The Police, Chorzów, Stadion Śląski, 26 czerwca 2008; The Rolling Stones, Shine A Light, 2008

Wciąż żywe wspomnienie sprzed trzech lat*. Bodaj przedostatni koncert na trasie specjalnie reaktywowanego The Police. Płyty Stinga sprzedawały się coraz słabiej, forma artystyczna też coraz gorsza. Police na Stadionie Śląskim? Oczywiście – mimo różnych „ale”, trzeba iść.

[more]

Po około dziesięciu minutach stwierdziłem, że brzmią lepiej niż wszystkie trzy kapele, które grały w tym miejscu rok wcześniej (czyli Pearl Jam, Genesis i Red Hot Chili Peppers). Gitara Summersa, wówczas – nie wypominając – pana już sześćdziesięciodwuletniego, brzmiała rewelacyjnie. Brak mi przygotowania muzycznego, by docenić grę Copelanda (Antoni Piekut wciąż powtarza, że wymyślił on nowy sposób gry na perkusji), frontman brzmiał przyzwoicie zarówno wokalnie, jak i jako basista. I wszystko byłoby O.K., gdyby nie to, że po sześćdziesięciu pięciu minutach  trio zeszło ze sceny. Cóż, panowie wyraźnie, mimo wielu lat odpoczynku od siebie, już po kilkudziesięciu dniach tournee mieli się serdecznie dość nawzajem. To było widać – zero kontaktu między sobą. Czułem się, jakby ktoś dał mi po gębie. Sześćdziesiąt pięć minut? W Polsce, w 2008 roku? Tu, gdzie sprzedają się ich płyty? Gdzie starsi od nich grali ponaddwugodzinne koncerty?! Kpiny z ludzi. Miałem dość, spodziewałem się, że każdy kawałek na bis może być tym ostatnim, co zupełnie odebrało mi radość słuchania. No i, gdzieś po kolejnych dwudziestu minutach, definitywnie zeszli ze sceny.

Zlekceważony, po pewnym czasie znalazłem się w samochodzie i włączyłem radio. A tam – w Trójce – ludzie dzwonią do Piotra Kaczkowskiego (prowadzącego Minimax) i z zachwytem opowiadają, na jakim wspaniałym koncercie byli. Nic z tego nie rozumiałem – czyżbym ja był gdzie indziej, gdzieś, gdzie grali inni Policjanci? Próbowałem się, bodaj pierwszy raz w życiu, dodzwonić do radia, ale bezskutecznie.

Wszystko ułożyło się w mojej głowie w całość – wcale niewybitny koncert przed laty w Spodku, niemoc kompozytorska Stinga w ostatnim czasie, która zresztą trwa do dziś, czego efektem jest nużąca płyta zimowo-świąteczna, krążek z filharmonikami berlińskimi (stary towar w nowym opakowaniu), wreszcie teraz osobisty jego wybór dwudziestu pięciu utworów z całego solowego dorobku (jw.). Po drodze jakieś dziwne koncerty,  np. dla prezydenta Uzbekistanu, despotycznego władcy, za ciężkie pieniądze. Fuj. Nie mogę tego pana – znaczy Stinga – słuchać od tamtej pory. Już mu chyba nigdy nie uwierzę.

 *

Minęło parę dni od tego koncertu i poszliśmy z żoną na Shine A Light. Nie do multipleksu, gdzie jakość obrazu i dźwięku byłaby bez zarzutu, a do Rialta, gdzie akurat puszczano ten film. Jakość dźwięku kiepska, sprzęt się sypał, emisję  dwukrotnie przerywano. Ale co z tego!

Podobno panowie Jagger i Richards ostatnio nie darzą siebie zbytnią sympatią, ale wtedy, kilka lat wcześniej, wyglądało to chyba inaczej. Ciasna scena teatru, na niej kilkanaście osób, które bez przerwy uśmiechają się do siebie, poszturchują jak nastoletnie chłopaki, Buddy Guy i Jack White jako goście (wydzierająca się Aguilera to akurat jedyne nieporozumienie tego koncertu), Satisfaction grane nie wiadomo po raz który – 3000-, 5000-tysięczny? – zabrzmiało tak, jakby jutro miał skończyć się świat, a przynajmniej Stonesi nigdy już mieli nie wyjść przed publiczność.

Pomyślałem sobie: O, cholera, ci faceci są o – z grubsza biorąc – dychę starsi od The Police – a grają tak, ze serce rośnie.

To właśnie jest subtelna różnica między kapelą wielką, jaką jest The Rolling Stones, a kapelą taką sobie, czyli The Police. Oczywiście, nie tyle chodzi tu o względy historyczne – bo Policjanci są ważną grupą w dziejach rocka – ale, po latach, podejście do tego, co się robi i jak traktuje się publiczność. Jedni kochają swoją robotę, inni – przynajmniej w tym składzie osobowym – nie cierpią.

Cóż, kasa nigdy nie śmierdziała, nie śmierdzi i śmierdzieć nie będzie. A niechęć niektórych osób do siebie nawzajem nie przemija. A mówi się, że ludzie łagodnieją z wiekiem. Nie wszyscy i nie zawsze. Jako fan czuję się bardzo oszukany. Bardzo lubiłem kiedyś Police, w latach 80. Sting, obok U2, był moim ukochanym wykonawcą. Był po prostu wielki, a to powinno zobowiązywać.

* tekst napisałem latem 2011


 

Joe Bonamassa Akustycznie,  Dom Muzyki i Tańca, Zabrze, 5 lipca

Z rock’n’rollem jest jak z pokerem. Ściśle określona liczba kart, do matematycznego wyliczenia ilość możliwych kombinacji. A jednak ciągle jest tak, że jedni z biedą, od wielkiego święta, trafiają dwie pary, a wybrani, jak Joe Bonamassa, nie schodzą poniżej streeta.

[more]

Bo niby, gdy nadstawić ucha, wszystko już było, w 2012 roku w takim graniu trudno o coś nowego: mamy riffy z Led Zeppelin, Cream, Free, Hendriksa, a nawet Police, a przecież tym, co stanowi o wartości nagrań (i wykonań!) tego gitarzysty, jest ich porywająca świeżość i lekkość.

Bonamassa podąża muzyczną ścieżką wytyczoną na przełomie lat 60. i 70. przez, przede wszystkim, Page’a i Claptona. Przyznaję, że szczególnie przeze mnie ukochaną. To rock’n’roll mocno osadzony w bluesie, do tego wirtuozowskie operowanie instrumentem, swing – biegłość obu rąk służąca muzyce, a nie – jak w przypadku Satrianiego czy Vai – popisom rodem raczej ze sceny cyrkowej.

Pierwszy set unplugged, tyle że z premierowym materiałem, był dziełem Led Zeppelin na ich trzeciej  płycie z 1970 roku. Bonamassa poszedł tropem mistrzów. Ruszył z akustycznymi wersjami swoich utworów w trasę, na której znalazło się miejsce na jedyny w Polsce, zabrzański koncert. Zabrał ze sobą Irlandczyka Gerry’ego O’Connora grającego na banjo, skrzypcach i mandolinie, Szweda Matsa Westera na harfie klawiszowej, Portorykańczyka Lenny’ego Castro na przeróżnych przeszkadzajkach i Amerykanina Arlana Schierbauma na saloonowym pianinie, akordeonie czy fisharmonii. Ruszył z wersjami utworów, co warto podkreślić, starannie przygotowanymi – w tym graniu nie było miejsca na niedopracowane dźwięki.

Precyzyjny w każdym elemencie lider (począwszy od ram czasowych koncertu: początek punktualnie o 20.00, koniec 21.30 i kwadrans na dwa bisy) nic nie pozostawił przypadkowi, absolutnie nie tracąc przy tym lekkości i finezji. Grał porywająco, korzystając z bardzo bogatego zestawu gitar ustawionych półkoliście za nim, skupiony, z rzadka zagadując do słuchaczy. Oprawa wizualna koncertu bez szaleństw, ale nie o to przecież chodzi. Publiczność zgromadzona w hali dobrze wiedziała, po co tam przyszła: dla muzyki – starych, nieśmiertelnych – mam nadzieję – dźwięków, które za sprawą jednego z najwybitniejszych dziś gitarzystów bluesowych i rockowych, urodzonego w 1977 roku Amerykanina rozbrzmiały w całej swej okazałości. Z przyjemnością skonstatowałem, że wśród tych, którzy posiadali bilet na wczorajszy koncert, było niewiele mniej pań niż panów. I wiem skądinąd, że też bardzo im się podobało.

Zastanawiające natomiast jest to, że – z jednej strony – na parkingu widać było samochody z rejestracjami z odległych województw, a jednocześnie widownia w około dwudziestu procentach świeciła pustkami. Popularność Bonamassy w Polsce chyba ciągle mierzona jest miarą radiowej „Trójki”, trudno bowiem wyobrazić sobie, by jego kawałki prezentowały stacje komercyjne. Ale ta popularność ciągle rośnie, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że artysta regularnie odwiedza Polskę. Kiedy przyjedzie więc z elektrycznym składem, zrobię wszystko, by podpisać listę obecności.


Pat Metheny, Bielsko-Biała, 27 czerwca

Metheny to gitarzysta rozpoznawalny już po kilku dźwiękach. Wypracował własny, nie do pomylenia z nikim, styl gry. To niemało. W minioną środę, zamiast obejrzeć w telewizji mecz o mistrzostwo Półwyspu Iberyjskiego, znalazłem się, po raz pierwszy, na koncercie tego gitarzysty. Wypadało wreszcie odrobić zaległości.

[more]

Najpierw na scenie stanął jednak redaktor Marcin Kydryński. Jak to często ma w zwyczaju, głosem pełnym egzaltacji nazwał bohatera wieczoru Mozartem dzisiejszej muzyki, a zaraz potem Leonardem da Vincim, w uznaniu zasług za skonstruowanie orkiestronu. Oj, pomyślałem sobie, nie jest dobrze, bo jeszcze się nie zaczęło, a ja już nie nadążam.

Z Methenym zetknąłem się w latach 80. Wieczory płytowe Tomasza Szachowskiego w programie drugim radia, zachwyty prowadzącego nad ówczesnymi dokonaniami Mr. Pata. A ja, choć moje muzyczne zainteresowania zaczęły wtedy wykraczać nieco poza rock, jakoś nie potrafiłem się w tej muzyce odnaleźć. I tak zostało.

W domu mam tylko trzy płyty tego wykonawcy – i nigdy nie sięgałem po nie ze szczególną atencją. Teraz, przed koncertem, postanowiłem się przemóc, no bo trzeba wreszcie spróbować oswoić się z tymi dźwiękami. A tu, cholera, dalej nic. Trudno, bilety są, może iluminacja nastąpi w czasie występu.

Na pewno była to muzyka. Ładna. Za ładna. Ogród jazzowy jest ogromny. Jest w nim miejsce dla Armstronga, Ellingtona, Davisa i wielu innych, niekoniecznie tak wielkich jak wymienieni. Ale Metheny stoi zaledwie pod płotem tego ogrodu i to, zdecydowanie, z drugiej strony. To jazzowa (new age’owa?) konfekcja, z pewnością o bardziej skomplikowanej fakturze niż dokonania Chrisa Bottiego, Kenny’ego  G czy Candy Dulfer, ale jednak konfekcja. Zamiast w sklepie z soczystym mięsem i wędlinami, stoimy pod wystawą sklepową pośledniej firmy cukierniczej. Jest kolorowo i mdło. Nie bez powodu wymieniłem wyżej saksofonistów i jednego trębacza, bo właśnie saksofonista, Chris Potter, grał wczoraj szczególnie na okrągło i w sposób do bólu przewidywalny. Saksofon tenorowy, zajechany do imentu przez dziesiątki lat w różnych produkcjach rockowych i popowych, nie powinien tak brzmieć na koncercie o większych, zdaje się, aspiracjach. Jak bardzo chciałem, by zamiast kolejnej nudnej solówki saksu, powietrze przeciął dźwięk trąbki klasy Stańki. Żebyśmy choć na moment unieśli się w powietrze. Ale nic z tego.

Gitara nie jest moim ulubionym instrumentem jazzowym. Metheny tylko mnie w tym nieulubieniu upewnia. Zamiast jego pitolenia (zgoda, z wielką znajomością przedmiotu, ale co z tego?) lepiej wrzucić do szufladki odtwarzacza Kenny’ego Burrella.

Dawno nie uczestniczyłem w koncercie, którego emocje  prawie w ogóle – poza może dwoma, trzema  fragmentami – mnie nie dotknęły. Bo te emocje w bielskiej hali były, o czym świadczyła gorąca reakcja większości widowni, łącznie z owacją na stojąco. Niestety, widać jestem impregnowany na tego typu doznania, nie rozumiem ich, mój robotniczo-chłopski w korzeniach umysł nie jest w stanie tego ogarnąć. Przykro mi, ale jak ta muzyka ma zachwycać, skoro nie zachwyca?

Polska jest sporym rynkiem muzycznym, zwłaszcza jeśli spojrzymy tylko na Europę. I nawet gdy wziąć poprawkę na fakt, że płyty sprzedają się tu coraz słabiej. Nie można  mieć za złe artyście, że ze szczególnym upodobaniem odwiedza te miejsca na świecie, gdzie przyjmowany jest najcieplej, że tam (czyli tu, w Polsce) gra mu się najlepiej.

Trudno oprzeć mi się wrażeniu, że Sławianie, my lubim sielanki. Że mamy swoje wynalazki, których fenomen mało gdzie na świecie rozumieją. To też jeszcze nic złego. Gorzej, jeśli świat ma rację, a my jesteśmy w błędzie i – rozkochani – zupełnie tego nie dostrzegamy. Przykłady? W literaturze William Wharton, grafoman, któremu zdarzyło się napisać dwie-trzy niezłe książki. Marillion – obrzydliwy, moim zdaniem, plagiat starego Genesis, nudny i wtórny, zespół kochany nad Wisłą jak nigdzie indziej.

Metheny jest dla mnie kolejnym takim wynalazkiem. Zdaję sobie sprawę z tego, że osiemnastokrotnie nagrodzonym Grammy. Nigdy nie lubiłem niemieckiej elektroniki, nudzili mnie Oldfield i Vollenweider, a tych klimatów wyczuwałem wczoraj znacznie więcej niż jazzu. Mniejsza o definicje, po jakie licho ja ciągle o tym jazzie? Ale prędko do Metheny’ego nie wrócę. Na świecie tyle jest pięknej muzyki, po co więc katować się czymś, co nie sprawia absolutnie żadnej przyjemności?


U.K., Klub „Studio” Kraków, 30 maja

U.K. – ostatnia legenda wielkiego rocka progresywnego, czyli tego z lat 70. Informacja o koncercie zupełnie niespodziewana, nieoczekiwana. Jak odpuścić sobie takie granie w nieodległym od Katowic Krakowie, skoro na scenie znów, po latach, mają stanąć obok siebie John Wetton i Eddie Jobson?

[more]

Zaledwie trzy płyty, w tym dwie studyjne, ale zespół utworzony przez byłych członków King Crimson znacząco zapisał się w historii muzyki rockowej. Jak to  wszystko zabrzmi po latach, w jakiej formie będą dwaj niemłodzi już liderzy?

Problemy techniczne sprawiły, że występ rozpoczął się dopiero o 20.40, czterdzieści minut po planowanym czasie. I niemal natychmiast irytacja związana z przedłużającym się oczekiwaniem minęła. Pierwsze dźwięki Alaski porwały widownię, a gdy muzycy płynnie przeszli do In the Dead of Night i kolejnych części trylogii otwierającej pierwszy album – wehikuł czasu przeniósł nas w lata siedemdziesiąte. Potężne brawa, owacja na stojąco  – dla takich chwil warto żyć, tak spełniają się muzyczne marzenia.

Pozostajemy przy pierwszym krążku – Thirty Years. Do świetnej od początku gry całej czwórki coraz pełniej dołącza głos Wettona, mimo upływu lat brzmiący wciąż mocno i nie do pomylenia z żadnym innym. A potem – potem rozbrzmiały pierwsze dźwięki jednego z najpiękniejszych rockowych utworów wszechczasów: Starless. Wspaniale zabrzmiał zarówno powłóczysty początek, jak i rozimprowizowany, szalony finał. Rewelacja!

Kiedy w następnej kolejności zagrali Carrying No Cross, mój najukochańszy, monumentalny kawałek U.K., byłem już tego wieczoru spełniony. A przecież muzyczna uczta trwała dalej. Na scenie został sam Jobson, najpierw przy klawiszach, grając fragmenty solowej Theme of Secrects, a potem wziął do rąk podświetlane skrzypce. Widzieliśmy skrzypce, a słyszeliśmy solo Hendriksa. Zmiana i na scenie staje Wetton z gitarą akustyczną, by zagrać jeszcze jeden klasyk King Crimson, Book of Saturday.

Powracamy do repertuaru United Kingom, by pod koniec koncertu usłyszeć jeszcze m. in. Danger Money i Nevermore.

Po półtorej godziny kwartet schodzi ze sceny, ale nie na długo. Doskonale zorientowana w twórczości zespołu publika – w większości faceci po pięćdziesiątce – wie, na co czeka. Na pierwszy bis znakomity, rokendrolowy Caesar’s Palace Blues z popisową partią skrzypiec. Palce lizać. I kiedy wszyscy czekają na randkę – niespodzianka: jeszcze jeden „długas”, The Only Thing She Needs. Na koniec na scenie zostają tylko Wetton i Jobson. Wjeżdża dodatkowa klawiatura i wiadomo, że usłyszymy wyklaskaną i wyskandowaną Rendezvous 6.02. W kameralnej wersji, tylko na głos i klawisze.

Jeszcze jedno, ostatnie już standing ovation – długie, długie, w pełni zasłużone brawa – i ruszamy do wyjścia. Było naprawdę pięknie. Żadnych dróg na skróty: pełne, bogate, oryginalne wersje utworów odegrane z maestrią, młodzieńczą energią i świeżością. Stara muzyka trzyma się mocno, ale też jest to stara muzyka w swych najpiękniejszych przejawach. Starszym panom dwóm też niczego nie brakuje – głos Wettona ciągle mocny, a umiejętności instrumentalnych wciąż można tylko pozazdrościć. Warto w tym miejscu dodać, że młoda siła – Alex Machacek na gitarze i Gary Husband na bębnach – świetnie wkomponowała się w całość.

U.K. znowu grają, to był ich ostatni koncert na europejskiej trasie. Nie są to już wielkie hale, a zaledwie kluby na kilkaset miejsc. Ale muzyka nadal najwyższej próby.

GENESIS KLASSIK – Ray Wilson and The Berlin Symphony Ensemble, Dąbrowa Górnicza, 26 maja

Australian Pink Floyd, The Musical Box, Żuki, The Beatles Revival Band. Życie po życiu, na wielką I małą skalę – utwory mistrzów grane przez innych wykonawców. Choć w tym przypadku nie do końca jest to prawda, ponieważ Wilson był członkiem zespołu Genesis pod koniec XX wieku. Od pewnego czasu objeżdża nasz kraj, grając kawałki z płyt tej kapeli, z solowych krążków Collinsa, a nawet Gabriela i Rutherforda, uzupełniając zestaw kilkoma własnymi piosenkami.

[more]

Mam kłopot z określeniem artystycznej miary tego typu pomysłów. Ale też, powiedzmy uczciwie – nie ma w tym absolutnie chałtury. Podejście do tematu zawodowe, poziom wykonawczy – co najmniej dobry. Więc czego się czepiać, jeśli do uszu dociera muzyka znakomicie znana co najmniej dwóm pokoleniom odbiorców muzyki? Mogę sam kręcić głową, bo Genesis po 1977 to już zupełnie inny zespół, popowy zaledwie, ale – trzeba jednak przyznać – jest to pop na tyle szlachetny, że po upływie dwudziestu-trzydziestu lat wciąż słucha się go bez zażenowania i poczucia, że jesteśmy w starym kinie. W dodatku – głos Wilsona, matowy, podobny nieco do Gabriela, wciąż brzmi bardzo dobrze. Tak samo, jak w 1998 roku w Spodku.

Zaczęło się od Congo, utworu z jedynej wspólnej płyty Wilsona z Genesis, i już wiadomo było, że zespół brzmi bardzo dobrze (osiem osób: bębny, bas, dwie gitary, klawisze, dwie skrzypaczki oraz wokal i, czasem, gitara akustyczna frontmana). Potem Jesus He Knows Me i jeden z kilku własnych utworów, ostatni przebój American Beauty – i tak przez blisko dwie godziny, przy coraz gorętszej reakcji widowni. Usłyszeliśmy m.in. Follow You Follow Me, Mama, potężnie brzmiące Calling All Stations. Moje serce zgreda zabiło mocniej, gdy lider zapowiedział Ripples pochodzący z A Trick of The Tail (1975). Nie zabrzmiało to jednak tak pięknie jak w oryginale – obniżona w refrenie tonacja (Wilson nie wyciąga takich wysokich rejestrów jak młody wtedy Collins) i uproszczone bębny nie przeniosły mnie w najukochańsze klimaty Genesis.

Z solowych nagrań członków grupy usłyszeliśmy In The Air Tonight, Another Day In Paradise Collinsa oraz Another Cup of Coffee i All I Need Is A Miracle Mike And The Mechanics zaśpiewany przez Steve’a Wilsona. Na koniec Land of Confusion i znakomicie, rokendrolowo zaaranżowany I Can’t Dance.

Nie trzeba było muzyków długo zachęcać do bisu. Zagrali porywające Solsbury Hill Gabriela, co dla mnie stało się kolejnym dowodem na artystyczne zwycięstwo Pana Petera nad byłymi kolegami. Uważam po prostu, że Gabriel solo zrobił rzeczy o wiele bardziej wartościowe niż Genesis jako trio. Na zakończenie porywająco, monumentalnie i gitarowo brzmiący Inside z repertuaru macierzystej formacji Wilsona, StiltskinI jak najbardziej zasłużone, długie oklaski.

Pink Freud, Kinoteatr „Rialto” Katowice, 20 kwietnia

Wiele lat temu jeden z moich studenckich kolegów, ku memu zdziwieniu przymierzający się do kariery naukowej, powiedział, że jak przeczytasz trzysta książek, to sprawiasz wrażenie, że przeczytałeś ich trzy tysiące. No właśnie, tylko że prawdziwe uprawianie – nie tylko nauki – polega nie na sprawianiu wrażenia, ale na rzetelnej wiedzy i, najlepiej, darze przekazywania jej innym.

[more]

Więc ze wstydem przyznaję, że z Pink Freud nie miałem dotąd bliższego kontaktu. Dopiero teraz nadarzyła się okazja usłyszeć ich muzykę. I nie żałuję, i to bardzo nie! Jazz, bez dwóch zdań, o czym świadczy skład: bębny, gitara basowa, saksofon barytonowy (my by tu na Górnym Śląsku pedzieli, że trzimanie tygo żelostwa i dmuchanie w ta ruła to jak fedrowanie na grubie, szychta na przodku) oraz trąbka wspomagana od czasu do czasu klawiaturą. Skład nieuchronnie sugerujący, że będzie głośno. I ostro. Bez fortepianu, z gitarą basową zamiast kontrabasu, z perkusją obsługiwaną w zdecydowanie rokendrolowy sposób. W ogóle – dynamika i energia, zachowanie – zwłaszcza lidera – na scenie – były w swych korzeniach zdecydowanie rockowe.

Koncert bardzo udany, z wieloma znakomitymi fragmentami, zarówno melodycznymi, jak i gdy chodzi o solowe popisy członków zespołu. Jakie to widowiskowe, gdy saksofonista odgrywa swoje solo, a reszta nie znika ze sceny, tylko siada na niej lub wręcz, jak Wojciech Mazolewski, kładzie się na deskach. Urocza, pełna męskiego wdzięku konferansjerka lidera nie pozostawiła chyba żadnej niewiasty na widowni obojętną. Ale tym, co wystawia najlepsze świadectwo zespołowi, jest gołym okiem widoczny fakt, że to zespół właśnie. Tych czterech ludzi wciąż uśmiecha się do siebie, uśmiecha do publiczności, wciąż słucha nawzajem siebie grających. To najlepszy z możliwych przekazów dla słuchaczy: że tym facetom na scenie bardzo się chce, że cieszy ich to, co robią, że gorąca reakcja widowni dodaje im energii. Jak bardzo niedługo trzeba było ich zachęcać do bisów!

Z pewnością to nie jest muzyka dla każdego, nie dla każdego do słuchania w domowym zaciszu, bo kojących dźwięków jest w niej znacznie mniej niż tych w oszalałym tempie pędzących gdzieś do przodu. Ale na koncercie czuło się w powietrzu dużo wspaniałych fluidów. Tak jak w kinie siedzisz, by oglądać film, a nie przerwy na reklamy – na koncercie jesteś tylko po to, by słuchać, chłonąć muzykę całym sobą, nie rozpraszać się czymś innym, niepotrzebnym. To bardzo oczyszczające. Zwłaszcza w połączeniu z kawałem naprawdę dobrego grania. Albo inaczej: tylko dobry koncert, dobry film jest w stanie zawładnąć nami, naszymi zmysłami, myślami. Mazolewskiemu i spółce (każdy pan z innej bajki!) z pewnością ta sztuka się udała.

28 kwietnia 2012

JAZZART Festival w Katowicach (Lars Danielsson Quartet, Courtney Pine, Maciej Obara International Quartet)

Po raz pierwszy, przygotowany w pośpiechu, przy okazji wkładający kij w jazzowe mrowisko w stolicy Śląska. Trzy dni (28-30.04.2012), kilkanaście koncertów. Ostatecznie zdecydowałem się na trzy. Wiek już nie ten, coraz gorzej znoszę maratony muzyczne, a dla doznań estetycznych też lepiej, gdy jest ich mniej, nie nakładają się na siebie wzajem.

[more]

Sobota, Rialto. Courtney Pine z projektem „Europa”. Na co dzień saksofonista, tym razem zagrał na klarnecie basowym. Obok niego perkusja, bas i piano (niezwykłej urody pani, o włosach opadających prawie za krzesełko, na którym siedziała). Mieszanka niesamowita, przekładaniec wolnych i dynamicznych kawałków, które raz po raz przeistaczały się w ekstatyczną improwizację wszystkich muzyków. Afro-karaibskie korzenie lidera mieszały się z rytmami zasłyszanymi gdzieś podczas, jak rozumiem, tras koncertowych po starym kontynencie. Inspiracje skandynawskie, greckie i inne mieszały się ze sobą nieustannie. Do tego urocza, niegwiazdorska konferansjerka. Kawał muzyki, interesująco spędzony wieczór.

W poniedziałek wybór padł znów na Rialto, na Maciej Obara International Quartet. Obara na saksofonie, Dominik Wania na fortepianie i sekcja z Norwegii – Ole Morten Vagan na basie i Gard Nilssen na perkusji. Poznali się w Kent na festiwalu jazzowym, Obara stwierdził, że dobrze byłoby zrobić coś w tym składzie.

Odjechane to było momentami zupełnie, totalna improwizacja. Ale ci młodzi przecież ludzie potrafią już bardzo wiele, więc trudno się dziwić gorącej reakcji publiczności. Obara w sumie dzielił się dźwiękami swojego instrumentu oszczędnie, stąd na plan pierwszy wysunął się wspaniały kontrabasista. Vagan grał porywająco, raz po raz łamiąc harmonie smyczkami bądź odwrotnym ułożeniem dłoni na gryfie. Brawura i poczucie humoru jednocześnie. Kolejna porcja dobrej energii ze sceny – muzyki na poziomie, kontaktu muzyków ze sobą i z publicznością. Jazz ma się dobrze, podobnie jak przyjaźń skandynawsko-polska urzeczywistniana na scenie w nie wiadomo którym już pokoleniu.

Na deser zostawiłem sobie koncert niedzielny. Katedra ewangelicko-augsburska przy ulicy Warszawskiej, Lars Danielsson Quartet. Wielka postać europejskiego jazzu, u nas najlepiej znana ze współpracy z Leszkiem Możdżerem i Zoharem Fresco.

Przez siedemdziesiąt minut Bóg istniał na pewno i był Skandynawem. Do uszu zgromadzonych docierały aksamitne, pastelowe dźwięki prosto z nieba. Ukojenie, spokój, harmonia doskonała. Anioły unoszące się pod sklepieniem. Bas lidera, piano, bębny i delikatna gitara elektryczna. Jazz? Może po prostu Muzyka, cudnej urody melodie rozpisane na jazzowe instrumentarium, zagrane z wielkim znawstwem przedmiotu i wirtuozerią. Asceza wnętrza świątyni, jej świetna akustyka – tylko potęgowały efekt.

Państwo wybaczą, czy po takiej uczcie można iść na kolejne przyjęcie? Przecież z takimi dźwiękami trzeba pokornie wrócić do domu, unosząc się nieco w powietrzu, ułożyć się do snu. I zostać z nimi przynajmniej do rana.

3 maja 2012

Emir Kusturica i No Smoking Orchestra, Katowice, 9 maja

Dni Województwa Śląskiego, dzień pierwszy. Na początek Sokół Orkestar z gościnnym udziałem Renaty Przemyk. Było naprawdę dobrze. Popelinowy Golec uOrkiestra doprowadza mnie do białej gorączki, do Brathanków, choć grających z większą kulturą muzyczną, z Jackiem Królikiem na gitarze, też trudno było nie mieć zastrzeżeń.

[more]

Nie wiem, jak powiedzie się Przemysławowi Sokołowi z kolegami, zwłaszcza że grają bardziej instrumentalnie niż z wokalem. Ciężko więc będzie o zawojowanie skromniutkiego rodzimego rynku, o zaistnienie na nim. Na żywo było jednak bardzo szlachetnie. Zawsze mnie będzie ciągnąć w stronę rock’n’rolla, toteż serce żywiej reaguje, gdy inspiracja folklorem słowiańskim podprawiona jest solidną sekcją rytmiczną i bardzo przyzwoitą gitarą. Do tego trzy dęciaki i akordeon. Było bardzo energetycznie. Gdy pojawiła się Pani Renata (bardzo stylowo ubrana, w białej bluzce i czarnej, szerokiej spódnicy) i mocnym głosem zaśpiewała pod oknami wojewody śląskiego „kochaj, kochaj!”, temperatura na Placu Sejmu Śląskiego wyraźnie wzrosła. Była to znakomita rozgrzewka przed występem gwiazdy wieczoru.

Zrobiło się już ciemno, gdy Emir Kusturica ze swoją No Smoking Orchestra  wyszli na scenę. No i zaczęła się jazda!

Członkowie zespołu niczego nie muszą udowadniać, folklor bałkański mają we krwi, więc podchodzą do niego ze znacznie większą nonszalancją niż Sokół z kumplami. Fascynacja rock’n’rollem oczywista, ci panowie, wszyscy, metrykalnie mieścili się gdzieś w przedziale 55-60 lat. I nic świętego. „We gonna play unza-unza music for you” – powiedział lider przed drugim kawałkiem, a trochę później zagrali jeszcze Mozarta w konwencji Friedrichstadtpalast. Mieszanka gatunkowa: metalowe, fantastyczne zagrywki gitarzysty, brawurowe skrzypce, takiż saksofon i akordeon (świetnie nagłośniony!), rewelacyjna i dyskretna jak u Stonesów sekcja rytmiczna i trzech szalonych wokalistów, nic to, że z angielszczyzną nie najwyższej próby. Na taką anarchię stylistyczną, jazdę bez trzymanki z pogranicza rocka, jazzu, rytmów bałkańskich, musicalu, Waitsowej knajpy i, rany boskie, czego tam jeszcze – mało kto może sobie pozwolić. W wielu momentach słuchacz odnosił wrażenie, że wszystko rozjeżdża się w cztery strony świata, że każdy gra co innego – i zaraz potem dźwięki instrumentów cudownie układały się w  kunsztownie sklejony utwór. Granie o absolutnie hybrydowym napędzie, dziki, bałkański patchwork tworzący rozsadzaną energią całość. To wielka przyjemność – patrzeć, jak niemłodzi już, naznaczeni hektolitrami niekoniecznie dobrze strawionej śliwowicy faceci, znakomicie zabawiając siebie nawzajem – zabawiają publiczność. Niewymuszoną, porywającą muzyką.

Rewelacyjny koncert za zupełną darmochę. Kto został w domu, niech żałuje.

Peter Gabriel, Live Festival, Oświęcim, 13 maja 2012

Wreszcie spełniło się jedno z moich ostatnich możliwych do spełnienia muzycznych marzeń – zobaczyć Pana Piotrusia na żywo (do Poznania parę lat temu się nie wybrałem). Z pokolenia debiutujących w latach 60. zostało ich niewielu: Paul McCartney (ściślej – debiutował w poprzedniej dekadzie, nigdy nie był w Polsce), Eric Clapton (byłem w 1979 roku w „Spodku”, kiedy nie wyszedł na scenę) i Dawid Gilmour (do Gdańska nie pojechałem, podobnie jak na Claptona). I on.

[more]

Bałem się. Pomysł z orkiestrą nie jest tym, co lubię najbardziej. Zachwycałem się tylko raz, jako szczeniak jeszcze, Purplami. Później te koncepty budziły raczej moją nieufność – karykaturalna Metallica, mocno średni Dżem w operze. Ale przecież to Gabriel, a okazja zobaczenia go może się już nie powtórzyć.

No właśnie – Gabriel. Przed laty przeciął pępowinę Genesis, by nigdy nie wrócić (poza dograniem wokalu do nowej wersji „Carpet Crawlers”) do tych utworów. Zbliżył się do granicy popu, zaczął pisać piosenki. Ale jakie! Zawsze była to połamana faktura harmoniczna, staranne instrumentacje, zawsze, nawet w tych najbardziej powłóczystych utworach, czaił się jakiś niepokój – za sprawą niesamowitego głosu i budowanego nastroju. Więc – nie powinno być źle.

Kiepska była pogoda. Po upalnym początku maja nastały bardzo zimne i deszczowe dni. Ale niedziela na szczęście oszczędziła wody z nieba, w czasie koncertu popadało tylko trochę, nawet nie dziesięć minut. Archanioł Gabriel czuwał nad miastem.

Dwie panie śpiewające w chórkach  (zawsze przez mistrza ceremonii dobieranych bardzo starannie) i kilkudziesięcioosobowa New Blood Orchestra. To nie było żadne tam „pociągniecie trochę po smykach i jakoś będzie”, usłyszeliśmy kawał niezwykle  pieczołowicie zaaranżowanej muzyki. Nie powaliły decybele (nie o to przecież szło), nie było rockowej dynamiki, ale był rozmach i przestrzeń, jaką może dać duża orkiestra. Może wolałbym więcej instrumentów dętych, aby czasem zapanowały nad całością – ale i tak  było pięknie.

„Witam was!” – powiedział po pierwszym utworze, a ściślej – przeczytał z kartki. I zaraz: „Nastepna piosenka ma tytul…”. Bardzo szybko zorientowaliśmy się, że na scenie, choć ukryty przed naszymi oczami, jest jeszcze jeden Pan Piotr – Kaczkowski, który  tłumaczył nieco dłuższe wypowiedzi frontmana. Dla starych ‘trójkowiczów’ było to kolejne tego wieczoru wzruszenie.

Niespieszne w większości kompozycje Gabriela zyskały jeszcze bardziej monumentalny, filharmoniczny wymiar, lecz chyba nikt nie miał prawa czuć się znużonym. Te dźwięki były zbyt szlachetne, by dało się przejść obok nich niewzruszonym.

Dowiedzieliśmy się, że dwa tygodnie wcześniej ojciec Mr. Petera obchodził  setne urodziny, co wzbudziło aplauz widowni, która ze słowiańską dezynwolturą odśpiewała „Dwieście lat”. Na filmie towarzyszącym utworowi zobaczyliśmy, jak ojciec i syn spacerują po ogromnej posesji objęci  ramionami, starszy pan bez laski i w świetnej formie. To nadzieja, że Gabriel, choć jest późnym dzieckiem, pochodzi z długowiecznej rodziny i ma wiele lat artystycznej kariery przed sobą. Że odwiedzi jeszcze Polskę.

Usłyszeliśmy m.in. ‘Secret World’ , ‘Digging In the Dirt’, a pod koniec ‘Red Rain’,‘In Your Eyes’ i – ku mej ogromnej radości – ‘Biko”. Po krótkiej przerwie, już  na bis, wspólny występ z Kroke oraz ‘Don’t Give Up’. Mistrz zszedł ze sceny, mówiąc, że jest  późno i pora wracać do domu. Na koniec orkiestra odegrała  temat z ‘Ptaśka’ i to był, po blisko dwóch godzinach, definitywny koniec koncertu.

Czułem się usatysfakcjonowany – i nie ja jedyny. To naprawdę był niezwykły koncert. Bardzo szczególnego, wyjątkowego artysty w dziejach rocka. Kogoś, kto zawsze szedł własną drogą i wyznaczał nowe trendy. Dla festiwalu, odbywającego się już trzeci raz, i miasta Oświęcimia było to artystyczne wydarzenie bez precedensu.

Po takich koncertach, wsiadając do samochodu, nigdy nie włączam radia. To byłoby świętokradztwo. Takie dźwięki, rozbrzmiewające wciąż w uszach, należy zabrać ze sobą do domu. I z nimi położyć się spać.