Hip, hip – trip hop!

tricky

Ech, panowie, z kim byłoby nam tak źle jak z kobietami? Jak byśmy wytrzymywali wyłącznie we własnym gronie – każdy sam ze sobą i jeden facet ze wszystkimi innymi dookoła? Rock, choć wydaje się sprawą o wiele bardziej męską niż damską, także bez niewiast obyć się nie może. Na szczęście.Ech, panowie, z kim byłoby nam tak źle jak z kobietami? Jak byśmy wytrzymywali wyłącznie we własnym gronie – każdy sam ze sobą i jeden facet ze wszystkimi innymi dookoła? Rock, choć wydaje się sprawą o wiele bardziej męską niż damską, także bez niewiast obyć się nie może. Na szczęście.

[more]

Brnę więc dalej w te heteroseksualne klimaty. Było już odrobinę o Talking Heads, o Sonic Youth i Pixies. Skoro za sprawą tych ostatnich, Amerykanów, przeniosłem się do Wielkiej Brytanii, to zostanę tam jeszcze na chwilę. 

*

Jak to się wszystko w muzyce miesza – znów dopada mnie odkrywcza myśl. W powietrzu wisi grunge, najpiękniejsze z możliwych odrodzenie rokendrolowego łojenia, a jednocześnie całkiem poważny kawałek muzycznego tortu przeistacza się z grania syntezatorowego w komputerowe generowanie dźwięków. Cóż – przepraszam za jeszcze jeden truizm – definiowanie granic tego, co nazywamy muzyką, jest bardzo indywidualną sprawą. I w dodatku zmieniającą się z biegiem dni i lat. Więc dziś chcę napisać parę zdań o humanistach w studiach nagraniowych. O humanistach, a nie bezdusznych technokratach o zupełnie scyfryzowanych już mózgach. 

*

Bristol, koniec lat osiemdziesiątych i początek następnej dekady. Bardzo mi się podoba definicja trip hopu jako hip-hopu na kwasie. Podoba tym bardziej, że w swoim życiu nigdy nie przekroczyłem granicy polegającej na (parokrotnym) co prawda całkowitym, tym niemniej jakże pospolitym znieczuleniu się socrealistyczną gorzałką. Termin trip hop pojawił się pierwszy raz przy okazji definiowania stylu

Massive Attack 

i ich pierwszej płyty Blue Lines wydanej w 1991 roku. Cóż, nie mogę przywołać z pamięci swoich dawnych wrażeń dotyczących tego grania, bo ich po prostu nie było. Domowa rewolucja polegająca na wstawieniu do jednego z pokojów od razu dwóch dziecięcych łóżek skutecznie wyłączyła mnie na pewien czas z chociażby prób nadążania za tym, co działo się w muzyce.

Po latach brzmią te kawałki zupełnie niegroźnie, a w wielu przypadkach po prostu znakomicie. Sklasyczniały. Ucho przywykło, a nawet – podobnie jak to ma miejsce z sinusoidą dotyczącą okresów literackich – już bez lęku przed nieznanym dosłuchuję się tropów z przeszłości – psychodelicznych klimatów anglosaskich czy industrialnych niemieckich. I oczywiście kontynuacji dokonań lat – wtedy – ostatnich: klimatów 4AD, powłóczystości Dead Can Dance czy Cocteau Twins.

 

Rytm nabijany jest komputerowo, a dawka hip-hopu jak najbardziej przyswajalna. Przede wszystkim jednak tyle w tym klasycznych harmonii, częstokroć po prostu pięknych melodii à la rock symfoniczny i do tego te naćpano-oniryczne wokale, tak męskie, jak i – zwłaszcza – damskie. 

Dorobek MA nie jest duży – zaledwie pięć płyt z premierowym materiałem. Ale to bynajmniej nie zarzut. Mówiąc szczerze, tym łatwiej go ogarnąć.

Tricky

debiutował w MA, z którym nagrał dwa albumy. Na własny rachunek pracę rozpoczął w 1995 roku krążkiem Maxinquaye. Jest najpłodniejszy z wymienionej tutaj trójki wykonawców – w ubiegłym roku ukazała się jego dziesiąta płyta. 

 

Portishead

to zespół założony w 1991 roku przez Geoffa Barrowa, wcześniej współpracownika MA i Tricky’ego. Z muzyką tej kapeli dane było mi zetknąć się już wcześniej – i dać uwieść. Zaledwie trzy studyjne płyty Dummy (1994), Portishead (1997) i, po reaktywowaniu, Third (2008). Podobne skojarzenia jak te opisane wyżej i dużo moich jako słuchacza pozytywnych emocji. Oraz żal, że nie zobaczyłem zespołu na żywo w ubiegłym roku w Krakowie. Ale jego koncert miał miejsce dwa dni po warszawskim występie Paula McCartneya i… Może jeszcze kiedyś nadarzy się okazja.

Kobiety

i ich głosy stanowią niesłychanie istotny element tej triphopowej układanki. W wydaniu monogamicznym – Beth Gibbons w Portishead. Jako pierwsza w „haremie” – Martina Topley-Bird, obecna na kilku płytach Tricky’ego. Przede wszystkim jednak – poligamicznie. Gwiazda goni gwiazdę, jedna większa od drugiej, lista jest długa i robi wrażenie. Wśród współpracowników MA znajdują się m.in. Elizabeth Fraser i Sinead O’Connor. Z Trickym natomiast zaśpiewały Bjork, Neneh Cherry, Alison Moyet, PJ Harvey, Cyndi Lauper i Alanis Morissette. Do tego zestawu dopisują się jeszcze dwaj papryczkowi panowie: Anthony Kiedis i John Frusciante.

*

Nie jest to muzyka na całonocną balangę, może ewentualnie na jej – imprezy – dogorywanie nad ranem. Na pewno natomiast nadaje się do powolnego, na przykład wieczornego sączenia. Uzależnia, może wprowadzić w trans, ale aplikowana bez nadmiaru pozamuzycznych dodatków jest zupełnie niegroźna dla organizmu.

[W NaTemat: 8 maja 2014]

Indiańskie basistki

Jeśli już zahaczyłem ostatnio o Gadające Głowy, a w ich składzie o Tinę Weymouth, to przynajmniej na chwilę zatrzymam się przy dwóch kolejnych zespołach, w których na gitarach basowych także grają panie. Zwłaszcza że chodzi o kapele z tych najważniejszych w latach 80., a tak naprawdę – wciąż bardzo istotne i inspirujące, od dawna nie tylko na scenie indie, ale po prostu rockowego mainstreamu: Sonic Youth i Pixies.

[more]

Okazja ku temu tym większa, że ci drudzy właśnie wydali pierwszą od wielu lat płytę, a niebawem zagrają, razem z Queens of The Stone Age i Kings of Leon, w Warszawie. I już zacieram ręce, mimo iż moje akustyczne wrażenia ze Stadionu Narodowego po występie Paula McCartneya sytuują się w dolnej strefie stanów średnich.

 

Sonic Youth

to grupa zawiązana na początku lat 80. w Nowym Jorku. Choć była do bólu niezależna, posługując się środkami wyrazu przynależnymi muzyce eksperymentalnej, czerpiąc z psychodelii i dorobku Velvet Underground, za sprawą chwytliwych melodii cechujących wiele jej utworów zdobyła powszechne uznanie i popularność. Bomba wybuchła po Daydream Nation (1988), albumie zdecydowanie bardziej przyswajalnym niż wcześniejsze. A potem był romans z grunge’em: niektórzy wykonawcy tego nurtu, z Nirvaną na czele, przyznawali się do wpływów SY, a ci z kolei mocniej skręcili w stronę brzmień charakterystycznych dla Seattle Dirty z 1992 roku).

Ostatni póki co album zespół nagrał w 2009 roku.

Pixies

uformowali się w 1986 roku w Bostonie, by zaraz potem przenieść się na Stary Kontynent, gdzie w wytwórni 4AD znaleźli o wiele bardziej sprzyjający klimat do nagrywania niż w USA. Sami odwoływali się do Rolling Stones, Lou Reeda, Iggy’ego Popa czy Television, a o nich z kolei z uznaniem wypowiadali się David Bowie, PJ Harvey, U2 oraz Radiohead. A nade wszystko – Kurt Cobain, który nazwał Pixies najważniejszą inspiracją dla Nirvany. 

Sześć lat aktywności, pięć albumów wydanych między 1987 a 1991 rokiem, wielki wpływ na innych –  i w 2004 powrót do wspólnego koncertowania, a całkiem ostatnio nowy krążek.

*

Przed laty telewizja polska emitowała cykl filmowy, w którym siostra Wendy Beckett, południowoafrykańska zakonnica, w krótkich, bodaj dziesięciominutowych odcinkach opowiadała o malarstwie. Wchodziła do jakiegoś muzeum z tych znaczących na świecie, wybierała jedną salę, a w niej z kolei – jeden obraz. I udowadniała, że należy pochylić się nad nim z dziecięcą ufnością i po prostu patrzeć. I dostrzegać, co na płótnie zostało namalowane.

Z zachowaniem proporcji: sięgam po muzykę, której – gdyby nie przed dwoma laty decyzja o prowadzeniu bloga – być może nigdy bym, z takich czy innych powodów, nie dotknął. Bo na co dzień zajmuję się innymi, mniej (częściej) lub bardziej (rzadziej) istotnymi sprawami. Zaś muzykę konsumuję „po godzinach”. Namiętnie, uparcie, ale bez zawodowej konieczności. Stąd i dostęp do pewnych rzeczy ograniczony, i świadomość niektórych zjawisk mała lub żadna.

W ten sposób, czasem po wielu latach, spóźniony, sięgam po jedną czy drugą płytę. Mijający od wydania czas sprawia, że – wydaje się – ziarna od plew zostały już oddzielone, dwie, trzy dekady to wystarczający ku temu okres. I raz po raz wystawiam moją głowę na próbę, uszy na pokuszenie, sprawdzam wyporność systemu nerwowego. Czym dam radę, czy przyswajam te dźwięki? Z doświadczenia wiedząc, że nie należy ferować wyroków – choćby na swój tylko, prywatny użytek – od razu, po pierwszym przesłuchaniu. 

Tak oto, siwiejący i łysiejący, dorzucam wciąż kolejne nazwiska i nazwy do grona tych, których płyty lądują w domowym lub samochodowym odtwarzaczu. Jak na przykład Sonic Youth i Pixies. A tych z Was, którzy przyswoili ich sobie już dawno temu, serdecznie przepraszam i proszę o wyrozumiałość.

[W NaTemat: 5 maja 2014]

Rap, core and roll – czyli chrupiąca buła z dżemem Morellowym

ratm

Bunt przemija. Bunt potrafi też sklasycznieć, choć oczywiście nie każdy. Młodzi muzycy, odwiecznym prawem młodości, próbują rozwalić, a przynajmniej naruszyć dotychczasowy porządek, ustalony podział ról. Udaje się, przepraszam za truizm, tylko nielicznym.

[more]

Lewicowe poglądy, o czym my tu w Polsce dobrze wiemy, łatwiej mieć na Zachodzie niż w warunkach stosowanej ekonomii politycznej socjalizmu. Ale nie o tym będzie ten tekst, mimo iż w przypadku Rage Against The Machine i wokalisty zespołu 

Zacka de la Rochy

wyśpiewywane, a raczej wykrzykiwane słowa, podobnie jak inne działania okołomuzyczne, mają niebagatelne znaczenie.

Za rapem, delikatnie mówiąc, nie przepadam, bo to estetyka dość odległa od muzyki z jej odwiecznymi podstawami w postaci harmonii i melodii. Odległa od bluesa i swingu – jeśli kołysze, to w sposób, który jest mi niestety niedostępny. Ale, ale…

Za wrzeszczącym frontmanem stoi trzech muzyków, dla których rokendrolowa tradycja to chleb powszedni. Panowie po rostaniu z wokalistą kolaborują z całkiem mainstreamowym Chrisem Cornellem, w tamtym momencie byłym wokalistą Soundgarden, jako Audioslave (2001-07), w którym to składzie rejestrują trzy albumy. Bębniarz Brad Wilk nagrywa 13 razem z Osbourne’em, Iommim i Butlerem. 

to od lat instytucja. Zaliczany jest do grona najwybitniejszych  gitarzystów rockowych wszechczasów. Bruce Springsteen zatrudnia go na swej ostatniej płycie [i]High Hopes[/i] oraz trasie koncertowej i z pewnością nie jest to tylko rewanż z nawiązką  za cover jego[i] The Ghost of Tom Joad.[/i] Nie dziwota, riffy Morello kojarzą się z najlepszymi patentami z lat 50., 60. czy 70. – proste, ostre, wielokrotnie – świetne.

Więc już choćby dla warsztatu tria warto pochylić się nad tą muzyką, Dla smakowitego czerpania z tradycji łojenia. Wszystkiego tego, co tak zgrabnie wpisuje się w historię rocka (ileż w tym graniu Zeppelinowskich patentów!), a jednocześnie poszerza jego granice za sprawą mezaliansu z rapem, czerpiąc ponadto z funku (tu z kolei nieuchronne skojarzenia z Red Hot Chili Peppers). 

Zaledwie cztery płyty, mimo iż kapela, z przerwą na Audioslave po odejściu de la Rochy, działa od 1991 roku do dziś.  Zbyt znaczący to jednak dorobek, więc o pominięciu RATM w dziejach rocka nie tylko końca dwudziestego stulecia mowy być nie może.

{W NaTemat: 12 marca 2014]

Były tylko dwie takie gitary prowadzące

wishbone_ash1

Gdy po koncercie Paula McCartneya w Warszawie zbieraliśmy się pod autokarem, pewna nastolatka westchnęła: „Żałuję, że nie urodziłam się w tamtych czasach”. Zazdroszcząc jej młodości, jednocześnie świetnie ją rozumiałem, bo sam czasem mam – muzyczne – wrażenie, że urodziłem się o parę lat za późno.

[more]

Dziś chciałbym wspomnieć o kolejnym zespole, który zawiązał się pod sam koniec lat 60., a przez kilka następnych uznawany był za jeden z najlepszych. Za ten, który balansował gdzieś między hard rockiem a rockiem progresywnym, za ten wreszcie, który jako pierwszy zastosował w składzie dwie gitary prowadzące.

Wishbone Ash

to była tak znacząca formacja, że redaktor Majewski pisząc w 1979 roku w tygodniku „Razem” recenzję drugiego krążka Dire Straits, porównał braci Knopflerów i kolegów do niej właśnie. Wishbone Ash działają nadal, podobnie jak np. Budgie czy Uriah Heep, ale jest to dziś raczej tylko pogoń za własnym cieniem. Nie mam jednak zamiaru pastwić się nad ich dorobkiem z ostatnich ponad trzydziestu lat, lecz pragnę pochylić się nad znakomitym początkiem. 

Importem muzyki WA nad Wisłę zajął się, a jakże, Piotr Kaczkowski. Skutecznie zaraził nią moich braci, a razem z nimi – mnie. Fragmenty dwóch pierwszych płyt, nagrane na taśmach magnetofonowych, mam na zawsze zapisane na osobistym twardym dysku (czytaj: w głowie), nuta po nucie. I niezmiennie od ponad czterdziestu lat jestem w tych dźwiękach zakochany.

Zespól utworzyło 

czterech znakomitych instrumentalistów:

Andy Powell – g, voc, Ted Turner – g, voc, Martin Turner – b, voc, Steve Upton – dr. Gitarzyści uznawani byli przez kilka kolejnych lat za absolutną światową czołówkę. Finezyjne podejście do materii muzycznej, jedyne takie połączenie łojenia z elegancją, rewelacyjne chórki, współbrzmienia głosów, do tego zestaw pięknych rockowych ballad (z Persephone i Everybody Needs a Friend na czele) – to naprawdę dostatecznie dużo, by nie wolno było pomijać tej grupy, gdy mowa o zjawiskach w rokendrolu najistotniejszych.

Była to jedna z tych kapel, które debiutowały jako w pełni już dojrzałe i ukształtowane. Tak jak na przykład Doors, Steely Dan, Dire Straits czy później Pearl Jam. W ten sposób nokautuje się rynek, odbiorców – nie sposób przecież nie dać się porwać takiej muzyce – ale i zawiesza poprzeczkę na bardzo wysokim poziomie. Bo wiadomo, że lepiej już raczej być nie może, nie ma mowy o rozwoju, dojrzewaniu, wspinaniu się na szczyt. Pozostaje wyłącznie walka z samymi sobą, wyścig z pierwszą płytą. A to udawać się może tylko przez jakiś czas. W przypadku Wishbone Ash przez około dekadę. To w końcu nie tak mało – a jest w czym wybierać, bo pereł tam całe mnóstwo.

Pierwszy album

ukazał się w 1970 roku. Trzy rasowe rokendrole na pierwszej stronie wydawnictwa analogowego – Blind Eye, Lady Whiskey i Queen of Torture oraz balladowe Errors od My Way, a do tego trudniejsze do zdefiniowania, jeśli chodzi o stylistykę (to stąd ta wspomniana wyżej progresywność) Handy i Phoenix.

Rok później wyszedł Pilgrimage. Porywające Vas Dis, The Pilgrim i Jail Bait na początek. Znów sporo – tak jak w drugiej części debiutu – fragmentów instrumentalnych, ponadto rzewne gitary, które stały się jednym ze znaków rozpoznawczych grupy, w Lullaby czy Valediction.

Argus (1972), trzeci krążek z takimi numerami jak Time Was i Blowin’ Free, odniósł największy sukces. Jest bardziej jednorodny stylistycznie, muzyka zespołu trochę zelżała. W 1974 roku doszło do pierwszej zmiany personalnej. Odszedł Ted Turner, a na jego miejsce pojawił się Laurie Wisefield. Ciągle jeszcze było nieźle, wciąż powstawały świetne utwory, ale 

twórczy regres

stawał się coraz wyraźniejszy. Znaczenie zespołu malało, kryzys, który dopadł klasyczny hard rock u schyłku lat 70., nie ominął także WA. Gdzieś od Just Testing (1980) mamy już wyraźny spadek formy. Zmian personalnych było bez liku, dziś z oryginalnych członków pozostał tylko Andy Powell. Zespół wciąż koncertuje, odwiedza także Polskę. Może, mimo tego, co napisałem, kiedyś się złamię i wybiorę na któryś z występów. Na pierwszych płytach jest przecież tyle znakomitych piosenek, a bez nich żaden koncert grupy obyć się nie może.

[W NaTemat: 5 lutego 2014]

Dziewczyna z gitarą – PJ Harvey

pj_harvey

Lata 80. to był pierwszy duży dołek dla muzyki rokendrolowej. Mistrzowie z poprzednich dwóch dekad w zdecydowanej większości przebywali w strefach niżów artystycznych pomieszanych częstokroć z zapaściami fizycznymi będącymi skutkiem wszelakiego nadużywania.

[more]

Już parę lat wcześniejsza zmiana, gdy w dyskotekach Abbę zdetronizowali Boney M, wydaje się bardzo znamienna. Syntezatorowa sieczka zdominowała nie tylko listy przebojów, ale i upodobania wielu młodych ludzi. Jeśli pozostawić na boku punk, a mówić raczej o tzw. mainstreamie – gitarowe granie ewoluowało w stronę metalu, albo wypolerowaną i gładką do bólu, albo strashną i speedową, deathową i blackową. W efekcie dostawaliśmy najczęściej coś, co było tylko żałosną karykaturą rokendrola, coś, co całkowicie pozbawione zostało bluesowych korzeni. Na szczęście – do czasu.

Za oceanem pojawili się m.in. Guns’N’Roses, Living Colour i Red Hot Chili Peppers, 

kiełkował grunge.

Gorzej działo się na starym kontynencie – co prawda siła U2 rosła, ale The Smiths nie dotrwali do końca dekady.

Śpiewających, grających, a nawet komponujących dam było trochę w dziejach ostrego łojenia – z Janis Joplin na czele. U progu lat 80. zalśniła gwiazda Pretenders i Chrissie Hynde, jednak żadnej pani nie udało się (a ściślej: nie udaje) tak mocno i tak długo mieszać w kotle jak urodzonej w 1969 roku Angielce Polly Jean Harvey.

Powrót pierwotnej surowości,

ale i melodii oraz świetnych riffów w wydaniu Nirvany, Pearl Jam i właśnie Harvey (choć oczywiście nie tylko ich) na początku lat 90. to wielka ulga dla tych, którzy zwątpili, że swing w rocku jeszcze kiedykolwiek odżyje. Pojawiło się zupełnie nowe pokolenie artystów, spośród których wielu stanęło u samych źródeł tej muzyki. Z całą jej – najlepiej pojętą – prostotą.

Start PJ był znakomity. Liderka tria doskonale wiedziała, o co jej chodzi, była już w pełni ukształtowaną artystką. Pierwszy album – Dry – ukazał się w 1992 roku, wydany nakładem małej wytwórni Too Pure. Rok później wydała swój drugi krążek, Rid of Me, dla stajni Island (z którą ma zresztą do dziś podpisany kontrakt). Przyszło uznanie krytyki, innych muzyków oraz publiczności.

Odnoszę wrażenie, że rodzime media znacznie rzadziej pochylały się i pochylają nad brytyjską artystką niż panami z okolic Seattle, a niesłusznie. Bo to potężny kawał grania.

[W NaTemat: 2 lutego 2014]

Przeciw narcyzom, czyli – wiwat Eddie van Halen!

Van Halen. Długo czekaliśmy, by Eddie zszedł się ponownie z Davidem Lee Rothem, bardzo długo. Chyba dopiero aktywność byłych kumpli z zespołu, Hagara i Anthony’ego, którzy weszli w skład supergrupy Chickenfoot, sprowokowała ich do działania. W ogóle, tych zejść po latach jest coraz więcej, by przywołać tylko przypadek Black Sabbath. Ale też – ani tu, ani tu nie udało się tego uczynić w oryginalnym składzie.

[more]

Z amerykańskim zespołem

zetknąłem się bardzo dawno temu, chyba przy okazji pierwszej prezentacji jego nagrań w polskim radiu, w stereofonicznym programie czwartym. Utwory z pierwszej płyty VH tak spodobały się słuchaczom, że tydzień później zaprezentowano następne piosenki – kończące debiutancki album oraz kilka z drugiej płyty. Musiał to być więc 1979 rok.

Potem dotarły do Polski kolejne krążki zespołu. Pojawiły się też wspólne nagrania Edwarda z Brianem Mayem. Miałem ponadto okazję widzieć fragmenty jubileuszowego koncertu na cześć Lesa Paula, słynnego konstruktora gitar. Starszego już wtedy pana, który – o ile pamięć mnie nie zawodzi – sam był też konferansjerem.

Jako pierwszego zaprosił na scenę Edka. Młodego, długowłosego, z nagim torsem. Samego – a ten zaczął wycinać różne dziwne rzeczy na swym wiosełku. To było niesamowite dla mnie przeżycie. Eddie bawił się, serwując

mnóstwo przeróżnych zagrywek, riffów.

Trwało to dobrych kilka minut, uśmiech nie schodził ani z twarzy grającego, ani z twarzy jubilata, który z czułością przypatrywał się, co też można zagrać na gitarze jego konstrukcji.

Wiele lat minęło od tamtego wydarzenia. Wiele zdążyło przez ten czas uleżeć się w  mojej głowie. A więc i to, że dokonania zespołu van Halen nie sytuują go w rokendrolowej ekstraklasie wszechczasów. Jednakże…

Ma ta muzyka (myślę o płytach do 1984 roku) bardzo wiele atutów. Żywiołowość, niesforność nastolatków, jedna wielka, niekończąca się balanga, awanturnictwo i rebelianctwo. Potężne łojenie i zabawa. Szokujący poziom opanowania instrumentu przez lidera.

I jeśli gdzieś pojawia się żal, że maestria techniczna nie szła całkiem w parze z możliwościami twórczymi, że te piosenki okazywały się czasem zbyt pospolite, błahe i za proste, to wciąż jednak nie chcę i nie będę podważać dorobku zespołu z uwagi na fakt, że jego muzyka stanowi istotę rokendrola.

To radość grania – i dawanie radości słuchaczom. Zdjęcie na rewersie okładki Diver Down, zrobione gdzieś z tyłu sceny, na zakończenie koncertu, gdy czterech młodych ludzi pozdrawia wypełniony po brzegi stadion, jest bardzo wymowne. Był czas, gdy w Stanach byli bożyszczami tłumów.

W tym miejscu, ze świadomością, iż należy zachować odpowiednie proporcje,

dwa polskie skojarzenia,

dwa porównania. Pierwsze – Oddział Zamknięty, ten z Krzysztofem Jaryczewskim – to też była bezustanna impreza. Drugie – Jan Borysewicz. Świetny gitarzysta, który nie był nigdy wybitnym kompozytorem (choć napisał trochę całkiem niezłych numerów), a którego kunszt objawiał się na płytach ambitniejszych niż Lady Pank wykonawców – np. Obywatela G.C. czy Edyty Bartosiewicz.

Van Halen jest dla mnie jednym z gitarowych mistrzów świata. Wirtuozem instrumentu, spadkobiercą Hendriksa, Page’a czy Claptona. (Nieprzypadkowo przecież na pierwszych płytach VH znajdują się covery – Kinks, Roya Orbisona i innych – będące wyraźnym ukłonem zespołu w stronę tradycji). Facetem, który nigdy nie nadużywał cierpliwości słuchaczy – wystarczy tylko popatrzeć, jak krótkie są kolejne płyty – te do 1984 roku –  prawie jak wczesnych Beatlesów, ledwie ponad pół godziny. Jak krótkie zwykle znajdują się na nich piosenki.

Właśnie – piosenki: zwrotka – refren – zwrotka, a gdzieś między to wplecione olśniewające nieraz, brawurowe, zaledwie

kilku- lub kilkunastosekundowe solówki.

W których jest wszystko. Tyle czasu wystarcza Edwardowi, by wprawić słuchaczy, a już na pewno innych gitarzystów, w osłupienie. Ci wszyscy napier…acze, którzy dopiero dopasowują swoje palce do gryfu w miejscu, w którym on już kończy, nudzą mnie okrutnie.

Wiem, że niektórym z Was ta opinia się nie spodoba. Ale za tymi zdaniami stoi wiele lat słuchania muzyki, uświadamiania sobie, co w niej najbardziej mi się podoba. I nikt mnie nie przekona, że panowie Vai, Satriani (chyba że we wspomnianym wyżej Chickenfoot), Malmsteen czy paru innych im podobnych są wielkimi muzykami. Technika i warsztat to bardzo dużo, ale w sztuce, nawet w tej przez mniejsze „s”, chodzi o coś więcej. Popisy nie powinny być celem samym w sobie, bo wtedy scena koncertowa zamienia się w cyrk narcyzów. Lepiej, gdy służą muzyce, a o tym Eddie van Halen nigdy nie zapominał.

Już całkiem na koniec powiem tylko, że o pierwszym albumie grupy, o Women And Children First i 1984 chciałbym napisać kiedyś parę słów. Zwłaszcza o debiucie z 1978 roku, bo chyba w żadnym innym miejscu nie widać tak wyraźnie granicy, a ściślej – przenikania się – rokendrola i metalu. Ciężar tego ostatniego wzięty został z Black Sabbath, natomiast zagrywki Edwarda, z krwi i kości rokendrolowca, stały się najlepszym podręcznikiem albo dziesięciorgiem przykazań metalowych gitarzystów.

Mój sen przeraża mnie – o Love i innych płytach Edyty Bartosiewicz

Z niejakim przerażeniem skonstatowałem właśnie, że od wydania ostatniej płyty Edyty Bartosiewicz mija już piętnaście lat. Jest takie powiedzenie: jak spaść, to z wysokiego konia. Tylko jak ma się ono do delikatnej materii, jaką jest twórcza działalność człowieka? A jeśli tak – w 1998 roku mieliśmy do czynienia z zaledwie kucykiem.

[more]

Bartosiewicz była

artystką gotową,

gdy pojawiła się na naszym rynku muzycznym. Jeśli ktoś kiedyś ten rynek rozsadził, to ona była jedną z takich osób. Pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobiły na mnie pierwsze nagrania Holloee Poloy (Bartosiewicz, Derentowicz, Siegel, Kunikowski, Grzelak, Poliński, Walter), które trafiły na antenę Trójki. To był jeden z tych momentów, w których doganialiśmy muzyczny świat. Pamiętam też, jak wokalistka skarżyła się, że nikt nie jest zainteresowany wydaniem ich muzyki. Ostatecznie płytę opublikowały w 1990 roku Polskie Nagrania.

Ubolewałem nad rozpadem HP, ale krążek Love (1992) robił wielkie wrażenie. A w 1994 przyszła pora na debiut po polsku. Sen okazał się największym sukcesem artystki, śpiewanie w Polsce po polsku wciąż ma sens największy. Do tego zwrot w stronę porządnego, gitarowego rocka – to wtedy między Odrą a Bugiem mogło liczyć na szczególny odbiór. Cośmy się nasłuchali tej płyty w domu, z trzyletnimi wówczas synami bliźniakami!

Dziś widać, że ta wolta była początkiem końca. Równią zdecydowanie pochyłą. Z dotychczasowego rozmachu i finezji nie za wiele zostało, choć dobre kompozycje sprawiły, że całość trzymała poziom, album świetnie się sprzedawał  i przyniósł

Fryderyki.

Szok’n’show (1995) był próbą powtórzenia patentów poprzedniczki, ale wyraźnie mniej udaną. Kolejny krążek w tej stylistyce, Dziecko (1997), dowodził poważnego kryzysu. Wodospady (1998) wydały mi się tak słabe, że nie zdecydowałem się na zakup tej płyty. Ani wtedy, ani wiele lat później, gdy mogłem ją nabyć za bodaj dziesięć złotych. Tylko po co, jeśli wiedziałem, że być może nie włożę jej drugi raz do szufladki. Coraz bardziej drażniące, niedbałe śpiewanie w stylu Gawlińskiego, słabe, nijakie kompozycje. Więc nie dziwię się, że wykonawczyni – po świetnym początku kariery i późniejszej wyraźnej zapaści – zamilkła. Ale na bardzo, bardzo długo. Czy ma jeszcze coś istotnego do powiedzenia?

*

Pierwsza solowa płyta,

choć jest znakiem swoich czasów, pewnych modnych wtedy rozwiązań brzmieniowych, aranżacyjnych – bardzo dobrze broni się po latach. Krążek dopracowany jest w najdrobniejszych szczegółach. Nie wiem, w jakiej mierze jest to zasługą samej artystki, a na ile współpracowników. Faktem jest jednak, że na żadnej z późniejszych płyt takiej dbałości o każdy fragment piosenki już nie było.

Love to bardzo szlachetne połączenie popu i rocka. Smakowitość studyjnej roboty przywodzi na myśl trochę wcześniejsze solowe dokonania Grzegorza Ciechowskiego. Nad wszystkim czuwał Rafał Paczkowski, który też zagrał na instrumentach klawiszowych, a liderkę wspomagali byli koledzy z zespołu – Paweł Derentowicz i Krzysztof Poliński, a ponadto Jan Borysewicz, Krzysztof Ścierański i Wojciech Kowalewski. I to po prostu słychać.

Bartosiewicz w świetnej formie – kompozytorskiej i wokalnej. Była wyraźnie w natarciu, gotowa podbić świat (choć wyprawa do Londynu akurat udana nie była), a z pewnością potwierdzająca

obecność w ścisłej czołówce

rodzimego grania. Czterdzieści sześć minut z kawałkiem, dziesięć znakomitych i bardzo dobrych piosenek. Wielki, wielki talent, nadzieja na wiele lat obecności na scenie, wiele świetnych płyt – przecież to był dopiero początek drogi.

Wciąż trudno uwierzyć, że trzy pierwsze płyty wyczerpały potencjał twórczy Pani Edyty. Dziś jest – nie wypominając – osobą dawno po czterdziestce, lecz jak dowodzi wiele innych przykładów w historii rocka, jeszcze sporo może zdziałać. Oczywiście, lepiej milczeć, niż nagrać słabą płytę. Jednak starzy fani (a do nich się zaliczam, mimo iż kręcę nosem) nie chcą przyjąć do wiadomości, że Bartosiewicz jest już tylko eunuchem w spódnicy, co to wie jak, ale nie potrafi.

Ostatnio napisała na fejsbuku: „To moment dla mnie wyjątkowy. Mogę w końcu podzielić się z Wami czymś dla mnie naprawdę ważnym. Siedzę w domu i słucham tego, co wydarzyło się w studiu. Trzynaście zgranych numerów.

Cała płyta. Najpiękniejsza,

jaką kiedykolwiek nagrałam. Czuję wzruszenie i coś, czego nie umiem jeszcze nazwać… Dziękuję Wam za wszystko, za to, że nigdy we mnie nie zwątpiliście, tak jak ja nie zwątpiłam nigdy w siebie”.

Nowy album ma się ukazać po wakacjach, singiel jeszcze przed. Oby słowa wokalistki nie były jedynie zaklinaniem rzeczywistości – mocnym pragnieniem, by wrócić w wielkim stylu, ze świetnym materiałem.

Perfect i artystyczne racje Hołdysa

Była piękna, słoneczna sobota, 24 lipca 1982 roku. W tym dniu kończyłem dwadzieścia lat, wczesnym popołudniem wracałem z ustnych egzaminów wstępnych na polonistykę UŚ. Zadowolony, bo pewny już statusu studenta. W domu czekał na mnie, obok rodziny, pierwszy longplay Perfectu.

[more]

Paskudne to czasy, gdy

na płyty trzeba było polować,

bo mało która wydana była w nakładzie spełniającym oczekiwania rynku. Paskudne, bo wszystkie te zawarte na pierwszej płycie zespołu kawałki były przebojami, ale w roku 1981. Tak wtedy było, że płyta zamiast otwierać, dokumentowała pewien okres działalności wykonawcy, czasem dawno już miniony (najbardziej absurdalny przypadek to debiut fonograficzny Krzaka – rejestracja koncertu z 1979 roku wydana trzy lata później, kiedy zespół w tym składzie dawno już nie działał).

Komu to jednak wtedy przeszkadzało? Cieszyliśmy się, że wreszcie płyt jest więcej niż kiedykolwiek przedtem, że coś drgnęło, że w Polsce ukazują się krążki rockowych wykonawców.

O pierwszym albumie Perfectu trudno dyskutować. To dzieło dojrzałych już muzyków,

hicior za hiciorem,

kawał bardzo porządnego gitarowego grania, kawał nie tylko mojego życia*. Do tego teksty o czymś, zabierające głos w sprawie, komentujące absurdalną rzeczywistość. Bogdanowi Olewiczowi jako ich autorowi zarzuca się różne rzeczy, także ubogie, męskie rymy, ale to była wtedy nowa, znacząca jakość.

Druga płyta rodziła się w bólach. W powracającej po przerwie Trójce (jeszcze dziś mną wstrząsa na wspomnienie dna, którego sięgnęły media w pierwszych miesiącach stanu wojennego), bodaj już w lutym 1982 Piotr Kaczkowski zaprezentował trzy nowe utwory grupy – Pepe wróć, Opanuj się i Po co. Niedługo potem pojawiła się Autobiografia.

Zbigniew Hołdys z dumą mówił o zmianach personalnych, że na lepsze. Zawadzkiego na basie zastąpił Andrzej Nowicki – i tu trudno się spierać. Ale Sygitowicza – Andrzej Urny – i to była już wątpliwa jakościowo zmiana. Ten ostatni w dodatku podjął decyzję życia, opuszczając Dżem. Półtora roku później Perfectu już nie było, a tyski band stawał się coraz większą gwiazdą. Pierwszy lider zespołu po latach sam mówił o początkowym okresie działalności, że przynosił nowy kawałek na próbę, a po kwadransie Ryszard S. miał cztery – pięć na niego pomysłów. I takiego faceta się zmienia?

Nic mi się nie zgadzało. Dwie gitary, a brzmienie jakieś ubogie. No i – przede wszystkim – kompozycje wyraźnie słabsze, pozbawione ikry i świeżości. Nigdy

nie polubiłem tych późniejszych nagrań

(nadzieję, na krótko, obudził numer Wyspa, drzewo, zamek), nigdy mnie nie ujęły, nie żywię do nich, łącznie ze zbyt rozwleczoną i banalną muzycznie Autobiografią, jakichś szczególnych uczuć. Nie poruszyła mnie w czerwcu 1983 wieść o rozwiązaniu kapeli.

Hołdys był wtedy bardzo złośliwy dla kolegów. O Markowskim mówił, że nie potrafi prawidłowo zaśpiewać trzech słów po angielsku (chodziło o Blue Suede Shoes), o Szkudelskim, że nie trzyma rytmu.

Cztery lata później nastąpił triumfalny powrót, seria koncertów. Pan Zbigniew, rozanielony, mówił wtedy w Spodku – podczas, oddajmy sprawiedliwość, znakomitego koncertu – że „Grzesiu przez te lata nie próżnował, że nagrał świetną płytę z grupą Samolot”. Wtedy też na parę minut na scenie pojawił się Jacek Krzaklewski, nieźle wymiatając na gitarze. O nim lider rzekł: „Patrzcie, taki człowiek stroi nam gitary!”.

Reasumując, w 1988 bodaj roku dyskografia Perfectu liczyła sześć płyt, dwie z premierowym materiałem i cztery koncertowe.

Po drodze

Zbigniew Hołdys był inicjatorem dwóch znaczących projektów

– tak dziś byśmy powiedzieli. Pierwszy to I Ching, dwupłytowy w wydaniu analogowym album z udziałem ówczesnej czołówki wykonawców z kręgu rocka i bluesa, m.in. Martyny Jakubowicz, Andrzeja Nowaka, Wojciecha Waglewskiego, Piotra Szkudelskiego (sic!). Było to wtedy wielkie wydarzenie na rynku muzycznym.

Trochę później powstał zespół Morawski-Waglewski-Nowicki-Hołdys, który nagrał krążek Świnie. Materiał najpierw mnie zachwycił, ale wkrótce potem zawarłem bliższą znajomość z trzema albumami reaktywowanego King Crimson, przysłuchałem się uważniej piosenkom kwartetu i… Stwierdziłem, że te śpiewane przez Waglewskiego (więc podejrzewam, że także skomponowane przez WuWu, mimo iż pod kompozycjami na płycie podpisali się wszyscy) są świetne, a Hołdys znajduje się pod wielkim wpływem Roberta Frippa, co w jego wieku już nie bardzo uchodzi.

I to by było na tyle. Z grubsza wiemy, co było potem. Faceci z Perfectu się zeszli, Pan Z. odmówił. Można przypuszczać, że gdyby w szufladzie miał ze dwadzieścia nowych piosenek, a w głowie kolejnych parę, dobrze by się zastanowił. Najwyraźniej było inaczej, więc

reaktywacja

odbyła się bez niego. Dokonania odrodzonej grupy nie rzucają na kolana, ale, o czym miałem okazję się przekonać, warsztatu i brzmienia można zespołowi tylko pozazdrościć. A i do klasyków udało się dorzucić co najmniej NiepokonanychKołysankę dla nieznajomej, a zaraz za nimi w kolejce są Ten moment i Miłość rośnie w nas. Soczystego, rockowego brzmienia można pozazdrościć. Takich dwóch gitarzystów jak Kozakiewicz i Krzaklewski ze świecą szukać w większości polskich formacji. A Markowskiemu inny tuz polskiej wokalistyki rockowej lat 80., niejaki Panasewicz, nie jest dziś godzien wiązać sznurówek. Lata lecą, Perfect wciąż gra i nagrywa, całkiem przyzwoicie radząc sobie na naszym marnym rynku. I jest to w sporej mierze osobiste zwycięstwo Pana Grzegorza, który jest kompozytorem pokaźnej części repertuaru.

A gdzie jest jego główny antagonista i adwersarz? Cóż takiego Zbigniew Hołdys stworzył przez te z okładem dwadzieścia lat? Nie czepiałbym się, bo sam już wspominałem o tym, że do historii przechodzi się czasem za sprawą jednej płyty. Ale Z. H. wciąż chce uchodzić za autorytet, wciąż ma niemałe pretensje do świata oraz te artystyczne. Tyle że ciągle nadstawiam ucha – i nic, do cholery, nie słyszę. Chyba że mamy mówić o materiale demo, który ukazał się na płycie Hołdys.com. Ale na to chyba szkoda czasu.

_____________________

* Na płycie nie znalazł się rewelacyjny numer Nasza muzyka wzbudza strach. Tu proszę o ewentualną korektę, bo opieram się na swej pamięci, a ta, jak wiadomo, bywa zawodna. Piosenka ukazała się wcześniej na czwórce Tonpressu, ale jej umieszczenie na dużej płycie zatrzymała cenzura. Wielka szkoda, że zapomniano (?) o niej teraz, przy pierwszej kompaktowej reedycji.

I przepraszam za kiepską, monofoniczną i zbasowaną wersję w muzycznym załączniku, ale lepszej – studyjnej – nie potrafiłem znaleźć.

Zeźlonego głos o umiar, czyli w obronie Piotra Kaczkowskiego i własnej

Na blogu „Polifonia” Bartka Chacińskiego, po tekście dotyczącym osoby Trójkowego redaktora, rozgorzała dyskusja. Jak to zwykle bywa, najgłośniej rozlega się głos niezadowolonych. To oni mają ochotę wyjść na ulicę i pokrzyczeć. Ci, którzy są zadowoleni albo którym jest to obojętne, siedzą w domach. Tutaj, w „moim” miejscu, pozwolę sobie rozwinąć kilka myśli, które zawarłem w swoim komentarzu do wpisu redaktora „Polityki”.

[more]

1. Muzyka ma umilać życie. Jednym czas spędzany w pracy, innym – po pracy. Dla wielu stała się pasją, dla nielicznych – pisanie i mówienie o niej pasją przekutą na sposób na zarabianie na życie.

Dlatego bronię się przed kiełkującym gdzieś we mnie poczuciem wyższości wobec tych, którzy do dziś pozostali w klasie Pana Piotra Kaczkowskiego. Trudno bowiem potępiać kogoś za to, że muzyka w jego życiu znaczy trochę mniej niż w moim, że wystarcza temu komuś swego rodzaju redaktorskie prowadzenie za rękę, ciepły głos, a nawet pozostawanie przez dziesiątki lat w podobnych klimatach.

2. Słusznie niektórzy zauważają, że nie sposób mówić o „muzyce Kaczkowskiego”. Poza tym, co rozumiemy dziś jako klasykę rocka – szukał. A że nie znalazł wszystkiego? Jakież to ludzkie i normalne.

3. Sądzę, że każdy z nas na miejscu redaktorów radiowych robiłby to samo: grał to, co lubi najbardziej. Znajdując grono wyznawców, ale też tych, co raz po raz kręciliby nosem. I zagorzałych przeciwników. Jeden pan we wspomnianym wyżej miejscu zaprotestował przeciw tej opinii, twierdząc, że mówię bzdury. Być może – ale już widzę takiego dziennikarza, który ma, powiedzmy, dwie, a nawet cztery godziny czasu antenowego w tygodniu, minus wiadomości i czas na reklamy, i puszcza ludziom coś, do czego nie jest przekonany, czego nie rozumie, co jest mu obojętne, czego po prostu nie lubi lub coś, co go drażni. Tak jak mnie najczęściej drażni tzw. muzyka – bezduszna, spreparowana przy komputerach, nie zaś będąca przełożeniem między głową a sprawnym posługiwaniem się instrumentami muzycznymi, takimi muzealnymi eksponatami jak gitara, fortepian, perkusja albo trąbka.

4. O jakiej innej stacji radiowej grającej muzykę tyle by dyskutowano, co o Trójce? Czy nazwiska Gaszyńskiego, Pogranicznego czy Waschki, Wiernika lub nawet – podobnego pod wieloma względami do P. K. – Beksińskiego rozpalałyby nasze głowy w stopniu choć trochę zbliżonym do osoby Pana Piotra? Nie, po prostu nie.

Możemy z przekąsem mówić, że kiedyś było łatwiej. Że mniej było źródeł informacji i ci, co pracowali w mediach, mieli o wiele większą moc oddziaływania, niż to się dzieje dzisiaj. Tyle że nie jeden Kaczkowski działał w radiu, paru innych też miało szansę stać się romantycznymi władcami dusz. A kimś prawie takim stał się tylko on.

Z jednym istotnym zastrzeżeniem – że świetnie pamiętam (i nie ja jeden) lata, gdy swój komentarz ograniczał do minimum, by zaprezentować maksimum muzyki. I dla mnie osobiście to jest ten czas najważniejszy, długi, wieloletni okres jego pracy w Trójce. Nie dałem się uwieść jego nocnym opowieściom, ale co z tego?

5. Jego dzisiejsi antagoniści, ci, którzy mają może czterdzieści parę, może tylko trzydzieści lat, psioczą, że.

Że nie sprawdził się w roli przywódcy dusz dla wielu pokoleń, że nie sprostał roli szamana, który dogadza muzycznie wszystkim, przez pięćdziesiąt lat i w każdych okolicznościach. Że nie nadąża, że coraz mniej rozumie. A ten pan ma już sześćdziesiąt siedem lat i niczego nie musi. On naprawdę zrobił swoje. To tak źle, że pozostaje, najczęściej, w starych dźwiękach, że te nowe już go nie poruszają, nie porywają? Niech ci, którzy mogliby być jego dziećmi lub wnukami, nie odsądzają go od czci i wiary, niech nie mają za złe, że ukochał tych a nie innych wykonawców. Niech poczekają, sami się zestarzeją trochę, a potem – jeśli dożyjemy – pogadamy raz jeszcze.

6. Życzyłbym każdemu choć w przybliżeniu tak hucznych obchodów jubileuszu – takiego lub innego. I jestem ciekaw, ilu z nas – mając sześćdziesiąt siedem lat – chciałoby w części artystycznej posłuchać tego, co ledwie ujrzało światło dzienne, ma rok, dwa, pięć, jeszcze nie uleżało się w uszach, jeszcze czas nie odsiał plew od ziaren – a nie tego, co kojarzy nam się i wiąże z najpiękniejszymi chwilami naszego życia, powiedzmy sobie szczerze, z tak czy inaczej pojmowaną młodością, z emocjami największymi. Stąd na imprezie u Kaczkowskiego Markowski i Piekarczyk.

Nie odmawiajmy innym prawa do nostalgii, zwykłych ludzkich wzruszeń, do określonych gustów. Na przykład Panapiotrowych, chyba jednak niebylejakich, skoro widać wyraźnie, że tak wielu o nie zawzięcie się spiera. Więc niech nam, dyskutującym, nie zabraknie ani przez moment świadomości, że pochylamy się nad zjawiskiem, nad którym pochylić się warto, bo w większości innych przypadków nie mielibyśmy na to najmniejszej ochoty. I nie miejmy za złe Panu Piotrowi, że jest tylko człowiekiem, także omylnym, nie zaś demiurgiem, półbogiem, herosem władnym uszczęśliwić całą ludzkość.

7. Dobry nauczyciel pokazuje, wskazuje możliwe drogi, potrafi zainteresować, zaciekawić. Sprawić, by najpilniejsi uczniowie odrobiwszy zadanie domowe, zaczęli szukać sami. Historia zna wiele przypadków, gdy uczeń sprzeniewierzył się swojemu mistrzowi. Tyle że bez niego nie zbudowałby w sobie należytych podstaw.

8. I dlatego, a także z metrykalnego lenistwa, z metrykalnego upodobania do kontaktu człowieka z człowiekiem, nie zaś z bezdusznym i bezosobowym medium, jakim jest np. internet, na nic nie zamienię Trójki, nie rzucę kamieniem w żadnego redaktora. I dlatego, sam już niemłody, kłaniam się nisko Panu Piotrowi.

P.S. I jeszcze słowo o muzycznych wyborach, o słuchaniu takiej i nie innej muzyki. Moje jest mojsze niż twojsze. Ja słucham jedynej prawdziwej muzy, reszta nie ma gustu i się nie zna. I jak można słuchać wciąż tych staroci.

Otóż można. Po prawie pół wieku kochać Beatlesów, Stonesów, Zeppelinów. Bardziej niż różne porywające zjawiska ostatnich lat. Tak samo, jak słuchać Davisa i Coltraine’a w ich nagraniach z lat 50. i 60. Jak Griega albo Beethovena. Albo, o zgrozo, takiej zramolałej popeliny jak Cztery pory roku Vivaldiego. Tak jak można stawać w zachwyceniu przed Brueglem, Monetem i popowym malarstwem Klimta.

Tak samo, jak nie zachwycać się Kalicińską, a nawet Masłowską. Jak obok Huellego i Stasiuka wciąż pomlaskiwać nad językiem Iwaszkiewicza. Jak, rany boskie, pamiętać o Sępie Szarzyńskim, a nawet pewnym greckim ślepcu. Zaraz, jak mu było? Homer, zdaje się. Ale niektórzy powiadają, że w ogóle nie istniał. Fakt, na fejsbuku go nie ma, więc pewnie nikt go nie lubi.

P.S. 2.Już zupełnie na koniec zacytuję dwukrotnie Asnyka. Tak, tego samego, który napisał Niemenowi „Jednego serca”.

 

                   Trzeba z żywymi naprzód iść,

                   Po życie sięgać nowe,

                   A nie w uwiędłych laurów liść

                   Z uporem stroić głowę.

 

I jeszcze:

                   Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy,

                   Choć macie sami doskonalsze wznieść.

                   Na nich się jeszcze święty ogień żarzy

                   I miłość ludzka stoi tam na straży.

                         I wy winniście im cześć!

 

Piotr Kaczkowski – postać

Co prawda ten tekst już pojawił się w Blog and Rollu, ale dla wszystkich słuchaczy Trójki, dla jej wychowanków dzień dziś szczególny – pięćdziesięciolecie pracy Pana Piotra Kaczkowskiego. Więc chyba nikt nie weźmie mi za złe, że pozwolę sobie na powtórne jego zamieszczenie. Dodam, że autor blogowych rysunków, Maciej Trzepałka, wykonał także rysunek, który znalazł się na zaproszeniach na dzisiejszą, jubileuszową imprezę w „Fabryce Trzciny”.

Panie Piotrze, dołączamy się do życzeń dla Pana – wielu, wielu lat w zdrowiu i na antenie. Niech dobra muzyka będzie z Panem i z nami wszystkimi.

[more]

Czy można sobie wyobrazić muzykę drugiej połowy dwudziestego stulecia bez Beatlesów? Pewnie można, choć rozważanie to czysto akademickie. Świat nie znosi próżni, pewnie mielibyśmy jakieś „w zamian”. Ale – byli. I skala ich dokonań jest olbrzymia, a rola w historii muzyki popularnej nie do przecenienia.

Kaczka, jak z czułością mówili o nim nie tylko moi starsi bracia. Pan Piotr. Pan Piotruś. Redaktor Piotr Kaczkowski. Czy można sobie wyobrazić radiową Trójkę, ba! – całe polskie radio – bez tego głosu?

Rokendrolowe okno na świat

Przez wiele lat istniała tylko i wyłącznie muzyka. Pozycji muzycznych w ramówce było zbyt mało, by je zagadywać. Ileż razy zdarzało się coś takiego: „Minimax, minimum słów, maksimum muzyki. Przed mikrofonem Piotr Kaczkowski, dobry wieczór państwu. Dziś …. (tu padał tytuł płyty i nazwa lub nazwisko wykonawcy). Wszystkie tytuły za tydzień. Słuchamy!”. I tyle – by zmieścić jak najwięcej, w całości, bez brutalnego wyciszenia na koniec programu. Tak denerwującego dla tych, którzy nagrywali.

To właśnie określeni wykonawcy, ci, a nie inni – ci, których nagrania Pan Piotr wybierał do kolejnych audycji, budowali jego pomnik. Dobrą muzyką zaraził między Odrą a Bugiem niezliczone zastępy słuchaczy. To przede wszystkim on był tym rokendrolowym oknem na świat. Nie sposób wymienić w tym miejscu nazw i nazwisk tych, których zaszczepił nam pod skórą, których poznaliśmy właśnie dzięki niemu. Pan Piotr był i jest synonimem tych programów radiowych, w których grało i gra się najlepszą muzykę. On ustawił nam głowy i kręgosłupy muzyczne, a przede wszystkim nastroił uszy na odpowiednie częstotliwości. Wychowywał kolejne roczniki nasto- i dwudziestoparolatków i wypuszczał w świat. Nauczył, na czym polega to, co w rocku najlepsze.

Audycje

„Muzyczna poczta UKF” – w środy od 17.05 do 17.40, w której prezentował zarówno nowości, jak i całe dyskografie (były to czasy, w których nie było mowy o prawach autorskich, ale – z drugiej strony – gdyby nie łamanie tego prawa, niewiele byśmy dziś wiedzieli o rokendrolu), „W tonacji Trójki” – w środy, od 12.05 do 13.00. I, przede wszystkim, „Minimax” – wędrujący po różnych dniach tygodnia na przestrzeni lat – wpierw dwudziestominutowy, a w którymś momencie, pod koniec lat 70., już czterdziestominutowy, co często pozwalało zmieścić płytę w całości, w jednym programie.

To, co nastąpiło trochę później, gdy czasu antenowego otrzymał więcej, gdy zaczął prowadzić nocne audycje, tłumaczyć teksty i czarować głosem – dla mnie, przyznam, nie ma już większego znaczenia. On zaczarował mnie prezentowaną muzyką, a nie fantastycznym skądinąd głosem.

Po 1989 roku

Po 1989 roku wiele się zmieniło. W sklepach pojawiły się pierwsze odtwarzacze kompaktowe i płyty CD, trochę później komputery i internet. Trójka z różnym powodzeniem radziła sobie w nowej sytuacji. Czasem, o zgrozo, ścigając się z komercyjnymi radiostacjami i grając równie dużo muzycznego chłamu. Teraz – chyba wreszcie jest normalnie. Tak jak my, słuchacze, chcielibyśmy, by było zawsze. Pan Piotr, po latach zmagań z chorobą, znów jest na antenie – i oby tak zostało. Nawet uwzględniwszy fakt, że pewnie nie ja jeden spośród jego uczniów nie raz mu się sprzeniewierzyłem. Choćby dziś, gdy puszczał nagrania Stinga. Jako fan tego ostatniego poczułem się zdradzony i oszukany w 2008 roku na Stadionie Śląskim – i nie podzielam już emocji redaktora.

I jeszcze jedno. W latach 1998-2000 był

dyrektorem Trójki.

Nawet jeśli to nie był fotel dla niego, bo Piotr Kaczkowski jest nade wszystko dziennikarzem, a nie urzędnikiem i menedżerem, znowu zrobił coś bardzo znaczącego i trwałego. Wymyślił mianowicie trójkowe koncerty, które na stałe wrosły w krajobraz tej stacji radiowej.

Od lat redaguje też kolejne płyty z serii Minimaks.pl, które są miejscem fonograficznych debiutów młodych wykonawców.

Ostatnio odebrał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski przyznany mu już rok temu za wybitne zasługi dla Polskiego Radia. Może nie jest to tytuł szlachecki przyjęty z rąk królowej brytyjskiej, ale z pewnością dowód docenienia jego pasji. Pasji, którą potrafił zarazić tak wielu z nas, odpowiednio ustawiając muzyczne radary. I, co nie mniej ważne, zdobywając trwałe miejsce w tak wielu sercach wyznawców muzyki.