Wyrwane z kontekstu (6): Free, All Right Now 

Free nazywani byli młodszą siostrą Cream. Grupa była bardziej bluesowa, nie tak wirtuozowska, ale świetnych utworów przez parę lat natrzepała, że daj Panie Boże zdrowie. A wśród nich – ten naj, naj, naj.

[more]

All Right Now, znany w dwóch wersjach, krótszej singlowej i pełnej z LP, to jeden z najgenialniejszych utworów rockowych. Co trzeba zrobić, kim być, by do głowy przyszedł taki riff?! Mając do tego w składzie wspaniały głos Paula Rodgersa (ostatnio, ale też już nie całkiem – nieco lepiej znanego fanom Queen), osiąga się efekt ponadczasowy.

Znów rok 1970, który przywoływać będę jeszcze wielokrotnie. Kiedyś mówiono o takich utworach: evergreen. Od pierwszego dźwięku – prąd przelatujący przez kręgosłup, ciary na plecach.

Wyrwane z kontekstu (5): Steppenwolf, Born To Be Wild

Kolejna – po Iron Butterfly – grupa z tych długowiecznych. I też niestety goniących swój własny cień. Czasem, co jest ogromną porażką człowieka, największym artystą jest się na samym początku drogi. Jak potem, przez dziesiątki lat, sobie z tym radzić? Ten problem miał i pewnie dalej ma John Kay, lider formacji.

[more]

W 1969 roku powstał słynny film Easy Rider w reżyserii Dennisa Hoppera. Na ścieżce dźwiękowej pojawiły się dwa utwory Steppenwolf, obok Jimiego Hendriksa, The Band, The Byrds i Rogera Mc Guinna – tuzów rocka zza oceanu. A jednak to właśnie Born To Be Wild stał się tym najważniejszym, najbardziej rozpoznawalnym. Kawałek, którego nie sposób pominąć przy spojrzeniu nie tylko na muzykę, ale całą kulturę końca lat 60.  To hymn – zwłaszcza rockersów i harleyowców.

Taki numer zdarzył się zespołowi raz. Ale to wystarczyło, by kronikarze oraz fani rokendrola go – i zespół, i kawałek – zapamiętali.

Wyrwane z kontekstu (4): The Kinks, You Really Got Me

Beatles i Rolling Stones zagarnęli właściwie całość uwielbienia polskich słuchaczy dla tamtego brytyjskiego grania. The Who i The Kinks bardzo niewielu fanom wryli się głębiej w świadomość.

[more]

The Kinks przez wiele lat ścigali się ze Stonesami, gdy chodzi o długowieczność zespołu. Ostatni album z premierowym materiałem nagrali w 1993 roku, działalność zawiesili trzy lata później. Największe triumfy święcili jednak w pierwszym dziesięcioleciu istnienia, to wtedy powstały ich największe przeboje.

A wśród nich ten wyjątkowy. Numer, o którym mówi się, że jest pierwszym metalowym kawałkiem w historii rocka. Utwór, w którym – piszę te heretyckie słowa jako wielki wyznawca Jaggera i spółki – gitara brzmi nowocześniej niż w (I Can’t Get No) Satisfaction.

You Really Got Me to wiosłowanie, jakie uwielbiam. Pierwsze nagranie na pierwszej dużej płycie zespołu. Rany boskie, 1964 rok, a brzmi wciąż znakomicie.

Wyrwane z kontekstu (3): King Crimson, Cadence and Cascade

W 1970 roku, w parę miesięcy po wydaniu debiutanckiego In The Court of The Crimson King, zespół Roberta Frippa miał już gotowy drugi album – In The Wake Of Poseidon. Śpiewał na nim, tak jak na pierwszym, Greg Lake. Z tą różnicą, że tym razem już tylko gościnnie, bo w międzyczasie stał się członkiem supertria Emerson, Lake & Palmer.

[more]

I z jednym wyjątkiem – właśnie wywołanym do tablicy utworem, w którym wokalnie udziela się trudno rozpoznawalny dziś Gordon Haskell. Ten pan, po wielu, wielu latach, miał swoje pięć minut przy okazji wydania albumu Harry’s Bar i piosenki How Wonderful You Are.

Współpraca Frippa z Haskellem nie trwała długo. Nawet po wielu latach ten drugi mówi o tym z żalem – że za swój udział w powstaniu utworu nie ujrzał ani funta itp. Nie wiem, co mówił na ten temat Fripp. Dla nas, fanów, nie to jest najistotniejsze. Haskell odszedł z zespołu zaraz po nagraniu kolejnej płyty, Lizard, jeszcze w tym samym, 1970 roku.

Nad Cadence and Cascade warto się pochylić. Jest przecudnej urody.

Wyrwane z kontekstu (2): Iron Butterfly, In-A-Gadda-Da-Vida

1968 rok. Rockmani zachłystują się odkryciem, że ich ukochana muzyka nie ma żadnych granic. Może poza tą, że strona analogowego longplaya nie jest w stanie pomieścić więcej niż trochę ponad dwadzieścia minut. Dla nielicznych wybranych otwierają się olbrzymie, nieznane dotąd możliwości. Dla innych stanowi to śmiertelną pułapkę.

[more]

Żelazny Motyl, w co trudno uwierzyć, działa do dzisiaj (mam nieodparte skojarzenia z Uriah Heep). Wyliczanka kolejnych składów zajmuje sporą część artykułu o zespole w Wikipedii. Ale do historii przeszli za sprawą tego jednego, monumentalnego utworu.

Który na myśl przywodzi najpierw The Doors. Rozmiary dzieła przypominają The End oraz When The Music’s Over. Klawisze ewidentnie w stylu Raya Manzarka. Natomiast gitara jest już zdecydowanie hardrockowa, spod znaku Hendriksa, Claptona czy Page’a. Do tego, tak lubiane do dziś przez klasyków gatunku, eksplorowanie orientalnych rytmów.

Esencja tamtego grania. Ileż da się zbudować na jednym riffie. Ale jakim!


Wyrwane z kontekstu: Rare Bird, Sympathy

Historia literatury znaczona jest książkami. Nawet jeden rękopis, napisany po francusku przez Polaka i znaleziony w Saragossie, też został ujęty w cudzysłów. Podobnie historia muzyki rockowej znaczona jest kolejnymi płytami. O największych wykonawcach mówi się często, uwzględniając cały ich dorobek. Ci, co mieli mniej szczęścia lub talentu, zostali zapamiętani za sprawą jednego albumu, a czasem jednego tylko nagrania. Słusznie bądź nie.

[more]

W cyklu, który dzisiaj inauguruję, chciałbym wspominać utwory, które są – z różnych względów – szczególnie dla mnie ważne. Nie będą to tylko „najpiękniejsze piosenki świata”, bo obok utworów pełnych liryzmu, delikatnych, znajdzie się tu miejsce dla gitarowego łojenia. Pojawią się wykonawcy zapomniani, ale obok nich także ci bardzo znani.

Na początek perełka, która z zupełnie dla mnie niezrozumiałych względów nie znajduje miejsca w trójkowym „Topie wszechczasów”. O grupie Rare Bird, niesłychanie w mojej edukacji muzycznej istotnej, napiszę kiedyś obszerniej. Tutaj wspomnę jej największy przebój, znany także z innych wykonań – „Sympathy”.

Jest rok 1969, rock symfoniczny rozpoczyna swój szturm na uszy słuchaczy. Najczęściej utworami długimi, o skomplikowanej i połamanej fakturze. Ale czasami też takimi fredżajlami.