Wyrwane z kontekstu: America, A Horse With No Name

Utwór, który znalazł się dopiero w dodrukach z 1972 roku pierwszego albumu tria (1971). Evergreen, zdecydowanie, tak naprawdę jedyna piosenka zespołu, która – zwłaszcza tu, nad Wisłą – została zapamiętana.

[more]

Aż trudno uwierzyć, że tak dojrzała muzycznie propozycja wyszła spod ręki dwudziestolatka, Deweya Bunnella, którego wspierali dziewiętnastolatek Gerry Beckley oraz dwudziestodwulatek Dan Peek. A Horse With No Name to pierwszy i największy przebój, przez trzy tygodnie numer jeden na liście Billboardu.

Zespół w 1970 roku założyli synowie oficerów amerykańskich, których jednostki stacjonowały w Wielkiej Brytanii i, choć niewiele o tym wiadomo, America funkcjonuje do dziś – z dwoma oryginalnymi członkami w składzie (Peek, który zmarł w 2011 roku, opuścił grupę w 1977). W latach 70. kilka płyt zespołu wyprodukował George Martin, współtwórca sukcesów Beatlesów.

Te cherubinkowe wokale zdecydowanie przenoszą nas za ocean (w Wielkiej Brytanii chyba tylko 10 CC tworzyli coś podobnego): Beach Boys, Byrds, do tego folkowy klimat utworów Crosby, Stills, Nash & Young – choć ten akurat wyraźniej można dostrzec w innych numerach tria. No i jest w tej balladzie też cudowny puls, który chwilę potem pojawił się tak obficie w nagraniach Steely Dan.

 

Weather Report

Zmarł J. J. Cale – i milczeć o tym smutnym fakcie nie wypada.

Wyrwane z kontekstu: The Who, My Generation

Tego nie zmienimy. Nie wszystko z równą mocą docierało za żelazną kurtynę. Świadomość przeciętnego polskiego nastolatka przed czterdziestu – czterdziestu pięciu laty zwykle mocno była zainfekowana piosenkami Beatles albo Rolling Stones, lecz znacznie trudniej było o bliższą znajomość z nagraniami Kinksów czy The Who. I tak już zostało.

[more]

Ci ostatni zaczynali jako hałaśliwi naśladowcy wymienionych wcześniej grup, a byli ledwie o rok – dwa – trzy lata młodsi. Ale szybko okazało się, że Townshend z kolegami mają sporo do powiedzenia od siebie. Nagrali mnóstwo świetnych utworów, kilka bardzo znaczących albumów z Who’s Next (1971) na czele. Trochę zostało to rozwodnione przez długie, choć z przerwami, lata działalności i serwowanie materiału o znacznie mniejszym znaczeniu niż ten z pierwszych lat istnienia grupy.

Podobnie jak w przypadku The Kinks – warto pochylić się nad kawałkami zespołu z lat 60. i początku 70. I nie zapominać, że czym dla Stonesów jest Satisfaction, dla Kinks You Really Got Me, tym dla The Who My Generation.

Jest rok 1965, a Roger Daltrey wykrzykuje: „Mam nadzieję, że umrę, nim się zestarzeję!”.

Wyrwane z kontekstu: Dżem, Bym zobaczyć mógł i Jeden zwyczajny dzień

Ciężko było Dżemowi po śmierci Ryszarda Riedla, bardzo ciężko. Z jednej strony skończył się schizofreniczny problem, czy frontman wyjdzie dziś na scenę, czy też nie będzie w stanie i zagramy instrumentalny koncert. A z drugiej – to gadanie, którego osobiście nie cierpię – że Dżem bez Riedla to już nie to, że nie ma racji bytu. To, że kapela gra do dziś – i to jak! – jest najlepszym uzasadnieniem podjętych w trudnych chwilach decyzji.

[more]

Trzy studyjne albumy nagrane z Jackiem Dewódzkim dawały jednak pewne argumenty do ręki przeciwnikom. Było słabiej i Pod wiatr (1997). Ale też, dodajmy od razu, słabiej nie znaczy słabo.

Nawet jeśli w wywołanym albumie zignorujemy (czego osobiście nie popieram) osiem pierwszych numerów, za dwa ostatnie należą się zespołowi głębokie ukłony. Chyba nigdy niegrane na żywo, fantastyczne kompozycje braci Otrębów – pierwsza Adama, druga Bena. Jedyne w swoim rodzaju, Dżemowe pomieszanie bluesa i rocka, soczyste gitary. I na plecach dreszcze, ciary. I fenomenalna, gilmourowska solówka Jerzego Styczyńskiego w drugim z nich. A gdy utwór, zdaje się, już gaśnie, jeszcze pojawiają się monumentalne nuty Pawła Bergera, znów słyszymy dźwięk gitar, powraca refren. Po prostu piękne…

Wyrwane z kontekstu: U.K., Rendezvous 6:02

Rok 1979. Dogorywanie rocka symfonicznego w – dla mnie jedynym szlachetnym – pierwszym okresie, w pierwszym pokoleniu tego typu wykonawców. Na finiszu wśród najlepszych byli SBB z Welcome (1979) i Mementem z banalnym tryptykiem (1980), Yes z albumem Drama (1980) i właśnie United Kingdom.

[more]

Supergrupa powstała na bazie rozwiązanej w 1974 roku formacji King Crimson, dowodzona była przez Johna Wettona i Eddiego Jobsona. Kapela, która jak meteor przemknęła przez rynek muzyczny: trzy płyty, dwie studyjne oraz rejestracja występów w Japonii i – tyle. Wetton zaraz potem znalazł się, na krótko, w Wishbone Ash, a następnie w składzie pod nazwą Asia – tyleż znakomitym, jeśli chodzi o nazwiska, co koszmarnym, gdy wspomnieć repertuar.

Co innego jednak U.K. Dwa albumy studyjne bronią się po latach znakomicie, a zawartością przywodzą na myśl tak wspaniałe płyty King Crimson, jak Larks’ Tongues In Aspic (1973) czy Red (1974).

Na płycie Danger Money, którą Piotr Kaczkowski uznał za najlepszą w 1979 roku, jest utwór trochę wyłamujący się z konwencji rocka progresywnego. Trochę, bo zbudowany jest z trzech części – takich samych początkowej i końcowej, pięknych, pełnych nostalgii i smutku, oraz – jednak – z symforockowego odlotu w części środkowej.

Trzeba będzie kiedyś wrócić do tego brawurowo zagranego materiału, natomiast teraz – jako swoista zapowiedź – Randka.

Wyrwane z kontekstu: Rush, Closer To The Heart

Zimą 1978 roku Piotr Kaczkowski prezentował w czterech kolejnych, półgodzinnych „Minimaksach” koncertowy Second’s Out Genesis. Zostawało mu około pięć minut, by przedstawić coś jeszcze. I to wtedy, chyba pierwszy raz na antenie polskiego radia, został odtworzony utwór najsłynniejszej – jak się miało wkrótce okazać – kanadyjskiej grupy rockowej, Rush. Był to pochodzący z szóstego albumu A Farewell To Kings (1977), niespełna trzyminutowy Closer To The Heart.

[more]

Trudno było nie zakochać się od pierwszego słuchania. Chwytliwy riff i refren, ostry, wysoki głos Geddy’ego Lee. Tak to się zaczęło – chyba nie tylko w moim przypadku. A sen o koncercie Rush w Polsce nie może się ziścić od wielu już lat. Dopiero co grali w Berlinie, szkoda.

Zespół to może nie z tych największych, ale warsztat muzyczny tria jest naprawdę imponujący. No i – jest w tych męskich, wysokorejestrowych głosach coś niesamowitego, prawda? Wystarczy tylko wspomnieć Planta, Andersona z Yes czy Stinga. A także Lee – mającego u boku Aleksa Lifesona i Neila Pearta. Czyli Aleksę Životića i Nikolę Petrovića.

 

Wyrwane z kontekstu: Red Hot Chili Peppers, Warped

To se už ne vrati. Nie wierzę, że Redhoci jeszcze kiedykolwiek zabrzmią tak jak przed laty. Tak samo, jak nie wgryzam się w rozważania o wyższości Johna Frusciante nad Dave’em Navarro albo na odwrót.

[more]

Początek albumu One Hot Minute (1995) od pierwszego słuchania do dziś wbija mnie w fotel równie mocno. Przed czterdzieści sekund, jak w thrillerze, rośnie napięcie. Stłumione dźwięki basu, bębnów i głosu Kiedisa. Bomba wybucha i wchodzi gitara Navarro. Zaczyna się fenomenalna jazda do przodu. Rokendrol w najpiękniejszej postaci – bezkompromisowy, bez trzymanki – prawdziwy czołg. Ale jest w tym potężnym hałasie funk, swing i melodia w refrenie. A razem z nią dołujące słowa: „Staczam się wciąż, wciąż, każdego dnia. Wypaczony i przerażony byciem tutaj, byciem tutaj”. Do bólu prosty riff, ale o to przecież w tej muzyce chodzi. W piątej minucie wyciszenie i powolna przesiadka do Aeroplanu.

Osiemnaście lat temu RHCP wydali swą ostatnią znakomitą płytę. Czas pokazał, jak bardzo olśniewający sukces komercyjny Californication (1999), mimo zachwytów na gorąco, nie przekłada się na trwałą wartość artystyczną. Nie mi oceniać, czego było więcej: odurzenia kasą czy niemocy twórczej. Prawda jest taka, że kolejne albumy zespołu, choć na półce stoją tuż obok, nie umywają się do Mother”s MilkBlood Sugar Sex Magik i One Hot Minute. We wszystkich trzech przypadkach kilkudziesięciu minut gorącej muzyki.

Wyrwane z kontekstu: The Mamas & The Papas, Monday Monday i California Dreamin’

Zespół utworzyli w 1964 roku Michelle i John Phillipsowie, Cass Elliot oraz Kanadyjczyk Denny Doherty. To, co znaczące w dziejach mieszanego kwartetu wokalnego, rozegrało się na przestrzeni lat 1966-68, mimo iż w 1967 roku doszło do pierwszego zawieszenia działalności. Dwie najsłynniejsze piosenki znalazły się na debiutanckiej płycie If You Can Believe Your Eyes And Ears (1966). Nigdy nie wypadły z obiegu, wciąż można je usłyszeć w przeróżnych radiostacjach.

[more]

Od niedawna jestem w posiadaniu dwupłytowego wydawnictwa w serii Gold Universalu, na który składają się trzydzieści dwa utwory. Wybór w pełni wystarczający, by zapoznać się z dorobkiem TM&TP. Szlachetnie opracowanych piosenek jest całe mnóstwo, więc słucha się tych płyt z wielką przyjemnością. A jednak właśnie te – California Dreamin’ i Monday Monday – uczyniły grupę nieśmiertelną.

Wokale tak charakterystyczne dla tamtych czasów, chórki, które znamy z nagrań Beatlesów, Beach Boysów czy The Byrds. Inspiracje folkiem, fascynacja ideologią hipisów, udział w słynnym Monterey Festival w 1967 roku. Proste i piękne harmonie, dziś – na fali powrotu do lat 60. – znów brzmiące świeżo i bezpretensjonalnie. Kawał bardzo szlachetnego popu.

*

Warto w tym miejscu wspomnieć, że John Phillips jest kompozytorem wielkiego przeboju Scotta Mc Kenziego z 1967 roku – San Francisco (Be Sure To Wear Some Flowers In Your Hair). A także to, że wiele lat później córka Phillipsów wraz z dwiema córkami Briana Wilsona z The Beach Boys próbowały pójść śladami rodziców jako Wilson Phillips. Ale szczególnie wielkiego sukcesu nie odniosły.

Weather Report

W czwartek, jak los pozwoli, kilka słów o St. James Hotel.


 

Wyrwane z kontekstu: Stone Temple Pilots, Plush

Zespół powstał w 1990 roku, był jeszcze jednym elementem grunge’owym na rynku. Moja znajomość z nim zawiązała się późno, bo już po rozpadzie w 2003 roku. Do dziś ograniczona jest do albumu Thank You (2003), będącego zbiorem z cyklu „The Best of”. I zupełnie nie ciągnie mnie, by obiema nogami stanąć pod sklepieniem kamiennej świątyni.

[more]

Grali (i grają znów, po reaktywacji w 2008 roku) zwykle ciężko. Jak na moje ucho, zbyt monotonnie, mało finezyjnie. Gdzieś to wszystko bardzo blisko Soundgarden i Alice In Chains, ale wyraźnie krok za nimi. Jednak na pierwszej płycie, Core z 1992 roku, wydanej tego samego dnia co Dirt AIC, jest taki jeden kawałek, który sprawia, że przy jego słuchaniu krew szybciej buzuje mi w żyłach. Świetny wokal Scotta Weilanda i kapitalna gitarowa zagrywka – kawał mocnego grania.

Weiland od lat ma problemy z narkotykami. Pośpiewał trochę z Velvet Revolver Slasha, sądził się z dawnymi kumplami o prawo do nazwy STP, ale to wszystko dobrze znane elementy rokendrolowej układanki. Pal diabli całą resztę dokonań kapeli, ma jeszcze parę niezłych numerów – ale Plush nie pozwoli o niej całkiem zapomnieć.

Wyrwane z kontekstu: Thin Lizzy, Hey You

W odstępie kilku miesięcy świat ujrzały dwie piosenki o tym samym tytule. Pierwsza pochodzi z The Wall Floydów, stanowiąc jeden z najjaśniejszych punktów dwupłytowego albumu, o tej drugiej mało kto dziś pamięta.

[more]

Irlandzki band, na którego czele stał Phil Lynott, choć nigdy nie wytyczał nowych rockowych szlaków, w latach 70. stanowił dobre nawiązanie do prostoty tej muzyki sprzed dwóch dekad. W okresie, gdy rozpadli się Deep Purple, dołowali Black Sabbath, gorzej wiodło się Led Zeppelin, stanowili ścisłą czołówkę mocnego grania. Świetną wizytówkę grupy stanowi koncertowy Live And Dangerous (1978).

Dzisiaj sięgam jednak do nagrania z 1980 roku kończącego bardzo udany album Chinatown. Lynott miał rękę do gitarzystów – współpracował z TL Gary Moore, a na tej płycie słychać Snowy’ego White’a.

Hey You to kawał solidnego rokendrolowego łojenia zbudowany na bazie powracającej reggae’owej zagrywki (przy okazji mały cytat z The Police). A w środku – żaden tam grzeczny kominek za szkłem w living roomie, tylko żar buchający z wielkiego pieca hutniczego.

Lynott, lider i mózg zespołu, zmarł w 1986 roku w wieku zaledwie trzydziestu sześciu lat. To, że dziś można ujrzeć w prasie anonse o występach kapeli o nazwie Thin Lizzy, również w Polsce, wydaje mi się nadużyciem, zwłaszcza w kontekście bezustannie zmieniającego się przed laty składu. Cóż, kasa nie śmierdzi.

Weather Report

W czwartek – Chuck Berry. Czas najwyższy było o nim napisać.

Wyrwane z kontekstu: Focus, Hocus Pocus

Był taki czas, gdy z Wysp Brytyjskich na kontynent było szczególnie blisko. Na przełomie lat 60. i 70. wiele ciekawego działo się w Holandii. Spośród grup tamtego okresu największą sławę zyskał Focus, dowodzony przez dwóch wirtuozów – flecistę, klawiszowca i autora wokaliz Thijsa van Leera oraz gitarzystę Jana Akkermana.

[more]

Najsłynniejszy utwór w dorobku kapeli pochodzi z drugiej płyty, Moving Waves z 1971 roku. To brawurowy, rozpędzony progresywno-hardrockowy walec miażdżący wszystko, co napotka na swej drodze. Rewelacyjna gitara, niemal Bachowskie organy, jodłowanie, a nawet solo na bębnach. I, oczywiście, flet – flecistów było ich dwóch: Ian Anderson, lider Jethro Tull, i van Leer.

Jest gęsto, bardzo gęsto – numer skrzy się od pomysłów, ale bynajmniej nie czujemy ich nadmiaru. Porywające.