretekstem, by sięgnąć – nie pierwszy zresztą raz – po holenderskie granie. Shocking Blue to kapela z Hagi, której aktywność przypadła na lata 1967-1974.

[more]

Venus, jej największy przebój, który zawędrował na sam szczyt „Billboardu” w lutym 1970, jest dla mnie jeszcze jednym pocztówkowym wspomnieniem. Wydawało mi się przez lata, że to piosenka już zwietrzała, będąca nieodrodnym dzieckiem swojej epoki, czyli końca lat 60. Kiedy jednak kolejne pokolenia rockmanów coraz śmielej zaczęły sięgać do tamtych brzmień, stała się – jak chyba nigdy – aktualna i bardzo na czasie.

Jeśli dać szansę starej, a jednocześnie nieznanej muzyce, okazuje się, że grupa niezłych utworów ma w dorobku więcej. Co stwierdziłem po zapoznaniu się z jej „debestofem”.

Tu pozostanę przy tym jednym numerze, w którym śpiewa Mariska Veres, wówczas młodziutka, dwudziestodwuletnia dziewczyna, o romsko-węgiersko-francusko-rosyjskich korzeniach. Veres zmarła w 2006 roku, mając pięćdziesiąt dziewięć lat.

Venus znalazła się w repertuarze wielu innych wykonawców. Najpopularniejszą wersją jest ta Banamaramy z 1986 roku. Inny cover, Love Buzz, znalazł się na pierwszym singlu oraz debiutanckim albumie Bleach Nirvany. Fragment tego samego kawałka wykorzystali Prodigy w utworze Phoenix.



Cover to Cover: Robert Johnson i The Jeff Healey Band, Stop Breakin’ Down

W ścisłym związku z wpisem o „Klubie 27” rozpoczynam dziś nowy cykl. Nie jest to, mam nadzieję, strzelanie do własnej bramki. Bo choć upieram się raz po raz, że rokendrol to muzyka oryginału, jednak roi się w niej od kolejnych wykonań bardziej i mniej znanych utworów. Kolejnych wykonań nieraz bardziej znaczących od pierwowzoru. Dla mnie istotnym wyróżnikiem będzie odmienność wersji, ale nie zawsze i nie tylko to.

Na pierwszy ogień – coś z samego początku.

[more]

Cover to Cover

to tytuł albumu Jeffa Healeya z zespołem (1995). Skoro stąd zaczerpnąłem tytuł cyklu, to wypada zacząć od niego. A na wymienionym krążku mamy nowe wersje piosenek W. Dixona, Creedence Clearwater Revival, Cream, Beatles, Led Zeppelin czy J. Hendriksa. Oraz Roberta Johnsona, urodzonego w 1911 roku czarnego bluesmana, którego wykonania i sposób gry na gitarze wywarły wielki wpływ na dzieje bluesa i rocka.

Wydawałoby się, że

romansowanie z mężatką

jest bezpieczniejsze niż z panną. Ta ostatnia przecież może chcieć wszystkiego i od razu, zamężna pani, sama świadoma pewnych ograniczeń, zwykle jest ostrożniejsza w żądaniach. Co jednak zrobić z zazdrosnym mężem? Dziś już nie dowiemy się, kto przygotował, kto podał do wypicia truciznę, a kto chciał – i czy rzeczywiście – go przed tym powstrzymać: kochanka czy jej mąż? Dwudziestosiedmioletni Robert wyzionął ducha, ale jego – siłą rzeczy niedoskonałe technicznie – nagrania parę dziesiątków lat później wywarły wielki wpływ na kilka pokoleń gitarzystów.

W 1961 roku ukazał się album King of the Delta Blues Singers zbierający piosenki Johnsona, zdaniem wielu – jeden z najlepszych albumów bluesowych w historii.

Jeff Healey

też już, niestety, nie żyje. Ten Kanadyjczyk urodził się w 1966 roku, a jako roczne dziecko stracił wzrok. Mimo to bardzo szybko nauczył się grać na gitarze i trąbce. Tę pierwszą trzymał płasko ułożoną przed sobą, co – przy wspaniałej technice – pozwalało mu osiągać wyjątkowe efekty brzmieniowe.

Już jako nastolatek stał na czele własnego tria, szybko zyskując opinię wirtuoza. Występowali z nim B.B. King, Steve Ray Vaughan, Mark Knopfler, George Harrison, Eric Clapton, Buddy Guy, Ian Gillan czy ZZ Top.

Był zapalonym kronikarzem, zgromadził olbrzymią płytotekę klasyków bluesa i jazzu. Posiadał ponad trzydzieści tysięcy płyt (!) nagranych jeszcze na 78 obrotów na minutę.

Tak jak nowotwór odebrał mu wzrok, nie pozwolił również dożyć czterdziestych drugich urodzin. Healey zmarł w marcu 2008 roku.



Blues molowy o „Klubie 27”

Klub powstał dawno temu, ma otwartą formułę i doczekał się nawet własnego artykułu w Wikipedii. Kilkoro jego członków wywarło wielki wpływ na muzykę rockową. Wpływ zdecydowanie artystyczny, aczkolwiek niehigieniczny tryb życia i przedwczesna śmierć stanowią nierozerwalną część ich legendy.

[more]

Bezmyślność i okrucieństwo losu zawsze towarzyszyło ludzkiemu istnieniu. Zawsze też informacje o śmierci ludzi znanych, popularnych, lubianych rozpalały głowy i prowokowały do dyskusji. Chcesz stać się legendą? Umrzyj, najlepiej młodo.

Na jedyny taki w historii,

rokendrolowy ferment

– końca lat 60. i początku 70. – złożyło się parę czynników. Pokoleniowy – wejście w czas dorosłości ludzi niepamiętających drugiej wojny światowej. Polityczny – konflikt w Wietnamie, w który zaangażowane były USA i Wielka Brytania. W pierwszym przypadku skutkowało to tysięcznymi powołaniami do armii, wyjazdem na azjatycki front i, w stanowczo zbyt wielu przypadkach, powrotem do ojczyzny w trumnie lub na wózku inwalidzkim.

Kulturowy, artystyczny – rokendrol osiągnął dojrzałość. Do lamusa odchodziły dwuipółminutowe piosenki o miłości chłopca do dziewczyny zilustrowane dość nieporadnym, amatorskim potraktowaniem instrumentów. Wokół tej niewiarygodnie szybko dojrzewającej muzyki skupiło się mnóstwo zjawisk. Rock stał się

sposobem na życie.

Dla wybranych na scenie, dla większości – wokół niej. Dla wszystkich – sposobem na ucieczkę. Od nudy, norm społecznych, zastanego porządku. Sposobem na odreagowanie. Także – za sprawą używek. Najwyższe wzloty artystyczne przeplatały się więc z ludzkimi upadkami.

Aż wreszcie w sidła śmierci, co było nieuchronne, zaczęli wpadać ci najwięksi. Oklaskiwani przez miliony, kochani, uwielbiani. Tak się złożyło, że w ciągu trzydziestu dwóch dni 1970 roku pożegnało się z tym jedynym znanym nam światem trzech znakomitych wykonawców, rok z niewielkim okładem wcześniej zmarł członek jednej z najsłynniejszych grup nie tylko tamtych czasów, a w lipcu 1971 przez „drzwi percepcji” przeszedł kolejny z największych.

Alan „Blind Owl” Wilson, współzałożyciel Canned Heat, przedawkował 3 września, Jimi Hendrix – 18 września, Janis Joplin – 4 października 1970 roku. 4 lipca 1969 wyciągnięto z jego prywatnego basenu martwego Briana Jonesa, dopiero co wyrzuconego z The Rolling Stones. Niemal równo dwa lata później, 3 lipca 1971 w Paryżu, znaleziono w wannie nieżywego Jima Morrisona. Dwa lata, pięć trupów z najwyższej rokendrolowej półki. Wystarczy?

Bluesowo-rokendrolowy pokój w „Klubie 27”

otwarł jednak wiele lat wcześniej, bo w 1938 roku, uważany za pioniera współczesnego łojenia Robert Johnson. Genialny Murzyn, na którego wciąż powołują się najwięksi z największych gitarzystów.

„Klub 27” to umowne i bardzo pojemne hasło. Miejsce, do którego w ostatnim dwudziestoleciu wejściówki otrzymali Kurt Cobain i Amy Winehouse. Lecz przecież śmierć zagościła wśród rokendrolowców tak samo, jak w każdym innym środowisku. A właściwie zdecydowanie wyraźniej, bo ludzie związani z tą muzyką – jak to zwykle z niepokornymi artystami bywa – byli i są bardziej skłonni niż przeciętni śmiertelnicy smakować życie we wszelkich jego przejawach. Także takich, kiedy bezustanne balansowanie na cienkiej i kruchej granicy kończy się jego – życia – utratą.

Jak zaraziłem się odrą, świnką i muzyką

Od czego to wszystko się zaczęło? Szukam w pamięci jakiegoś konkretnego, pierwszego muzycznego obrazu, ale – jak to zwykle bywa – znajduję nie jeden, ale strzępy przynajmniej kilku.

Mam parę lat i biorę do ręki plik bardzo starych płyt, wytwarzanych z kruchego szelaku, tych na 78 obrotów. Jedna z nich spada na podłogę i tłucze się. Z niepokojem spoglądam na rodziców siedzących obok, ale mama tylko mówi: „Nic się nie stało”.

[more]

Jakaś, jedna z wielu, popołudniowa „sesja muzyczna” – uświadamiam sobie, że dopóki rock’n’roll nie zawładnął głowami i sercami moich starszych braci, zdarzało się, iż słuchaliśmy płyt całą rodziną – pamiętam jakieś pocztówki z Małym księciem Katarzyny Sobczyk czy piosenkami Krystyny Konarskiej oraz sióstr Panas.

W drugiej połowie lat 60. pojawia się „Symfonia” – sporych rozmiarów

radioodbiornik z gramofonem

w jednej obudowie. Wyposażony był w tzw. magiczne oko – charakterystyczną lampę będącą wskaźnikiem dostrojenia do częstotliwości nadawania wyszukiwanej stacji. Posiadał otwieraną z góry pokrywę, w tylnej ścianie wycięty otwór, aby móc zmieścić na talerzu płytę długogrającą. Ponadto przełącznik obrotów: 78 (na najstarsze, łamliwe), 45 (na single i tzw. czwórki) i 33 i 1/3 obrotu na minutę na LP.

Pierwsze „epokowe” wspomnienie – to, które odmieniło życie i świadomość dwóch nastoletnich chłopaków i jednego pięcioipółletniego brzdąca. 1968 rok, styczniowa wizyta mojej znacznie starszej kuzynki z mężem. I obok urodzinowego prezentu dla mamy –

Dziwny jest ten świat,

czyli pierwsza długogrająca płyta Czesława Niemena. Nie zapomnę błysku, jaki mieli w oczach moi bracia, Grzegorz i Andrzej (ja też, choć znacznie mniej z tego rozumiałem). Tego pietyzmu i nabożnej czci, z jaką Grześ wyjął krążek z okładki, a następnie foliowego worka, i położył na talerzu. Podniósł ramię, jak to się wtedy mówiło, adaptera, odchylił je w prawo, co powodowało uruchomienie napędu talerza, i delikatnie położył igłę na „rozbiegówce” płyty.

Muzyczne drogi rodziców i nas, trójki ich synów, rozeszły się bezpowrotnie. Ta płyta to było nawet nie cięcie nożycami – to było

uderzenie topora.

Lawina ruszyła. Młodość moich braci, a moje dzieciństwo, to najwspanialszy okres w muzyce rokendrolowej. Wtedy nie mogliśmy tego wiedzieć, takie rzeczy widać dopiero z pewnego oddalenia, z perspektywy czasu, ale nikogo nie muszę przekonywać, że okres 1967-1975 zaowocował najwspanialszymi płytami rockowymi.

Drugie istotne wspomnienie – tata z Andrzejem powracający „z miasta”. Ojciec na zakupach to w ogóle był w naszym domu ewenement, ale on kupujący magnetofon, kiedy już wiedział, że pod rodzinnym dachem nie będzie rozbrzmiewać łagodna i banalna piosenka pop o tradycjach francusko-włoskich, to wydarzenie bez precedensu (bo też nigdy potem nie przyłożył ani ręki, ani portfela (poza paroma płytami-prezentami przywiezionymi ze Związku Radzieckiego), ani ucha do naszych fascynacji.

A jednak – wtedy, w późnojesienny wieczór 1970 roku – stali w drzwiach z

ZK120,

produkowanym w Polsce na licencji Grundiga. Prostym, dwuścieżkowym magnetofonem szpulowym, ale przecież pozwalającym nagrywać prezentowane w Trójce utwory zachodnich wykonawców (w tamtych czasach nikt nie mówił o takich kwestiach, jak prawa autorskie). Podniecenie Grzesia mieszało się z żalem i złością, że to nie on był obecny przy zakupie, że przecież, jako esteta i uczeń Technikum Radiowo – Telewizyjnego, wybrałby lepszy egzemplarz.

Ale po chwili było już tylko podniecenie. Pierwsze nagranie dokonane za pomocą zwykłego mikrofonu marki Tesla, który stanowił załącznik do magnetofonu. Słowa „Spóźniłem się” Andrzeja dotyczące ułamka sekundy, o który zbyt późno włączył nagrywanie, i palec na ustach Grzegorza.

Parafrazując Jerzego Pilcha: powiedzieć, że do dziś pamiętam ich płonące spojrzenia, to nic nie powiedzieć.

 



Wyrwane z kontekstu: Chickenfoot, Soap On the Rope

Jakie to do bólu proste, nieskomplikowane w warstwie tekstu, a muzycznie – zwrotka, refren, zwrotka, solo i finał. It’s only rock’n’roll (but I like it) – mam ochotę krzyknąć za Mickiem Jaggerem. Mijają kolejne dziesiątki lat, a dobrze zrollowany, nowo powstały kawałek wciąż potrafi dopieścić moje uszne małżowiny. Bo wciąż, na szczęście, są tacy, którzy potrafią wymyślić świetny riff.

[more]

Sammy’ego Hagara i Michaela Anthony’ego kojarzymy przede wszystkim z Van Halen, Chad Smith to przecież bębniarz Red Hot Chili Peppers, zaś Joe Satriani należy do bardzo nieulubionej przeze mnie grupy wymiataczy-narcyzów-nudziarzy. Tyle że – co pokazuje przypadek Kurzej Stopki – jak złapać go za bary, wepchnąć między świetnego wokalistę, porządną sekcję i cztery minuty z niewielkim okładem, udowadnia, że umie się streszczać i robić to w wyśmienity sposób.

Kwartet, w którym dwóch panów ma swoją podstawową robotę, a pozostałych dwóch niekoniecznie, powinien okazać się efemerydą. I może jeszcze ze dwadzieścia lat temu tak by było. Dziś jest inaczej, kapela ma na koncie dwa studyjne albumy i, najwyraźniej, mnóstwo frajdy ze wspólnego grania. A także plany na przyszłość.

Soap On the Rope pochodzi z pierwszej płyty, wydanej w 2009 roku. To numer, którego – jestem przekonany – żadna grupa w historii by się nie powstydziła. Który każda, łącznie z największymi, chciałaby mieć w swym repertuarze. Eddiego van Halena pewnie ścisnęło w dołku z zazdrości, Jimmy Page mógł pomyśleć, że to powinien być kawałek Led Zep. Nic, zupełnie nic w tym graniu nie ma nowego, ale jak te nuty pięknie nawijają się do przodu!