Każdy ma swoją Trójkę. Myśl, byśmy oboje z żoną podzielili się swoimi refleksjami po lekturze książki, zrodziła się spontanicznie. Dlatego też zaniechaliśmy domowej wymiany spostrzeżeń, by w żaden sposób nie wpływać wzajemnie na swoje teksty. Żona spojrzała na temat szerzej, ja skupiłem się na muzyce.

[more]
Nie wiem, czy o to chodziło autorom książki, ale po jej przeczytaniu zacząłem się zastanawiać nad tym, jakim jestem słuchaczem. Nie będziesz miał rozgłośni cudzych przede mną – to oczywiste. Jako rówieśnik Trójki muszę uczciwie powiedzieć, że przydarzyły mi się tylko dwa skoki w bok: w latach 70. jedynkowe Lato z radiem (czas Abby) i w latach 90., okresie pierwszej zapaści Programu Trzeciego PR, Metzowy RMF.
*
Nie powiem nic szczególnie odkrywczego, stwierdzając, że najsilniejsze doznania to czas młodości. Powolnego, jak się wtedy zdaje, wkraczania w dorosłość. Muzycznie ukształtowała mnie – za pośrednictwem starszych braci – Trójka i tylko Trójka. Świadomym konsumentem płyt stałem się w 1976 roku, dwa lata później zaczęła się moja systematyczna podróż przez muzyczne krainy.
Gdybym miał wymienić jedno nazwisko – byłby to oczywiście Piotr Kaczkowski. Pamiętam jego jeszcze dwudziestominutowe Minimaksy. Gdzieś na starej szpuli, na samym jej końcu, tzw. zapowiedź wsteczna: W Minimaksie zadebiutowała grupa Babe Ruth, B-a-b-e R-u-t-h, z wokalistką Janitą Haan, H-a-a-n. I szybko jeszcze podane utwory z pierwszej strony płyty. Pamiętam środowe Muzyczne poczty UKF, zaczynające się po wiadomościach, o 17.05. Załapałem się akurat na dyskografię Genesis. Pamiętam południowe W tonacji Trójki.
Ale skłamałbym, gdybym wspomniał tylko Pana Piotra. Poza nim – Dariusz Michalski, który we wtorki prezentował muzykę z demoludów (kupę świetnego grania z Węgier: Omega, Locomotiv GT, Scorpio, Piramis, Fonograf, Czechosłowacji: Collegium Musicum, Jugosławii: Bijelo Dugme, Atomsko Sklonište), a ponadto W tonacji miał pod koniec lat 70. wspaniały cykl o pierwszych rokendrolowcach. To z tych programów dowiedziałem się o istnieniu Haleya, Perkinsa i wielu innych, ale przede wszystkim o Chucku Berrym i Jerrym Lee Lewisie.
Bielszy odcień bluesa Wojciecha Manna i Jana Chojnackiego, Odkurzone przeboje Janusza Kosińskiego (dziś niewyobrażalne, by przeboje sprzed sześciu – dziesięciu lat trzeba było już odkurzać). Pamiętam Studio nagrań Wojciecha Kordowicza, choć nigdy nie zasmakowałem w elektronice. Pamiętam audycje Marka Wiernika, które wpuszczały tyle świeżego powietrza, że czasami, najzwyczajniej, nie nadążałem. Słuchałem też country’owych programów Korneliusza Pacudy, choć country było i jest mi obojętne. Słuchałem programów Romana Waschki. Słuchałem też, oczywiście, Witolda Pogranicznego i Marka Gaszyńskiego, ale ich propozycje jawiły mi się jako co najwyżej szkoła średnia przy uniwersytecie Kaczkowskiego.
Pamiętam Muzykę Młodej Generacji Piotra Nagłowskiego, pamiętam Jerzego Janiszewskiego (obok P. Kaczkowskiego – najbliższego mi jeśli chodzi o gust muzyczny). Wspominam też Wojciecha Zamorskiego.
Potem był stan wojenny i wszystko się zmieniło. Jeszcze muszę wspomnieć Tomasza Beksińskiego (mniejsza o natchnione wypowiedzi, ale on sprawił, że pokochałem U2), jednak kojarzy mi się bardziej ze stereofoniczną Dwójką niż potem z trójkowym adresem. A także Pawła Kostrzewę za mnóstwo znakomitej muzyki pod koniec lat 90.
Dziś, na ile czas pozwala, nadstawiam ucha przy programach Wojciecha Manna i Piotrów: Metza, Barona i Stelmacha. Podsłuchuję Grzegorza Hoffmanna, Artura Orzecha i Magiel Wagli.
*
Jestem wierny Trójce, ale jednocześnie, co uświadomiła mi książka, radio dozuję sobie od lat bardzo oszczędnie, zwłaszcza wieczorami. Do czytania znacznie lepsze jako podkład są płyty niż mówione audycje. A jeśli chodzi o wcześniejsze godziny – pracę mam taką, iż nie pozwala mi ona słuchać radia, chyba że znajduję się akurat w samochodzie.
*
Książka nie rzuciła mnie na kolana. Ale co musiałaby zawierać, by tak się stało? Szczerze mówiąc, nie wiem. Każdy nieco starszy wiekiem słuchacz ma chyba swoją Trójkę, swoje ulubione audycje i ulubionych prezenterów.
Dobrym pomysłem wydaje mi się opisanie historii rozgłośni wykorzystujące, poza samymi początkami, wspomnienia ludzi z radiem związanych. Słabe natomiast są marginalia, zapiski z dyżurów telefonicznych, w większości mało śmieszne i zupełnie pozbawione cech anegdoty. Czy te wspaniałe, rozbawiające czasem do łez historie emitowane przy okazji jubileuszu zachowano dla potrzeb jakiejś innej publikacji?
Ale dobrze, że książka powstała. Trójce się to należy. Wielu możnych tego świata, dawniej i całkiem niedawno, próbowało uczynić z tej stacji jeszcze jeden serek homogenizowany. Szerzący wątpliwe racje polityczne i zupełnie niestrawny muzycznie. Dziś znów jest normalnie – i niech tak już będzie. Zostawcie Trójkę w spokoju, bo ona sama świetnie da sobie radę.
