Co można znaleźć w starej skarpecie? – Eric Clapton, Old Sock, 2013

Jakby ktoś czterdzieści parę lat temu, a nawet znacznie później, powiedział, że rockowi wymiatacze nagrywać będą takie płyty, stukalibyśmy się w czoło. Muzyka, która jak żadna wcześniej, gwałtownie, prądem i decybelami, protestowała przeciw zastanemu porządkowi, sama sklasyczniała. Tak jak jej najsłynniejsi przedstawiciele, którzy nie tylko nie boją się Boga, ale i fanów. Bo wiedzą, że na nowych już specjalnie liczyć nie mogą (i chyba im szczególnie na tym nie zależy), a dawni starzeją się tak samo jak ich idole. I tak samo, w większości, łagodnieją z wiekiem.

[more]

I trudno nie zauważyć przy okazji tego krążka pewnej prawidłowości, wpisywania się w pewne szersze zjawisko – Clapton zrobił płytę bardzo podobną m. in. do tej McCartneya sprzed roku. Tam zresztą zagrał staremu kumplowi-Beatlesowi w dwóch kawałkach, teraz doszło, co prawda w jednym tylko numerze, do rewanżu. Obaj panowie sięgnęli po

piosenki sprzed wielu dziesiątków lat,

także tych z czasów przedrokendrolowych. U Mr. Erika sąsiadują ze sobą Gershwin, Tosh i J.J. Cale. Ten ostatni pojawia się teź osobiście, śpiewając i grając na gitarze we własnej kompozycji z 1981 roku, Angel. Od nazwisk może zakręcić się w głowie: Chaka Khan, Steve Winwood, Steve Gadd, Chris Stainton, Jim Keltner, Taj Mahal i wielu innych.

Niechętnych i obojętnych wobec Slowhanda ten album nie przekona, starzy fani powinni być zadowoleni. Ja sam, przyznam, do gorących wyznawców Claptona nie należę. Bluesbreakers, Cream, Blind Faith, Derek and The Dominos – owszem, ale potem zrobiło się – w moim odczuciu – mniej interesująco, choć pojawiały się też takie cudeńka, jak Unplugged.

Clapton właściwie zaniechał komponowania,

klejąc swoje kolejne płyty z materiału pisanego przez innych. Cokolwiek jednak mówić, jest artystą tej miary, że zawsze odciskał na tych utworach bardzo wyraźne i charakterystyczne, rozpoznawalne natychmiast piętno.

Nie inaczej jest w przypadku Old Sock, na której podpisany jest tylko pod jedną piosenką, a resztę wziął skądinąd. Jest to jednak granie bardzo wytrawne. Stonowane, oszczędne w stosowaniu środków artystycznego wyrazu – dlatego podobają mi się nawet kawałki reggae, których jest parę na tym albumie, a za gatunkiem tym szczególnie nie przepadam. Bardzo pięknie brzmi też Claptonowska wersja Still Got The Blues Garry’ego Moore’a, wydobywająca z zajechanego dość numeru subtelność i, po prostu, piękno.

Album bez zaskoczeń,

granie raczej dla starych. Bo oni (znaczy tacy jak ja) bardziej skłonni są używać muzyki nie tylko do ładowania akumulatorów, ale i wyciszenia. Jest jednak w tej płycie – nie pierwszej i nie ostatniej nagrywanej przez rockmanów pozornie od niechcenia, przy okazji – wyraźnie odczuwalna wielka maestria. Trzeba naprawdę bardzo dobrze władać instrumentami, by efekt końcowy był właśnie taki. To granie tych, którzy niczego już udowadniać nie muszą, bez jakiejkolwiek napinki, a ich kunszt objawia się jakby mimochodem.

Wśród hodowców najlepszych pieczarek – Leaf Hound, Growers of Mushroom, 1971

Może gdybym był szalonym poszukiwaczem, trafiałbym na takie wynalazki częściej. Może nie dość pasji we mnie, może zbyt wiele oporu wewnętrznego, by szperać w internecie. Jeśli tego brak, co pozostaje innego, jak zdać się na przypadek – słuchanie, zwykle nie w całości, pewnych Trójkowych audycji?

[more]

Chyba już kilkanaście tygodni temu, dzięki Wojciechowi Mannowi, natknąłem się na Leaf Hound. Fenomenalną kapelę z przełomu lat 60. i 70., która nagrała

jedną, jedyną płytę

i przepadła bez wieści na całe dziesięciolecia. To, co zagrał Pan Wojciech, dotknęło najczulszych muzycznych miejsc we mnie. Jeszcze w trakcie audycji poszperałem trochę – i wrzuciłem żonie, lepiej obeznanej z elektronicznymi mediami, zadanie domowe na bliżej nieokreśloną przyszłość: zakupić album na Amazonie. I oto wielkanocny zając przykicał pod nasz dach, niosąc m.in. „nowego” Hendriksa  (serdeczne pozdrowienia dla Pań i Panów z działu muzycznego katowickiego MM – za uśmiech i życzliwość) oraz właśnie LH.

Zaczynali jako Black Cat Bones w 1969 roku, z Paulem Kossoffem i Simonem Kirke’em, którzy szybko się zwinęli, by utworzyć Free. I jeśli mamy szukać porównań, to chodzi właśnie

o Free, o Cream i Led Zeppelin.

Słucham tego materiału i kręcę głową: jak taka kapela mogła się nie przebić, rozpaść nagle? Peter French, świetny wokalista, odszedł do Atomic Rooster, by jeszcze w tym samym 1971 roku nagrać z nimi płytę, a zaraz potem trafił do Cactusa. O reszcie słuch zaginął, może z wyjątkiem kuzyna Frencha, Micka Hallsa, który do dziś jest uznanym muzykiem sesyjnym. Reaktywacja – w innym składzie – nastąpiła w 2006 roku, w 2007 ukazał się album Unleashed, ale o nim może przy innej okazji.

Zdaję sobie sprawę, że ciągle skręcam w stronę grania, które ma już czterdzieści i więcej lat. Nie jest to muzyka mojej młodości, byłem wtedy za smarkaty. Ale nuty posiane w mojej głowie przez starszych braci, gdy wystawałem ledwie nad stół, wydały owoc stokrotny. I co poradzę na to, że właśnie wtedy w rocku działo się najwięcej, że wspaniałych wykonawców było tak wielu, że na niektórych świat się nie poznał, że niektórym zabrakło cierpliwości, szczęścia, łaski krytyków i słuchaczy?

W przypadku Leaf Hound

zapomnienie to bardzo niezasłużone.

Trafnie napisał na swoim blogu Gregor – że ten krążek nie zawiera utworów szczególnie wybijających się ponad inne, ale wszystkie prezentują poziom, który składa się na znakomity wynik dziesięcioboisty. List nie cierpię, klasyfikacji, kto przed, a kto za – i kim. Ale LH to bez wątpienia czołówka. Mocne, stylowe łojenie. Coś, co kocham najbardziej.

Ten album ma dziś – poza wieloma innymi – walor szczególnie nie do pogardzenia: to stara, znakomita muzyka, której nie tylko nie zdążyliśmy nauczyć się na pamięć, ale nawet polizać. Tym większa więc radość słuchania.

I na koniec jeszcze jedna refleksja. W momentach bardzo nieodległych od White Room czy Crossroads Creamów albo Thank You czy What Is And What Should Never Be LedZep, w chwilach gdy frazowanie frontmana jednoznacznie kojarzy się z wokalem Planta, moja myśl wraca do pewnego passusu zawartego w haśle Budgie w Rock Encyklopedii Wiesława Weissa (skądinąd znakomitym wydawnictwie): „Zyskała opinię epigońskiej grupy hardrockowej, zachłannie i bez skrupułów korzystającej z osiągnięć takich zespołów, jak Black Sabbath i Led Zeppelin”.

Leaf Hound tak samo czerpali, ale z pojęciem epigoństwa w odniesieniu do materiału powstającego pól roku, rok, a nawet trzy lata po utworach, z którymi kojarzy nam się to, co słyszymy – byłbym dziś bardzo ostrożny. Zmiana perspektywy, jaka dokonuje się wraz z upływem lat, przewartościowuje, nieraz wielokrotnie, dokonania w sztuce. Także – w rocku.

Cała masa pięknych dźwięków – Joe Bonamassa, An Acoustic Evening At The Vienna Opera House, 2013

Jeszcze nie pochyliłem się, by skrobnąć coś o spóźnionym zakupie najnowszej płyty Black Country Communion, a tu dochodzi do mnie wieść, że Joe B. postanowił opuścić szeregi zespołu, zaś parę dni później pozostałych trzech panów oświadcza, że pragnie kontynuować współpracę i dokooptować nowego gitarzystę (Panie Mateuszu, pozdrowienia!). A wszystko już pod nowym szyldem.

[more]

Trochę żal, bo trudno sobie wyobrazić godnego następcę Bonamassy. Ten jednak jest człowiekiem tak zajętym, tak często nagrywającym i koncertującym, że trudno się dziwić, iż nie nadąża z obsługą wszystkich projektów.

I właśnie nie wiem, czy

aktywność muzyka, zupełnie niedzisiejsza,

jest jego zaletą, czy wadą. Czy tych płyt z jego nazwiskiem nie otrzymujemy za wiele i za często, czy jesteśmy w stanie je dostatecznie dobrze przetrawić, nie mówiąc już o stęsknieniu się za kolejną porcją nagrań.

Joe porusza się po dawno już odkrytych traktach, jest białym gitarzystą – wirtuozem zapatrzonym w bluesa. I w swych mistrzów: Claptona, Page’a, Hendriksa. Gra dla starych wychowanych na tych dźwiękach i młodych, których nie skusiły nowoczesne brzmienia, lecz finezyjne bluesrockowe swingowanie.

3 lipca 2012 roku został w wiedeńskiej operze zarejestrowany akustyczny występ J. B., dwa dni potem grał w Zabrzu. Byłem, widziałem. Dwupłytowy album, dwadzieścia jeden utworów, to miód na skołataną duszę i piękne przypomnienie wrażeń wyniesionych z koncertu na Śląsku.

Unplugged to wielkie wyzwanie,

któremu potrafili i potrafią sprostać tylko wybitni instrumentaliści. Gitara elektryczna pokryje jeszcze te czy inne niedostatki warsztatowe, instrument akustyczny obnaży je bezlitośnie. Dlatego ci, co grają na sześciu strunach jak przy ognisku (np. taki bardzo popularny i poważany zespół, na którego czele stoi jeszcze bardziej poważany artysta urodzony w marcu 1963 roku) w ogóle nie powinni brać się do tej roboty. Bo to wtedy nie tylko nie swinguje, ale wręcz rani uszy chyba każdego choć trochę osłuchanego ze starym rockiem słuchacza.

Bonamassa nie musi się tego obawiać.

Jest wybornym stylistą,

niezłym wokalistą, obok siebie ma czterech bardzo, bardzo solidnych muzyków. I to stanowi pełną gwarancję, że – jeśli ktoś kocha te klimaty Zeppelinowskie, Clapto-nowe, a zwłaszcza stare, te wszystkie patenty bluesowe zastosowane przez najwybitniejszych wykonawców z przełomu lat 60. i 70. – wyjdzie z koncertu Bonamassy w pełni zadowolony. Albo będzie zastanawiał się, czy wyjmować jego nowy album z szufladki. W parę dni po zakupie, w moim przypadku, tylko po to, by disc 1 zamienić na disc 2 albo – co za zbieg okoliczności – na nowego Claptona.

Z dziejów nie tylko harleyowców – TSA, Proceder, 2004

Gdzieś u progu lat 80. serca fanów rocka w Polsce zabiły raźniej: oto wreszcie pojawił się zespół grający ostro, mocno, w stylu AC/DC. Singiel przygotowany z dwiema stronami A (Mass media i Wpadka ) zdawał się potwierdzać pierwsze opinie.

[more]

Wątpliwości pojawiły się jednak szybko. Najpierw światło dzienne ujrzał 51, a trochę później

debiutancki album

specialite de la maison polognese – wydawanie zapisu koncertów jako debiutanckich płyt, w dodatku zwykle kiepsko realizowanych (SBB, Krzak, TSA). Nie przekonywał – zaznaczę na wszelki wypadek, że mówię we własnym imieniu – zbyt krzykliwy, operujący w zbyt jak na faceta wysokich rejestrach głos Marka Piekarczyka. Ale tym, co przeszkadzało mi najbardziej, były koszmarne, grafomańskie teksty (Idąc cmentarną aleją szukam ciebie, mój przyjacielu. Odszedłeś, bo byłeś słaby jak suchy liść). Jedyny kawałek, który zachwycił mnie w tamtym czasie, to Alien.

Byłem w miejscu, w którym właściwie dokonał się

rozpad zespołu.

Na kolejnych urodzinach Dżemu, zdaje się w 1989 roku, odprawianych w Spodku, miało też zagrać Tajne Stowarzyszenie Abstynentów. Pewni panowie uparli się jednak, by na scenę wjechać na harleyach, na co z kolei nie zgodzili się organizatorzy. Wreszcie przed mikrofonem stanął wściekły i wzburzony Piekarczyk, wszystkich przepraszając za to, co się właśnie stało, i obiecał, że za rok przyjedzie z własnym zespołem. I rzeczywiście przyjechał, choć sukcesu z nowym składem (Ball’s Power) nie odniósł.

Później działy się dziwne rzeczy, przez pewien czas istniały dwie grupy o tej samej nazwie – TSA i TSA Evolution. Lata jednak lecą, ludzie zwykle z wiekiem łagodnieją. Ale też uświadamiają sobie, co w ich życiu było najlepsze. I tak się dzieje, że znów schodzą się z tymi, których przed laty nie mogli ścierpieć, z którymi ciągle o coś się kłócili.

Tak też

TSA w 2001 roku

zebrało się wreszcie w swym najlepszym, starym składzie: Machel-Piekarczyk-Nowak-Niekrasz-Kapłon. Wciąż jednak nie dowierzałem, a Proceder zakupił mój syn Maciek. Posłuchałem – i  zdębiałem…

Wreszcie dostałem TSA, którego słucham z niekłamaną, wielką radością, który w wielu fragmentach zachwyca. Pieprzyć teksty, sam nie wiem, czy są choć trochę lepsze od tych dawnych. Głos Marka P., jak to z biegiem lat bywa, obniżył się – do bardzo już miłych dla ucha częstotliwości, nie tracąc przy tym nic z ekspresji. Najważniejsze jednak, że muzycznie jest rewelacyjnie. Śmiem twierdzić, że nigdy wcześniej nie było tak dobrze, w czym utwierdziło mnie jeszcze parę obejrzanych w tamtym czasie koncertów grupy.

To materiał muzyczny, z którym śmiało można by pójść w świat. Jedenaście numerów, odwołujących się do

najlepszych tradycji hard rocka,

a jednocześnie zachowujących, a ściślej – rozwijających to, co najciekawsze w dorobku zespołu. Uwielbiam tak czasem odlecieć sobie przy ostrym łojeniu, w czasie samotnej jazdy samochodem albo ze słuchawkami na uszach. Rokendrol, mainstream? Jasne, tylko że wszystkie klocki wreszcie idealnie do siebie pasują. Serce rośnie, gdy słucha się takich numerów, jak Tratwa z pięknie wplecionym cytatem z Voodoo Child Hendriksa, tytułowego Procederu czy numeru Mój cień omija mnie. Ale całego, pięćdziesięciosześciominutowego materiału słucha się z ogromną przyjemnością. 

Mija dziewięć lat, a ciągle jest to ostatni album kapeli. Która co jakiś czas koncertuje, ale do studia nie wchodzi. A rad byłbym usłyszeć ją w takiej formie grającą nowy materiał.

Palce lizać – Dżem, Muza, 2010

Jako nieodrodny syn swego ojca, śniadania i kolacje najchętniej kończę kawałkiem białego pieczywa z dżemem. Uśmiecham się teraz, bo kto wie, czy to upodobanie nie zbiegło się w czasie, gdzieś w latach 80., z przejściem mojej miłości do Dżemu w dojrzałą fazę.

[more]

Na Muzę przyszło czekać długo,

bardzo długo, całe sześć lat. Bo tyle minęło od pierwszej płyty (2004) nagranej z Maciejem Balcarem, a zawierającej premierowy materiał. Lecz warto było. Otrzymaliśmy taką ilość nowej muzyki, która w wydaniu analogowym złożyłaby się na wydawnictwo dwupłytowe. Zabieg to zawsze ryzykowny, ale nie w przypadku tej kapeli.

Album jest znakomity, zdecydowanie najlepszy spośród tych wydanych po śmierci Ryszarda Riedla, perfekcją wykonawczą przywodzący na myśl Detox. Dżemy już od dawna potrafią robić w studiu nagraniowym to, co w pierwszym okresie działalności miało miejsce „tylko” na scenie. Czyli – z nut pozornie dość mocno już ogranych, wielokrotnie zastosowanych gdzieś przez kogoś w przeszłości wycisnąć wszystko, co się da – z lekkością i łatwością przynależną tylko instrumentalistom i stylistom największym.

Zaczyna się od Koniecznie, przypominającego nieco Autsajdera, zaś w samej końcówce tekstowo nawiązującego do Wehikułu czasu. Tam było o szyciu bluesa, tu – rokendrola.

Potem mamy

Partyzanta, rewelacyjny numer Zbigniewa Szczerbińskiego

i wielki przebój zespołu. I znów odnajdujemy jakieś paralele, tym razem z Najemnikiem.

Ani dużo, ani mało to właśnie przykład na to, jak z dźwięków bardziej oczywistych robi się co najmniej dobry utwór, ozdobiony znakomitymi solówkami – najpierw gitary, a zaraz potem organów Hammonda. Nie inaczej jest w bluesowym Bujam się.

Wolności dni to – po Partyzancie – znów moje emocje największe. Za reggae szczególnie nie przepadam, jednak tutaj – inaczej niż w Pawiu czy Whisky z pierwszego singla grupy, mamy aranż bluesowo-rockowy. W klimatach szczególnie bliskich członkom zespołu, ale i takim fanom jak ja.

Duch Duanne’a Allmana

unosi się nad tym utworem od początku, lecz to, co dzieje w finale, stanowi absolutny majstersztyk.

Zwalniamy tempo w To wszystko co mam. Wspaniały blues jakby wzięty z Zemsty nietoperzy albo Najemnika. Z kolei Do przodu gitarowymi zagrywkami nieodparcie kojarzy się z Lynyrd Skynyrd – takie to niby proste, a jakże smaczne.

I kolejny rewelacyjny numer – Za to, że żyje. Kręci mnie najróżniejsza muzyka, ale w Dżemie od lat najbardziej uwielbiam Allmanowską lekkość, nieprawdopodobną wręcz finezję, jaką olśniewają takie kawałki jak właśnie ten. Pozostajemy w podobnych klimatach przez kolejne prawie dziesięć minut, w tytułowym de facto Leci muza, delektując się stylowym bluesem i wspaniałą solówką Jerzego Styczyńskiego.

Nie patrz tak na mnie jest, jeśli dobrze pamiętam, pierwszym kawałkiem z tej płyty, który zespół zaczął ogrywać na koncertach. Świetny rokendrolowy numer, w którym jest

coś i ze Stonesów, i z Lynyrdów,

przypominający Harleya. Finał – o rany, który to już Dżemowy raz? – palce lizać.

Potem mamy najmocniejszy na krążku, ostry, gitarowy Strach, a na koniec jeszcze jedną perełkę – wielkiej urody walczyk, Szarą mgłę.

Dżem w wybornej formie. Do wszystkich starych atutów zespołu dochodzi, ale też przecież nie pierwszy już raz, pewność – w najlepszym rozumieniu tego  słowa – starych wyjadaczy, absolutna pewność tego, co i jak się robi. A ponieważ nie ma na Muzie słabszych kompozycji, efekt końcowy robi jeszcze większe wrażenie. Najlepszy album studyjny grupy od wielu lat. Kunsztowny, bardzo dojrzały, a przy tym tchnący świeżością i wielką radością grania.

Lessdress, Sugarfree!, 2007

Po czterech sekundach na liczniku jest sto na godzinę, po następnych paru sto dwadzieścia, a ciągle jeszcze jesteśmy w terenie zabudowanym. Od szóstego kawałka (Who’s Fucking Who?) wyjeżdżamy poza miasto, zwiększamy prędkość do stu pięćdziesięciu i puszczamy kierownicę.

[more]

Nie, nie jestem, broń Boże, wyznawcą takiej jazdy ani na motocyklu, ani nawet samochodem. Ale gdy jadę sam, podkręcam ostro potencjometr głośności, mając na liczniku ledwie dziewięćdziesiąt, a krew w żyłach pędzi jak po co najmniej autostradzie.

Gdzie jest dziś ten zespół,

dodajmy: polski, a grający jak najlepsze kapele zachodnie?! Zaczęli w 1984 roku. Pięć lat później wydali pierwszą płytę Dumblondes, w 1993 drugą – Love Industry. Krytyka się zachwycała, ludzie też. Potem zmarł basista i słuch o zespole zaginął. Wrócili w 2007 roku i znów zniknęli. Ostatnia informacja, jaką znalazłem o grupie w internecie, pochodzi sprzed ponad pół roku – że nagrywają nowy materiał. Ale póki co jest zupełna cisza.

Bardzo mocne granie (korzenne, a więc pomijam tu Vadera czy Behemotha) niespecjalnie się w Polsce przyjęło, mało kto robił to dobrze. Tym bardziej żal, że tak fantastyczna – nie waham się użyć tego słowa – grupa nie ma szczęścia. I nie wiem, co jest tego powodem.

Na Sugarfree!

jazda jest naprawdę do przodu.

Warsztat czterech panów bez zarzutu, świetny, ostry, mokry w gardle wokal. Kolejne utwory skrzą się od pomysłów, ich bogactwo przywodzi na myśl Apetyt na destrukcję Gunsów albo pierwsze płyty van Halen. Próbowałem, poza wyżej wymienionym, znaleźć jeszcze jakieś swoje typy, ale krążek jest po prostu bardzo równy, więc odstępuję od tego zamiaru.

Tak, cukru nie ma w tym ani grama. Ale aspartamu tym bardziej, to granie bezkompromisowe i twarde jak gryfy gitar i pałeczki perkusisty. Trzynaście kawałków, numer za numerem, bez wytchnienia. Ale, skoro się  zachwycam, nie może to być metal. Bo to ciągle porządnie swinguje.

Panowie, wracajcie czym prędzej!

Riverside, Shrine of New Generation Slaves , 2013

Zespół przebił się wreszcie, po kilkunastu latach działalności, do świadomości Trójkowych redaktorów od muzyki – i w ten sposób trafił także do mnie. Nie znając wcześniej jego nagrań, w ciemno, nawet bez przesłuchania w sklepie, kupiłem najnowszy album.

[more]

To moje pierwsze od wielu lat tak mocne pochylenie w stronę rocka progresywnego. Bo jeśli szukać jakichś tropów dla Riverside, to  nieuchronnie prowadzą one w takim właśnie kierunku. Wielokrotnie deklarowałem swoją niechęć do tych klimatów, ostatnie żywsze bicie serca miałem przy okazji informacji o nowej płycie Emerson, Lake & Powell (1986). Jeśli później dopatrywałem się dobrze przyswajanych przez moje uszy takich brzmień, to jest to progrock nie całkiem oczywisty: O.K. Computer Radiohead czy krążek tria The Saintbox (Walicki, Kulka, Szupica).

Riverside nie proponują nic nowego,

ale w moim odczuciu  bardzo zręcznie  balansują na od lat bardzo cienkiej granicy między tymi patentami, które byłyby tylko do imentu zajechanym epigoństwem, a tym, co sprawia, iż zdecydowanie da się tej muzyki słuchać. Czyli – bardzo porządnym warsztatem, ucieczką od zdradliwych syntezatorów na pierwszym planie w stronę mocnego, gitarowego grania, umiejętnością wymyślania ładnych melodii oraz starannymi aranżacjami, świadczącymi o umiejętnym czerpaniu z tradycji starego rocka i, najzwyczajniej, o dużej kulturze muzycznej.

Przymykam oko na pretensjonalny sztafaż – tytuł płyty oraz pierwsze litery składających się na niego słów, a tworzące skrót songs (znaczy pieśni). Daję sobie spokój z bonusową płytą, bo to minuty dla oddanych, wiernych fanów. Zdecydowanie bez bólu, a momentami wręcz

z dużą przyjemnością konsumuję podstawowe danie,

zwłaszcza wieczorną porą. Jest w tych nieuchronnie monumentalnych i powłóczystych nutach siła, która na żywo – jestem przekonany – może zapanować nad emocjami słuchaczy.

I wszystko zmierza do finału o niby znanym scenariuszu – do najdłuższego na krążku, prawie trzynastominutowego Escalator Shrine oraz lirycznej, niespełna dwuminutowej Cody. Niby wszystko skądś znane, uszyte z dobrze znanych fragmentów, a jednak świadczące o sporych możliwościach zespołu. Wstęp z Floydów, potem puls basu przywodzący na myśl Riders On The Storm Doorsów, pod koniec piątej minuty pojawiają się klimaty purple’owskie, Lordowo-Blackmoore’owe (w ogóle, organy Hammonda stosowane w wielu nagraniach dają naprawdę świetny efekt), a w dalszej części utworu wracamy do niespiesznych dźwięków w stylu Pink Floyd i Genesis.

Na sam koniec sto sekund Cody. Gitara akustyczna i głos. Tyle tego już było, ale z radością przyjmuję jeszcze jeden podobny utwór – z dobrym, ciepłym męskim wokalem i zgrabną linią melodyczną.

Wojciech Kilar kiedyś powiedział, że w muzyce jest tylko parę nut i naprawdę trudno wymyślić coś zupełnie nowego, coś, co nie będzie przypominało dokonań z przeszłości.

Niech więc przypomina, byle rzeczy najlepsze. I niech będzie zręcznie przefiltrowane przez ręce i głowy kolejnych pokoleń muzyków. A tak jest w przypadku Riverside.

Piosenki nieoczywiste – Dave Matthews Band, Away From The World, 2012

Gdy przed laty zakupiłem ich Before These Crowded Streets (1998), wymknęło mi się jak nastolatkowi: „Gdybym umiał grać, chciałbym to robić w taki właśnie sposób”. Taki numer jak Don’t Drink The Water zupełnie mnie poraził.

[more]

Jeśli chodzi o podejście do muzycznej materii, przypominają mi Jethro Tull. Struktura piosenki stosowana jest u jednych i drugich nie za każdym razem. Utwory zaczynają się – i płyną dokądś, porywają nas, czasem same chyba nie wiedząc dokąd, gdzie przystaną, gdzie zacumują tym razem. Jeśli mamy do czynienia z artystami – a tak jest w obu tych przypadkach – nie pozostaje nic innego, niż dać się uwieść, ruszyć w tę fantastyczną dźwiękową podróż.

DMB zabierają nas w drogę może nie tyle piękniejszą niż Jethro Tull (nie odważę się tego napisać), co łagodniejszą. Szczególnie na tej nowej płycie. Tkaną z oszałamiająco delikatnych nut i harmonii. Ale ckliwie nie robi się nigdy, bo strzeże tego głos lidera (ach, te anglosaskie wokale!) – z pozoru nieduży, a wspaniały: matowy, nosowy, liryczny i bardzo męski jednocześnie. I nieoczywista, niebanalna w swym pięknie faktura spokojniejszej części materiału.

Rokendrol od wielu już lat wymyka się czasowi, robiąc to na wiele sposobów. Z jednej strony można oczywiście ubolewać nad brakiem zupełnie nowej jakości (ostatnia to grunge), a z drugiej smakowitość takich płyt jak te serwowane od lat przez Matthewsa z kumplami jest nie do pogardzenia. I mam podejrzenie graniczące z pewnością, że mijać będą kolejne lata, a ta muzyka będzie się bronić. I płynąć ponad modami, z dala od świata i jego przypadkowych szumów. Płynąć konsekwentnie obranym kursem.

 

Ukojenie – Marcin Wasilewski Trio, Faithful , 2011

Dziś sięgam do swojej pierwszej muzycznej notatki, sprzed dwóch lat. Pisząc te słowa, nie wiedziałem jeszcze, jakie będzie (i planowanych następnych) przeznaczenie, co dokładnie mam zamiar z nimi zrobić.

*

Tak sobie słucham nowej płyty Tria Marcina Wasilewskiego, właśnie po raz trzeci wciskając >play<. Pierwsze skojarzenie – muzyka fortepianowa, tzw. poważna. Oczywiście, „złamana” brzmieniem basu i perkusji, ale coś z tej powagi jest: dostojność rytmu, czystość brzmienia. Coś równocześnie z – najgenialniejszej, jaką sobie można wyobrazić – muzyki tła. Takiej, która może towarzyszyć rozmowie w porządnej knajpie.

[more]

Ale to są słowa jazzowego profana. Bo ta muzyka najlepiej smakuje, gdy się jej po prostu słucha. Jest czego – klasyczny zestaw tria, sterylne brzmienie fortepianu i basu, smakowita, stonowana perkusja –

dźwięki absolutnie kojące.

Żadnych rozdzierających trzewia instrumentów dętych, dzikiego, freejazzowego szaleństwa. (Choć, pisząc te słowa, nie zapominam oczywiście o współpracy zespołu, jeszcze pod nazwą Simple Acoustic Trio, z Tomaszem Stańką). Polska to jednak bardziej chłodny niż gorący kraj. Ileż niewymuszonego piękna w tym oszczędnym, surowym muzycznym krajobrazie. W jazzie – i czasem kinie – nasze, Polaków, związki ze Skandynawią są chyba najwyraźniejsze. I nic dziwnego, że pielęgnowane od dziesięcioleci.

MWT (Wasilewski, Kurkiewicz, Miśkiewicz) to

ewenement na jazzowej scenie

nie tylko w Polsce. Tych trzech facetów zna się ze sobą już kupę lat, niewiele krócej razem gra (od 1991 roku!) – i niech tak trwa. W czasach bezustannego mieszania się składów, wciąż nowych projektów – oni dają wiarę, że można być ze sobą wiele lat, przyjaźnić się, wciąż mieć frajdę ze wspólnego grania – i dawać radość innym, czyli słuchaczom. A mają ich już chyba, jak do niedawna EST, w całej Europie. Znakomita wizytówka Polski, wielka firma. Nagrywać dla wytwórni ECM mogą w na starym kontynencie tylko najlepsi.

(luty 2011)

 

ZZ Top, La Futura, 2012

Amerykę udało się odkryć jakiś czas temu. Nie zrobili tego swoją muzyką ZZ Top, choć ich debiut to już dość odległe lata, bo początki kapeli sięgają 1969 roku. I, jak w matematyce, dane są ciągle te same. Trzech facetów: Billy Gibbons, Dusty Hill i Frank Beard wciąż jest wiernych temu, od czego zaczęli, czyli rokendrolowi z potężną domieszką boogie, co pozwala ich natychmiast rozpoznać. I wiernych sobie. Zarówno nawzajem, bo wciąż są razem, jak i kowbojskim ideałom, które nie pozwoliły im sprzedać swoich bród za potężne pieniądze potężnej firmie, jaką jest Gillette.

[more]

Na płytę z premierowym materiałem kazali tym razem czekać bardzo długo, bo aż dziewięć lat. Czy warto było? Myślę, że zdecydowanie tak. Krążek jest bardzo zwarty, zawiera dziesięć piosenek trwających łącznie niecałe czterdzieści minut. I kolejny raz doceniam u artystów powrót do analogowych wymiarów płyty, bo – mniej więcej – trzy kwadranse daje się ogarnąć łatwiej niż godzinę z okładem. „Krócej” często oznacza zwyczajnie „lepiej”.

Na moje ucho – jest po prostu bardzo dobrze. Płyta zawiera wszystko to, za co kiedyś polubiliśmy zespół – świetne tempo i ostrą gitarową mieszankę w swych najlepszych przejawach. Nic nowego, a słychać, że jazda jest zdecydowanie do przodu, są pomysły, radość grania, lekkość, z jaką płyną kolejne nuty.

Jest, przede wszystkim, boogie. Świetny kawałek otwierający płytę, cover hip-hopowego numeru i jednocześnie singlowy przebój I Gotsta Get Paid, zaraz za nim Chartreuse (łza się w oku kręci na wspomnienie wrocławskiego Easy Rider), są ballady It’s Too Easy Mañana i Over You, blues pobrzmiewa w Heartache In Blue oraz Have A Little Mercy.

Natomiast wśród tego solidnego i przebojowego jednocześnie łojenia pięknie wyróżnia się Flyin’ High. Inny niż pozostałe, oczywiście też swingujący, ale właściwie uwolniony od boogie – co w przypadku tej formacji jest czymś wyjątkowym – świetny numer z zastosowaniem patentów przywodzących na myśl z jednej strony Lynyrd Skynyrd, z drugiej AC/DC.

Jeśli będą nadal w takiej formie, przyszłość przed trzema nie najmłodszymi już panami rysuje się całkiem nieźle. Miałem przed laty okazję widzieć ich na żywo, ale – po zapoznaniu się z nowym materiałem – chętnie wybrałbym się raz jeszcze.