Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Zapraszamy do Trójki, 2012. Dwugłos w rzeczonej sprawie. Głos drugi: Ola

Nie wyobrażam sobie życia bez radia – ściślej, bez jego Programu Trzeciego.
Towarzyszy mi prawie przez cały dzień, czasem bardziej świadomie nadstawiam ucha, czasem tylko jako tło, ale i wtedy jest mi potrzebne. Trójki słucham od zawsze.

[more]

Sześćdziesiąt minut na godzinę (z Kolegą Kierownikiem, Młodą Lekarką i rycerzami trzema), Zapraszamy do Trójki (moje ulubione prowadzone przez Zembatego z Santorskim), Lista Przebojów (od pierwszych notowań), Codziennie powieść w wydaniu dźwiękowym, W tonacji Trójki, odważny politycznie Peryskop – to moja prywatna historia.

Przez ostatnie miesiące, aż do kwietniowego jubileuszu 50-lecia Trójki, słuchałam wspomnieniowych krótkich audycji, nieraz zaśmiewając się do łez (pierwsza audycja na żywo Kuby Strzyczkowskiego z błędnym podawaniem czasu czy opowieść Piotra Barona o meczu z Ukrainą, przegranym przez dziennikarzy dwucyfrowo), a czasem wzruszając (odejście Marka Niedźwieckiego do Radia Złote Przeboje porównywane z obowiązkową służbą wojskową).

Dlatego bardzo się ucieszyłam, gdy wspomnienia ukazały się drukiem, w okrojonej co prawda formie, ale zawsze. Można oczywiście być rozczarowanym – pewnych nazwisk związanych z tym radiem nie ma (czy to tylko ci, którzy odesłali autorów książki do diabła?), nie zawsze anegdoty są tak błyskotliwe jak opowiadane w eterze, a i notatki telefonisty niekoniecznie zasługują na opublikowanie.

Ale za to ocalono od zapomnienia opowieści o początkach programu, o tym, jak znani z anteny zaczynali swoją przygodę w Trójce (bo zawsze podkreślają, że to nie jest zwykła praca), jak powstawały audycje i kończyły swój żywot, jak zdobywano słuchacza (czasem wbrew niemu…), jest mnóstwo zdjęć (książkę wydano bardzo starannie, również od strony językowej).

Lektura na lato, utrzymana w dobrym tempie, nieuzurpująca sobie ambicji do bycia kompendium historycznym, adresowana do słuchaczy Trójki, ludzi, którzy chcą, by radio do nich mówiło dowcipnie i mądrze, by pozostało – w naszej pleniącej się cywilizacji obrazkowej – teatrem wyobraźni.

Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Zapraszamy do Trójki, 2012. Dwugłos w rzeczonej sprawie. Głos pierwszy: Mariusz

Każdy ma swoją Trójkę. Myśl, byśmy oboje z żoną podzielili się swoimi refleksjami po lekturze książki, zrodziła się spontanicznie. Dlatego też zaniechaliśmy domowej wymiany spostrzeżeń, by w żaden sposób nie wpływać wzajemnie na swoje teksty. Żona spojrzała na temat szerzej, ja skupiłem się na muzyce.

[more]

Nie wiem, czy o to chodziło autorom książki, ale po jej przeczytaniu zacząłem się zastanawiać nad tym, jakim jestem słuchaczem. Nie będziesz miał rozgłośni cudzych przede mną – to oczywiste. Jako rówieśnik Trójki muszę uczciwie powiedzieć, że przydarzyły mi się tylko dwa skoki w bok: w latach 70. jedynkowe Lato z radiem (czas Abby) i w latach 90., okresie pierwszej zapaści Programu Trzeciego PR, Metzowy RMF.

 *

Nie powiem nic szczególnie odkrywczego, stwierdzając, że najsilniejsze doznania to czas młodości. Powolnego, jak się wtedy zdaje, wkraczania w dorosłość. Muzycznie ukształtowała mnie – za pośrednictwem starszych braci – Trójka i tylko Trójka. Świadomym konsumentem płyt stałem się w 1976 roku, dwa lata później zaczęła się moja systematyczna podróż przez muzyczne krainy.

Gdybym miał wymienić jedno nazwisko – byłby to oczywiście Piotr Kaczkowski. Pamiętam jego jeszcze dwudziestominutowe Minimaksy. Gdzieś na starej szpuli, na samym jej końcu, tzw. zapowiedź wsteczna: W Minimaksie zadebiutowała grupa Babe Ruth, B-a-b-e R-u-t-h, z wokalistką Janitą Haan, H-a-a-n. I szybko jeszcze podane utwory z pierwszej strony płyty. Pamiętam środowe Muzyczne poczty UKF, zaczynające się po wiadomościach, o 17.05. Załapałem się akurat na dyskografię Genesis. Pamiętam południowe W tonacji Trójki.

Ale skłamałbym, gdybym wspomniał tylko Pana Piotra. Poza nim – Dariusz Michalski,  który we wtorki prezentował muzykę z demoludów (kupę świetnego grania z Węgier: Omega, Locomotiv GT, Scorpio, Piramis, Fonograf, Czechosłowacji: Collegium Musicum, Jugosławii: Bijelo Dugme, Atomsko Sklonište), a ponadto W tonacji miał pod koniec lat 70. wspaniały cykl o pierwszych rokendrolowcach. To z tych programów dowiedziałem się o istnieniu Haleya, Perkinsa i wielu innych, ale przede wszystkim o Chucku Berrym i Jerrym Lee Lewisie.

Bielszy odcień bluesa Wojciecha Manna i Jana Chojnackiego, Odkurzone przeboje Janusza Kosińskiego (dziś niewyobrażalne, by przeboje sprzed sześciu – dziesięciu lat trzeba było już odkurzać). Pamiętam Studio nagrań Wojciecha Kordowicza, choć nigdy nie zasmakowałem w elektronice. Pamiętam audycje Marka Wiernika, które wpuszczały tyle świeżego powietrza, że czasami, najzwyczajniej, nie nadążałem. Słuchałem też country’owych programów Korneliusza Pacudy, choć country było i jest mi obojętne. Słuchałem programów Romana Waschki. Słuchałem też, oczywiście, Witolda Pogranicznego i Marka Gaszyńskiego, ale ich propozycje jawiły mi się jako co najwyżej szkoła średnia przy uniwersytecie Kaczkowskiego.

Pamiętam Muzykę Młodej Generacji Piotra Nagłowskiego, pamiętam Jerzego Janiszewskiego (obok P. Kaczkowskiego – najbliższego mi jeśli chodzi o gust muzyczny). Wspominam też Wojciecha Zamorskiego.

Potem był stan wojenny i wszystko się zmieniło. Jeszcze muszę wspomnieć Tomasza Beksińskiego (mniejsza o natchnione wypowiedzi, ale on sprawił, że pokochałem U2), jednak kojarzy mi się bardziej ze stereofoniczną Dwójką niż potem z trójkowym adresem. A także Pawła Kostrzewę za mnóstwo znakomitej muzyki pod koniec lat 90.

Dziś, na ile czas pozwala, nadstawiam ucha przy programach Wojciecha Manna i Piotrów: Metza, Barona i Stelmacha. Podsłuchuję Grzegorza Hoffmanna, Artura Orzecha  i Magiel Wagli.

 *

Jestem wierny Trójce, ale jednocześnie, co uświadomiła mi książka, radio dozuję sobie od lat bardzo oszczędnie, zwłaszcza wieczorami. Do czytania znacznie lepsze jako podkład są płyty niż mówione audycje. A jeśli chodzi o wcześniejsze godziny – pracę mam taką, iż nie pozwala mi ona słuchać radia, chyba że znajduję się akurat w samochodzie.

 *

Książka nie rzuciła mnie na kolana. Ale co musiałaby zawierać, by tak się stało? Szczerze mówiąc, nie wiem. Każdy nieco starszy wiekiem słuchacz ma chyba swoją Trójkę, swoje ulubione audycje i ulubionych prezenterów.

Dobrym pomysłem wydaje mi się opisanie historii rozgłośni wykorzystujące, poza samymi początkami, wspomnienia ludzi z radiem związanych. Słabe natomiast są marginalia, zapiski z dyżurów telefonicznych, w większości mało śmieszne i zupełnie pozbawione cech anegdoty. Czy te wspaniałe, rozbawiające czasem do łez historie emitowane przy okazji jubileuszu zachowano dla potrzeb jakiejś innej  publikacji? 

Ale dobrze, że książka powstała. Trójce się to należy. Wielu możnych tego świata, dawniej i całkiem niedawno, próbowało uczynić z tej stacji jeszcze jeden serek homogenizowany. Szerzący wątpliwe racje polityczne i zupełnie niestrawny muzycznie. Dziś znów jest normalnie – i niech tak już będzie. Zostawcie Trójkę w spokoju, bo ona sama świetnie da sobie radę.


Magia i czary

Wójt pana wini, pan księdza, a nam biednym zewsząd nędza – pisał przed wiekami Mikołaj Rej.
Piłkarz prezesa wini, prezes trenera, a nas, kibiców, bierze cholera. Błaszczykowski Latę wini, Lato Smudę, a my, smutni, idziemy na wódę.

[more]

*

W telewizji oglądałem obrazki z czwartkowo-piątkowej nocy z Wieliczki, gdzie mieszkańcy miasta gorąco witali włoskich piłkarzy wracających z półfinałowego meczu z Niemcami. Przypominam sobie, że polscy piłkarze mieszkający w 1974 roku w trakcie MŚ w Murrhardt pod Stuttgartem też byli oklaskiwani przez tambylców. Widać tak to jest, że ludzie potrafią obdarzyć sympatią tych, którzy ich miejsce zamieszkania wybrali jako swą kwaterę podczas dużej imprezy. I, co ważne, zaszli w  imprezie daleko.

Jest w tej piłce nogą kopanej coś wyjątkowego. Nic to, że siatkarze ogrywają Brazylijczyków, że handballiści uzyskują przepustkę do mistrzostw świata, wiadomości i tak zaczynają się od rozliczeń, i to bardziej finansowych oraz personalnych niż sportowych, futbolistów. A kibice tak bardzo łakną, by choć trochę móc ogrzać się w cieple sukcesów gladiatorów, że w akcie determinacji są skłonni przyjąć jako swoje – sukcesy naszych, bądź co bądź, rywali.

 *

Gdzie będziemy za półtora roku? W fazie kolejnych rozliczeń po przegranych eliminacjach do mundialu, co najbardziej prawdopodobne? A może zdarzy się coś latem 2014 (Tak, tak! – krzyczę jak małe dziecko. – Niech się zdarzy! Ja chcę! Ja chcę!)? Coś, co wreszcie sprawi, że nie będziemy, wściekli i zawistni, patrzeć, jak – znów – kłócą się o pieniądze, lecz dane nam będzie powiedzieć: Niech mają, zagrali jak nigdy, należy im się!

Baj, baj, baju, baj…

*

Póki co, dziś wieczorem poznamy nowego mistrza Europy. Wychodzi na to, że w finale zagrają dwie najlepsze drużyny tego turnieju. Włosi zagrali fantastyczny mecz z Niemcami, przypominając, że są reprezentacją z wielkimi tradycjami i wynikami, że są drużyną o naprawdę wielkim potencjale. I, mimo kolejnych skandali, kryzys mającą najwyraźniej za sobą.

Natomiast Hiszpanie grają po profesorsku. Bez szaleństw, bez olśniewających zagrań i strzałów, ale – za mocni na dotychczasowych rywali. Nie wiem, czy finał będzie wielkim widowiskiem, obawiam się, że nie. Obrońcy tytułu zagrają raczej jak Anglicy (tylko że lepiej) niż Niemcy. Nie otworzą się tak bardzo, by dać Włochom okazje do groźnych i szybkich kontr.

I, stawiam, zagrają swój wreszcie bez dyskusji bardzo dobry mecz. I wygrają trzeci wielki turniej mistrzowski z rzędu.

 *

Przede wszystkim jednak – niech zwycięży futbol. Taki, na który patrzy się z wielką przyjemnością. Obyśmy ujrzeli, mimo tego, co napisałem wyżej, wielki mecz. Wspaniałe akcje, kapitalne interwencje bramkarzy. I gole, które zapamiętamy na długo. Bo przecież w życiu chodzi o to, by doświadczyć od czasu do czasu magii i czarów. A dziś wieczorem jest ku temu wielka okazja.


O stadionach, meczach i koncertach

Przez parę lat w pocie czoła budowano w Polsce stadiony na Euro 2012. Za miesiąc (piszę te słowa 9 czerwca) będzie już po wszystkim – mistrzostwa starego kontynentu w piłce kopanej przejdą do historii, a stadiony opustoszeją. Ile trzeba będzie czekać, by zagrały na nich równie wielkie piłkarskie gwiazdy?

[more]

Mam nadzieję, że te piękne obiekty nie będą stały całymi latami puste i niszczały. Że staną się arenami wspaniałych koncertów rockowych. Chyba że się mylę, a występy zagranicznych gwiazd nadal organizowane będą w miejscach, gdzie wygodnie się siedzi, z każdego miejsca dobrze widać i słychać – czyli na warszawskim Bemowie, poznańskiej Malcie czy w Stoczni Gdańskiej.

Jako zawistny Ślązak powinienem sobie życzyć, by nowe stadiony zarosły trawą, a jedyną sensowną areną koncertów był nadal Stadion Śląski (póki co – ciągle w remoncie, którego końca nie widać). Ale zawistny i głupi, mam nadzieję, nie jestem. I zastanawia mnie jeszcze jedno: czy w sporym europejskim kraju nie ma miejsca na więcej niż jeden koncert w trasie wielkiego wykonawcy (Rolling Stones, U2, Pearl Jam)? Czy naprawdę nie wypełniłyby się stadiony np. w Warszawie i Gdańsku, czy fani muszą czasem przebyć kilkaset kilometrów – drogami krajowymi, dodajmy, a nie autostradami – zarwać dwie noce, brać urlopy w pracy – by zobaczyć ukochanego artystę?

Argument, że obcowanie ze sztuką wymaga poświęceń, wydaje mi się niedorzeczny.

Jest taka anegdota związana z Józefem Brandtem, malarzem polskim żyjącym na przełomie XIX i XX wieku. Otóż wymyślił on sobie kiedyś, że namaluje Chrystusa. Ale, malując Boga, nie może przecież pracować w ten sam sposób, jak w przypadku innych obrazów. To coś wyjątkowego – pomyślał – więc będę malował na kolanach.

No i maluje. Mija tydzień, dwa. Praca słabo posuwa się naprzód. Kolana bolą, jest – ogólnie – niewygodnie. I oto którejś nocy przyśnił się malarzowi Chrystus, który powiedział: Ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze!.

Może więc ze sztuką lepiej obcować, gdy jest się jeśli już nie wypoczętym, to przynajmniej nie bardzo zmęczonym? Na przykład po całodniowej jeździe samochodem, bez snu, prysznica. Z kiełbasą na papierowej tacce, piwem w plastikowym kubku i tojtojem pod stadionowym ogrodzeniem. Z perspektywą upojnej nocy w drodze powrotnej.

Sam – i wiem, że nie ja jeden – rezygnuję z takich eskapad na drugi koniec Polski. To duży wysiłek organizacyjny i finansowy. Jestem przekonany, że myślący i postępujący podobnie jak ja szczelnie wypełniliby drugi, a – kto wie? – może i trzeci stadion między Odrą a Bugiem na koncercie swego ulubionego wykonawcy.

*

A póki co jest tak, że na Malcie zagra Faith No More (tak, wiem, że to Malta Festival), a na Bemowie Red Hot Chili Peppers. Czy należy stąd wyprowadzić wniosek, że stadiony są za drogie dla organizatorów koncertów?  Ale za to odpowiednio tanie, by stać kompletnie bezużyteczne?


Na pięć spotkań przed zaśnięciem

Euro wkracza w decydującą fazę. Po dwóch pierwszych ćwierćfinałach, zwycięstwach faworytów, już wiadomo, że w czwórce najlepszych nie będzie żadnych przypadkowych gości. W ogóle, jeśli popatrzeć na europejską piłkę w przekroju ostatnich lat, to wśród ćwierćfinalistów brakuje mi jedynie Holendrów. Ale, jak wiadomo, układ był taki, że albo oni, albo Portugalczycy – i tym razem pomarańczowi dali ciała nie mniejszego niż panowie z orzełkiem na piersi.

[more]

Hiszpania-Francja to mecz, który mógłby być finałem tej imprezy. Ale powoli, ani jedni, ani drudzy dotąd nie zachwycili. Francuzi – wydaje się – wydostają się z kompromitującej zapaści, ale w którym miejscu tej drogi są dziś, trudno powiedzieć. Hiszpanie, o których do niedawna miałem podobne zdanie jak o Anglikach (że nigdy nie sięgną po najwyższe laury), jednak pokornie odrobili lekcje prowadzone od mniej więcej dziesięciu lat przez najlepszych najemników w Realu i Barcy – i stali się klasowym zespołem, z którym każdy dziś może przegrać. I który, co byłoby czymś zupełnie niesamowitym, może wygrać trzecią wielką imprezę z rzędu.

Włochy-Anglia to ciekawa para, choć przyszłego mistrza tu bym nie wypatrywał. Mimo różnych wpadek w bliższej i dalszej przeszłości, obie drużyny zawsze budziły respekt i, zwykle, ogrywały przeciwników. Wyspiarzy nie lubię, bo grają futbol schematyczny, zawsze taki sam, pozbawiony iskry geniuszu, choć za sprawą przygotowania fizycznego – wystarczający na większość rywali. Włosi są natomiast mistrzami świata boiskowej prowokacji (któż nie pamięta czerwonej kartki Zidane’a po „zagraniu” Materazziego?). Jeśli akurat nie da się wjechać w kości tak, by sędzia nie widział, to zawsze jeszcze można rywala pozdrowić w narzeczu, które znane jest obu stronom. Więc jeśli Włosi pierwsi strzelą bramkę, ujrzymy to, co już dobrze znamy: podejmowanie rywali na własnej połowie, grę z groźnej kontry i – do perfekcji opanowane sposoby, by sędzia pokazał kartoniki paru Anglikom, może nawet  trafi się jakiś czerwony.

Kto mistrzem? Portugalia chyba nie, choć ma w składzie Cristiana Ronaldo, który znajduje się u szczytu swych możliwości, a te są wielkie. Można go nie lubić – za płaczliwy wyraz twarzy, za to, że wie, iż jest świetny, ale to dzisiaj piłkarz kompletny. Umiejący pociągnąć drużynę do natarcia, znakomicie strzelający z dystansu i głową w polu karnym, kręcący obrońcami drużyny przeciwnej i, co najistotniejsze, mimo starannej ich asysty, ciągle znajdujący piłce drogę do siatki. Tylko czy cała reszta drużyny jest dostatecznie dobra? Osobiście wydaje mi się, że nie. Że Portugalczykom zawsze będzie czegoś brakować, by wygrać ME lub MŚ.

Zostają więc Niemcy. Długo grali z Grecją jak Polacy. Prowadzili 1-0 i nie wykorzystywali wielu sytuacji strzeleckich. Ale to, co odróżnia ich od naszych kopaczy, to postawa po stracie gola. Rodzimi futboliści stanęli, zaś Niemcy, rozsierdzeni, w kilkanaście minut pokazali Grekom, kto tu rozdaje karty. Tylko czy w meczu z na przykład Hiszpanią można sobie pozwolić na marnowanie tylu znakomitych okazji? I czy można wygrać wszystkie mecze w turnieju, co od lat nikomu się nie udaje?

W sumie Euro okazuje się imprezą ciekawą, pada – w odróżnieniu od ostatniego mundialu – całkiem sporo bramek. Gospodarze co prawda już nie grają, ale my, Polacy, niestety wstydzić się musimy nadal. I to bardzo. Za stan murawy w stolicy i w Gdańsku, który przywodzi na myśl stadiony krajowej drugiej albo trzeciej klasy rozgrywkowej. Realizator transmisji telewizyjnej meczu półfinałowego w Warszawie zdecydowanie powinien oszczędzić nam widoku z kamery zawieszonej nad środkiem boiska.


Muzyka i sport, duch i materia

Są sprawy z gatunku tych, na które mamy wpływ, i takie, na które wpływu nie mamy. Nawet Chrystus, zaczepiony przez matkę na weselu w Kanie Galilejskiej, że gospodarzom brakło wina, w pierwszym odruchu odparł: Czy to moja lub twoja sprawa, niewiasto? Od lat staram się zachowywać zdrowy dystans do wydarzeń sportowych, przekonując siebie, że w żaden sposób nie wpływają one na moje codzienne życie. A jednak czegoś żal, jak śpiewał Ryszard Riedel.

[more]

Bo sukcesy sportowe rodaków łączą ludzi, dają tak potrzebne –  od czasu do czasu – poczucie wspólnoty. Polski naród – by użyć bogoojczyźnianej frazy – tak bezlitośnie traktowany przez historię, potrzebuje wzmocnień pozytywnych, tego, by nasi wygrywali. By dokopali sąsiadom, pokonali pozostałych. Dopóki piłka w grze, mamy poczucie, że jesteśmy razem. Oflagowane samochody, knajpy, balkony. Biało-czerwona über alles.

Gdy rozlega się ostatni gwizdek sędziego – najczęściej przychodzi nam w złości, bezsilnej i pełnej niemocy, rozejść się do własnych obowiązków, skończyć święta i wrócić z podkulonymi ogonami do powszedniości. A to przecież nie nastraja optymistycznie, to denerwuje. Znów te pytające spojrzenia żony/męża, problemy z dziećmi, czepiający się szef, głupi kierowcy na drodze, rosnące ceny. Pospolitość skrzeczy.

Znamienne, że wydarzenia sportowe o wiele przyjemniej przeżywać stadnie – być na meczu, zasiąść w pubie, strefie kibica lub chociaż z sąsiadem lub bratem przed telewizorem. Komentować na gorąco. Jaki sens ma okrzyk skierowany do pustych ścian: Co oni, k…, robią?!

Z muzyką jest inaczej. Muzyka jest o wiele bardziej intymnym doznaniem. Może dlatego, że dotyka czegoś takiego jak wrażliwość. Płyt najlepiej słucha się w samotności, wtedy nuty docierają do nas najpełniej. W zupełnej ciszy, bez zajmowania się czym innym (choć to akurat nie zawsze jest możliwe).

I, niejednokrotnie, dopiero z tymi utrwalonymi w głowie dźwiękami idziemy na koncert ulubionego wykonawcy. Niby w stadzie, ale jednak osobno, pojedynczo. Reagujemy wspólnie – oklaskami, owacjami lub gwizdami – ale przeżywamy nuty docierające do uszu, każdy ze słuchaczy, oddzielnie. Wspaniale jest poczuć, że moje wzruszenia są także wzruszeniami ludzi siedzących lub stojących obok. W szczególnych momentach, na koncertach najwspanialszych – mówimy o magii. O tym czymś, co płynie ze sceny, ogarnia wszystkich słuchających i wraca do muzyków. Cudowne sprzężenie zwrotne, które unosi nas nad ziemią.

Czyli – konkluduję –  sport jest rozrywką ubogich, wyzwalającą dość pospolite emocje, muzyka zaś to wyższy stopień wtajemniczenia, dostępny tylko wybranym – ? Nawet jeśli przyjmiemy, że jest tak rzeczywiście, to przecież historia całkiem sporo notuje przypadków, kiedy nawet intelektualiści oddają się tej plebejskiej rozrywce, okazując się czasem wręcz fanatycznymi kibicami.

I nic w tym złego. Mieszanie się w życiu tego, co wysokie i co niskie, dokonuje się bezustannie. Jestem pewien, że mnóstwo wspaniałych pomysłów zrodziło się w głowach ludzkich zaraz po zwróceniu ciężaru naturze. By duch mógł wznosić się w górę, materia nie powinna ciążyć.


O piłce w rytm marsza żałobnego

Trochę już chodzę po tym świecie, sporo więc – również jako kibic – przeżyłem. Pamiętam złoty medal piłkarzy na olimpiadzie w Monachium w 1972 roku. Pamiętam eliminacje do MŚ w 1974. Mecz z Walią w Cardiff na początek, w którym przegraliśmy 0-2, a Jan Ciszewski po skończonym boju wypowiedział prorocze słowa: Dopóki piłka w grze…

[more]

Wtedy nauczyłem się wierzyć, że w sporcie, podobnie jak w innych sferach życia, zdarzają się miłe niespodzianki i piękne, nieoczekiwane chwile. Po słabych występach, jak dwa pierwsze remisy z Kamerunem i Włochami w 1982, zdarzyło się drugie 45 minut meczu z Peru, w których rywale zostali zmieceni z boiska (5-1), a potem wspaniałe 3-0 z Belgią – i te dwa mecze na światowym poziomie wystarczyły, by zdobyć trzecie miejsce na hiszpańskim mundialu.

Ostatni piłkarski cud w strojach narodowych miał miejsce przed finałami w Korei, kiedy po latach posuchy daliśmy radę wysoko wówczas notowanym Norwegom i zawsze groźnym Ukraińcom.

Nigdy nie zasiadałem przed telewizorem (jeśli już zasiadałem) z brzydkim pragnieniem A niech tym naszym niedołęgom dokopią! Wciąż w sercu kibica tli się nadzieja, że może tym razem będzie inaczej, lepiej. Takie magiczne myślenie, o którym kiedyś pisał zdruzgotany Adam Michnik, mając na myśli intronizację Henryka Walezego albo Korybuta Wiśniowieckiego. A pisał to przy okazji wyborów prezydenckich w 1991 roku, kiedy do drugiej tury, obok Lecha Wałęsy, wszedł – zamiast Tadeusza Mazowieckiego – człowiek znikąd, facet z czarną teczką – Tymiński (krążył wtedy dowcip: Co Tymiński ma w teczce? Podręczniki do technikum dla Wałęsy).

No właśnie. Patrząc na grę reprezentantów Polski w drugiej połowie pojedynków z Grecją i Czechami, miałem wrażenie, że – z zachowaniem oczywiście proporcji – chyba podobnie było z klęskami Rzeczpospolitej w przeszłości. Wszyscy widzieli, co się dzieje, że zmierza to do nieuchronnej katastrofy – i jednocześnie nikt nic nie robił. Żadnej mocy sprawczej, by podjąć próbę ratowania się przed upadkiem, raczej wypisana na twarzach ochota do jak najszybszego zejścia ze sceny (z boiska). Ewentualnie, jak Radziwiłłowie, zdradziecka chęć, by ułożyć się z mocniejszym przeciwnikiem i wytargać dla siebie postaw czerwonego sukna. Dziś już nie ma chętnych do szarży ułańskiej w ostatnich minutach meczu. Został tylko gest Rejtana, czyli rozdarty t-shirt pijanego kibica w pubie po meczu.

Ale za to, gdyby można było toczyć rozgrywki dalej, po dziewięćdziesiątej minucie, my byśmy im wszystkim, zaborcom i okupantom, pokazali. Do butelek po powerade nalali „Zdroju Jana” z rozpuszczonymi tabletkami na przeczyszczenie, w nocy wymalowali linie pola karnego na dwudziestym metrze, sędziemu do kieszonki włożyli tylko czerwone kartki. O tak, w tym bylibyśmy dobrzy. Najlepsi. Co najmniej na Starym Kontynencie.



Bolek i Lolek idą na wódkę z Wilkiem i Zającem

Bolek i Lolek z Reksiem kontra Rumcajs, Cypisek i Krecik. Czterdzieści pięć minut za nami. Szkoda tej wielkiej ilości szans, które nie zostały wykorzystane. Nie jest źle, biegają, starają się, Czesi – póki co – są wyraźnie słabsi. Ale piłka nie jest grą na optyczne przewagi, liczą się tylko bramki. A tych, jak mawiał Kazimierz Górski, należy strzelić o jedną więcej niż przeciwnik. Trzeci remis będzie porażką gospodarzy.

[more]

A tu Grecy prowadzą z Rosjanami  1-0.  Z koniem trojańskim to było jakoś inaczej. Pora chyba wziąć tabletkę na serce.

 *

0-1. Można iść na wódkę. Napić się. Ale z Rosjanami? Nie damy rady, będzie jeszcze gorzej niż na boisku. 

*

Mamy więc Smudę cienia. Nie zliczę, którą już z kolei.

 *

Czas wrócić do przyjemnego spędzania wolnego czasu. Czyli do słuchania muzyki. Muzyka łagodzi obyczaje. Po meczach naszych reprezentantów od lat już na usta cisną się słowa bardzo nieobyczajne.


Krew, pot i łzy

Krwi na stadionach piłkarskich nie brakuje, choć, jeśli mamy mówić o sporcie, to lepiej, aby jej nie było. Gitarzyści też nieraz do krwi zdzierali palce – na próbach i koncertach.

[more]

Potu, w obu przypadkach, również sporo. Choć przyznam, że jak patrzę na jego ślady na twarzach naszych piłkarzy, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest go więcej, zdecydowanie więcej niż umiejętności. Obserwowaniu ich występów od lat towarzyszy mi uparcie myśl, że w tej profesji ciągle tkwimy w komunie. (Właśnie zostałem ukarany za swoje refleksje – Błaszczykowski pięknym strzałem wykończył  szybką akcję i mamy 1-1 w meczu z Rosją). Czy się stoi, czy się leży, od prezesa się należy. W wielu przypadkach poważna kasa za niepoważną pracę. Pot na koncertach to kolejna oczywistość, zwłaszcza gdy mamy – jak mawia Antoni Piekut – porządne łojenie, a nie żadne tam pitu-pitu.

Pozostają łzy. Męskie łzy. W kulturach europejskich to rzadki widok, płacz nie przystoi facetom. Sportowcy czasem, choć sporadycznie, płaczą. Po przegranym meczu, biegu, wyścigu. Po straconej szansie. Na scenie uronić łzę może chyba tylko kobieta, np. Edyta Geppert. Planta czy Claptona, nawet świeżo po stracie synów, chyba nikt  płaczących nie widział.

No i, na koniec (Koniec! – triumfalnie wykrzyknął Dariusz Szpakowski. Czyżbym coś przeoczył albo obserwował inny mecz? Nie, chodzi o remis w meczu z Rosją. Panie Naczelniku, udało się! Ofensywa Rosjan powstrzymana na linii Wisły! To jest, chciałem powiedzieć, na linii pola karnego – poza jednym wyjątkiem).

Na koniec łzy na widowni. Najbardziej niesamowity obrazek to prawie dwieście tysięcy płaczących Brazylijczyków na Maracanie w 1950 roku po porażce z Urugwajem.

A mi bliska jest refleksja Andrzeja Stasiuka, który powiedział niedawno, że skoro człowiek się śmieje, to powinien też płakać. I zdarza mi się, przyznaję, uronić łzę, i zaraz, w zawstydzeniu, otrzeć ją ukradkiem. Na przykład przed laty na koncercie wspomnianego już Roberta Planta z Jimmym Page’em w Spodku, gdy zagrali stare, genialne kawałki Led Zeppelin. Czy całkiem ostatnio na U.K. w Krakowie, gdy w uszach zabrzmiała muzyka, na której się wychowywałem. Ale dotyczyć to może tylko muzyki mojego dzieciństwa i młodości

Jednak najbliższe jest mi doznanie wzruszająco-estetyczne związane z kobiecym ciałem. Kto nie rozumie, tego nawracać nie będę.  Zupełnie jak w scenie z „Pułkownika Kwiatkowskiego”, kiedy Marek Kondrat wchodzi do sypialni i widzi piękne piersi śpiącej Renaty Dancewicz. Patrzy w zachwycie – i po chwili, wzruszony, zaczyna płakać.

 *

Tak więc w sobotę z Czechami. Ciekawe, dawno już trzeci pojedynek grupowy naszych kopaczy nie był meczem o wszystko. Czesi, jak wiadomo z historii, bić się raczej nie potrafią i nie lubią. W tym należy upatrywać szansy dla naszych reprezentantów.

I mieć nadzieję, że sobotnie widowisko nie będzie także „Wielką Pardubicką”. Do której my wystawimy wysłużonego Poloneza, a rywale najnowszy model Octavii.



Křižikova fontána (czyli kochajmy Abbę), Praga, 2 czerwca

Tereny wystawowe Expo z końca XIX wieku w Pradze, a na nich specjalnie na tę okoliczność powstała fontanna zaprojektowana przez Františka Křižika. W ostatnich latach dołożono jeszcze reflektory – i w tym koszmarnym połączeniu secesji z demoludową zabudową barakowo-betonową od pewnego czasu odbywają się… No właśnie, co to jest? Organizatorzy nazywają to szumnie spektaklami wody i światła.

[more]

W czasie kilkudniowego pobytu w Pradze mieszkaliśmy z żoną w hotelu na peryferiach miasta. Zbyt daleko, by wypuścić się wieczorem na jeszcze jedną przechadzkę po stolicy Czech. Z braku lepszego pomysłu – wraz z całą grupą jedziemy więc na 22.00 na ów „spektakl”. Wszelkie nasze przypuszczenia potwierdzają się jeszcze przed wejściem na widownię, bowiem uszy załapują się na końcówkę poprzedniego pokazu (te odbywają się co godzinę). Oj, chyba będzie naprawdę źle – kicz zatriumfuje w pełni – wizualnie i słuchowo.

Na widowni głównie Polacy, podobno właśnie my jesteśmy głównymi konsumentami tego czegoś. Czy komercyjne stacje telewizyjne kompletnie wyprały nam już mózgi, że gawiedzi podoba się to, co kolorowe, mieniące się i niewymagające absolutnie żadnego wysiłku intelektualnego? Woda leje się z rurek w różnych kierunkach, trochę wyżej lub trochę niżej, raz na lewo, raz na prawo. Zmieniają się barwy. Po minucie wiadomo już wszystko, a tu przed nami jeszcze trzy kwadranse. Takie to w swych korzeniach rodem z najniższej półki rozrywki niemieckiej. To, co od biedy można nazwać obrazem, stanowią fragmenty filmu  rzucane na ekran utworzony ze strumieni wody. Jakość kiepska, podobnie jak dźwięku, który dobywa się ze sprzętu dość pośledniej klasy.

I w tym miejscu zaczyna się robić znacznie przyjemniej. Streep i Brosnan nie mówią bowiem po czesku, a po angielsku, a warstwę muzyczną pokazu stanowią piosenki z filmu Mamma Mia, czyli przeboje Abby. Dobrze więc trafiliśmy, bo ilustracji muzycznych wodnych przedstawień  jest więcej,

Abby w takiej dawce miałem okazję posłuchać po raz pierwszy od wielu lat. Mój dawny sentyment do Szwedów nigdy nie wygasł, a w trakcie tej imprezy pomyślałem sobie o takim trójkącie: Beatles – Electric Light Orchestra – ABBA. Drudzy inspirowali się pierwszymi, Jeff Lynne zawsze przyznawał się do wielkiej fascynacji dokonaniami czwórki z Liverpoolu. ABBA zaś, choć najbardziej popowa – była jednak zespołem o wielkiej kulturze muzycznej, brzmieniowo bardzo od ELO, śmiem twierdzić, nieodległej. Zarówno wykonawczej, jak i kompozytorskiej i aranżacyjnej.

Choć po latach czuje się w tych nagraniach patenty z lat 70., nie sposób nie docenić bogactwa brzmieniowego i mnóstwa świetnych i pięknych pomysłów melodycznych i harmonicznych zawartych w kolejnych przebojach. To pop, który wypływa jeszcze wartkim strumieniem z głów utalentowanych ludzi, a nie bezdusznych komputerów pełnych plastikowych brzmień.

Pamiętam, jak w 1977 roku byłem rozczarowany, że w segmencie tzw. muzyki dyskotekowej Abbę detronizuje Boney M., typowy niemiecki produkt w landszaftowatym, cukierkowym opakowaniu.

ABBA się broni – różnorodnością i szlachetnością muzycznych rozwiązań, bezpretensjonalnym ciepłem dwóch damskich głosów, solidnym aparatem wykonawczym. Dla pierwszych roczników sześćdziesiątych (i chyba nie tylko) Szwedzi są wspomnieniem szkolnych zabaw i pierwszych prywatek. Są też chwalebnym wyjątkiem w dziejach festiwalu Eurowizji – ich triumf w 1974 roku, piosenką Waterloo, był początkiem autentycznej, wielkiej kariery.

Powtórzę za Markiem Niedźwieckim: kochajmy Abbę. Bo na to zasługuje.