Po rozpadzie The Nice Keith Emerson przymierzał się do sformowania nowej kapeli, ani chybi – supergrupy. Akces do niej zgłosił sam Jimi Hendrix, ale Emerson odmówił, twierdząc, że nie chce zatrudniać gitarzysty.
[more]
Może rzeczywiście tak myślał w tamtym momencie, a może przestraszył się, że nie będzie władcą absolutnym? Ostatecznie w składzie tria znalazł się przecież Greg Lake. Gitarzysta innej miary niż Hendrix, choć jego partie gitary akustycznej do dziś robią wrażenie, przede wszystkim jednak świetny wokalista, jakim objawił się na pierwszej płycie King Crimson – In The Court Of The Crimson King (1969). Za bębnami usiadł Carl Palmer, dotychczasowy członek Atomic Rooster. I…
W 1970 roku EL&P wydali swój pierwszy album. Znakomity, jeden z najlepszych nie tylko w ich dorobku, ale w całym nurcie rocka symfonicznego. Krążek, który wieńczy przepiękny Lucky Man. Utwór otwierający jednocześnie pokaźny zestaw ballad autorstwa Lake’a, z odlotową partią syntezatora na koniec.
Jeden z moich najwspanialszych smaków dzieciństwa, którego termin przydatności do spożycia nie minie nigdy.
W niedzielę literacką nagrodę Nike wręczono Joannie Bator. W ten sposób nie tylko ja otrzymałem kolejny dowód na to, że uroda i talent – doceniony! – nie muszą się wykluczać. Rozstrzyganie kwestii, czy z utalentownym pięknem dobrze żyje się na co dzień, nie do mnie już należy.
[more]
Pozostawię też w spokoju rozważania na temat: „Przemija uroda w nas”. Powiem tylko tyle, że spectrum kobiecego piękna dla faceta w średnim wieku jest nieporównanie większe niż dla dwudziestolatka.
Dość tego. Miało być o niekoniecznie kasandrycznych przepowiedniach. Przed laty Telewizja Polska parokrotnie zaprezentowała fragmenty bodaj wrocławskiego występu Wilson. Jadłem uchem i okiem.
Cassandra Wilson jest raz trochę bardziej, raz trochę mniej jazzowa, zawsze jednak serwuje bardzo szlachetne nuty. Jest w czym wybierać, bo dorobek ma niemały, choć pierwszą płytę wydała dopiero w wieku trzydziestu jeden lat. Blue Light ’til Dawn to album z 1993 roku, zawierający sporo klasyków – w tym ten właśnie, otwierający album. W jej wykonaniu – absolutne cacko.
O rany, czy to pora, by wyciągać najcięższe działa? A może po prostu zawsze jest czas, by po raz enty pochylić się nad arcydziełami? Hey Jude, Stairway To Heaven i Cygańska rapsodia – moja trójca przenajświętsza. Utwory, w których jest wszystko, co stanowi istotę rocka.
[more]
Dwa pierwsze zostawiam sobie na inną okazję. Ten trzeci, najpóźniejszy z nich (1975 rok, pochodzący z albumu A Night At The Opera) – to fortepianowo-gitarowy wyciskacz łez, pojedynek na obłędne głosy, chóry i chórki, wreszcie fenomenalny, rokendrolowy łomot oraz końcowe, liryczne wyciszenie. Niecałe sześć minut, w których mamy wycyzelowaną, kunsztownie wyszlifowaną niczym najpiękniejszy diament minisuitę rockową. Rockoperę w pigułce – czy co tam jeszcze chcecie.
Był czas, koniec lat 70., gdy byłem wielkim fanem Królowej. Potem, kiedy – jak na moje ucho – w nadmiarze pojawiły się instrumenty klawiszowe, komputery, przeszło mi raz na zawsze. I może tym bardziej, dojrzalej, doceniłem i nadal doceniam niektóre pozycje w dorobku tej kapeli.
Nieraz już zdarzyło się – zwłaszcza za sprawą tzw. talent shows – że trudną fakturę utworu z całą ostrością uświadamialiśmy sobie, dopiero gdy brali się za niego inni, niekoniecznie amatorzy. Tak było też podczas Tribute to Freddie Mercury w kwietniu 1992 roku, kiedy z piosenkami Queen poradził sobie właściwie tylko George Michael. Co dla niejednego, także dla mnie, było sporym zaskoczeniem.
O wielu wokalistach mówi się, że są jedyni i niepowtarzalni. Mercury jednak, jak żaden inny wychodzący raz po raz z ogromną łatwością poza zdefiniowaną, zdawałoby się, estetykę rockowego przekazu, był i pozostanie kimś wyjątkowym. Homo, narcyz, glamowate uosobienie kiczu z cekinami i obnażonym torsem. Niezwykle utalentowany kompozytor, genialny śpiewak, wulkan energii na scenie. A w Bohemian Rhapsody ponadto – rewelacyjnie wspierany przez kumpli, zwłaszcza najznakomitszego jakiego znamy Briana Maya na gitarze.
Weather Report
Dziś koncert Dżemu w Chorzowie. Dawno, wyjątkowo dawno nie widziałem tej kapeli na żywo.
Sade, córka Angielki i Nigeryjczyka, swym pierwszym wielkim przebojem Smooth Operator w połowie lat 80. podbiła nie tylko listy przebojów, ale i serca konsumentów muzyki na całym świecie.
Jakoś tuż po studiach – musiał to być 1988 lub 1989 rok, nabyłem dostępny w polskich sklepach trzeci jej album Stronger Than Pride (1988), którym wtedy, w pierwszych latach po ślubie, zasłuchiwaliśmy się z żoną.
A potem – potem był 1994 rok i piłkarskie mistrzostwa świata w USA.
[more]
Jest taki nieco frywolny dowcip. Dwóch kolegów spotyka się w poniedziałekk w pracy i jeden pyta drugiego:
– Czemu nie byłeś wczoraj na meczu?!
– Ach, żona mi nie pozwala.
– To nie wiesz, jak to się robi? Bierzesz ją przez kolano, podnosisz spódnicę, ściągasz majtki i lejesz. A potem idziesz na mecz.
Mija tydzień i sytuacja się powtarza:
– Czemu nie byłeś wczoraj na meczu? Przecież mówiłem ci, co masz zrobić!
– No właśnie. Przełożyłem ją przez kolano, zadarłem spódnicę, zsunąłem majtki. Patrzę – w domu też jest fajnie…
I w tym 1994 roku zasiadłem przed telewizorem, by skonsumować kolejny mistrzowski mecz. Tymczasem coś się stało, jakaś obsuwa czasowa czy problemy na łączach, już nie pamiętam. Ni z gruchy, ni z pietruchy nadano obszerne fragmenty koncertu Sade. I stało się. Zmysł wzroku stanął w jednym rzędzie ze zmysłem słuchu.
Panowie, popatrzcie na załączone klipy. Bez wątpienia – love is stronger than pride.
Ta kapela to wynalazek nieodżałowanej Trójkowej pamięci Pawła Kostrzewy (który, ufam, ma się dobrze, ale zniknął chyba nie tylko mi z oczu i, co istotniejsze, z uszu). W autorskim „Trójkowym ekspresie” redaktor puszczał sporo materiału z pierwszej płyty Days of the New – ze szczególnym uwzględnieniem wymienionego w tytule kawałka.
[more]
Travis Meeks (urodzony w 1979 roku), lider i mózg zespołu, jako nastolatek lokator zakładu poprawczego, najwyraźniej zafascynowany był grunge’em – ze szczególnym uwzględnieniem postaci Kurta Cobaina. Poprawczak opuścił w 1995 roku i zaraz też założył zespół. Pierwszy album, który odniósł największy sukces i rozszedł się w blisko półmilionowym nakładzie, ukazał się dwa lata później. Jak łatwo policzyć, Meeks miał wtedy zaledwie osiemnaście lat.
Pomysł na akustyczne granie w dobie rozkwitu koncertów unplugged nie wydawał się niczym nowym. A jednak nieźle się to broni. Na wszelki wypadek zastrzegam, że znam tylko debiutancki album (leżący teraz przede mną), a zespół ma na koncie jeszcze pięć, w tym dwa koncertowe. Wyczytałem jedynie, że sprzedawały się znacznie gorzej.
Nie ma mowy o witruozowskim graniu – może na szczęście? – ale głos lidera jest w stanie uwieść niejedną niewiastę. A solidne, mocne aranże sprawią, myślę, także dziś przyjemność wielu miłośnikom porządnego łojenia.
Uzależniłem się od Jane całkiem niedawno. Jak słucham tej kapeli, to aż mi wstyd, że tak świetnego grania nie potrafiłem docenić wcześniej. I od razu w takich momentach – bo było ich już trochę – zastanawiam się, ile jeszcze nie całkiem nowych dźwięków pozostało mi do odkrycia. A co za tym idzie – i, paradoksalnie, jest wielkim plusem wcześniejszych zaniechań oraz ignorancji – ileż pięknych chwil i wzruszeń wciąż jeszcze przede mną. Co przecież jest istotą konsumowania muzyki.
[more]
Kapela powstała w końcu lat 80., jest jedną z tych cudownych gitarowych odtrutek na konfekcję tamtej dekady. Nie obchodzi mnie, jak bardzo zawiłe są losy zarówno samego zespołu, jak i ich poszczególnych członków. W ostatecznym rozrachunku liczy się efekt końcowy: jakość tego, co faceci mają do zaproponowania. Więc pieprzę kwestię używek, mam gdzieś trudne charaktery Farella, Navarro, Perkinsa i ich zmieniających się kumpli. Istotne jest to, że mija już sporo lat, w przypadku albumu Strays, z którego pochodzi wywołana do tablicy piosenka, całe dziesięć, a brzmi to ciągle świetnie.
Jakiś czas temu wspominałem w tym cyklu Warped Redhotów, otwierający One Hot Minute (1997). I tu jest podobnie – mamy do czynienia z wysokokalorycznym natarciem gitarowej husarii na nasze bębenki. Z jednym, za to bardzo istotnym, wspólnym elementem: w obu przypadkach wiosłuje Dave Navarro.
Parodniowa przerwa w codzienności żony i mojej przeznaczona na Amsterdam jest dobrym pretekstem, by sięgnąć – nie pierwszy zresztą raz – po holenderskie granie. Shocking Blue to kapela z Hagi, której aktywność przypadła na lata 1967-1974.
[more]
Venus, jej największy przebój, który zawędrował na sam szczyt „Billboardu” w lutym 1970, jest dla mnie jeszcze jednym pocztówkowym wspomnieniem. Wydawało mi się przez lata, że to piosenka już zwietrzała, będąca nieodrodnym dzieckiem swojej epoki, czyli końca lat 60. Kiedy jednak kolejne pokolenia rockmanów coraz śmielej zaczęły sięgać do tamtych brzmień, stała się – jak chyba nigdy – aktualna i bardzo na czasie.
Jeśli dać szansę starej, a jednocześnie nieznanej muzyce, okazuje się, że grupa niezłych utworów ma w dorobku więcej. Co stwierdziłem po zapoznaniu się z jej „debestofem”.
Tu pozostanę przy tym jednym numerze, w którym śpiewa Mariska Veres, wówczas młodziutka, dwudziestodwuletnia dziewczyna, o romsko-węgiersko-francusko-rosyjskich korzeniach. Veres zmarła w 2006 roku, mając pięćdziesiąt dziewięć lat.
Venus znalazła się w repertuarze wielu innych wykonawców. Najpopularniejszą wersją jest ta Banamaramy z 1986 roku. Inny cover, Love Buzz, znalazł się na pierwszym singlu oraz debiutanckim albumie Bleach Nirvany. Fragment tego samego kawałka wykorzystali Prodigy w utworze Phoenix.
Jakie to do bólu proste, nieskomplikowane w warstwie tekstu, a muzycznie – zwrotka, refren, zwrotka, solo i finał. It’s only rock’n’roll (but I like it) – mam ochotę krzyknąć za Mickiem Jaggerem. Mijają kolejne dziesiątki lat, a dobrze zrollowany, nowo powstały kawałek wciąż potrafi dopieścić moje uszne małżowiny. Bo wciąż, na szczęście, są tacy, którzy potrafią wymyślić świetny riff.
[more]
Sammy’ego Hagara i Michaela Anthony’ego kojarzymy przede wszystkim z Van Halen, Chad Smith to przecież bębniarz Red Hot Chili Peppers, zaś Joe Satriani należy do bardzo nieulubionej przeze mnie grupy wymiataczy-narcyzów-nudziarzy. Tyle że – co pokazuje przypadek Kurzej Stopki – jak złapać go za bary, wepchnąć między świetnego wokalistę, porządną sekcję i cztery minuty z niewielkim okładem, udowadnia, że umie się streszczać i robić to w wyśmienity sposób.
Kwartet, w którym dwóch panów ma swoją podstawową robotę, a pozostałych dwóch niekoniecznie, powinien okazać się efemerydą. I może jeszcze ze dwadzieścia lat temu tak by było. Dziś jest inaczej, kapela ma na koncie dwa studyjne albumy i, najwyraźniej, mnóstwo frajdy ze wspólnego grania. A także plany na przyszłość.
Soap On the Rope pochodzi z pierwszej płyty, wydanej w 2009 roku. To numer, którego – jestem przekonany – żadna grupa w historii by się nie powstydziła. Który każda, łącznie z największymi, chciałaby mieć w swym repertuarze. Eddiego van Halena pewnie ścisnęło w dołku z zazdrości, Jimmy Page mógł pomyśleć, że to powinien być kawałek Led Zep. Nic, zupełnie nic w tym graniu nie ma nowego, ale jak te nuty pięknie nawijają się do przodu!
Tylko krowa nie zmienia poglądów. Kto wie, czy – gdy cała nowa płyta Stinga będzie równie dobra jak pilotujący ją utwór, nie polubię tego pana ponownie. Nie zmienia to jednak faktu, że przed pięciu laty, wraz z kumplami ze starego zespołu, podpadł mi na Stadionie Śląskim do tego stopnia, że przestałem słuchać jego płyt*. A trochę ich w domu mam, w końcu w latach 80. należał do grona szczególnie przeze mnie ulubionych artystów.
[more]
Regatta de Blanc (1979) to jeden z najwcześniejszych moich kompaktowych zakupów. Przypominam sobie pierwsze wrzucenie do szufladki – i zdziwienie: czyżbym nie znał każdej nuty na tej płycie? Po chwili zorientowałem się, że w pudełku z okładką Police, na płycie także w ten sposób opisanej znalazły się piosenki… Barry’ego White’a. Dzień później dokonałem wymiany na inny, właściwy już egzemplarz.
Album, którego słucham właśnie po długiej przerwie, brzmi świetnie. I swego rodzaju chirurgicznym zabiegiem jest wyłuskiwanie z niego jednego utworu. Wśród wielu znakomitości wskazuję ten, który powalił mnie wtedy, w 1991 roku, w wersji kompaktowej, szczególnie i trzyma do dziś.
Sting, Copeland i Summers potężnie narozrabiali w muzyce końca lat 70. i początku 80. Stary rock niedomagał coraz bardziej, niektórzy analitycy zjawiska zwanego punkiem też dzielą go na prawdziwie artystyczny początek i późniejsze odcinanie kuponów. A ci trzej faceci stworzyli odrębną jakość. Biegłość instrumentalistów, surowe brzmienie, piękne melodie, reggae i zadziwiająca barwa głosu Gordona Matthew Sumnera – to wszystko na krążku z 1979 roku broni się znakomicie.
Bring On The Night stał się też tytułowym utworem pierwszego wydawnictwa koncertowego Stinga – z 1986 roku.
Grupa, wraz z Krzakiem, Kombi (cóż, nie da się ukryć tego faktu) oraz Kasą Chorych stanowiła pierwsze pokolenie nurtu określanego pod koniec lat 70. muzyką młodej generacji. Była jeśli nie jedynym (bo mówiło się nieco później jeszcze o Zjednoczonych Siłach Natury Mech czy Ogrodzie Wyobraźni), to najważniejszym przedstawicielem art rocka w tym gronie.
[more]
Byliśmy tak
spragnieni rockowej muzyki,
tak bardzo mający dość estradowej popeliny spod znaku Opola i Sopotu, że wybaczaliśmy wiele tym wykonawcom – niedostatki warsztatowe albo nie najwyższej jakości nagrania radiowe bądź płytowe, w czym ich winy akurat trudno się dopatrywać. Wybaczaliśmy wiele, ale im bardziej plaga mocnego grania rozlewała się po kraju, tym bardziej – nie wszystko.
Exodus powstał w 1976 roku, publicznie zagrał pierwszy raz rok później – i sami członkowie chyba właśnie datą 1977 posługiwali się wtedy jako początkiem, bo w 1982 roku obchodzili w Spodku pięciolecie, kończąc swym występem jeden z wielu ówczesnych spędów MMG. I to był jedyny raz, gdy widziałem kapelę na żywo. Miało to się zdarzyć już w 1977 roku, mieli otwierać tyski koncert holenderskiego Livin’ Blues, jednak ostatecznie zagrała wtedy na stadionie GKS-u Budka Suflera.
Płyta
The Most Beautiful Day,
wydana w 1980 roku, rozczarowywała. Zawierała całkiem nowy materiał, nieznany z wcześniej wydawanych singli, ale…
Właśnie, termin „epigoni” pasuje tu jak ulał. Ze świata importowano nam Marrilion czy kwartet o nazwie Asia, ale były to żałosne popłuczyny po najlepszych nagraniach symforockowych. Exodus, choć z bardzo solidnym warsztatem (wspomniany występ w Spodku zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, pamiętam – aż się dziwiłem, że tak dobre), artystycznie był spóźniony o dobrych parę lat.
W sumie może dobrze się stało, że historia grupy niebawem została zakończona, bowiem drugi album – Supernova z 1982 roku – też, delikatnie mówiąc, nie rzucał na kolana.
W dodatku zabrakło na nim najpiękniejszej kompozycji w dorobku grupy –
Ponurego pejzażu.
Pamięć już zawodzi, ale czy nie chodziło tu o cenzurę? Ponury pejzaż to bardzo adekwatne określenie polskiej rzeczywistości A.D. 1982, czasu stanu wojennego przecież.
Dziś sobie myślę, że skoro typuję ten utwór na pozycję numer jeden w dorobku, wyrastający wyraźnie ponad wszystkie inne, to nie wystawiam tym samym Exodusowi najlepszej oceny. Cóż, niestety – po latach tak to właśnie wygląda. Czas bezlitośnie obchodzi się w tymi niezbyt świeżymi już w chwili powstawania pomysłami. W wywołanej do tablicy piosence – może właśnie dlatego, że piosence, o w sumie dość prostej fakturze, ale równocześnie pięknej, walcującej melodii – jest zdecydowanie lepiej. I słychać jakieś echa niedawno przeze mnie wspominanej Rendezvous 6.02 United Kingdom.