Darmowe koncerty to specyficzne imprezy. Ci, którzy zawiadują przybytkami kultury, mówią, że psują rynek, bo ludzie nasłuchają się latem za darmochę i nie chcą potem kupować biletów na imprezy organizowane w chłodniejsze miesiące. Ale mnie gnębi co innego. Z całą świadomością, że miejsce koncertu to nie kościół, że ma to być zabawa, a nie nabożne skupienie.
[more]
W plenerze, zwłaszcza przy ładnej pogodzie, najgorzej znaleźć się na szlaku łączącym scenę z wyszynkiem. Pielgrzymki suną bezustannie w jedną i drugą stronę, poszturchiwaniu i deptaniu po nogach nie ma końca. Ale zawsze można próbować zejść z linii strzału. Jeśli granie jest dostatecznie elektryczne, głośne – gwar rozmów nie jest tak dokuczliwy.
To, czego doświadczyłem w sobotę na „Urodzinach Katowic”, bardzo mnie zasmuciło. Koncerty pod dachem, widownia – ze sto pięćdziesiąt, może w porywach dwieście osób. Przytłaczająca większość to młodzież studencka i licealna.
Ja wiem, że za darmo, że bez problemu można wejść (choć akurat niekoniecznie, o co niektórzy denerwowali się na tzw. forach) i wyjść. Więc znowu ta ludzka migracja. Zastanawia mnie jednak traktowanie sali koncertowej jak knajpy, w której się siedzi lub stoi i gada ze znajomymi (ciągle ktoś się z kimś wita, ściska i żegna), a gdzieś z kąta płynie muzyka – tak głośna, że trzeba się nieźle nawydzierać, by powiedzieć coś do ucha stojącym obok. Płynie niekończący się potok słów. Na przykład w czasie występu Kari Amirian w kwestii, że się bardziej lubi Julię Marcell od Amirian, że Julia jest lepsza. No dobra, tylko co mnie, stojącego obok, obchodzą te dywagacje? Gęba mu się nie zamyka, swoją znajomością tematu macha jak szabelką przed dwiema panienkami. Opieprzam go w rodzimym narzeczu, że swym gadaniem przeszkadza innym, ale on patrzy i po oczach widać, że nie rozumie, o co mi chodzi.
I tak docieram do sedna sprawy. Bo zarówno w trakcie koncertu The Saintbox, jak i podczas występu Amirian sporo było cichych fragmentów. A tym bezustannie towarzyszył szum na widowni. Jak to nazwać – brakiem kindersztuby, chamstwem, prostactwem, głupotą? Szczeniackim poczuciem wolności do i od wszystkiego?
Przecież, człowieku, przyszedłeś na koncert. Tych paru ludzi stojących na scenie gra również dla ciebie. Oni są w pracy, szczególnej, bo polegającej na dzieleniu się owocami swego talentu. Niemałego, więc tym bardziej wartego okazania szacunku. Jak cię to nie interesuje, nie podoba się – wyjdź. Najlepiej w przerwie między utworami. Wyjdź, a nie stój i nie gadaj. Nie przeszkadzaj muzykom na scenie – oni słyszą ten szum, na pewno nie pomaga im w koncentracji (choć, niestety, już się do niego prawdopodobnie podczas takich imprez przyzwyczaili). Przeszkadza innym, którzy chcą słuchać.
Boże, jakie to proste i, zdawałoby się, oczywiste. A jednak dziś już właściwie nieosiągalne. Czego się czepiam – ja, stary zgred? Przecież ten, co przed chwilą jeszcze tak tokował, teraz kołysze się w rytm muzyki, w zapamiętaniu prawie zamyka oczy. W trakcie trzydziestu sekund skupienia doznaje kolejnej życiowej iluminacji.
Sam też robię wszystko, by skupić się na graniu. Na szczęście słuch mam jeszcze dobry. A o gustach – np. muzycznych lub dotyczących sposobów spędzania wolnego czasu – się nie dyskutuje. Zwłaszcza w trakcie koncertu.