Wciąż ten sam – Paul McCartney, New, 2013

mcca_new

Niedawno stacje telewizyjne pokazywały dość szczególny obrazek: na pierwszym planie książę Walii Karol, a tuż za nim jego ekskluzywna świta, wśród której nie sposób było nie dostrzec uśmiechających się Paula McCartneya (trzymającego śliczną gitarę z wymalowaną flagą brytyjską) oraz Eltona Johna. Jeśli wieczny pretendent do angielskiego tronu ma wyraźne powody do frustracji, o tyle ci dwaj panowie znów – który to już raz? – wydając swoje nowe płyty, znaleźli się na ustach świata. A ten, w zdecydowanej większości, mówi o ich ostatnich dokonaniach ciepło i z uznaniem.

[more]

Słuchając nowych piosenek Paula McCartneya, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że

nuty wciąż wysypują mu się z rękawa 

– i to nie jednego. Były bitles to Mr. Music – bezdyskusyjnie. Jako wielki fan czwórki z Liverpoolu, z biegiem lat wciąż większy, nie mam szczególnych problemów ze zdrapywaniem producenckiej i znaczonej początkiem XXI stulecia skorupy z tych utworów – raz jest ona większa, raz mniejsza. Ale zdecydowanie najszczęśliwszy jestem w tych momentach, gdy tej skorupy nie ma wcale, gdy duch The Beatles staje się po prostu ciałem.

Nigdy nie byłem szalikowcem solowych dokonań Sir Paula. Przeszkadzało mi częstokroć nieodparte wrażenie, że odejście od rokendrolowego, gitarowego składu macierzystej formacji uruchomiło w nim popowe inklinacje. I mam tu na myśli nie tyle zapis nutowy, bo ten był i pozostał z gruntu bitlesowski, ale aranże. 

Podobno Macca najbardziej nie lubi pracy nad wykończeniem piosenki. Daleki jestem od przypuszczeń, iż miałby to być powód do machania przez niego ręką nad ostatnimi szlifami, w to nie uwierzę. A jednak te

popowe skłonności

sprawiły, że wiele piosenek z jego dorobku nie zalśniło pełnym blaskiem. Czasem choćby z powodu plastikowych klawiszy, czyniących utwór wręcz błahym, oczywistym, krotochwilnym. Owa nadmierna lekkość w traktowaniu materii muzycznej nieraz – jestem zdania – gubiła mistrza. Nie inaczej jest na nowym krążku. Przy słuchaniu pojawiają się w mojej głowie skojarzenia z Blunderbuss Jacka White’a, na której dostrzegam ten sam rodzaj „pośpiechu”. Krótkie, okołotrzyminutowe piosenki, przenoszące nas z jednej strony

wprost w lata 60.,

a z drugiej, również z racji niewielkich ram czasowych, zbyt rzadko dostarczające smakowitych kąsków mających związek z dopieszczoną aranżacją. Czyli tego, co tak obficie obecne jest na przykład na bardzo dobrym Flaming Pie (1997).

Paul McCartney jest nadal w dobrej, a chwilami w bardzo dobrej formie (w koncertowej, o czym miałem okazję się przekonać, wręcz znakomitej). Nie sposób nie docenić nowego materiału. Ale jednocześnie spora jego część trafia w moją, fana, przestrzeń mniej ulubioną: powtórzę, popową, a w niej znajduję znacznie mniej powodów, by zatrzymać się na dłużej przy jednej czy drugiej propozycji. 

Jednak parę razy

łza może zakręcić się w oku.

Numer tytułowy, choć brzmią w nim te trochę drażniące klawisze, jest napisany zdecydowanie w stylu Beatles, ma w sobie coś z All You Need Is Love, w I Can Bet gitara wyraźnie nawiązuje do Get Back. Najbardziej ujmujące są te momenty, gdy jestem blisko wspaniałych bitlesowskich ballad – w Early Days, nieco psychodelicznej Hosannie czy w bonusowym Scared. Wtedy niczego nie muszę się dosłuchiwać, zdrapywać jakiejś wartwy wierzchniej – mam to, za co cenię Sir Paula najbardziej. To, co sprawia, że pozostanie dla mnie największym kompozytorem w muzyce rozrywkowej. Jeśli do wielkiej góry McCartneyowskich klasyków i pereł muzyki drugiej połowy XX wieku dorzucamy kilka świetnych utworów z nowego krążka, to – należy oddać sprawiedliwość wielkiemu i od półwiecza obecnemu na scenie artyście – najwyraźniej mamy do czynienia z ważnym albumem.

[W NaTemat: 9 listopada 2013]

Jego Wybitność: Sir Elton John, The Diving Board, 2013

elton_john_diving

Czytając przed laty świeżo wydane „To” sędziwego już Czesława Miłosza, zastanawiałem się nad tym, że może trzeba w życiu zatoczyć wielkie koło, by gdzieś, przy nieuchronnie zbliżającym się końcu, operować tylko niezbędnymi, najprostszymi środkami wyrazu, by przemawiać wprost. I być w tej prostocie mędrcem.

[more]

Podobna – muzyczna tym razem – refleksja naszła mnie też wcześniej przy pierwszym, radiowym jeszcze, odsłuchiwaniu Innuendo (1991) Queenów. Czyli materiału pisanego przez przede wszystkim Freddiego Mercury’ego, który wiedział, że zostało mu bardzo niewiele życia. Że

nie pora na poszukiwania i eksperymenty,

że należy powrócić do najlepszych i jednocześnie sprawdzonych już patentów. 

I oto słucham teraz nowych piosenek Eltona Johna. Człowieka, który szczyt artystycznej formy osiągnął właściwie na starcie, a już na pewno na początku lat 70. Który potem raz czy drugi zbliżał się do tego poziomu, który chyba zawsze rewelacyjnie grał na żywo. Którego kariery nigdy ze szczególną uwagą nie śledziłem, ale jego koncert w 1984 roku w Katowicach pozostanie dla mnie – poprzez porażającą konfrontację mistrzostwa na scenie z polską mizerią lat 80. – najwspanialszym występem, jakiego byłem świadkiem.

Paradoksem niewątpliwego

sukcesu artystycznego nowego materiału

jest fakt, iż jest to jeden z nielicznych albumów, które Elton John nagrał bez swego stałego zespołu. W podróż do własnych źrodeł udał się więc sam, ale uczynił to w sposób niezwykły.

Otrzymaliśmy zbiór kameralnych, wyciszonych piosenek. Pięknych, w większości przypadków – nie waham się tego napisać – niczym nieustępujących największym przebojom artysty. To zresztą jedna z zadziwiająco wielu w ostatnich latach takich nostalgicznych propozycji, gdy dojrzały wykonawca daje sobie spokój ze ściganiem się – z innymi, z czasem, z listami przebojów – i robi głęboki ukłon w stronę starych fanów, dając im to, za co ci go pokochali lub przynajmniej polubili.

Jest w tym oczywiście jeden, za to istotny warunek do spełnienia: co najmniej dobra forma gdzieś tam, po okresach wzlotów i stanów średnich, 

dobra forma raz jeszcze

– po dziesiątkach lat uprawiania swojej artystycznej grządki. To, że jesteśmy świadkami wydawania tak wielu świetnych płyt niemłodych wykonawców, nie powinno nas zwieść. Nie wszyscy z tego grona są przecież aktywni, nie wszyscy po upływie wielu dekad od debiutu potrafią wznieść się na wyżyny. Okazuje się, że takich wybitnych postaci w muzyce rozrywkowej – na szczęście – nie brakuje, ale i tak jest to wierzchołek rockowej góry. A jak to z wierzchołkiem bywa, dostępny jest on tylko nielicznym.

Niezwykle trudno – mimo niezaprzeczalnych walorów – młodszym o czterdzieści lat utworom będzie wedrzeć się do 

Eltonowskiego kanonu,

do zestawu evergreenów. Piosenek zagranych tysiące razy na żywo, słyszanych setki razy w radiu, odtwarzanych z talerzy gramofonów i szufladek CD. Jednego jestem jednak pewien – że ta nowa – stara i bardzo dobra muzyka tak samo dobrze zabrzmi za pięć i piętnaście lat. Elton John zawiesił sobie poprzeczkę wyjątkowo wysoko i pokonał ją w imponującym stylu. Zwłaszcza że – nie wypominając – jest dziś sześćdziesięciosześcioletnim muzykiem, dla którego The Diving Board jest trzydziestym pierwszym albumem studyjnym w karierze.

[W NaTemat: 3 listopada 2013]

Czemu winni są Vedder i spółka? – Pearl Jam, Lightning Bolt, 2013

pearl_jam_light

Wielokrotnie już manifestowałem uwielbienie dla Dżemów – tyskiego i perłowego. Moje uczucie jest głębokie, trwa lata całe, przeszło przez pierwsze okresy fascynacji, poradziło sobie też ze słabszymi momentami. To miłość w pełni dojrzała, której byle podmuch nie zmiecie.

[more]

Ale, jak to z uczuciami, o ten ogień trzeba dbać. Więc słucham, kupuję kolejne płyty, chodzę na koncerty. Z przyczyny tyleż oczywistej, co pięknej: 

dostaję to, czego pragnę.

Czasem więcej, czasem trochę mniej, zawsze jednak dostatecznie dużo, by nie mieć wątpliwości.

People Are Strange. Ludzie są dziwni. Większość z nas nie robi jakichś szczególnych rzeczy w życiu (tak było, jest i będzie – i nic w tym złego). Nie odkrywamy Ameryki, nie zmieniamy biegu świata. A jednak tak często odzywa się w człowieku głos krytyka lub dziecka: chcę być zaskakiwany, czarowany, pragnę, by świat jak najczęściej dostarczał mi chwil szczęścia lub przyjemności. I to też normalne, jednak gdy wkraczamy na delikatniejszy ze swej natury grunt sztuki, ludzkiej aktywności, twórczości, trzeba wzmóc czujność. Łaska fana na pstrym koniu jeździ, ale artyści nie raz i nie dwa sami są sobie winni.

Czemu winni są Vedder i spółka?

Że zespół wciąż działa, że w dwadzieścia dwa lata po debiucie fonograficznym wydaje nową płytę? Że gra wciąż tak samo?

Po pierwsze, ilu jest takich wykonawców, którzy nagrywali bądź nagrywają, o których wciąż tyle się mówiło lub mówi po prawie ćwierć wieku obecności na scenie? Jakie płyty nagrywali w połowie lat 80. eks-Beatlesi, Rolling Stones albo The Who? Gdzie byli w połowie lat 90. Uriah Heep, Iron Butterfly, Wishbone Ash czy Budgie? W którym miejscu odnajdujemy dziś Living Colour, Red Hot Chili Peppers, Spin Doctors lub Alice In Chains?

Po drugie, czy zawsze dobrze gitarowym zespołom robiły stylistyczne wolty – na przykład w stronę klawiszy i komputerów: Queen, U2 na [i]Zooropie[/i] czy [i]Popie[/i], Radiohead, Heyowi na dwóch ostatnich płytach?

Po trzecie, czy Pearl Jam, podobnie jak Stonesi, muszą się komuś tłumaczyć z tego, że wciąż grają rokendrola?Chyba warto mieć świadomość, że PJ był i nadal jest zespołem z poziomu dla większości nieosiągalnego. Choćby przy wyjątkowych wzlotach artystycznych, choćby z trampoliny. Wielu, bardzo wielu nie zagra nigdy tak, jak formacja z Seattle na swoich nawet tzw. słabszych płytach. Warto także mieć świadomość, z jakiego pułapu PJ wystartował. W 1991 roku, wydając pierwszy album, był kapelą w pełni dojrzałą, całkowicie ukształtowaną. Ten to arcydzieło. Jeśli tak się debiutuje, potem pozostaje już tylko ściganie się z samym sobą, a to cholernie trudna sztuka. Zwłaszcza przez tyle lat.

Backspacer (2009) wyraźnie sygnalizował powrót do bardzo dobrej formy. Lightning Bolt z pewnością nie jest gorszy. Mamy nowy słoik, nową zakrętkę, a w środku 

dżem zrobiony ze znanych nam owoców.

Bardzo dobrych i dojrzałych. To mało?! A czym niby chcielibyśmy być dziś czarowani przez zespół? Elektroniką, samplami, sekcją dętą, produkcją nie z tej ziemi? Jak dobrze, że Vedder wciąż śpiewa tak, iż pewnie uwiódłby większość pań bez względu na wiek. Jak dobrze, że gitary wciąż brzmią tak jak przed laty. Jak dobrze, że ci faceci nadal potrafią napisać kilkanaście co najmniej dobrych piosenek.

Ileż radości, ileż dobrze znanej przyjemności konsumenta muzyki czerpię z sączenia się tych nut do mojego ucha. Piąte, siódme, dziesiąte odsłuchanie krążka – coraz lepiej rozpoznawalne melodie moszczą się coraz wygodniej w moim muzycznym sercu.Nowa płyta PJ jest jak spotkanie po paru latach przerwy ze starymi, bardzo dobrymi kumplami. Na które idziemy z niepokojem, czy przypadkiem nie zmąci nam wielu pięknych wspomnień, Idziemy z obawą, czy ciągle będziemy mieli sobie coś do powiedzenia. I oto z radością, z satysfakcją stwierdzamy, że może włosów na głowie ubyło, a przybyło tu i ówdzie tłuszczu, ale poza tym jest jak dawniej, ciągle dobrze rozmawia się nam ze sobą.

Słucham nowych utworów z przyjemnością, w paru przypadkach wielką. Życzę Wam tego samego.

(Pearl Jam, Lightning Bolt, 2013)

[W NaTemat: 27 października 2013]

Potęga smaku – Gov’t Mule

Weganie czy wegetarianie nie mają tu nic do roboty. Na stół wjeżdża jedenaście pełnokrwistych dań i w dodatku każde w dwóch wariantach do wyboru – z wokalem macierzystym na pierwszej płycie albo gościnnym na drugiej.

[more]

Wszystko już było,

ale – do jasnej gitary – co z tego?! Cały ten rockowy zgiełk to od lat bezustanne mieszanie określonej ilości puzzli, o czymś zupełnie nowym w tej formule już chyba nigdy nie będzie mowy. I dobrze, na zdrowie. Dawno doszedłem do tego, że w powieściach czy filmach o wiele bardziej od poszukiwań formalnych interesuje mnie opowiadana historia, a ta powinna mieć początek, rozwinięcie i zakończenie. A metody prowadzące do celu mogą być różne: precyzyjnie odważone zdania w stylu Coetzeego czy Munro albo mięsiste akapity w rodzaju Konwickiego czy Pilcha.

Blogując od ponad roku, coraz rzadziej odczuwam dyskomfort, że całym sercem lgnę do starej muzyki. Albo do nowej zrobionej na dawną modłę. Jeśli są tacy, co wciąż pragną tak grać, to dlaczego ja mam się wstydzić, że moje uszy właśnie takie nuty kochają najbardziej?

Warren Haynes,

od dwóch dekad lider Government Mule, to moje pokolenie. Facet, który ma w CV lata grania w Allman Brothers Band i paru innych projektach, jako gitarzysta i kompozytor porusza się w szczególnie mi bliskich klimatach – rokendrola o zdecydowanie bluesowych korzeniach. Jest więc gitarowo, ale nie gwałtownie, a wielokrotnie wręcz znajdujemy się w okolicach ballady. Takim wspaniałym fragmentem jest na przykład blisko dziewięciominutowy Captured, w którym zaskakująco wyraźnie pobrzmiewają floydowskie Shine On You Crazy Diamond pomieszane z Any Colour You Like, z końcową solówką, która od Gilmoura prowadzi gdzieś w pobliże Santany.

Pięknie brzmi też smakowicie zbudowana na reggae’owym rytmie Scared to Live. Echa Led Zeppelin słychać w Forsaken Savoir i Done Got Wise. W tym drugim jest też coś z klimatu nagrań Joe Bonamassy (wokal, wokal) – ale tu od razu „metrykalne” pytanie: kto kogo przypomina? W drugiej części Stoop So Low mamy wyraźny ukłon w stronę klasyka Everybody Needs Somebody To Love.

Tę zabawę w który fragment co przypomina można by ciągnąć dalej – skończę więc mrugnięciem oka: w przepięknym bluesie When The World Gets Small (znów trochę Santany i Bonamassy) wstęp jest taki, że podejrzewamy, że zaraz wejdzie Andrzej Krzywy ze słowami: „Kochać to nie znaczy”. Świetne jest też ostatnie jedenaście minut – nomen omen – Bring On The Music.

Płyty są dwie. Na drugiej dostajemy takie „the other kind of”. Te same numery zaśpiewane przez

znakomitych gości.

Są wśród nich Dave Matthews, Elvis Costello, Steve Winwood, Dr. John, Glenn Hughes i Ben Harper. Niby to samo, ale trochę inaczej.

Wszystko skądś znamy, wszystko już gdzieś kiedyś zostało zagrane. A jednak na stół dostajemy potrawę jak najbardziej świeżą, a nie jakieś  mrożonki z mikrofali. Warsztat czterech muzyków jest powalający – gitara, klawisze, bas i perkusja cudownie swingują. Żadnego zadęcia, taniego efekciarstwa, liczy się tylko muzyka – luz i radość grania. Ot, potęga smaku.

Powrót marnotrawnego – Sting, The Last Ship, 2013

Jak po odwołanym koncercie Erika Claptona w Spodku (bagatela, 1979 rok) długo miałem uraz do tego artysty, tak to, co zrobił Sting z kolegami Policjantami w 2008 roku na Stadionie Śląskim wbiło, zdawało mi się, ostatni gwóźdź do trumny fana.

[more]

Mój ukochany muzyk lat 80.,

autor wspaniałych pierwszych solowych płyt, w ostatnich latach dość rozpaczliwymi metodami walczył o utrzymanie popularności i regularne wpływy na konto. Zastanawiałem się, jak można tak nisko upaść. Na przykład grać za kasę dla dyktatora. Albo mieć za nic wielotysięczną publiczność i schodzić ze sceny po sześćdziesięciu pięciu minutach, a wszystko to wskutek niechęci do starych kumpli z zespołu, która mimo upływu wielu lat tak łatwo uaktywniła się w czasie zaledwie paru tygodni światowego tournee.

Pora chyba jednak zrewidować opinię, przynajmniej w kwestii najbardziej merytorycznej: muzyki. Sting po słabych i słabszych latach złapał wyraźnie

drugi oddech.

Świeży i zdecydowanie przypominający, że jest artystą z najwyższej półki.

W 1997 roku Paul Simon wydał płytę Songs From The Capeman z piosenkami skomponowanymi do broadwayowskiego musicalu. Była to kompletna klapa – tak dla propozycji scenicznej, jak dla albumu i samego Simona. Jest to dla mnie zupełnie niepojęte – płytę mam i wciąż słucham jej z ogromną przyjemnością.

Nie wiem, jaki los spotka musicalową odsłonę The Last Ship (premiera przewidziana jest na przyszły rok). I niespecjalnie mnie to zajmuje. Musical jest mi formą zdecydowanie obcą – liczy się tylko materiał muzyczny, a ten albo się broni, albo nie.

Nowa płyta jest po prostu bardzo udana. Sting napisał jedenaście dobrych, bardzo dobrych i znakomitych piosenek, z których kilka pewnie znajdzie miejsce pośród najpiękniejszych i najlepszych w jego karierze. Które dokładnie, chyba za wcześnie mówić. W tej chwili, na gorąco, poza dobrze już znanymi tytułową i Practical Arrangement, moją uwagę zwracają August Winds, Language Of Birds czy I Love Her But She Loves Someone Else. Ale całość to czterdzieści pięć minut

kojących dźwięków

nadających się na początek lub zakończenie dnia, na każdą inną porę, by móc się wyciszyć. Nie przeszkadzają mi zastosowane tu i ówdzie musicalowe patenty, natomiast irlandzkie rytmy w What Have We Got? dodają tylko urody albumowi.

Głos Stingowi z biegiem lat się zmienił. Z wysokich rejestrów niewiele dziś zostało. Barwa zmatowiała, ale mocy nie utraciła. Dzięki tej szorstkości klkakrotnie znajdujemy się jeszcze bliżej wybranego przez artystę tematu – upadku stoczni w Newcastle.

Jako zdradzony fan już pewnie nigdy nie dam się bez reszty pochłonąć muzyce Gordona Matthew Sumnera. Ale, ledwie od paru dni smakując jego nowe piosenki, chciałbym, by utrzymał ten poziom w następnych latach.

Marnotrawny przez około dekadę artysta wraca do wielkiej formy. Marnotrawny fan znów melduje się w gronie sympatyków.

Black Sabbath: Sabbath Bloody Sabbath, 1973

Rok 1973 jest jednym ze szczególnie znaczących w historii rocka. Wśród albumów, które należą do najważniejszych w tamtych dwunastu miesiącach, znajduje się bez wątpienia Sabbath Bloody Sabbath. I tak jak nie budzi we mnie entuzjazmu najnowsze wydawnictwo grupy, mimo że pierwsze od lat, znów z Ozzym Osbourne’em, tak niezmiennie ten krążek cieszy moje uszy.

[more]

Tam gdzie rock gubi swoje wspaniałe bluesowe korzenie, gdzie pokazuje światu wielki, ciężki

metalowy korpus,

gładkie, wypolerowane i zimne oblicze – tracę grunt pod stopami, wchodzę w ciemny las, w którym jedno drzewo wydaje mi się zbyt podobne do drugiego. Robi się nieprzyjaźnie i, zbyt często, strasznie (czasami strashnie). Epatowanie mocą, tonami gitar, szybkością nigdy nie zastąpi mi korzennego, swingującego rokendrola. Przepraszam wszystkich, którzy myślą inaczej, dla których klasycy gatunku, a więc i Black Sabbath, są świętością. W tamtą stronę zapuszczam się z rzadka i, z wiekiem, coraz bardziej niechętnie. Tym niechętniej, że uświadamiam sobie, jak wiele jest do odkrycia starej i nowej muzyki po tej stronie gitarowego grania, które upodobałem sobie szczególnie.

Sabbath Bloody Sabbath pozostaje jednak dowodem na to, że ruch w odwrotnym kierunku,

od metalu do mainstreamu,

jest nie tylko możliwy, ale potrafi przynieść wspaniałe efekty. Muzyka kwartetu na piątej płycie zelżała, przyspieszyła, odeszła od rozciągniętych, dołujących nut. Została nawet obficie zmiękczona brzmieniem instrumentów klawiszowych, które – no właśnie – obsługiwał jeden z ówczesnych największych mistrzów rockowej klawiatury, Rick Wakeman. Utwory nabrały lekkości i tempa, w najlepszy z możliwych sposobów zbliżając się do klasyków gatunku – Led Zeppelin, Cream (końcówka Looking For Today to wręcz cytat z White Room) czy Hendriksa. Imponują rozmachem, pomysłami aranżacyjnymi i maestrią wykonawczą.

Dla mnie jest to album wyjątkowy, jedyny taki w dyskografii grupy. Parę lat później, gdy frontmanem BS został Ronnie James Dio, próbowano chyba – mniej lub bardziej świadomie – przywołać klimat nagrań z 1973 roku (a może to po prostu nieuchronne echa Rainbow?), ale o różnorodności pomysłów, wielorakich smaczkach aranżacyjnych na podobną skalę nie było już mowy.

Na omawianym albumie jest tak od początku. Tytułowy numer niby zaczyna się

atakiem artyleryjskim,

ale w refrenie pojawia się łagodność gitary akustycznej i przestrzeń instrumentów klawiszowych. W drugiej części utworu otrzymujemy jeszcze dwa inne rozwiązania melodyczne. Gorszy zespół albo zespół w gorszej formie wycisnąłby z tego cztery odrębne kawałki. Scenariusz powtarza się w doskonałym A National Acrobat. Utwór skrzy się od pomysłów, jeden wspaniały czasem po pół minucie ustępuje miejsca kolejnemu.

Fluff z dzisiejszej perspektywy może wydać się banalny – takie chwilowe, akustyczne wyciszenie w zgiełku gitar, które zastosowano w setkach metalowych płyt. W 1973 roku nie było to jednak takie oczywiste, a wyraźny ukłon Iommiego w stronę Petera Greena i Albatrossa dowodzi szacunku dla klasyki. Potem mamy numer Sabbra Cadabbra – posiadający te same atuty, co dwa pierwsze kawałki na płycie.

Z piątą płytą BS jest chyba trochę jak z czwartą Led Zeppelin. Po znakomitej stronie pierwszej mamy – aż się boję to napisać – nieco słabszą drugą. Ale tak jak warto czekać na potężne When The Levee Breaks, tak tutaj album wieńczy porywający Spiral Architect.

Czterdzieści dwie i pół minuty, muzyka sprzed czterdziestu już lat. Fragmenty tego krążka gdzieś tam na szpuli nagrane mieli moi bracia. Gdy wrzucam go dziś do szufladki, odnajduję w sobie jedenastoletniego chłopca, którym byłem, kiedy pierwszy raz usłyszałem te dźwięki. Krew wciąż żywiej podryguje w żyłach.

Sukces – i co dalej? – Dawid Podsiadło: Comfort And Happiness, 2013

Dawid Podsiadło, przesympatyczny młody człowiek, nagrał płytę, jakiej większość popowych wykonawców nie tylko na naszym rynku nie nagra nigdy. Do dyskotek się nie nadaje, wolna jest od ogłupiających rytmów i beatów, więcej na niej neurotyczności i nostalgii.

A jednak rodzą się we mnie wątpliwości. I nimi chcę się z Wami podzielić.

[more]

Pop

starzeje się najszybciej. Dlatego że najbardziej reaguje na mody, na nowe technologie, na nowinki studiów nagraniowych. Moja reakcja na przebojowe piosenki sprzed dziesięciu, dwudziestu czy więcej lat zwykle daleka jest od entuzjazmu (choćby ostatnio, w knajpce w Krakowie, do obiadu: I Just Called To Say I Love You Wondera czy Wonderful Life Blacka). Czasem wręcz przychodzi mi do głowy okrutna fraza: za co Kain zabił Abla? Za puszczanie starych przebojów.

Omiatam wzrokiem domowe półki z płytami: Ania Dąbrowska, For Dee, Desu (o rany!), De Mono, Bisquit, Varius Manx jeszcze z Lipnicką. Nie, nie wszystko, broń Boże, jest złe. A jednak ochoty, by do tego wracać, jest we mnie mniej niż do płyt zdecydowanie rockowych wydanych w podobnym czasie. Jasne – też nie wszystkich. Ale jestem pewien, że na bezlitosnym sicie czasu konkretnego grania ostaje się znaczniejsza ilość, że z popu ocaleje po latach wątła kupka płyt.

Ile zostanie z debiutu Podsiadły

i jak potoczy się dalsza jego kariera? Tu, w Polsce – kraju, gdzie kapela miary Much miała problem ze znalezieniem wydawcy swojego trzeciego albumu?  Dziś jego piosenki mają posmak nowości, album wydał wielki koncern płytowy (nagroda za wygranie X-Factora), świetnie sprzedają się koncerty. Jak to jednak będzie za kilka lat, przy trzeciej lub czwartej płycie? Fonograficzny debiut stał się platyną, co budzi szacunek, choć trochę ponad trzydzieści tysięcy egzemplarzy – obiektywnie – oszałamiającym wynikiem nie jest.

Nie sposób nie zauważyć, że jest to

krążek właściwie autorski,

wkład Dawida w powstanie tego materiału jest olbrzymi (choć w tym miejscu należy też wymienić nazwisko Bogdana Kondrackiego, który zagrał na wielu instrumentach oraz wyprodukował płytę) – i to jest z pewnością dobry prognostyk. Zawsze lepiej mieć coś – dodam, sensownego – do powiedzenia od siebie, niż czekać, co też napiszą dla mnie inni.

Jakieś nieuchronne z racji barwy głosu i jego zdecydowanie nosowego odcienia skojarzenia z Coldplay nie budzą akurat mojego entuzjazmu. Ale to teza do obalenia w przyszłości, wraz z rozwojem – czego życzę – Podsiadły jako artysty. Bo najgorzej byłoby dla niego, dwudziestoletniego człowieka, gdyby już teraz przeżywał swe najlepsze muzyczne chwile.

ZaGrammy to jak zwykle po swojemu – JJ Cale & Eric Clapton: The Road to Escondido, 2006

Jako wychowanek radiowej Trójki raz po raz sprawdzam swoje stare i nowsze ślady na katowickiej częstotliwości 99,7 MHz. Wychodzi na to, że moje muzyczne upodobania, kształtowane przed laty przez Piotra Kaczkowskiego, są dziś dość odległe od klimatów wciąż bardzo obecnych w programach redaktora. Nie przesadzając z wpływami, bo to w moim wieku po prostu niemożliwe, już od dawna znacznie bliżej mi do propozycji Wojciecha Manna. Wielokrotnie zabarwionych niegdysiejszym „Bielszym odcieniem bluesa”, kiedyś – wspólnym dziełem jego i Jana Chojnackiego.

[more]

Bliżej do źrodeł rokendrola,

do nieskomplikowanego gitarowego grania, które – w moim odczuciu – lepiej znosi upływ czasu niż uwznioślające próby progrockowe. Świetne kiedyś, w swych pierwszych i najlepszych realizacjach, ale dziś zwykle nieświeże i pretensjonalne. Bliżej do źródeł, choć niekoniecznie do bluesa w czystej postaci.

Lay Down Sally, czyli piosenka z płyty Slowhand (1977), zaprezentowana przed laty przez P. Kaczkowskiego, wydała mi się, nastolatkowi, błaha i zupełnie na aucie rockowych dokonań. A dziś jest tak, że wciąż lubię, jak band dosypie do pieca, ale coraz bardziej pomlaskuję z zachwytu nad takim, bez przeproszenia, popierdalaniem Knopflera czy Claptona. A ten ich luz to – najwyraźniej – patent nieodżałowanej pamięci JJ.

Na The Road to Esondido składa się

czternaście utworów,

dwanaście z nich to kompozycje Cale’a, pod dwiema, raz jako współautor, podpisany jest Clapton. A więc znane proporcje. E. C., wiadomo, jako instrumentalista jest majstrem z tych najprzedniejszych. Tyle że od dawna już nienadużywającym, także ślizgania się po gryfie. Dzięki temu lekkie i zwiewne piosenki JJ zyskują rys gitarowego mistrzostwa, nie tracąc nic ze szlachetnej prostoty i łagodności. Plejada gwiazd wśród sajdmenów tak samo doskonale wie, jak należy wykonać swoją robotę.

Efekt jest wspaniały,

zdecydowanie ponadczasowy, godzien tej jednej jedynej Grammy, jaka stała się udziałem Cale’a – w 2008 roku. Wchodzimy w świat dźwięków daleki od wypełnionych terminarzy, szalonego tempa wielkich miast, hałasu klaksonów i wykrzykiwanych przekleństw. Co prawda tylko na niespełna godzinę, ale jak to dobrze, że byli i ciągle wśród nas są tacy, którzy z ucieczki od zgiełku potrafili i potrafią uczynić sposób na życie. Bo to właśnie dzięki ich muzyce my sami możemy codziennemu wariactwu uszczknąć kwadranse smakowitego wyciszenia.



Gitary ujadają, Alicja idzie dalej – Alice In Chains: The Devil Put Dinosaurs Here, 2013

Grunge wpuścił mnóstwo świeżego powietrza do muzyki. Zrobił potężny przeciąg, otwierając drzwi do lat 70. i powodując, że mnóstwo ogłupiającego plastiku z przedostatniej dekady poprzedniego stulecia zostało raz na zawsze zmiecione z powierzchni talerzy gramofonów i szufladek CD. Jednak, jak to zwykle bywa, sito zatrzymało to i owo. Jako osobnik pozbawiony jakichkolwiek sentymentów wobec syntezatorów lat 80. z niechęcią przyglądam się renesansowi tamtych elektronicznych brzmień. Ale – sza! Bez nazw i nazwisk.

[more]

Grunge to przecież także

pojemne pudło,

w którym znaleźli się wykonawcy może podobni, ale nie tacy sami. I miara ich dokonań też jest bardzo różna. Pearl Jam i Nirvana dystansują resztę o parę długości. Następne w kolejce Soundgarden i Alice In Chains de facto nie mają w swym dorobku ani jednej od początku do końca świetnej płyty (może akustyczne Jar of Flies tych drugich?), ale jednocześnie stanowią bardzo istotne elementy grunge’owej układanki.

Obie te kapele wróciły. Soundgarden dopiero co, AIC wcześniej, ale też, za sprawą uzależnienia narkotykowego i w jego następstwie śmierci w 2002 roku wokalisty Layne’a Staleya, szybciej zawieszała działalność. The Devil Put Dinosaurs Here to

druga płyta Cantrella i spółki z DuVallem

jako frontmanem. Życzyłbym sobie, by nawiązywała do najlepszych momentów starego zespołu, ale te utwory, te fragmenty trzeba niestety łowić.

Album jest stanowczo za długi (ponad sześćdziesiąt siedem minut). Z pewnością zyskałby, gdyby utworów na nim znalazło się nie dwanaście, a – powiedzmy, osiem – dziewięć i by kończyły się jakąś minutę wcześniej. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest źle – jest poprawnie, ale to stanowczo za mało, by zapamiętać krążek na dłużej. Widać, że potencjału twórczego już nie staje, skoro po czterech latach przerwy kwartet stać na tylko tyle.

Szkoda, bo

singlowy Hollow

otwierający płytę jest całkiem niezły i obiecywał znacznie więcej. Lubię to charakterystyczne brzmienie gitar AIC, lubię ich chórki. Lecz całość jest zbyt liniowa, wręcz monotonna, a przez to nużąca. Na kawałek porównywalny do mojego ukochanego Roostera przyjdzie więc czekać przynajmniej do następnego albumu. Obawiam się jednak, że grono zagorzałych fanów zespołu skurczyło się po tegorocznej produkcji.

Pozostają więc koncerty. Oby dłuższe i z większą parą niż ten zaledwie pięciokwadransowy w 2006 roku w Spodku.


 

Nick Cave & The Bad Seeds: Push The Sky Away, 2013

Ta płyta to bardzo dobry powód, by uświadomić kolejny raz – przede wszystkim sobie, ale i Wam, że na co dzień zajmuję się innymi sprawami, że muzyka to „tylko” pasja. A co za tym idzie, nie mam poczucia, że muszę co najmniej nieźle orientować się we wszystkich, najlepiej, gatunkach muzyki pop. Otóż nie orientuję się i nie chcę orientować. Nie mam potrzeby bezustannego trzymania ręki na pulsie, obserwowania wszelkich zjawisk muzycznych.

[more]

Natomiast nie ukrywam, że wiele neofickiej radości sprawia mi zarówno poznawanie nowej muzyki, jak i wciąganie na listę obserwowanych tych wykonawców, którzy wcześniej mnie nie interesowali – szczególnie albo wcale. I oto, za sprawą jakiejś płyty, niekoniecznie nowej, stwierdzam, że moje ucho przyswaja zawarte na niej dźwięki bez szczególnej trudności, a wręcz z dużą radością.

Niech mi więc wybaczą ci, którzy są wielbicielami talentu Cave’a od lat. Nie będąc w stanie wypowiadać się na temat wcześniejszych jego dokonań, świeżą i – powtórzę – neoficką głową wyrażę swój

zachwyt nad tegorocznym albumem

i rzucę parę skojarzeń.

Pozostanę wpierw na Antypodach: Michael Hutchence, nieżyjący już pierwszy frontman INXS. Coś podobnego słyszę w obu głosach. Gdy natomiast chodzi o nastrój, myślę o Peterze Gabrielu: tak samo niespieszne nuty, wyciszenie, smutek i nostalgia. I zaraz van Morrison: niby piosenki, a przecież smaku i klasy w nich tak wiele.

Robię skok przez Atlantyk, by śpiewanie Cave’a, momentami bliskie melorecytacji, przyrównać do tego, co robi Lou Reed. I by wreszcie dojść  do sedna, czyli

Jima Morrisona i The Doors.

Tu już klimat muzyki i barwa głosu budzą ewidentne skojarzenia. Można sobie nawet bez większego trudu wyobrazić, że – tak samo jak van Morrison – Jim, gdyby żył, mógłby przejść podobną drogę: od buntu, gwałtowności rokendrola, krzyku i hałasu gitar do goryczy wyśpiewywanej i zagranej przy użyciu, pozornie, minimum środków. Pozornie, bo w tej oszczędności kryje się wielki kunszt i wyrafinowanie.

Z biegiem lat rock zdaje się zagarniać coraz więcej zupełnie nie-rollowej przestrzeni. Już Beatlesi uświadomili światu, że formuła tej muzyki będzie znacznie szersza, niż się początkowo zdawało, i wcale nie taka powstająca w oderwaniu od wielowiekowej tradycji muzyki tzw. poważnej, a jeszcze bardziej

piosenki.

I właśnie przy okazji tej ostatniej niniejsza refleksja: kto z niemłodych fanów szarpidructwa wychowanych na wzmacniaczach mocy, kto z tych, co toczyli codzienne boje z pokoleniami rodziców i dziadków o wartość rokendrola – przy stole, przy uchylonych drzwiach do swego pokoju i już samym tylko spojrzeniu na przykład ojca mówiącym: „Czego ty, u licha, słuchasz? Przycisz to!”, więc kto z nas dziś niemłodych pomyślał przed laty, że  mistrzowie rocka nagrywać będą takie płyty – jak van Morrison właśnie, jak McCartney w ubiegłym czy Clapton w tym roku? I że, o zgrozo!, będziemy je kupować, słuchać ich, wieloma z nich się zachwycać? Że takie granie pozostanie w obszarze zainteresowań miłośników rokendrola zdecydowanie bardziej niż wyznawców piosenki francuskiej czy wloskiego belcanta? I że Nick Cave jeśli pojawi się w Polsce na festiwalu, będzie to nie Sopot, lecz gdyński Open’er.

Push The Sky Away to dziewięć niezwykłej urody pieśni. Powtórzę: niespiesznych, wyciszonych, subtelnie zaaranżowanych, pięknie zagranych i zaśpiewanych. Któryż to już raz w ostatnim czasie doceniam czterdziestoparominutowy

rozmiar M płyty!

Łatwiej to ogarnąć, docenić, że z sesji nagraniowej pozostał tylko crème de la crème. Płyta się kończy, a ja, zasłuchany i oczarowany, mam ochotę znów wcisnąć „play”.

Nad poszczególnymi numerami zatrzymywać się nie będę. Z jednym wyjątkiem – czwartego na płycie Jubilee Street. To on, w sposób szczególny, kojarzy mi się z The End Doorsów, jest taką jakby późniejszą jego wersją – łagodniejszą, stonowaną. Ten właśnie utwór uruchomił we mnie szukanie tropów. One są, ale pośród tych najlepszych. Bo nowy album Nicka Cave’a też do najlepszych – i kto wie, czy tylko w tym roku – zaliczyć należy.