Petera J. Bircha śpiewnik amerykański

birch_shore

Na nowej płycie Bircha otrzymujemy kolejny dowód na jego wyjątkową muzykalność, umiejętność wymyślania ładnych, a jednocześnie niebanalnych melodii. Na naprawdę spore i zgoła niesłowiańskie możliwości głosowe, pozwalające śpiewać zarówno głębokim barytonem, jak i ciągnąć zgrabne falsety.

[more]

*

Wojciech Mann, prezentując w swojej niedzielnej audycji piosenkę Petera J. Bircha, stwierdził, że dobrze byłoby, aby młody artysta określił się, co właściwie chce grać. 

Fakt, przez całe dziesięciolecia nie do pomyślenia było, aby członek jednego zespołu rockowego udzielał się w jakichś innych projektach – takich sytuacji jak ta Phila Collinsa, że był frontmanem i perkusistą Genesis i jednocześnie bębnił w Brand X, było bardzo, bardzo niewiele. Tymczasem dziś 

muzycy uciekają z szuflad

im przyporządkowanych, ich wyobraźnia nie pozwala zamykać się w jednej tylko formule, działają jednocześnie w kilku składach, czasem dość odległych od siebie stylistycznie. Tak jest choćby w przypadku Bartosza i Piotra Waglewskich. Podobnie, choć na znacznie mniejszą skalę – przynajmniej póki co – z Piotrem Brzezińskim.

Wątpliwościom Pana Redaktora wcale się nie dziwię, bo sam – niewiele młodszy – wychowany jestem na podobnych „wzorcach”: wyrażania się danego artysty na przestrzeni lat raczej w bardziej jedno- niż różnorodny sposób. Wolty stylistyczne były postrzegane wręcz jako zdrada (pamiętam, ile cierpkich słów powiedział przed laty o Davidzie Bowiem Piotr Kaczkowski), ale w historii pop music nie było i już nigdy nie wydarzy się nic bardziej obrazoburczego niż ten moment, w którym Bob Dylan zamienił gitarę akustyczną na elektryczną. 

Gdy muzyk odsłaniał swoją

inną twarz, 

zaniepokojeni w akademicki sposób zastanawialiśmy się, kiedy właściwie jest prawdziwy, mając gdzieś z tyłu głowy podejrzenie, że chyba nigdy. A kimś, kto jest w naszym pojęciu niewiarygodny, nie warto się zajmować. Z jednej strony takie odbiorców myślenie należałoby już odłożyć do lamusa, a z drugiej – odbiorca, który nie wie, biorąc nową płytę do ręki, czego powinien tym razem spodziewać się od artysty, może po prostu przestać czuć się adresatem takiego przekazu. Zaś artysta bez odbiorców nie istnieje, tworzyć do pustych ścian albo dla garsteczki wiernych oczywiście można, ale szanse, że świat się o tym dowie, są raczej marne.

*

Ostatnia uwaga w niewielkim, coraz mniejszym stopniu tyczy Piotra Brzezińskiego. Jego nagrania, choć nieśmiało i z pewnymi oporami, odnajdują sobie wreszcie drogę do Trójkowej anteny. Na szum rozmiaru tych związanych z Dawidem Podsiadłą czy Kortezem, przynajmniej póki co, liczyć nie może, ale młody muzyk z dolnośląskiego Wołowa pokornie 

wykuwa sobie kolejne stopnie

w schodach wiodących do szerszej popularności. 

Nowy, trzeci już pełnowymiarowy album Bircha jest jeszcze mocniejszym niż dotąd dowodem na fascynację muzyką amerykańską. Zaryzykowałbym nawet, może z odrobiną przesady, stwierdzenie, że The Shore Up In The Sky to Bircha osobisty „American Songbook”. 

Zaczyna się od ukłonu w stronę rokendrola lat 50., bardzo tanecznego Wake Up Louisiana!, a trochę youngowskich czy grunge’owych przesterów otrzymujemy w Self Identity State of Memory. Od czwartego na płycie Memphis Blues zaczyna się łagodniejsza, lecz bardzo stylowa jazda. Ujmujące są dylanowska harmonijka ustna i  kalifornijska lekkość tej piosenki. A zaraz potem w Black Tombstone mamy głęboki wokal a la Johnny Cash wspierany przez dziewczęcy chórek.

W klimatach country’owych (cudna gitara) pozostajemy w najpiękniejszym na krążku New Prince, utworze, którego nie powstydziłby się sam Robert Plant – materiale na naprawdę spory przebój. Podróż przez bezdroża Południa kontynuujemy w stylowym Old Fashioned Hollywood, nad którym znów unosi się duch Casha.

Moje bluesowe serce roztapia I’ve Got This Train

pieśń po mistrzowsku stylizowana

na staromurzyńską: znów świetny wokal i ten charakterystyczny dźwięk „pudła”.

Everyday Chances to – można już śmiało powiedzieć – przebój Bircha, piosenka bowiem często gości w audycjach programu trzeciego Polskiego Radia. A w niej kolejny już, nie tylko na tym wydawnictwie, hołd złożony mistrzowi Dylanowi.

Z tej amerykańskości wyrywają się trzy numery, w których głos Petera, także nie pierwszy już raz, kojarzy się z Thomem Yorkiem z Radiohead. Najpierw w zgrabnym, ale może nazbyt oczywistym Gallants (Powtórzę w tym miejscu coś, co pisałem o Genesis na początku swojego blogowania: nie da się nic interesującego powiedzieć w warstwie muzycznej, jeśli wokalista śpiewa od pierwszej do ostatniej sekundy. Dlatego na przykład zupełnie niezrozumiała jest dla mnie atencja, jaką tu i ówdzie darzony jest National). Drugi i trzeci raz, pod koniec albumu – w Ownbackyard oraz zamykającym całość nagraniu tytułowym.

Jeśli jednak ktoś dałby się uśpić tym lirycznym dźwiękom, ten zostanie wyprowadzony w pole. Na koniec bowiem mamy jeszcze jeden amerykański cytat – tym razem z Nevermind Nirvany, gdy chodzi o pomysł, zaś muzycznie wędrujemy, bardziej niż w grunge,  w rejony elektrycznego bluesa. Po długiej ciszy w głośnikach kilka ostatnich minut należy do chłopaków z poznańskiego Two Timer, tria towarzyszącego Brzezińskiemu w całej tej sesji nagraniowej.

Wracając do początku wywodu: ktoś może się czepiać niejednorodności stylistycznej, zarówno nowego krążka, jak i całego dotychczasowego dorobku Bircha. Istotniejsze jednak wydaje mi się to, że na nowej płycie otrzymaliśmy kolejny dowód na jego

wyjątkową muzykalność,

umiejętność wymyślania ładnych, a jednocześnie niebanalnych melodii. Na naprawdę spore i zgoła niesłowiańskie możliwości głosowe, pozwalające śpiewać zarówno głębokim barytonem, jak i ciągnąć zgrabne falsety.

Aktywność artysty jest doprawdy imponująca i przypomina raczej minione dawno dekady: co roku nowa płyta, a między kolejnymi nagraniami bezustanne trasy koncertowe (trzeba tu przecież jeszcze wspomnieć o członkostwie w formacji Turnip Farm). Oby tej witalności prędko mu nie brakło, a media wreszcie bardziej przychyliły swoich bram. Peter J. Birch zasługuje bowiem na znacznie więcej niż na miejsce, które zajmuje dzisiaj.

(Peter J. Birch, The Shore Up In The Sky, Gusstaff Records/Borówka Music, 2015)

[W NaTemat: 11 listopada 2015]

Urodziłem się, by grać na gitarze

guy_born

Jeśli dwudziestolatek oświadcza, że rythm & blues jest tym, co chce grać, że urodził się, by grać na gitarze, spotykają go albo pełne wyższości, ironiczne spojrzenia, albo dobrotliwe, ojcowskie uśmiechy kwitujące młodzieńcze deklaracje: „Pożyjemy, zobaczymy”. Jeśli podobne rzeczy mówi stary człowiek, który wiele już przeżył, a przede wszystkim o którym świadczą jego dokonania, kłaniamy się mu nisko, pełni szacunku i uznania.

[more]

Buddy Guy, wysoko ceniony przez branżę, przez gitarowych następców w osobach m.in. Hendriksa, Claptona czy Rolling Stones, długo czekał na należne mu, 

powszechne uznanie.

Doczekał go dopiero po pięćdziesiątce, w latach 90. (pewnie też dlatego zabrakło dla niego miejsca w pierwszym wydaniu „Rock Encyklopedii” Wiesława Weissa z 1991 roku). Już pod koniec lat 50. stosował na koncertach sprzężenia, ale Leonard Chess, szef Chess Records, nie godził się na nagrania studyjne z wykorzystaniem tego efektu. Jak wielki był to błąd, okazało się parę lat później, gdy podobną technikę zastosowali wspomniani Jimi Hendrix, dla którego Guy był wielkim mistrzem, i Eric Clapton w barwach The Cream.

W tamtym czasie, na przełomie lat 50. i 60., Guy zetknął się z największymi: Muddym Watersem, Williem Dixonem, Howlin’ Wolfem. Zwłaszcza ten pierwszy, pionier elektrycznego bluesa, wywarł na młodego muzyka olbrzymi wpływ. Dziś, po wielu latach, gdy nie ma już ani Watersa, ani Dixona czy Johna Lee Hookera, a w maju zmarł B.B. King (1925-2015) –

bluesowy tron

został zajęty przez dziadka Buddy’ego. Gitarzysta i wokalista 30 lipca skończył siedemdziesiąt dziewięć lat, więc przejęcie korony dokonało się po cichu, spokojnie i z pokorą oraz wielkim szacunkiem dla mistrzów. Krzepy i pomysłów mógłby mu pozazdrościć niejeden młodziak. Wciąż regularnie, co rok – dwa lata proponuje nowy materiał. W 2013 wydał znakomity Rythm & Blues, a w sierpniu bieżącego roku ukazał się nieustępujący mu Born To Play Guitar. (W nieskomplikowanym tytułowaniu kolejnych albumów jest sobie wierny od początku, weźmy ich tylko parę, tych sprzed lat: A Man And The Blues, Blues Today czy Play The Blues). Guy do nagrania płyty zaprosił kilku

dobrych znajomych,

na przykład z Van Morrissonem złożyli wspólnie hołd B.B. Kingowi w przepięknej, bodaj najlepszej na płycie piosence Flesh & Bone. Album kończy się jeszcze jednym wspomnieniem: Come Back Muddy. Muddy Waters zmarł w 1983 roku, ale – widać – wiekowy dziś Guy coraz częściej kieruje swe myśli ku wspaniałym poprzednikom, którzy przeszli już na drugą stronę. Tęsknie śpiewa:

Come back Muddy, the blues ain’t been the same.

Jednakże oprócz bluesów molowych, spokojniejszych, BG – jak na prekursora sprzężeń zwrotnych przystało – raz po raz dosypuje do pieca. Czyni to albo wespół z innym kumplem, Billym Gibbonsem (ZZ Top) w numerze Wear You Out, albo w „podstawowym” składzie na tym krążku – choćby w Whiskey, Beer & Wine czy wyjątkowo mi podchodzącym, stylowym 

Turn Me Wild.

Wiele razy już zdradzałem wielką słabość do mocnych, gitarowych pieśni utrzymanych w średnim tempie – mają takie w repertuarze na przykład Rolling Stones czy Pearl Jam. Ma też nasz Dżem – i jak się wsłuchać w Turn Me Wild, to trudno nie dostrzec… podobieństw do Detoksu. Równie znakomicie brzmi inny energetyczny numer – Smarter Than I Was. Przypuszczam, że refleksja typu „Ile mi jeszcze zostało?” u osoby dobiegającej osiemdziesiątki pojawia się nieco częściej niż u dwudziestolatka. Witalność Buddy’ego Guya i, co nie mniej istotne, dyspozycja artystyczna godne są najwyższego uznania. Król wciąż jest w bardzo wysokiej formie. A w otwierającym płytę, tytułowym utworze śpiewa:

I’m gonna keep on playing And on my dying day

A polka-dot guitar will be resting on my grave.

[W Natemat: 13 października 2915]

Jazzowe bramy i furtki

img268

Ze sterty wakacyjnych zakupów, płyt całkiem nowych i bardzo już starych, wybieram dziś, na jesienne przełamanie oporu elektronicznej materii, fragmenty krążka Kurta Ellinga – wokalisty jazzowego urodzonego w 1967 roku w Chicago, a mającego holenderskie korzenie. Wybieram – przede wszystkim – interpretacje piosenek King Crimson i The Beatles.

[more]

*

Lwią część wydawnictwa The Gate (2011) stanowią covery, między innymi Milesa Davisa (Blue In Green), Joego Jacksona, Herbiego Hancocka, Earth, Wind & Fire czy Steviego Wondera. W zestawie moją szczególną uwagę zwróciły dwie pieśni – pochodzące z repertuaru wykonawców szczególnie przeze mnie ulubionych.

Najpierw Matte Kudasai. Gdy w 1981 roku kwartet w składzie Fripp, Bruford, Levin i Belew zdecydował się na powtórne przywołanie do rzeczywistości nazwy King Crimson, z górki nie było. Bo Robert Fripp uparł się, że nie będzie powrotu do starego materiału, którego pragnęła publiczność. Natomiast w zamian zaproponował taki odlot, że chyba nie tylko ja, wówczas jako dziewiętnastolatek, nie byłem na coś podobnego przygotowany. 

Płytę zaprezentował w Trójce Piotr Kaczkowski, a ja skwapliwie zarejestrowałem ją na swym wysłużonym ZK. Ale dopiero parę lat później, gdy Tomasz Beksiński w stereofonicznej Dwójce przypomniał trzy albumy reaktywowanego KC – poza Discipline jeszcze Beat (1982) i Three As A Perfect Pair (1984) – zwariowałem. Uświadomiłem sobie, jak bardzo – który to już raz? – profesor Fripp popchnął muzykę do przodu, jak bardzo na początku lat osiemdziesiątych urwał się peletonowi. Trudno się dziwić, że stylowy śpiewak jazzowy, pokorny uczeń Ala Jarreau, jakim jest Elling, sięgnął po utwór znajdujący się na pierwszej z wymienionych płyt.

Klasyk Norwegian Wood (This Bird Has Flown) Lennona i McCartneya pochodzi z 1965 roku, z płyty Rubber Soul. W wersji Ellinga piękne solo na gitarze należy do Johna McLeana – tego samego, który współpracował m.in. z Grażyną Auguścik.

*

A na koniec perełka podpisana przez Marca Johnsona i samego Ellinga: Samurai Cowboy. Na płycie jest wyraźnym ukłonem w stronę Bobby’ego McFerrina. W przywołanym tutaj wykonaniu na żywo – fantastycznym, kameralnym opracowaniem na głos, gitarę wspomnianego McLeana i robiące także za instrument perkusyjny pianino.

[W NaTemat: 6 września 2015]

„Undead” – nieśmiertelny swing Ten Years After

tya_undead

W sierpniu, tyle że – bagatela – czterdzieści osiem lat temu wśród nowości płytowych zameldował się „Undead”, drugi w dyskografii, a pierwszy koncertowy album formacji dowodzonej przez Alvina Lee. Materiał został zarejestrowany trzy miesiące wcześniej w dusznym i pełnym kurzu londyńskim klubie jazzowym o nazwie Klooks Kleek, w bezpośrednim sąsiedztwie studiów wytwórni Decca.

[more]

Rok później, latem 1969 roku Ten Years After występują na Newport Jazz Festival, pierwszej jego odsłonie, do której zostali dopuszczeni wykonawcy o proweniencji bluesowo-rockowej, niedługo potem są bohaterami jednego z najlepszych fragmentów pamiętnego Woodstocku, grają wielominutową wersję sztandarowego I’m Going Home, a Lee zostaje okrzyknięty

najszybszym gitarzystą świata. 

W 1970 roku ukazuje się pierwszy w Wielkiej Brytanii singiel grupy – Love Like A Man.

Do 1973 roku TYA święcą największe triumfy. Płyty jednak, śmiem twierdzić, nagrywają nierówne, obok znakomitych numerów pojawiają się tylko takie sobie, stylistycznie krążki także nie całkiem są spójne – pewnie dlatego dziś – jeśli w ogóle – częściej mówi się o wybranych utworach niż całych albumach. Jest jednak w ich dyskografii pozycja, będę się upierał, wyjątkowa.

Z analogową wersją Undead zapoznałem się gruntownie jako bodaj dwudziestodwuletni człowiek. Nie była to łatwa lektura, a jednak było w tej muzyce coś, co nakazywało mi raz po raz wracać do taśmy magnetofonowej z tymi utworami. Gdy parę miesięcy temu wpadło mi w ręce wydawnictwo kompaktowe, nie wahałem się ani chwili. W domu włożyłem płytę do szufladki i… oniemiałem z zachwytu.

Gra czterech chłopaków w wieku dwudziestu dwóch – dwudziestu pięciu lat. 

Potrafią już wszystko:

gitara, bas, organy i perkusja nie stanowią dla nich żadnych tajemnic. Zachwyca jednak nie tylko to, że poruszają się swobodnie zarówno w zakresie rozbudowanych form bluesowych, ale i z młodzieńczą bezczelnością aranżują utwory na jazzowy sposób. Nie są w tej kwestii jedyni, bo jazz-rock wybucha właśnie w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, a wśród pierwszych romansujących z muzyką improwizowaną grup bluesowych i rockowych wymienia się Paul Butterfield Blues Band. Jednak rzeczony krążek jawi mi się jako najbardziej brawurowy przykład grania na styku rokendrola – i to, z racji techniki zastosowanej przez Alvina Lee, raczej rodem z lat 50., tyle że z perfekcyjną już obsługą gitary – bluesa i jazzu właśnie. 

Jeśli rozszerzone wydawnictwa kompaktowe proponują zwykle jako dodatki utwory wcześniej niepublikowane, ale niewiele lub zgoła nic niewnoszące do jakości pierwotnego zestawu, o tyle w przypadku Undead rzecz ma się zdecydowanie inaczej. Przykrojenie zarejestrowanego podczas dwóch występów 14 maja 1968 roku materiału do wymogów płyty analogowej zmusiło do rezygnacji z części zapisu, po latach otrzymaliśmy zestaw z zupełnie innym układem utworów, bogatszy o cztery kawałki, w tym trzy wcześniej nigdy niepublikowane. Z trzydziestu ośmiu minut zrobiło się siedemdziesiąt.

Po zwartym bluesowym wprowadzeniu w postaci Rock Your Mama dostajemy mutację creamowskiej wersji Spoonful W. Dixona, w której po raz pierwszy na tej płycie sekcja rytmiczna, grając w zdecydowanie jazzowej konwencji, stanowi wspaniałe tło dla popisów lidera. Te dwie pieśni tworzą niezłą rozgrzewkę przed I May Be Wrong, But I Won’t Be Wrong Always, blisko 

dziesięciominutowym szaleństwem

całego kwartetu. To fenomenalne boogie to jeden z kilku-kilkunastu utworów w dorobku zespołu naznaczonych muzycznym geniuszem. Jest tutaj, jak zwykle rozpędzona, gitara, która jednak od brawury rokendrolowej przechodzi raz po raz w jazzowe frazowanie, podczas gdy organy, bas i bębny nieustannie, porywająco swingują. Jazzowa struktura utworu daje znać o sobie także w odniesieniu do solowych popisów kolejnych instrumentalistów. To, co wyczynia zwłaszcza Leo Lyons na gitarze basowej, godne jest najwyższego uznania (znakomita jest też jego partia w I Can’t Keep From Crying, Sometimes – okraszona cytatem z Petera Gunna Manciniego). 

Kolejny w zestawie jest Summertime Gershwina. Główny temat zostaje tylko zarysowany, trzech panów idzie ma piwo, a na scenie na kilka minut zostaje perkusista Ric Lee, całość zaś wieńczy krótki finał (coś podobnego ma miejsce rok później na drugiej płycie Led Zeppelin, w popisowym numerze „Bonzo” Bonhama, Moby Dicku). Pora na uspokojenie nastrojów: zespól serwuje stylowe bluesidło Spider In My Web, w którym lider ustępuje na kilkadziesiąt sekund pola Chickowi Churchillowi, do którego należy wyjątkowej urody solo na organach. 

I tak, na najwyższym „C”, jazda odbywa się do samego końca, do I’m Going Home. Ric Lee wspomina, że stracił tamtego wieczoru parę kilogramów. Rzeczywiście, zdjęcia dołączone do książeczki potwierdzają

spartańskie warunki

występów – w małej sali, na ciasnej scenie pot musiał lać się strumieniami. Tym większy podziw i uznanie budzi efekt końcowy. Bardzo wiele zdawało się wskazywać, że supergrupie Cream wyrosła piekielnie silna konkurencja, czy – precyzyjniej – pojawili się godni następcy Bruce’a, Bakera i Claptona.

Płyta – ta przed laty – mogła, jak sądzę, zapowiadać zespołowi wielką przyszłość, rychłe wejście do panteonu rockowych gwiazd. Kolejne płyty studyjne jednak tego nie potwierdziły, nawet Cricklewood Green (1970) ze słynnym Love Like A Man. Prawdziwy żar i ogień pojawiał się „dopiero” podczas występów na żywo. Starsi z pewnością pamiętają wspomniany wyżej set TYA na festiwalu w Woodstocku, klasę formacji w tamtym okresie potwierdza też dwupłytowy Live At The Fillmore East – znakomity materiał zarejestrowany w 1970 roku, a wydany dopiero trzydzieści jeden lat później.
(Ten Years After, Undead, 1968)

[W NaTemat: 9 sierpnia 2015]

God

gfd_here

– Oczywiście, nasz styl powoli powinien dojrzewać, z drugiej jednak strony chcemy sobie pozostawić otwarte drzwi, którymi moglibyśmy czmychnąć w inne rejony muzyczne – mówi lider zespołu Olek Kopka. – Od wpływów nie uciekniesz, ale zawsze możesz być ich beneficjentem.

[more]

*

W historii rocka zbiegły się w czasie dwa zjawiska: narodziny grunge’u i koncerty unplugged. Wśród wielu realizacji tego typu nagrań ważne miejsce zajmują albumy Nirvany (MTV Unplugged in New York, 1994) i Alice In Chains (Unplugged, 1996). Gdy w 1997 roku ukazał się debiutancki krążek Days of The New serwujący dawkę solidnego akustycznego grunge’u, skojarzenia zwłaszcza z kapelą Jerry’ego Cantrella były nieuchronne. Mózg całego przedsięwzięcia, Travis Meeks, miał wtedy zaledwie osiemnaście lat.

Mija kolejnych osiemnaście lat, jest lipiec roku 2015. Nakładem katowickiej oficyny Regio Records ukazuje się pierwszy pełnowymiarowy krążek God’s Favorite Drug. Ta swojsko brzmiąca nazwa określa kwartet, którego członkowie – Olek Kopka, Kuba Makowiecki, Maciek Nowak i Mariusz Jasiński – legitymują się górnośląskimi adresami zamieszkania, a siedzibą główną zespołu są
Łaziska Górne. 

Dragi są najwyraźniej zaraźliwe, bo album dystrybuowany jest przez Universal, a w dużych sklepach muzycznych można go znaleźć na półkach z płytami… obcych wykonawców. I potraktujmy to jako komplement dla rezultatów kilku lat pracy młodych muzyków.

– Tak, wiemy, że krążek można znaleźć w dziale muzyki zagranicznej. Cieszymy się, bo trochę amerykańskiego splendoru spływa także na nas – śmieje się lider kapeli, Olek Kopka.

gfd_zdjcie

Czternaście numerów, ponad czterdzieści trzy minuty muzyki. Akustyczne granie nie jest łatwą sztuką, taka formuła musi czymś zrekompensować skromniejsze instrumentarium – na przykład dodatkiem w postaci wiolonczeli czy choćby tylko zaznaczonej gitary elektrycznej. Jednakże nie mamy do czynienia z ortodoksami – zespół zaczynał przecież jako skład elektryczny, w ten sposób zrealizował w 2009 roku EPkę Now!, a i teraz też nie pada ze strony muzyków żadna „akustyczna” deklaracja, odczytajmy raczej nową płytę jako podsumowanie pewnego etapu w jego historii. Pytany o to Kopka również daleki jest od jednoznacznego i upraszczającego zdefiniowania muzyki GFD jako grunge, post grunge czy akustyczny grunge – i ma rację.

Wpływy grania spod znaku wymienionych Alice In Chains i Days of The New stanowią duży procent zawartości albumu, mamy mocne uderzenia w struny pudeł w otwierającym płytę Stone Ritual, w bardzo przebojowym Burning Alive, Wait albo Where Is Your Place?

duch Seattle

unosi się nad materiałem. Ale nie on jeden. Grunge przecież nie pojawił się znikąd, a panowie z GFD także wykazują się znajomością historii rocka. Może nie ma w ich muzyce – jeszcze? – wirtuozowskich inklinacji w stylu Jimmy’ego Page’a, ale echa Led Zeppelin słyszalne są choćby w pierwszym z kilku intermediów – On The Road I. A z kolei wspaniałe fragmenty Larks’ Tongues In Aspic King Crimson wyraźnie dają o sobie znać w zmiękczonym smykami Traveloque For Exiles. Wiolonczela ponadto przydaje smaku pięknym Fireflies i Resurrection Song (w tym drugim znów w stylu skrzypiec Eddiego Jobsona).

Olek Kopka wskazuje jeszcze jeden trop: chodzi o 

folk

i, przede wszystkim, o przedwcześnie zmarłego Townesa Van Zandta. Rzeczywiście, utwory GFD czerpią tyleż z grunge’owo naznaczonego rokendrola, co z amerykańskiego folku – i w ten sposób sytuują się również niedaleko dokonań tego artysty (choćby w Nothin’). Jest to tym istotniejsza informacja, że dopiero co ujrzała światło dzienne Here, a już gotowy jest materiał na kolejną płytę.

– Będzie z prądem, choć znajdą się na niej instrumenty akustyczne: trąbka, saks, smyczki, fortepian. To taki ukłon w stronę rdzennego rocka i muzyki soul oraz twórczości The Afghan Whigs czy The Twilight Singers. Diametralnie inna muzyka, ale jaki jest cel, by nagrywać dwa razy to samo – uśmiecha się frontman zespołu. – Zimą wchodzimy do studia, bo płyta jest praktycznie skomponowana. Od akustycznych brzmień jednak nie uciekamy. Równolegle pracuję nad jeszcze jednym krążkiem, który będzie bardzo folkowy – taki amalgamat ścieżki dźwiękowej do Into the Wild, twórczości Townesa Van Zandta i Godspeed You! Black Emperor.

– Zespół działa

od 2007 roku,

to spory kawał czasu w muzyce, no i w Waszym życiu.

– Niezależnych twórców rynek nie rozpieszcza. Grasz koncerty, ludziom się podoba, a i tak do tego jeszcze dopłacasz – i to sporo. Ciężko utrzymać ten płomień w sobie. Szczególnie że zapaleńców wyławiających takie kapele jest niewielu. Ale poderwaliśmy się jeszcze raz, zrealizowaliśmy tę płytę częściowo w Maq Records (bębny), a resztę w moim domowym „studiu”. Nagrania masterował mój dobry kolega Jarek Toifl, który wie, jak sprawić, by rockowa muza zabrzmiała porządnie. Jarek wysłał ten materiał (czego nie byłem nawet świadom) szefom Regio, Marcinowi Kindli i Michałowi Kuczerze, którym bardzo się spodobał. I nagle okazało się, że mamy kontrakt. 

– Jak sprzedaje się płyta?

– Jak na nasze możliwości marketingowe i siłę przebicia w mediach mainstreamowych – której de facto nie mamy – bardziej niż przyzwoicie. Cały czas liczymy na to, że zostaniemy dostrzeżeni, bo nie czujemy się gorsi od zespołów, które „są grane”. Zgadzasz się przecież ze mną, że taki Burning Alive to potencjalny przebój radiowy… przynajmniej w tych radiostacjach, które utrzymują, że są zainteresowane w pierwszej kolejności propagowaniem muzyki rockowej. A kilka ich przecież w naszym kraju jest.

– Jakie macie plany koncertowe?

– Ponieważ po premierze krążka niemal od razu przyszło lato, a wraz z nim wakacje, nie mieliśmy dotąd okazji zagrania intensywnej 

trasy promującej

nasze wydawnictwo. Planujemy to zrobić jesienią. Najpierw będziemy chcieli przypomnieć się na Górnym Śląsku, by w dalszej kolejności stopniowo zwiększać „pole rażenia”. Nie wykluczamy także występu na jednej scenie przed bardziej znanymi zespołami, których muzykę cenimy. Z nadzieją spoglądamy też za zachodnią granicę. Oby się nam to udało.

– Stare powiedzenie mówi, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Parę lat niełatwych zmagań za Wami, roszad personalnych i zwrotów stylistycznych. Czy wiecie już, w którą stronę chcecie pójść, czy nie pora się dookreślić?

– Z jednej strony masz słuszność, że nasz styl powoli powinien dojrzewać, z drugiej jednak chcemy sobie pozostawić otwarte drzwi, którymi w razie czego moglibyśmy czmychnąć w inne rejony muzyczne. Wierzę natomiast, że sposób, w jaki podchodzimy do muzyki – czy jest to muzyka folkowa i akustyczna, czy ostrzejszy rock z soulowym pazurem – wywiera na nią na tyle silne piętno, że będzie można określić je mianem naszego unikatowego stylu. Nie chcemy też kosztem stylistycznej identyfikacji popaść w rutynę. To, co interesuje nas z – nazwijmy to – strategicznego punktu widzenia, to 

sięganie do korzeni

amerykańskiej muzyki i transformowanie, ożywianie, chciałoby się wręcz powiedzieć, dekonstruowanie jej schematów. Oczywiście, bez inwencji własnej taki projekt skazany byłby na wtórność – i tym samym, z naszego punktu widzenia, na porażkę – ale mam wrażenie, że ta konwencja daje akurat duże pole do popisu i o wiele więcej swobody niż każda inna rockowa stylistyka. Sprawdziło się to przecież na Here i obiecuję, że sprawdzi się w jeszcze większym stopniu na kolejnej płycie.

Młodzi muzycy nie od dziś wbijają łopaty w różne miejsca rockowej gleby. Takiego grania w Polsce chyba jednak dotąd nie było, wydaje się więc, że wszystko przed panami z God’s Favorite Drug. Pomysłów najwyraźniej im nie brakuje, potrzebować więc będą trochę szczęścia, korzystnego splotu paru wydarzeń. Mają stylowego wokalistę, którego głos dodatkowo zyskuje, gdy dociska mocniej gardło, a to nie takie częste wśród Słowian. Mają warsztat, który może stać się jeszcze lepszy, mają świadomość – nie tylko muzyczną – pokorę oraz mądrość. I oby były one pomocą, a nie dodatkową trudnością.

– Od wpływów nie uciekniesz, ale zawsze możesz być ich beneficjentem – mówi Olek Kopka.

[W NaTemat: 26 lipca 2015]

List do D.

dem_35

Panowie, do roboty, czas najwyższy dopracować kolejne numery, wchodzić do studia, wydobyć je na światło dzienne, wypluć je z siebie ku radości własnej i wszystkich fanów.

[more]

*

Mam znajomego, który od wielu lat twierdzi, że Dżem powinien dać już sobie spokój. Nie dyskutuję z nim, gdyż, po pierwsze, każdy ma prawo do takich czy innych sądów, a po drugie – rozmowa byłaby niemerytoryczna, ponieważ wiem, że nie zna nagrań grupy z ostatnich kilkunastu lat. A jednak ta myśl o odwieszeniu instrumentów na kołki pojawiła się w mojej głowie przy okazji najnowszego wydawnictwa – dostępnego w kilku wielopłytowych wersjach.

No bo tak: Maciej Balcar jest wokalistą Dżemu 

od 2001 roku,

czyli, chwalić Boga, lat czternastu. Przez ten czas na świat wyszły tylko dwa krążki grupy z premierowym materiałem: 2004 i Muza (ta akurat w rozmiarach, mierząc analogową miarą, dwupłytowego albumu). No dobrze, nie jedyny to taki przypadek, jeśli pod lupę wziąć zespoły z kilkudziesięcioletnim stażem estradowym. Pewien problem pojawia się, gdy spojrzeć, ile w tym samym czasie ukazało się pozycji koncertowych: Zabrze, Woodstocki, obficie wypakowane pudełka na trzydziestolecie oraz „Dżem symfonicznie” – i teraz znowu kolejny jubileusz. A już za cztery lata czterdziestolecie…

Uff, dużo tego, dużo kolejnych wersji od lat dobrze znanych z repertuaru koncertowego utworów. Te proporcje między krążkami studyjnymi i na żywo są już od paru lat mocno zachwiane. I aż ciśnie się na usta: „Co, znowu zapis koncertu?!”. Tyle tylko, że po chwili namysłu w sklepie, którą wybrać wersję, pudełko trzymam w dłoni i maszeruję do kasy. Może – bodaj pierwszy raz – bez dreszczyka emocji wkładam płyty do samochodowego, a potem domowego odtwarzacza. Lecz to tylko – okazuje się – wstęp do tego, by z każdą minutą słuchać uważniej i… powoli mięknąć. Wtapiać się w te dźwięki i znów zachwycać w najbardziej porywających chwilach.
Bo pal licho ente wersje Wehikułu czasu i paru innych utworów obecnych w każdym koncertowym zestawie, pal diabli te numery, które znamy na pamięć i niczym szczególnym nas i tym razem nie zaskakują. Nad nimi trzeba przejść do porządku jako nad pozycjami obowiązkowymi i odhaczyć. Po to, by ze szczególną uwagą 

pochylić się nad pieśniami,

których Dżem ma w repertuarze mnóstwo, a które w setlistach pojawiają się niezmiernie rzadko lub wcale. Utworów znakomitych i znakomicie – a jakże, to oczywiste – zagranych, odmiennie zaaranżowanych i wprowadzających sporo świeżego powietrza do całego czteropłytowego wydawnictwa. 

Wartością dodaną są utwory z płyt z Jackiem Dewódzkim wreszcie zaśpiewane przez Balcara (pominąwszy oczywiście ciągle wykonywany Zapal świeczkę), są porywające wykonania Ostatniego widzenia, Listu do M., Słodkiej czy Niewinnych,  są goście: z zagranicy Chris Duarte i Coco Montoya, big band pod dyrekcją Andrzeja Marko, orkiestra dęta kopalni „Staszic”, Partyzant – Krzysztof Toczko, a nade wszystko skrzypek Jan Gałach – jego granie stanowi szczególną przyprawę całości.

Można się zżymać na zespół, kręcić nosem nad nadmiarem publikacji koncertowych, a może – przede wszystkim – nad faktem, że tak rzadko docierają do nas nowe nagrania Dżemów. Bo wiemy, czujemy, słyszymy to po prostu, że ci faceci są wciąż w znakomitej dyspozycji, a to z kolei sprawia, że nie dopuszczamy nawet myśli, by mogliby uraczyć nas czymś słabszym. Więc czekamy, nasze 

czekanie

wystawiane jest na ciężkie, bardzo długie próby, tym dłuższe i bardziej podszyte lękiem, im bardziej czas pędzi do przodu, im bardziej czujemy, że nieuchronnie się kurczy, że nic nie może wiecznie trwać. I wołamy: Panowie, do roboty, czas najwyższy dopracować kolejne numery, wchodzić do studia, wydobyć je na światło dzienne, wypluć je z siebie ku radości własnej i nas wszystkich.

A tym, którzy ciągle gadają coś o odgrzewanych kotletach, powiedziałbym, że zdecydowanie pomylili adres. Żaden inny polski wykonawca spośród tych, co gdzieś w pierwszej połowie lat 80. wiedli rzędy dusz, nie radzi sobie tak dobrze do dziś; z szacunkiem mogę popatrywać jeszcze w stronę Perfectu, ale repertuar (ździebko starszej) Budki Suflera czy wokalistykę Janusza Panasewicza lepiej chyba przemilczeć. 

Ci, których muzyczne podniebienia ukształtowane zostały na soczystej wołowinie lat 60. i krwistym befsztyku kolejnej dekady, wśród nich i ja, nigdy nie znudzą się takim graniem. Nigdy nie miałem i nadal nie mam wątpliwości, że Dżem jako formacja anglosaska wymieniany byłby jednym tchem z Rolling Stones, Cream, Free, Allman Brothers Band czy Lynyrd Skynyrd. Los chciał, że panowie są stąd – dzięki czemu mamy ich blisko, znacznie bliżej niż wspomniane kapele. I gdy Jan Chojnacki znów kiedyś zapyta fanów: „I co na wieczność?”, to razem z tysiącami fanów krzyknę pełnym gardłem: „Dżem!”.

(Dżem, 35 urodziny, 2015)

[W NaTemat: 23 czerwca 2015]

No, Hey

hey_w_f

Hey to grupa, która od dawna już nie widzi powodu, by za tym czy owym nadążać, robi swoje, osobne, dyktuje własne warunki, nie wdzięcząc się do publiczności.

[more]

*

Ostatnio ukazały się koncertowe wydawnictwa dwóch legendarnych już formacji w naszym kraju, Heya i Dżemu. Zespołów, które wymieniłbym zaraz na początku, zapytany o ukochanych rodzimych wykonawców. Zacznę od albumu tego pierwszego, bo ujrzał światło dzienne odrobinę wcześniej i także cztery dni szybciej znalazł się w mojej szufladce.

*

Katowice doczekały się imponującej siedziby NOSPR, zaprojektowanej w studiu Tomasza Koniora, Szczecin natomiast równie fantastycznego obiektu Filharmonii Szczecińskiej. Obie budowle prezentują się na wskroś nowocześnie, choć pierwsza z zewnątrz przykuwa uwagę klasyczną bryłą prostopadłościanu z cegły i szkła, druga natomiast obłędną bielą i zwielokrotnioną strzelistością formy. Budynek filharmonii otrzymał niedawno prestiżowe wyróżnienie Unii Europejskiej – nagrodę imienia Miesa van der Rohe. Projekt powstał w barcelońskiej pracowni Alberta Veigi i Fabrizzia Barozziego. Z jednej strony XXI wiek, a z drugiej duch A. Gaudiego – co stwierdzam po niedawnej wizycie w stolicy Katalonii – jest tu bardzo widoczny. Fotografie umieszczone wewnątrz pięknie wydanej książeczki – okładki płyty zdecydowanie zachęcają do bliższego zapoznania się z nową siedzibą FS.

*

Hey w ostatnich latach budzi moje ambiwaletne uczucia. Nadal zachwyca na płytach, mimo iż dokonało się radykalne odejście od mocnych brzmień gitarowych, natomiast zupełnie nie potrafię odnaleźć równie wielkich emocji w odbiorze tej muzyki na żywo. Ustawianie programu koncertu niejako pod woltę stylistyczną, pod „klawiaturowe” przearanżowanie starych, bardzo nielicznych zresztą w setliście numerów, budzi moje watpliwości. 

Zawsze nieufnie podchodziłem do podobnych zmian, gdy rasowy zespół rokendrolowy uciekał w elektronikę: Queen na początku lat 80. czy dekadę później U2; zastanawiało mnie, jak godzą się na to tacy gitarzyści jak Brian May. Śmiem twierdzić, że Hey – powtórzę: na płytach – radzi sobie znacznie lepiej od słynnych wyspiarzy, ale trudno mi pojąć, dlaczego starsze kawałki na koncertach pozbawia się mocy gitar Żabiełowicza i Chrzanowskiego. Albo: po prostu nie odnajduję tych wielkich emocji, jakie towarzyszyły mi podczas występów grupy przed laty. Tej decybelowej adrenaliny nie udało się zastąpić komputerami.

*

Patrzę w książeczkę, zerkam na daty i kolejny raz myślę sobie, że dożyliśmy wspaniałych czasów. W niewiele ponad dwa miesiące od występów na żywo ukazuje się przepięknie wydana ich rejestracja. To coś, o czym kiedyś mogliśmy tylko pomarzyć, bo cykle produkcyjne ciągnęły się i rwały jak guma do majtek krajowej produkcji. Zazdrośnie popatrywaliśmy wtedy na Zachód, gdzie wszystko miało tempo, gdzie anonsowano dzień ukazania się danej płyty. 

Mamy to już od lat także i w Polsce: odpowiedniej klasy sprzęt nagrywający, edytorstwo na poziomie nieodbiegającym od światowego ani na milimetr (można by się czepiać jedynie korekty, bo trafiają się literówki czy – czasem, o zgrozo – błędy ortograficzne). Jest więc pięknie.

Hey w filharmonii. Szczecin Unplugged.

Sześćdziesiąt siedem minut muzyki nagranej przez sekstet Hey z mniejszym niż w przypadku MTV Unplugged (2007), dziewięcioosobowym, ze szczególnym uwzględnieniem dęciaków, składem muzyków filharmonii. A jednocześnie – swego rodzaju odwrócenie biegunów, ponieważ zawartość krążka to przede wszystkim utwory z ostatnich dwóch płyt i tym razem elektroniczne aranże studyjne zamienione zostały na brzmienia analogowych instrumentów. 

Całość może nie porywa, zwłaszcza przy pierwszym słuchaniu, ale warto pochylić się nad tym materiałem, wsłuchać w niego na spokojnie i – być może – rozsmakować. Palcem szczególnie uparcie wskazuję na dawne rzeczy, r.e.r.e (coś tu z ducha słynnych Fiołków i róż Ewy Demarczyk) i Wczesną jesień ze znakomitego „Pytajnika”, których odmienne brzmienie to szczególnie nowa jakość na płycie. Jestem przekonany, że tego typu podejście do materii muzycznej sprawia, iż płyty równie dobrze będzie się słuchać za lat pięć czy dziesięć.

*

Od 1992 roku grupa cały czas prezentuje poziom, o którym większość może tylko marzyć. Hey to jedna z nielicznych na rodzimym rynku instytucji – formacja, która od dawna już nie widzi powodu, by za tym czy owym nadążać, robi swoje, osobne, dyktuje własne warunki, nie wdzięcząc się do publiczności. Fakt, że jest to dziś muzyka ludzi po czterdziestce, już nie tak gniewna jak kiedyś, lecz wyciszona, w żadnym wypadku nie powinien być argumentem na „nie”. Wciąż jest w niej bowiem to, co najistotniejsze: świetne teksty i dobre, bardzo dobre kompozycje, jest puls i swing. Jako fan kapeli mogę tylko powiedzieć, parafrazując frontmankę: „No, dziękuję bardzo!”.

Ciesząc ucho znanymi już nagraniami w odmiennych aranżacjach, czekam z niecierpliwością na zapowiedziany na listopad nowy studyjny krążek grupy. Podobno ma być zaskoczeniem. Jazzu Hey raczej grać nie będzie, bardzo więc jestem ciekaw, co zaproponuje teraz – jakie rockowe drzwi otworzy, którą uchyli szufladę.

(Hey, Hey w filharmonii. Szczecin unplugged, 2015)

[W NaTemat: 18 czerwca 2016]

Turnip Farm: wyrosła rzepka jędrna i krzepka

turnip_farm

Czasem dobrze sobie przypomnieć, że rokendrol to bardzo prosta w korzeniach muzyka. Co wcale nie oznacza, że łatwo jest grać prosto, melodyjnie i jednocześnie trzymać co najmniej przyzwoity poziom. Wciąż na szczęście pojawiają się składy, którym to się udaje.

[more]

Turnip Farm

to czterech panów na co dzień realizujących różne inne projekty – Piotr Brzeziński – Peter J. Birch, Tomasz Sztrekier, Marcin Lokś i nowy wokalista Piotr Siwicki. Zespół zebrał się po trzyletniej przerwie i zarejestrował materiał na trzeci album Chase Chagrin Away – krótki, zawierający osiem utworów i trwający niewiele ponad pół godziny.

W przypadku TF podróż w muzycznym czasie oznacza cofnięcie się o jakieś ćwierć wieku, w brudy i przestery grunge’owe, ale jednocześnie w gitarowe brzegi łagodne spod znaku indie. Jeśli post grunge zbyt często serwował banalne, popowe pieśni w pozornie drapieżnym opakowaniu, to w przypadku formacji rodem z Wołowa jesteśmy daleko od takich skojarzeń. Najistotniejsza podpowiedź stylistyczna zawarta jest już w nazwie zespołu: „Turnip Farm” to kawałek amerykańskiego Dinosaur Jr. i, najwyraźniej, deklaracja polskich muzyków, gdy chodzi o źródło

największych inspiracji.

Najmniej na krążku przypadły mi do gustu wycieczki w okolice list przebojów sprzed około trzydziestu lat. Płytę zamyka cover Fiction Factory, Feels Like Heaven, a wcześniej, w The Best Dates of My Life, w linii gitary mamy wyraźny cytat z True Spandau Ballet. Ale może niepotrzebnie się czepiam – młodzi panowie z Turnip Farm z racji metryki nie mogą mieć takich konotacyjnych obciążeń, jakie mam ja, reagujący nieustanną wysypką na większość tego, co było popularne w tamtej dekadzie, nawet z zastrzeżeniem, że rzeczone utwory należą do najlepszych w dyskografiach wspomnianych zespołów.

Wcześniej jest zdecydowanie ciekawiej, bo sześć pierwszych kawałków to bardzo solidne i jednocześnie przyjemne dla ucha gitarowe granie oraz, co rzadkie w rodzimym wykonaniu, świetne chórki. 

Prostota środków

i bezpretensjonalność przekazu to atuty, które sprawiają, że piosenki przy trzecim-piątym razie wchodzą do ucha i już zostają. I doprawdy nie wiem, czy najbardziej podoba mi się otwierający płytę The Winter Is Our Discontent, niezwykle chwytliwy Broken Promises, czy może Nuclear Fusion, w którym odnajduję również ślady tej formacji, która grunge najudatniej przeniosła na polski grunt, czyli Heya.

Polska muzyka zdaje się dziś funkcjonować w trzech wymiarach: radiowej Trójki, jedynej sensownej rozgłośni o ogólnopolskim zasięgu, stacji komercyjnych (ciszej nad tą trumną, gdy mowa o tych tzw. wiodących) oraz bardzo szerokiej przestrzeni internetu i wydawców niezależnych. Żaden twórca, większego czy mniejszego formatu, tak naprawdę nie jest w stanie karmić się pustką wokół siebie i potrzebuje odbiorców. Jednakże przenikanie się tych światów, zwłaszcza wydostawanie z trzeciego spośród wymienionych, odbywa się bardzo opornie. Z wielu powodów. Legitymujący się bardzo długą historią, liczący niespełna trzynaście tysięcy mieszkańców dolnośląski Wołów to dziś miejsce zaskakująco sporego muzycznego fermentu. Czy dane będzie nim zarazić lub chociaż o nim poinformować szeroką publiczność w Polsce?

(Turnip Farm, Chase Chagrin Away, 2015)

[W NaTemat: 4 czerwca 2015]

Mój sąsiad Mark Knopfler

knopfler_tracker

Knopfler pobrzdękuje sobie na gitarach niespiesznie, za to niewymuszenie kunsztownie i – jak on to robi?! – wciąż wymyślając kolejne niepospolitej urody melodie.

[more]

*

„Łeb mam już jak sklep od muzyki, w związku z tym coraz częściej łapię się na tym, że nowych rzeczy nie absorbuję. Zdarza się, że zwrócę uwagę na coś frapującego. Słucham radia, leci fajny kawałek (…). Podoba mi się, ale już nie czuję potrzeby, by to mieć na własność” – mówi Filip Łobodziński. Mogę tylko podpisać się pod jego słowami. Z pokornym zastrzeżeniem, że on był kiedyś dziennikarzem muzycznym, że z pewnością skonsumował tego wielokrotnie więcej niż ja.

Ale i tak nie nadążam. Czasem jeszcze – jako bloger z trzyletnią zaledwie praktyką – czuję pod skórą ten neoficki niepokój, że przecież powinienem, że należy, skoro odważyłem się o muzyce przemówić mniej lub bardziej publicznie. Zerkam w różne miejsca w internecie, patrzę, co piszą inni, o czym piszą, co ich kręci – i widzę, że nie nadążam. Dziesiątki nazw i nazwisk, które mówią mi niewiele lub zgoła nic. O, rany! – łapię się za głowę. 

Tyle że – tak się składa – miejsce, z którego biorę pieniądze do życia, leży trochę gdzie indziej, a z dowodu osobistego wyraźnie wynika, że peseli poważniejszych niż mój z roku na rok coraz mniej. Lustro oglądane co dzień próbuje jeszcze kłamać, ale na zdjęciach swej facjaty za bardzo już znieść nie mogę. Na dodatek siwa głowa i wysokie czoło wcale nie dają gwarancji mądrości. Trzeba więc z resztkami godności mościć sobie miejsce w getcie dinozaurów, ramoli i tetryków – ludzi, którzy dla dzisiejszych dwudziestolatków są starzy jak druga wojna światowa albo „Solidarność”.
I w ten sposób, z takimi nawracającymi raz po raz zastrzeżeniami – znów sięgam po łyżeczkę do kawy i zasiadam do muzycznego oceanu. Szukając na nim, a jakże, tych wysp i wysepek od dawna lepiej lub gorzej, ale już rozpoznanych.

*

O tym, że Pan Mark K. ma wszelkie mody w nosie, wiemy od dawna. Tak samo jak o tym, że jego deklaracje od wielu lat znajdują potwierdzenie w dokonaniach. Mistrzowskie opanowanie instrumentu od zawsze służy mu nie do efekciarskich kaskad lewo- i praworęcznych, a do tworzenia niepowtarzalnego klimatu utworów. Klimatu, dodajmy, rodem z bluesa – jak na klasyka gatunku przystało. Knopfler pobrzdękuje więc sobie na gitarach niespiesznie, z dala od Londynu i innych gwarnych miejsc nie tylko Wielkiej Brytanii. Niespiesznie, za to niewymuszenie kunsztownie i – jak on to robi?! – wciąż wymyślając kolejne niepospolitej urody melodie. Nawet jeśli czasem zdają się one młodszymi siostrami kiedyś napisanych piosenek, nie ma w tym nic złego.

Pył i kurz po wydaniu nowej płyty już opadł. Zresztą nie był tak wielki, bo Knopflera fajerwerki nigdy nie interesowały i tym bardziej nie interesują dzisiaj. Zaś ja, po typowym dla nowych zakupów okresie niewyjmowania krążka z odtwarzacza, mogłem sobie zadysponować „syndrom odstawienia”, a więc zbawiennego zwykle odleżenia się materiału gdzieś w zakamarkach myśli (i serca, jak coś lubi się zdecydowanie mocniej). Po pewnym czasie wracam do płyty i mam już te parę kawałków, które szczególnie uderzają do głowy.

Okolica, po której oprowadza nas mistrz, znana jest od dawna: te wszystkie pobekiwania celtyckich owiec, folki anglosaskie, elementy irlandzkie – wyrosłe z korzeni, jak już się rzekło, bluesowo-rokendrolowych.

 

Co mi szczególnie wpadło w ucho? Kolejne urokliwe walczyki, Basil i mój faworyt Mighty Man, fantastyczny, eteryczny i beatlesowski Skydiver, Broken Bones nawiązujący riffami gitary do Another Brick In The Wall, a klimatem do pieśni nieodżałowanego JJ Cale’a, kraina łagodności w Long Cool Girl. Zacząłem tę wyliczankę od numeru trzeciego i właściwie mogę dojechać do końca płyty. Po bluesowym i bardziej dynamicznym dwupłytowym albumie Privateering otrzymaliśmy porcję klasycznego stylu Knopflera. Porcję znów przygotowaną bez żadnego zbędnego wysiłku i niezwykle starannie podaną.

Już zacieram ręce na lipcowy koncert w Krakowie. Może ze mnie kapeć stary, trudno, taka kolej rzeczy, jednakże do solowych propozycji Knopflera dorosłem dopiero parę lat temu. Uwielbiam ironię muppetowej loży szyderców (pamiętacie tych dwóch dżentelmenów, prawda?), ale kawał ogrodu na starość i sąsiad MK – to by było coś, kto wie, może nawet raj. Lub przynajmniej jego muzyka w letnie popołudnie leniwie sącząca się z kolumn wystawionych na taras. A co tam, wolnoć Tomku w polskim domku. 

(Mark Knopfler, Tracker, 2015)

[W NaTemat: 20 maja 2015 ]

Trupa Trupa: niezwyczajny ból głowy

trupa_trupa_headache

Karmią nas bólem głowy. Ale nie jakimś tam prostackim napieprzaniem łba, nie arystokratyczną migreną, lecz opętańczym, obsesyjnym rozsadzaniem czaszki aż po przekraczanie granic tego, co powszechnie uznaje się za normalność.

[more]

*

Gdyby w latach sześćdziesiątych dysponowano takimi jak dziś możliwościami w studiach nagraniowych, otrzymywalibyśmy między innymi takie realizacje, jak w przypadku trójmiejskiej Trupy Trupa. Podziało się tak, że musiało minąć niemal pół wieku: „Syn – minie pismo, lecz ty spomnisz, wnuku”, chciałoby się powtórzyć za Norwidem – by to granie wróciło do łask i – w najlepszych przypadkach – zalśniło pełnym blaskiem.

Jeśli Trupa Trupa coś „straciła”, to na samym początku, decydując się na granie prawie zupełnie nieobecne w mediach, z góry odpuszczając ewentualny szum wielkich radiostacji i zaistnienie na ich playlistach. A teraz, na trzecim dużym krążku, wściekle dojrzale i w sposób dowodzący całkowitej pewności tego, co i jak, proponuje jeszcze bardziej zakręconą podróż przez muzyczne lądy.

Próbując pisać o tej muzyce, zamieniam się w bezradnego dzieciaka. Bo przemieliło się już tego w życiu co niemiara, wszystko coś przypomina, wszystko gdzieś już kiedyś zostało zagrane. A przecież czasem (bardzo, bardzo rzadko, coraz rzadziej) nowych kilkadziesiąt minut daje niczym nieskażoną frajdę słuchania. Choć niekoniecznie – tak jak w przypadku płyt TT, jest to podróż do krainy łagodności. Oj, zdecydowanie nie. 

Karmią nas bowiem bólem głowy. Ale nie jakimś tam dostępnym pospólstwu, prostackim napieprzaniem łba, nie arystokratyczną migreną, lecz zaraźliwym, obsesyjnym rozsadzaniem czaszki aż po przekraczanie granic tego, co powszechnie uznaje się za normalność.

Z tym już zostaniemy: najważniejsze, najdojrzalsze w rocku wydarzyło się gdzieś między 1967 a 1975 rokiem – i wszystko (no, prawie), co ważnego powstawało później i powstaje dzisiaj, odnosić się będzie mniej lub bardziej do tamtego okresu. 

Można żonglować tropami (bo ta szafa nie jest muzycznym demobilem, a to, co z niej wypada, trupem), szukać nazwisk i nazw, z którymi kojarzą się docierające do uszu dźwięki. Dosłuchać się – znów, jak na poprzednim krążku – wczesnego Pink Floyd i matowych falsetów w stylu Gilmoura, na przykład w Sacrifice czy Unbelievable. Dostrzec klimat dojrzałych The Beatles w Rise And Fall, a gęstą fakturę wielu utworów nieodmiennie kojarzyć z Velvet Underground. 

Nade wszystko jednak odnajduję „zorganizowaną anarchię” King Crimson – głównie z okresu Frippowsko-Wettonowskiego – jak w fantastycznym Wasteland, ale także Discipline – co wyraźnie słychać w Getting Older oraz w początkowych i końcowych fragmentach utworu tytułowego. W nim nie ma żartów w szczególny sposób: atmosfera gęsta i duszna od pierwszych dźwięków narasta i potężnieje z każdą minutą niczym w The End Doors, a głos Wojciecha Juchniewicza (drugiego, obok Grzegorza Kwiatkowskiego, wokalisty) brnie w rozwibrowane, szaleńcze rejony spod znaku Jima Morrisona. Zespół nie odpuszcza do samego końca. Progi szpitala psychiatrycznego przekraczamy raz jeszcze w industrialnym Picture Yourself.

Od wydania płyty – tym razem przez brytyjskiego wydawcę, Blue Tapes And X-Ray Records, mijają prawie dwa miesiące. Po okresie ostrego aplikowania, a następnie odstawieniu tej muzyki na pewien czas i – teraz – powrotu do niej mogę wreszcie powiedzieć, że poznałem ten materiał, oswoiłem się z nim. Ale nie wiem, czy o psychodelicznym pokoju, w którym czasem brakuje klamek, mogę powiedzieć, że pokochałem.

Świetna płyta.

(Trupa Trupa: Headache, 2015)

[W NaTemat: 26 kwietnia 2015]