Piosenki głupie, ale głębokie – Świetliki, Urodziny Katowic, Rialto, 13 września 2013

Marcin Świetlicki to frontman o wdzięku słonia w składzie porcelany, nieobdarzony przez naturę szczególnym głosem. Mamy więc faceta, który raczej stoi po prostu na scenie, od czasu do czasu wykonując tylko dziwne, nieskoordynowane ruchy. To, co wydobywa z gardła, bliskie jest melorecytacji. Głos ma męski, głęboki, już po lekkim tylko dociśnięciu – romantyczno-modernistycznie charczący.

[more]

Ten czołowy przedstawiciel poezji współczesnej, nie tylko swego pokolenia (urodzony w 1961 roku) jest jednak bardzo świadomy tego, o czym napisałem wyżej. Dostatecznie

zdystansowany wobec siebie,

a może po prostu wyznający zupełnie inną estetykę przekazu artystycznego, by wziąć do ręki gitarę albo dać robotę gitarzyście – i w stylu Kaczmarskiego czy Gintrowskiego cierpieć za ojczyznę, Kraków czy choćby we własnym tylko imieniu (dał temu zresztą wyraz w jednym pastiszu).

Zatrudniając muzyków rockowych, uzyskał szczególny efekt. Jego wiersze z poetyckich piwnic, zadymionych knajp i mieszkań, gdzie toczone są późnonocne rozmowy o Polsce, świecie i literaturze, zbłądziły pod strzechy większych i mniejszych klubów muzycznych. Oczywiście, adresatami jego przekazu nie stali się miłośnicy hip-hopu czy popu, a raczej ci, którzy słuchają Janerki czy Waglewskiego, bo do tych klimatów muzycznych jest Świetlikom niedaleko.

Przekaz literacki

lidera zyskuje w ten sposób całkiem dużą tubę, gromadząc na widowni trochę inną publiczność, także – jak wczoraj – poetów. Błogosławiony dystans do siebie sprawia, że lider raz po raz ironizuje – wprost lub nie – na temat swojej obecności i miejsca na scenie, a jednocześnie, jak każdy artysta, spragniony jest ludzkiego, to jest słuchaczy, uznania. I sądzę, że nieźle sobie radzi z tą dychotomią.

W tym miejscu wypada mi się wreszcie przyznać, że jakoś do tej pory muzyka Świetlików omijała moje uszy. Dlatego też wszystko albo prawie wszystko było dla mnie wczoraj bardzo nowe. Ale nie tylko dla mnie, bo zespół lwią część występu poświęcił na zaprezentowanie nowego, jeszcze nieopublikowanego materiału, który znajdzie się na albumie Sromota.

Stąd te skojarzenia Janerkowe i Waglewskie (u tego pierwszego  łagodności dodaje małżonka wiolonczelistka, u Świetlickiego klawisze i prześliczna skrzypaczka). Ale też zupełnie inne – jest w tym coś z Waitsa i Cave’a, jest mrocznie, spod znaku psychodelii czy nowej fali – w duchu Joy Division. Za sprawą basu nietrudno dopatrzeć się także wpływów New Order. Gitara z kolei raz po raz zapuszczała się w klimaty znane z piosenek U2 i patentów Edge’a.

I takie

zaplecze muzyczne,

bardzo solidne warsztatowo, zdecydowanie ocala przekaz Świetlickiego. Jest w nim za dużo autoironii, by cierpieć w stylu Wójtowicza czy Czyżykiewicza, rockowa formuła zwykle nie lubi stosowania dźwięków najcieńszych, tych nut rozedrganych bogoojczyźnianą frazą. Rock jest anglosaski, gdzieś pomiędzy, stonowany, a nie francusko-rosyjski, plujący krwią ze sceny aż do ostatnich rzędów na widowni.

Na żywo broni się więc ta muzyka z tekstem (a może tekst z muzyką, w tej kolejności) zdecydowanie. Dlatego, że „jeśli powstaje na dworze, to nie na polu”, dlatego, że nie jest to sztuka salonowa. Świetlicki ma w dupie salony literackie, wzdycha tylko z nostalgią: „Co to za poezja, która nie ocala ani człowieka, ani robala”. I że, jak sam powiedział, są to piosenki głupie, ale głębokie.

I jest mi to, przyznam, w wielu momentach bardzo bliskie. Zaś w odczuwaniu tej bliskości moja wspólnota pokoleniowa z liderem nie ma – jak mniemam – pierwszorzędnego znaczenia.



Pink, punk i jazz na Mariackiej – Pink Freud, Ogródek Letni Tauron Nowa Muzyka, Katowice, 17 sierpnia 2013

Nie wybieram się na festiwal Tauron Nowa Muzyka, nie bywam na ulicy Mariackiej, w towarzyskim salonie Katowic, a jednak gdy dowiedziałam się o koncercie Pink Freud „before” TNM, sobotni wieczór postanowiłam spędzić właśnie tam.

[more]

Koncert rozpoczął się z niemałym opóźnieniem, ale w ogóle nam, siedzącym w ogródkach przed licznymi lokalami

w ten sierpniowy, ciepły wieczór,

to nie przeszkadzało.

Wreszcie panowie wyszli na podest (jak on wytrzymał tę aktywność ruchową Wojtka Mazolewskiego?!): perkusja, trąbka, saksofon barytonowy i bas – tylko ten ostatni podłączony do prądu, reszta akustyczna. Ale czy przez to – jak zapowiadali organizatorzy – zabrzmiała delikatniej? Nie, nie pozwalało na to miejsce koncertu – imprezująca (w większości nie w rytm jazzu) i rozgadana ulica. Jeśli miałabym znaleźć jakieś słabe strony tego występu, to kiepskie nagłośnienie (nikt nad tym nie czuwał, człowiek przy konsoli chyba tylko jej pilnował). Należało tu i ówdzie podkręcić, by muzyka zabrzmiała tak, jak na to zasługuje. Cóż, darmowe koncerty, a już zwłaszcza te na deptaku, obłożone są takim ryzykiem.

Pink Freud widziałam przed rokiem z okładem w Rialcie, bardzo mi się wtedy podobali. Teraz również zagrali kawałki z ostatniej płyty Horse & Power, a poza tym na przykład klasyk Dylana All Along The Watchtower, za punkt wyjścia mający opracowanie Hendriksa.

Tyle energii, tyle radości grania,

tego, co zawsze ujmuje publiczność – widzieć, że występ nawet w takich, dalekich od komfortowych warunkach, sprawia muzykom frajdę.

Choć koncert nie należał do najdłuższych (godzina z okładem i bisem), mógł się podobać. Szkoda tylko, że słabo było słychać konferansjerkę frontmena – a ta również należy do mocnych punktów programu…

Dopóki śpiewa Nohavica – Jaromir Nohavica, Letni Ogród Teatralny, Katowice, 4 sierpnia 2013

Ilu artystów doczekało się (za życia, dodajmy) wystaw muzealnych inspirowanych ich twórczością? Ba, jedną tylko piosenką – i cóż z tego, że wystawy kameralnej, może przez to jeszcze piękniejszej, ilustrowanej fotografiami w sepii i przedmiotami, które już dawno wyszły z użycia.

[more]

Jak się wzruszać piosenką Těšínská i tym, co było „před sto lety”, to tylko w Cieszynie, gdzie w tamtejszym muzeum otworzono wystawę pod tytułem

Gdybym się urodził przed stu laty – Kdybych se narodil před sto lety”.

Gdy koncert w ramach Letniego Ogrodu Teatralnego otworzyła właśnie ta melodia, poczułam, że warto było odstać swoje w bardzo długiej, ale, przyznaję, niezwykle kulturalnej kolejce, drżąc z niepewności: „wejdę-nie wejdę”. Warto było, zwłaszcza że artysta niebylejaki, sam Jaromir Nohavica wpisał się do programu tej imprezy.

Pojawił się na scenie w odświętnej, niedzielnej białej koszuli (wzorem, jak wspomniał, swoich wiejskich przodków), wraz z muzykiem, który brał udział w nagraniu jego ostatniej płyty, Robertem Kuśmierskim. I był to znakomity wybór. W stronę wypełnionej do granic możliwości widowni popłynęły dźwięki gitary, akordeonów, klawiszy… (W tym miejscu podziękowania dla organizatorów – panowali nad sytuacją do końca, uspokajali co bardziej zdenerwowanych perspektywą odejścia z kwitkiem, upychali wzorcowo zagorzałych fanów – nigdy nie widziałam w podcieniach katowickiego Centrum Kultury takich tłumów).

widziałem kometę
chciałem jej zaśpiewać

To był nasz trzeci koncert JN – i od razu zdobył pierwsze miejsce w moim rankingu. Artysta był w świetnej formie wokalnej, muzycznej, a przede wszystkim życiowej. Mimo że zastrzegł, iż szkoda mu czasu na mówienie – tyle chciałby zaśpiewać katowickiej publiczności – raz po raz zagadywał, a czynił to z wdziękiem i humorem, jeszcze raz przekonując, że wiele nas, Czechów i Polaków, łączy.

Miejsce było niecodzienne – schody gmachu pamiętającego czasy partyjnych kacyków, a mimo to wyczuwało się dobre fluidy wokół. Publiczność przyjmowała go jak dawno niewidzianego, bardzo dobrego znajomego, a on zmieniał nastroje, tak jak muzyk zmienia instrumenty.

o zdradzie miłości o świecie
o ludziach żyjących na naszej planecie

Było i nostalgicznie, i dowcipnie, a nawet trochę rubasznie. Jak to u Czechów bywa, gdzie spotyka się refleksja (nieśmiertelna Kometa, przepięknie zaaranżowany Mikymauz) z biesiadą (Pijte vodu), miłość (Sarajevo) z samotnością (Pane prezidente), przeszłość (goszcząca wiele tygodni na trójkowej liście przebojów Minulost) ze współczesnością (nowa Aksamitna marynarka – Sako ze sametu o rozczarowaniu rzeczywistością postkomunistyczną), folklor (Ostravo) z nowymi technologiami (http://www.idnes).

Nohavica dostosowuje język utworów do ich bogatej tematyki (mimo bariery językowej wiele można zrozumieć) – pisze poetycko o miłości (zabrakło mojego ulubionego Zatímco se koupeš), naśladuje mowę potoczną, żargon, nie stroni od wulgaryzmów.

Tylko raz zapanowała cisza pełna konsternacji – gdy przed „futbolową” piosenką o drużynie Banika z Ostrawy zapytał, ile punktów ma nasza GieKSa po dwóch kolejkach… Nie ten target. Całe szczęście, ktoś wiedział…

Sporą część koncertu zajęły utwory z płyty „Tak mě tu máš”. Wiele było jego evergreenów, kilka piosenek nowych bądź mniej znanych. Jest w czym wybierać, bo

dokąd się śpiewa – jeszcze się żyje i trwa.

Muzyka (a można to zdanie z dużym prawdopodobieństwem rozszerzyć na inne dziedziny sztuki) jest sposobem na przetrwanie człowieka, który nie ma co nie ma jak dlaczego ani dokąd, nie ma z kim nie ma o czym i jest sam ze sobą*. Na zdziwienie, zachwyt, a czasem rozczarowanie światem. Na zderzenie tego, co wysokie, wzniosłe i szlachetne, z tym, co małe, poślednie i czasem podłe.

Panie Jaromirze, niech Pan nam śpiewa jak najdłużej.

*fragmenty tłumaczeń ze strony: http://www.nohavica.cz

 

Męskie Granie, Panowie i Panie!

Media kreują dziś wydarzenia. Próbują nam, raz po raz, to i owo, wmówić. Jak w “Familiadzie”, istotne jest nie to, co istotne, ale to, co się komu zdaje. Lubię Trójkę, lubię Piotra Stelmacha, bo to pasjonat znający się na rzeczy. Ale po zaliczeniu w sobotę pierwszy raz „Męskiego Grania” dobrze się zastanowię, zanim wybiorę się znowu.

[more]

Bo niby jest tak, że za siedemdziesiąt złotych można w jednym miejscu zobaczyć wielu wykonawców, w pięknych okolicznościach przyrody, z ceną za bilety powodującą, że lumperii wszelkiej maści nie uświadczysz, piwo dostaniesz w ładnej – mimo że plastikowej – szklance, zjesz coś jadalnego za niemasakryczne pieniądze. A jednak nie jest aż tak pięknie, jak nam opowiadają na antenie radiowej.

Może dlatego – teraz będę już mówił w swoim imieniu, tak zawsze bezpieczniej, że wielu tych wykonawców widziałem już wcześniej na żywo, że to, czego nie znałem – poza Tworzywem – zupełnie mnie nie przekonało, z dyrektorem Adamem Ostrowskim na czele. Może w tym szaleństwie jest metoda, by zderzyć ze sobą rocka i rap, elektronikę i muzykę fortepianową. Może stanowi to wartość dla tych, którzy na koncertach bywają od wielkiego święta. Dla mnie dawka siedmiogodzinna okazała się trudna do strawienia. Ale po kolei.

Zalefa, czyli Krzysztofa Zalewskiego, nie zobaczyłem. Kończył swój set, kiedy ja dopiero wchodziłem na teren Sztygarki.

Ballady i Romanse,

oglądane przed dziesięcioma miesiącami z elektroniczną perkusją, nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia. W sobotę było zdecydowanie lepiej – sekcja jest bardzo mocną częścią zespołu. Wciąż jednak nie prowokuje mnie to do sięgnięcia po płyty sióstr Wrońskich.

Tworzywo,

czyli juniorzy Waglewscy, Fisz i Emade, wspomagani przez swojego kumpla z zespołu Kim Novak, Michała Sobolewskiego, i DJ Eproma, dali bardzo dobry koncert. Ładunek rockowej energii, świetne, inteligentne teksty – to zdecydowanie się broni.

Très b.

z Misią Furtak na „motylkowym” basie i wokalu to jeden z moich faworytów. Gitarowe granie z okolic najlepiej pojmowanego poprocka, bez fajerwerków, za to z solidnym warsztatem, zwykle dobrze sobie radzi z upływem czasu. Chcę wierzyć, że decyzja członków zespołu, by to właśnie w Polsce osiąść i tworzyć, okaże się słuszna. Wiele urody zaklętej jest w tych surowych zwykle dźwiękach i intrygującym głosie.

Maria Peszek

była pierwszą, która sprawiła, iż widownia pod sceną wyraźnie zgęstniała. Ostro, energetycznie, ze znakomicie słyszalnym wokalem – co ważne, bo teksty są tu zdecydowanie o czymś. Czyli jak zimą w katowickim Rialcie, tyle że za drugim razem nie zrobiło to na mnie aż takiego wrażenia. Doceniam, ale lubię umiarkowanie.

Kolejny set to pierwsze pomieszanie z poplątaniem. Zaczął

Leszek Możdżer.

Solo, na fortepianie – i było w tym wiele niewymuszonego, a bardzo kunsztownego piękna. Niestety, klimaty spod znaku Keitha Emersona lepiej sprawdzają się w sali koncertowej. Lutosławski i Rachmaninow dla wielu stanowili tło do przerwy na pogaduszki. A potem wyszedł

O.S.T.R.

I zrobiła się miazga.

Rozumiem, że osiemnasto- czy dwudziestoletni raper ma potrzebę publicznego wylania żalu do ojca, matki, szkoły czy całego świata i wykrzykuje ten sprzeciw w sposób niekoniecznie dobry literacko. Gdy jednak w podobną egzaltację wpada facet po trzydziestce, z wyższym wykształceniem muzycznym, i zaczyna opowiadać, że jego żona jest w ciąży, a on znów zapomniał paska i spodnie mu spadają (w tej kolejności, a logicznie byłoby na odwrót) to… Wszystko, a w każdym razie wiele wybaczę człowiekowi na scenie, jeśli strona artystyczna do mnie przemawia. Ostrowski może podoba się młodym ludziom, do mnie nie trafia zupełnie. Dziwnie się czuję, gdy ktoś ze sceny wpada w prorocze tony, a balansuje zaledwie na granicy grafomanii. To znaczy: dziwnie czułem się kiedyś, dziś już tylko uśmiecham z zażenowaniem.

O.S.T.R. przeszkadzał Możdżerowi oraz dwóm panom (bas i bębny) w graniu jazzu. Momentami całkiem już bez sensu, bo większości zgromadzonych słyszących jazz chyba nie trzeba mówić, że to jazz.

Smacznie zrobiło się potem, bo na scenie zainstalował się

Stanisław Sojka

z zespołem. Sposób śpiewania (na swój użytek nazwałem to artykulacją hiperpoprawną) Pana S. od około dwudziestu lat jest dla mnie nieznośny. No ale warsztatu, jeśli się go kiedyś posiadło, raczej się nie gubi. Bardzo to było stylowe, swingujące – najpierw własne, a później kompozycje Czesława Niemena, zagrane z gościnnym udziałem Tomasza Jaśkiewicza, gitarzysty Akwareli i Enigmatic. Dziwny jest ten świat, Jednego serca, Stoję w oknie oraz zaśpiewany wspólnie z Katarzyną Nosowską Sen o Warszawie sprawiły, że zrobiło się bardzo szlachetnie i nostalgicznie.

Wreszcie na scenie – nb. imponujących rozmiarów – pojawił się

Hey.

Po cichu liczyłem, że skoro następnego dnia w Jarocinie ma odegrać w całości debiutancką płytę, dosypie do pieca także tego wieczoru. Stało się jednak inaczej – czyli tak, jak zespół gra od kilku lat: bardziej miękko, z mocnymi klawiszami. Odmianę stanowiła sekcja dęta. Tyle że nie w stylu najlepszych Blood, Sweet and Tears czy Chicago, a raczej wzmacniająca linię melodyczną utworów. Głównie z dwóch ostatnich płyt, co oczywiste.

Niby wszystko O.K., ale w rocku – i w Heyu – najbardziej ukochałem gitary. I tęsknię za tym, by zobaczyć tę kapelę grającą jak za dawnych lat. Mocno elektroniczne brzmienia na płytach akceptuję, ale na żywo chciałbym usłyszeć też stare rzeczy w wersjach bliskich pierwowzoru, a tego Pani Kasia z kolegami od paru ładnych już lat nam skąpi.

Było już po 22.00 – i mogłem spokojnie iść do domu. Ale nie zwykłem opuszczać koncertów przed ich zakończeniem. I żałuję, bo muzycznie nie dostałem później nic, co by mnie poruszyło – więc tym bardziej poczułem się skatowany tym, co usłyszałem.

O.S.T.R.

kontynuował swoje przemyślenia o życiu. Raz po raz krzyczał też: „Podnieście w górę ręce!”. W pewnym momencie dodał nawet: „Pokażcie, ile macie palcy!”. Mam palcy dziesięciu, ale – dobrze wychowany – nie pokazałem mu nawet jednego, środkowego.

Trochę, mimo wszystko, szkoda – bo muzycznie nie było źle, obok scratchów mieliśmy naturalny bas i perkusję. Prawdziwe instrumenty bardziej do mnie przemawiają. Ale też nie są w stanie uratować całości. Cóż, Panie O.S.T.R., rzeczywistość skreczy.

Nawet gdy na scenie staje – jako gość – gwiazda sprzed lat,

Grażyna Łobaszewska,

śpiewając swój pierwszy wielki przebój, Gdybyś (wciąż robiący wrażenie), oraz jedną piosenkę z nowego albumu. Mimo wielkiej sympatii dla dokonań piosenkarki sprzed lat, trudno mi uwierzyć, że ta próba powrotu zakończy się sukcesem. Już na pewno nie z Ostrowskim biegającym dookoła niej z mikrofonem i wdzięczącym się jak pensjonarka.

Estetyka

2 Cresky,

kapeli reaktywowanej po latach specjalnie na Męskie Granie, jest mi z gruntu obca. Mocne, industrialne rytmy dobywane z komputerów, utwory, zamiast zwartej trzy – czterominutowej konstrukcji, trwały dwa razy dłużej, nużąc i męcząc. I niewiele pomogła dobra gitara.

Całkiem na koniec, tuż przed północą, wystąpili Państwo Dyrektorostwo, a ściślej skład powołany specjalnie na MG, a dowodzony przez

Andrzeja Smolika.

Więc znów rytmy niespecjalnie mi bliskie, jakiś cover Kraftwerku, po tylu godzinach grania dostać kolejną porcję elektroniki było ponad moje siły. Jutro jest dziś zabrzmiało, gdy opuszczałem już chorzowską Sztygarkę.

Ktoś powie, że to nie dla mnie takie spędy. Może i tak. Ale nastolatków wcale nie było za wiele, wśród publiczności dominowali raczej trzydziestolatkowie. Być może to sprawiło, że jakiejś szczególnie gorącej atmosfery nie było. Może także nie bez znaczenia był fakt, iż impreza, choć bardzo sprawnie przebiegająca, trwała jednak wiele godzin i siły powoli opuszczały nie tylko ludzi po pięćdziesiątce.

Powiem jeszcze, że trudniej jest zaskoczyć i zadowolić wytrwałych i aktywnych konsumentów muzyki, a do tych chyba mogę się zaliczyć. Na dawkę w rozmiarze XXL prędko się jednak nie zdecyduję. Bo to trochę jak bieganie w wielkim, szacownym muzeum od jednego obrazu do drugiego. Na coś należy się zdecydować, z czegoś zrezygnować, by – w ten sposób – zabrać ze sobą do domu więcej. I by starczyło na dłużej. Ostatecznie postąpiłem jednak według zasady: lepiej zgrzeszyć – zostać do końca – i żałować, niż żałować, że się nie zgrzeszyło – czyli wyszło przed końcem i coś istotnego przegapiło.

Rokendrolowe figo-fago – SBB, Katowice, 13 lipca 2013

Gdy się kogoś kocha – ryzyko zawodu zawsze jest większe, bo i oczekiwania ponadstandardowe. Nie zająknę się tu o okolicznościach tego darmowego występu (to zostawiam innym, mnie interesuje muzyka), ale chodzi o względy czysto artystyczne: czy obiekt miłości wciąż jest godzien tego gorącego uczucia.

[more]

Moje

młodzieńcze uwielbienie dla dokonań zespołu

zostało wczoraj, kolejny już raz, wzmocnione. Mniejsza o to, co kiepskie – zawsze takie było i takim pozostało: dykcja i angielszczyzna lidera. Lepiej już nie będzie, dochodzi do tego nonszalancja, z jaką czasem Józef Skrzek traktuje – swój przecież osobisty! – oryginalny zapis nutowy dotyczący wyśpiewywanego tekstu. Tu jednak słabe strony się kończą.

Organizacja całej imprezy zmusiła, jak mniemam, zespół do ograniczenia instrumentarium: niewiele było klawiatur, nie było też drugiego zestawu perkusyjnego. Na bębnach zagrał, w sposób niepodlegający jakiejkolwiek dyskusji, czarnoskóry Frank Parker – muzyk, którego w ostatnich paru miesiącach dane było mi oglądać szczególnie często (wcześniej w składzie Tie-Breaku i Kompanii Adama Struga). Lakis wiosłował tym razem na jednej, elektrycznej gitarze. Jak zawsze – po mistrzowsku. Skrzek natomiast zadziwił chyba nie tylko mnie. Klawiszy, jak już wspomniałem, było niewiele, mnóstwo natomiast, piękne mnóstwo – gitary basowej. Mieliśmy więc

powrót do źródeł

– zarówno jeśli chodzi o SBB, jak i całą muzykę rockową.

Zaczęli od Odlotu, może nie tak szaleńczego jak ten przed ponad rokiem w „Rialcie”, ale daj, Panie Boże, zdrowie. Potem zagrali Memento z banalnym tryptykiem, okrojone w stosunku do płytowej wersji, ale za to z solem na gitarze elektrycznej. Dla mnie (pisałem już kiedyś) najwspanialszym w dziejach polskiego rocka. Następnie zabrzmiało Freedom With Us i słychać było, że muzykom gra się coraz lepiej, że temperatura koncertu rośnie.

Kolejny numer, pochodzący z Welcome (1979) Rainbow Man, był najwspanialszym momentem tego występu. Mocny funk, który wraz z upływającymi minutami porywającego grania stawał się coraz bardziej korzennym bluesrockiem z czasów Cream – to była fantastyczna lekcja bezkompromisowego grania. Oczy i uszy wyszły mi na wierzch. To, że Anthimos jest świetnym gitarzystą, wiem od zawsze, Parker robił swoje, ale Józa przeszedł samego siebie.

Grał na basie jak za dawnych, najlepszych lat,

przypomniały mi się nagrania grupy Niemen czy pierwszy krążek SBB. A najbardziej niesamowite było to, że głos Skrzeka nie tylko nadążał za szaleństwem instrumentów, ale wręcz stał się instrumentem najważniejszym, piekielnie silnym, gdzieś z okolic Rodgersa czy Planta. A do metryki zaglądać przecież nie wypada i, co najistotniejsze, nie ma powodu. Takie wykonanie zasługiwałoby na uwiecznienie, na rejestrację płytową. Po tylu latach grania, w dekoracjach bardzo nieszczególnych panowie wciąż udowadniają, że są artystami przez duże „A”, czasami – największe.

W tych bluesowych klimatach pozostaliśmy już do końca występu, a w mocno odbiegającym od studyjnej wersji Pielgrzymie do słów Norwida wręcz jazzrockowych. Trochę spokojniej zrobiło się przy okazji Singer, oh, Singer, kawałka pochodzącego z pierwszej solowej płyty Skrzeka nagranej po rozpadzie SBB,

Józefiny.

Tu wspomnienie. W 1983 roku byłem na FAMIE w Świnoujściu. W przeddzień rozpoczęcia festiwalu wybraliśmy się z kolegą do Szczecina, gdzie na wystawie jednej z księgarń zobaczyłem tę płytę – i nabyłem ją drogą kupna. Kilkanaście dni później okazało się, że FAMĘ odwiedził Skrzek i nawet zagrał na rozstrojonym fortepianie w amfiteatrze. Po jego występie pobiegłem szybko do wojskowego namiotu, gdzie przy łóżku miałem swoją torbę (przez trzy tygodnie właściwie niestrzeżoną, że nikt mnie – i innych – wtedy nie okradł!), wziąłem płytę i pobiegłem z powrotem. Podszedłem do Pana Józka, otoczonego już wianuszkiem ładnych dziewczyn, prosząc o autograf.

– O, już jest! – powiedział zdziwiony, ale i ucieszony na widok krążka.

Takie to były czasy, że nikt, łącznie z artystą, nie wiedział, kiedy – i czy w ogóle – ukaże się jego nowy album.

Na bis wczorajszego, około półtoragodzinnego występu otrzymaliśmy aktualną mutację Figo-Fago.

Gdzie jest dziś SBB?

Ilu dwudziestolatków na świadomość, że taki zespół kiedyś ścigał się z najlepszymi na świecie, że istnieje i dziś? Pewnie niewielu. A zwłaszcza ci, którzy sami próbują grać, powinni Skrzeka i Lakisa – obojętne, czy z Głykiem, Muzykantem, czy Parkerem – zobaczyć na żywo. Bo to są ludzie, którzy wciąż na scenie wyczyniają takie rokendrolowe figo-fago, że nic, tylko podpatrywać ich i uczyć się.

Trio ma w dyskografii olbrzymią liczbę wydawnictw koncertowych. Ale słuchając go w składzie właściwie „zredukowanym” do zestawu gitara – bas – perkusja, pomyślałem, że nagranie dziś takiego materiału, w miejscu o dobrej akustyce i tak dobrej formie muzycznej, miałoby wiele sensu. To wciąż potężny kawał muzyki.

Próba wyobraźni – Arifa, Ogrody Dźwięków, Katowice, 30 czerwca 2013

Precz z uprzedzeniami, fobiami. Precz z myśleniem, że jesteśmy narodem gorszym od i lepszym niż. Chciałbym wierzyć, że pokolenia młodsze od mojego są i będą wolne od takiego sposobu myślenia o świecie i ludziach, ale historia uczy i dowodzi czegoś zupełnie innego. Jednocześnie chyba nie jest też tak, że konsumują dziś sztukę tylko pięknoduchy i ludzie naiwni. Tacy, którym, im starsi, tym mniej to przystoi.

[more]

A jednak, wychowany na „Czterech pancernych”, na „Stawce większej niż życie”, na utrwalonym od wieków

podziale na dobrych i złych,

nie umiem ukryć zdziwienia faktem, że w jednym czteroosobowym zespole spotykają się muzycy z Rumunii, Turcji, Holandii i Niemiec. Bardziej nawet niż tym, że wspólnie mogą zabrzmieć fortepian, lutnia, klarnet (wyjątkowo długi) i zestaw perkusyjny – bardzo nieoczywisty, kojarzący się nieco z instrumentarium stosowanym przez Zohara Fresco.

I właśnie dokonania tria Możdżer-Danielsson-Fresco, mam wrażenie, stanowią punkt odniesienia i inspirację dla kwartetu. Jazz, tak, z pewnością – tego jest w graniu Arify najwięcej.

Jazzu łagodnego,

delikatnego, tkanego z pięknych nut – ale bynajmniej nie słodkiego (to nie ma nic wspólnego z lukrowanym smooth jazzem).

Faktura muzyczna w porównaniu z trzema innymi koncertami festiwalu, które dane było mi obejrzeć, była bardziej skomplikowana. Niby, jak powiedział lider, znów inspiracje Orientem, rytmami wschodniej Europy i Ameryki Północnej, ale jeśli jest w tym folk, to „wysoko przetworzony”. Muzyka raczej do zadumania, skupienia, wsłuchania się, a nie bujania. Ramy utworów znacznie szersze – i formalnie, i czasowo.

To, co kiedyś dotknęło jazzu, potem rocka (rock symfoniczny), chyba najpełniej realizuje się dopiero teraz, w takim właśnie graniu.

Granic nie ma już żadnych

– poza wyobraźnią artystów i ich wyczuciem smaku. Dopóki mówimy o eksperymentach z doborem instrumentarium, o poruszaniu się w uświęconych tradycją utworach opartych na melodiach i harmoniach – nie sposób dowodzić wystawiania cierpliwości słuchaczy na szczególnie wielką próbę. Poza próbą wrażliwości.

Tych czterech młodych ludzi potrafi już bardzo wiele, a widać, jak wielką radością jest dla nich występ przed, zdaje się, większym niż zwykle audytorium. Piękny koncert.

Ileż wspaniałej muzyki powstaje w przeróżnych zakątkach świata. Kiedyś mieliśmy problem, by w dostatecznie dużej dawce obcować z jazzem czy rokendrolem tworzonym po obu stronach Atlantyku. Dziś jest o to nieporównanie łatwiej, za to pojawiają się zupełnie inne możliwości, dociera do nas

muzyka, o jakiej nam się nie śniło.

Raz po raz mamy okazję sprawdzić, jak rozciągliwa jest nasza – odbiorców – muzyczna wyobraźnia. I naiwnie zapytać: czy piękna na świecie może być za dużo? By z dziecięcą szczerością zaraz odpowiedzieć: ależ skąd, nie!

I jak potem, na przykład o równych godzinach, wysłuchiwać wiadomości z kraju (złego) i ze świata (jeszcze gorszego)?


Weather Report

W czwartek obiecuję gitary zdecydowanie elektryczne – van Halen.

Pieśni tęsknie wystrugane – Adam Strug Kompania, Ogrody Dźwięków, Katowice, 30 czerwca 2013

Adam Strug to postać szerszemu ogółowi nieznana, a zasłużona w penetrowaniu nie tylko polskiego folkloru, odnajdywaniu i ocalaniu pieśni gdzieś z muzycznych skansenów, sprzed dziesiątków i setek lat. Ale też pochylona w stronę poezji, jej liryczno-miłosnego oblicza (Leśmian, Zegadłowicz). I to zderzenie ludowości z wierszami – z pozoru niebezpieczne i podejrzane – daje nieoczekiwanie dobre rezultaty. A jeśli tak się dzieje, musi to być efektem świadomości i kultury muzycznej wykonawców.

[more]

Skoro na estradzie pojawiają się

muzycy związani ze sceną jazzową

– niedawno oglądani przeze mnie w składzie Tie Breaku Marcin Pospieszalski i Frank Parker (a to dopiero – Murzyn grający na bębnach do słów Leśmiana!) oraz Szczepan Pospieszalski, Michał Żak i Janusz Prusinowski, to o poziom artystyczny możemy być spokojni. Jeśli jeszcze na początku miałem pewne wątpliwości co do głosu lidera, z czasem zostały one rozwiane. Skala może nieduża, ale dobra dykcja i błogosławiony dystans do siebie i własnej roboty czyniły z jego występu kawał sztuki.

I co ciekawe, gdy – mniej więcej – od dwudziestej minuty zrobiło się 

delikatnie i subtelnie

– nie popadliśmy w ckliwość i duszną monotonię. Cóż, wielu wykonawców i zwykle też, za przeproszeniem, jednocześnie autorów z popowej części rodzimej sceny powinno pochylić się nad takim materiałem muzycznym oraz sposobem jego prezentacji. I wziąć sobie to i owo do serca (dosłownie). Ale to takie wołanie na pustyni, mniejsza – o co.

Więc o miłości, intymności można dziś mówić nadal. Używając do tego słów poetów, nie zaś własnych koślawych rymów, ilustrując te strofy muzyką pozornie starą i niemodną, szeroko rozumianym folklorem. Jeśli jednak podchodzi się do tego profesjonalnie, z porządnym warsztatem muzycznym, i jednocześnie lekko, bez tej napuszoności poezji śpiewanej, z radością i zabawą – może być pięknie.

Ta właśnie cecha –

element zabawy,

zarówno na scenie, jak i na widowni, pełne sprzężenie zwrotne między muzykami a słuchaczami – była stale obecna podczas festiwalu „Ogrody dźwięku”. Muzyka powinna sprawiać radość – tym, co grają, i tym, co słuchają. I panowie z Kompanii Adama Struga cały czas to czują, cały czas o tym pamiętają.

A ja – zachwycony kolejnym koncertem – zamyślam się na chwilę nad tym, jak niewielki ułamek dociera do mnie z tego, co dzieje się w muzyce w Polsce i na świecie. Jak – chcąc, nie chcąc – punktem odniesienia pozostają popelinowe wydarzenia w stylu festiwalu opolskiego czy inne wiekopomne nagrody stacji radiowej czy telewizyjnej jakiejśtam, a prawdziwi artyści funkcjonują z dala od mediów, na obrzeżach, grając „za dwa pomidory, pół kilo gruszek”.

Jak dobrze, że jeszcze są

organizatorzy takich imprez,

którzy zadają sobie trud wyłowienia muzyków i postawienia ich na scenie za trochę uczciwsze, mam nadzieję, pieniądze. By się ogrzali choć trochę kilkusetosobową publicznością (taką, która też ma dość konfekcji na co dzień), by nabrali sił do dalszych zmagań o przetrwanie i zachowanie poczucia sensu tego, co robią. Trzeba zabić tę miłość? Nie, zupełnie na odwrót – trzeba ocalić tę wrażliwość.

A tych, których zaintrygują dołączone nagrania, odsyłam do – jedynej w ćwierćwieczu artystycznych poszukiwań Adama Struga – wydanej w ubiegłym roku płyty Adieu.

 

Marokańczyk, Węgier, dwa bratanki – Chalaban, Ogrody Dźwięków, Katowice, 28 czerwca 2013

Na scenie ośmiu facetów: trzech wokalistów – lider, Said Tachiti, obsługujący strunowe instrumenty szarpane (guembri i lutnię) oraz perkusyjne, pozostali dwaj grający też na perkusjonaliach, do tego saksofon, klarnet, gitara, bas i perkusja – i do głowy przychodzi mi następujący obrazek:

[more]

Paru Węgrów na wycieczce w Maroku,

wskutek krwi bardziej niż zwykle rozrzedzonej palinką, trafia na rynek małego miasteczka. Uliczny handel, targowisko, trwa w najlepsze, gdzieś w samym rogu rozbrzmiewa muzyka – paru grajków próbuje zarobić trochę grosza. Nagle gościom robi się jakoś ciasno i ciemno przed oczami, zostają otoczeni przez grupę kilkunastu tubylców. Spod czarnych grzyw błyskają białka oczu, zdecydowanie mało przyjazne. Porozumieć się nie sposób, sytuacja wymyka się spod kontroli, w dłoniach błyskają noże. Cała grupa, w upiornym milczeniu, przesuwa się gdzieś w kąt, w cień, który dają okoliczne domy. Zatrzymuje się tuz obok muzykantów.

Nagle jeden z Madziarów, wiedziony jakimś instynktem, szybkim ruchem podnosi z ziemi leżący instrument i zaczyna grać wraz z zespołem. Ostrza, które w pierwszej chwili znalazły się tuż przy jego gardle, powoli opadają, tak jak opadają trzymające je dłonie, a po może minucie znikają w kieszeniach. Ktoś z dotychczasowych napastników wybucha śmiechem, co udziela się wszystkim pozostałym. Nie wiadomo skąd pojawia się alkohol i naczynia. Butelka, jedna, potem następna, szybko krąży wśród mężczyzn. Atmosfera ulega całkowitej przemianie – nastrój zabawy udziela się wszystkim.

Dość krwawych wizji, wszak

muzyka łagodzi obyczaje,

łącząc pokolenia i narody. Niesamowite jest to, że na scenie pojawia się ośmiu muzyków – Marokańczyków i Węgrów. Jak oni wpadli na siebie?! Zespół został założony przez śniadego muzyka w Budapeszcie pod koniec lat 90. Lider zagaduje do publiczności, pokpiwając z polskiego lata (było w Katowicach w piątek wieczorem paskudnie, mokro i zimno). Potem zaczyna grać na guembri, przenosząc nas gdzieś do czarnej Afryki. Trzy wspaniałe męskie głosy, a brzmienie instrumentu przypominające, jak w latach 60. i 70. pierwsi muzycy rockowi szukali inspiracji w takich właśnie miejscach na świecie, do tego mantryczna melodia – i gdzieś w to wdzierający się nagle saksofon. Podobnie jest w drugim utworze. A potem wreszcie odzywają się pozostałe instrumenty. Gitarzysta wydobywa nuty rodem z Voodoo Chile Hendriksa, funkuje albo przenosi nas na Karaiby. Nad wszystkim wciąż czuwa mocny bas porządkujący rozwibrowane dźwięki.

Zespół gra

niesamowicie energetycznie,

z każdym utworem coraz więcej jest pląsających osób. Radośnie jest na scenie i na widowni. Zapominamy o przenikliwym czerwcowym zimnie i deszczu, pulsująca muzyka rozgrzewa bowiem coraz bardziej. Z żoną przypomina nam się klimat koncertu, jaki niemal równo pięć lat temu dali wspólnie w Bielsku-Białej Richard Bona, Lokua Kanza i Gerald Toto. Wspaniała zabawa – wtedy i teraz.

Trudno przypuszczać, byśmy o zespole jeszcze kiedyś usłyszeli, choć – patrząc z drugiej strony – ktoś go przecież wyłowił z tysięcy innych i zaprosił do Polski. Dla mojego pokolenia nie jest zaskoczeniem, że na Węgrzech grać potrafią, ale że w Maroku grają – i to pięknie, zawodowo – wciąż oczywiste nie jest. I że mają tam świadomość nie tylko własnej tradycji, ale i głowy otwarte na to, co dzieje się na świecie. I nagrywają – Chalaban ma na swym koncie pięć płyt.

Niedawno, w czasie pobytu w Rzymie, zwróciła moją uwagę młoda kobieta, która najwyraźniej była córką Japonki i Włocha. Z pomieszania tradycji muzycznych, tak samo jak z pomieszania nacji, otrzymujemy nieraz rzeczy nieoczekiwane i zadziwiające. I niepospolitej urody.

Formuła pięknie otwarta – Vladimirska, Ogrody Dźwięków, Katowice, 28 czerwca 2013

Jeśli artykulacja dźwięków, słowa i języki stworzone zostały przez ludzi z potrzeby wzajemnej komunikacji, jeśli w mowie Kochanowskiego i Masłowskiej terminy „chleb” czy „bułka” kryją w sobie niezliczoną ilość wszelkich odmian, nie dziwmy się, że pojawił się też wytrych w postaci określenia „world music”.

[more]

Warto jednak szybko porzucić semantyczne rozważania, by otworzyć się na istotę sprawy, czyli muzykę. Na fantastyczne, zupełnie dziecięce zdziwienie, co też w niej się porobiło. Świat zmalał. Dzięki samolotom i internetowi możemy dziś błyskawicznie przenosić się z jednego kontynentu na drugi, a informacje przesyłać jeszcze szybciej. Choć filozofów czy socjologów musi to zjawisko niepokoić, na gruncie sztuki staje się chyba całkowicie bezpieczne i dające nieograniczone możliwości. Ufam, że żadna homogenizacja czy macdonaldyzacja jej nie grozi. Porobiło się mianowicie tak, że wszystko jest możliwe: wszystko można zagrać i wszyscy mogą zagrać ze wszystkimi.

Vladimirska

Przyjechali, jak powiedziała frontmenka na koniec, z niedaleka, bo „ze Krakowa”. Wokalistka i akordeonistka rodem z Kanady, ale już nieźle mówiąca po polsku, do tego pięciu panów: trąbka, saksofon, gitara akustyczna, bębny i druga gitara na zmianę z bandżo. Przedziwna i przepiękna muzyka. Całkowite pomieszanie stylistyk, folkloru z różnych szerokości geograficznych wsparte wielką kulturą muzyczną. Bałkańskich rytmów, u nas raczej w nadmiarze od czasu wizyt Bregoviča, było tylko trochę, a poza tym – o rany! I argentyńskie tango, i dixieland, i jazz (bardzo smaczne sola na trąbce i saksofonie).

Muzycy sami określają swoje granie mianem

retro-circus-folk.

Pierwsze i trzecie zgoda, natomiast jarmarczność to tylko mrugnięcie okiem do słuchaczy – ekwilibrystyki tu nie ma, jest wyczucie, smak i dbałość o formę.

Przyznam, że jest to muzyka inna od wszystkiego, co słyszałem dotąd, a robiąca wielkie wrażenie. Ale cóż tam mój entuzjazm, skoro przede mną spodobała się jurorom konkursu International Songwriting Competition w Nashville – Tomowi Waitsowi i Tori Amos, skoro tamże zachwycał się kapelą Ozzy Osbourne. A u nas – Wojciech Waglewski, który serwował jej nagrania w „Maglu Wagli”.

Grupa ma w swym dorobku udział w wielu festiwalach folkowych w Polsce, Niemczech i u południowych sąsiadów. Ma też wydany debiutancki krążek – Night Trains (2011), nagrodzony przez niemieckich krytyków „Preis der Deutchen  Schallplattenkritik” w kategorii folk & folklor. To, jak Vladimirska zagrała wczoraj – dając świetny, ponadgodzinny występ – zdecydowanie prowokuje do bliższego zapoznania się z jej muzyką.

King Paul The 1st – Paul McCartney, Warszawa, Stadion Narodowy, 22 czerwca 2013

Kiedy w 1965 roku Beatlesi otrzymali Ordery Imperium Brytyjskiego, Elżbieta II była królową od dwunastu lat, zaś McCartney był zaledwie dwudziestotrzyletnim mężczyzną. Dziś jest tak, że królowa właśnie świętowała sześćdziesięciolecie swej koronacji, a Sir Paul jest od dawna królem – i to nie tylko Anglii, ale całej muzyki.

[more]

Dowód na jego panowanie

został wczoraj przeprowadzony w sposób nieoczywisty. Stadion Narodowy, na którym znalazłem się po raz pierwszy, jest budowlą imponującą, zaiste – dwudziestopierszowieczną, choć miejsca między rzędami za wiele nie ma, a oparcia fotelików są karygodnie niskie. Ale kichać to wszystko, siedzieliśmy idealnie na wprost sceny.

W życiu niewiele jest takich momentów, że tydzień staje się nagle układem ośmiodniowym, że dzieją się w naszym życiu rzeczy niezwykłe, na które czekaliśmy długie lata i które najpewniej się nie powtórzą. I występ tego Beatlesa w Polsce, pierwszy, był takim magicznym momentem. Cóż jednak z tego. Gdy rozbrzmiały pierwsze nuty Eight Days A Week, nie dowierzałem własnym uszom. Czyżby to była wersja oryginalna, z taśmy, a muzycy stojący na scenie odezwą się w drugiej zwrotce? Ale nie, telebim nie kłamie, palce lidera wyraźnie przebiegają po gryfie. Ogarnęła mnie rozpacz, zacząłem rozglądać się na boki, czy inni słyszą to, co ja. Po kilku piosenkach, zdesperowany, zszedłem z piętnaście metrów niżej, ale dźwięk był równie kiepski. Pogoniony przez ochroniarza, zrezygnowany, wróciłem na swoje miejsce.

W siedemdziesiątej minucie koncertu zdarzył się cud.

Miłość zatriumfowała

nad zmysłem słuchu, nad rozumem. Obraz doskonały, widać, że na scenie jest wszystko w jak najlepszym porządku, tylko to, co wychodzi ze sprzętu nagłaśniającego, obija się gdzieś o beton, o dach, pozbawiając nas basów i czystości wysokich tonów. Im ostrzej, tym gorzej. Ale, jak rzekłem, cud się dokonał. Wielkość tej muzyki, dla mnie niepodlegająca jakiejkolwiek dyskusji, okazała się silniejsza od niedostatków akustycznych. Gdy rozbrzmiałó fortepianowe intro Lady Madonna, moje pocztówkowe wspomnienie z dzieciństwa, ścisnęło mnie w gardle i nie puściło już do końca.

Paul McCartney udowodnił, że jest artystą największej miary. Nie pozostawił żadnych wątpliwości, że jest mistrzem ballady (My Valentine, The Long And Winding Road czy Yesterday), piosenki (We Can Work It Out, Band On The Run czy Ob-La-Di Ob-La-Da) i najmocniejszych rockowych riffów. Po prostu Mr. Music, muzyk kompletny, genialny kompozytor i multiinstrumentalista.  I jeśli ktoś zamierza w tym miejscu kręcić nosem nad niektórymi jego dokonaniami, to proszę wskazać mi innego na przestrzeni dziejów artystę, który – tworząc przez pół wieku – nie popełnił żadnego błędu, nie stworzył nic poniżej arcydzielnego poziomu.

Zachwyt nad dziełem Sir Paula nie jest niczym nowym, ale – wybaczcie, świadomość wielkiej klasy jego dzieła uderza w odbiorcę niezwykle mocno, gdy słyszy się te utwory jeden po drugim, na żywo. Gdy się pomyśli, że ten człowiek mógłby ze swoich piosenek ułożyć jeszcze kilka innych wspaniałych koncertów, robi to naprawdę olbrzymie wrażenie. Po prostu nie mam wątpliwości, że obcowałem wczoraj z

geniuszem naszych czasów.

Panem, który kilka dni temu skończył siedemdziesiąt jeden lat, wygląda i rusza się jak czterdziestolatek. Który znakomicie bawi się tym, co robi, i swoją radością zaraża wszystkich wokół. Wciąż zagadujący, żartujący, wciąż jakby sprawdzający, czy otrzymane brawa są tylko kurtuazyjne, czy płynące z serc słuchaczy. Widać było, jak go cieszy żywiołowa reakcja, jak doładowuje w ten sposób swoje akumulatory, zanim zacznie kolejną piosenkę.

Jak go za to nie kochać? Jeden z jego kumpli przegrał z kulą fana-wariata, drugi z rakiem, a on nagrywa i koncertuje nadal, za nic mając kalendarze i metryki, jakby muzyka konserwowała go bezustannie i w najpiękniejszy z możliwych sposobów. Gdy na koniec części głównej występu zagrał jeden z moich utworów wszechczasów, Hey Jude, spora część widzów wyjęła wcześniej przygotowane kartki z napisem „Hey Paul”. Wyraźnie wzruszyło to mistrza ceremonii, który długo dyrygował śpiewającą (właśnie „Hey Paul”) a capella widownią i wielokrotnie kłaniał się, nim zszedł ze sceny.

Ale nikt o zdrowych zmysłach nie myślał puścić już maestra do domu. Niemilknące oklaski spowodowały, że zespół znów pojawił się na scenie. I w tym miejscu słowo o czymś, co mogłoby stać się przyczynkiem do rozważań: jak to jest, że

muzyka łączy pokolenia i narody,

a piłka kopana dzieli i prowadzi do wojen? Szlachcic McCartney wkroczył na estradę, trzymając w dłoniach wielką flagę Polski, a jeden z jego muzyków (zespół świetny, ten sam, co podczas trasy w 2009 roku) flagę brytyjską. Przez dobre pół minuty chodzili z nimi po scenie, mocno wymachując. A widownia w tym czasie wiwatowała. Czy coś podobnego możliwe jest podczas meczu piłkarskiego?

Pierwszy bis okazał się nokautujący dla tych, którzy jeszcze mogli mieć wątpliwości co do siły głosu Mr. Paula – choć o to po Back In The U.S.S.R. i potężnym Live And Let Die było chyba trudno. Niemniej gitarowa zagrywka Day Tripper – może nie na miarę Satisfaction Stonesów czy You Really Got Me Kinksów, ale na pewno porównywalna z Last Time tych pierwszych – robiła wielkie wrażenie. Day Tripper wespół z Hi Hi Hi i Get Back stanowił krótki set ostrej jazdy jednoznacznie dowodzący, że król rokendrola jest dziś tylko jeden.

Ale i to jeszcze nie był koniec. Brawom nie było końca i scena raz jeszcze ożyła. Wpierw wyszedł sam Paul i zaśpiewał Yesterday. Chyba wszyscy obawiali się, że to może być koniec, bo mistrz znalazł się niebezpiecznie blisko kulis. Ale nie – nastąpiła nie wiadomo która już zmiana gitary i dostaliśmy następną porcję łojenia – Helter Skelter. A już na nieuchronne zakończenie – finałowy medley z Abbey Road: Golden Slumbers, Curry That Weight i The End.

Fan-ta-stycz-ne! Mimo niedomagań nagłośnieniowych – były to zupełnie wyjątkowe dwie godziny i czterdzieści minut. Opuszczałem więc stadion spełniony i szczęśliwy.

Tu koniec i bomba – powtórzę za Gombrowiczem. – A kto nie był, a mógł – ten trąba!