It’s Only Rock’n’roll (But I Like It)

The Rolling Stones znowu w studiu nagraniowym! Czy to rzeczywiście koniec, ostatnie dwa nowe nagrania, parę koncertów i definitywne odwieszenie instrumentów na kołkach – licho wie. Paru starszych od nich ciągle nagrywa, ciągle koncertuje, ale jeśli chodzi o Stonesów – ich aktywność w ostatnich latach wyraźnie spadła. Zobaczymy.

[more]

Dziewiętnaście albumów z premierowym materiałem przez pół wieku to dużo i mało zarazem. Ale trwały ślad po sobie zostawia się czasem jednym tylko dziełem – na przykład obrazem albo książką. Gdy słucham nagrań tej kapeli – zgoda, przyznaję, że najchętniej starych – to nie mam żadnych wątpliwości, że to kawał wielkiej muzyki. Że tak właśnie przechodzi się do wieczności.

There Is No Future (For Rock’n’roll) – ?

Rock’n’roll trzyma się nieźle, starzy rockmani – znacznie gorzej.

[more]

Pierwsze pokolenie…

punkt wyjścia, panowie, którzy zaczynali w latach 50., różnie: niektórzy grają już w niebiańskiej orkiestrze, nieliczni są jeszcze tutaj. Chuck Berry, w moim odczuciu pierwszy wielki, od dawna już się nie udziela. Jerry Lee Lewis w 2010 roku wydał płytę. Jaką? Ze swoimi największymi przebojami opracowanymi na nowo, zagranymi wespół z najpilniejszymi uczniami.

Drugie pokolenie…

azymut, punkt odniesienia – ci, co zaczynali w latach 60. – też nieuchronnie zbliżają się do mety. Biologia jest nieubłagana. Pierwsi spośród nich umierali przedwcześnie: w katastrofach lotniczych, wypadkach samochodowych i motocyklowych, z przedawkowania alkoholu i/lub narkotyków. Potem przyszły choroby. Teraz – wszystko to razem plus nieuchronna starość. Sam też nie wiem, jak jeszcze długo będę mógł ten proces obserwować. Jak to będzie, gdy umrą ikony rocka – gdy zabraknie Beatlesów, Stonesów, Dylana, gdy wykruszą się następni wielcy?

Filharmonia

Pozostaną płyty i rejestracje koncertów, pozostaną oryginały. Ale czy ich muzyka będzie grana na żywo – tak jak Vivaldiego, Chopina, Mozarta? Czy przeniesie się do filharmonii, stając się muzyką przeszłości dla wybranych? Czy aby zobaczyć rozbijanie gitar na koniec koncertu, usłyszeć wykrzyczane do mikrofonu there’s no future, no future for me! będziemy zakładać garnitury albo – też zgodnie z savoir vivre’em – znoszone dżinsy, kolorowe koszule albo czarne tiszerty?

Czy to będzie miało sens, ta muzyka, jak się dziś upieram, oryginału, grana przez wykształconych w akademiach muzycznych instrumentalistów i wokalistów? Czy w sklepowych przegródkach z muzyką klasyczną znajdziemy kiedyś Beatlesów pomiędzy Bachem i Beethovenem? Bo przecież oni wszyscy w swoim czasie tworzyli muzykę ku rozrywce – ?

Revival bands

Albo jeszcze inaczej. Zadanie to przejmą kapele typu revival. To właściwie już się dzieje. Sale koncertowe wypełniają się podczas występów The Australian Pink Floyd czy The Musical Box, grającego stare kawałki Genesis. Dawno temu, na początku lat 80., przy pełnej widowni wystąpił w Spodku RFN-owski The Beatles Revival Band. I co? Hm, było zawodowo i wzruszająco.

Więc?

 

 

Los starych płyt

Odkąd przed laty w domu zepsuły się i okazały nie do naprawienia dwa bardzo dobre w swoim czasie gramofony – Daniel i Fryderyk – płyty gramofonowe poszły w odstawkę. Kończący się weekend spędziłem między innymi na tym, że z kartonów pochowanych gdzieś w piwnicznych pomieszczeniach zacząłem wyjmować, jak to się dziś mówi, analogi, aby sporządzić ich listę. By je sprzedać, pozbyć się ich, uwolnić piwnicę od kolejnych rupieci. Ejże, czyżby rupieci?

[more]

Jak mierzymy swoje życie? Jaką miarę przykładamy, by dokonać oceny całościowej i ocen mniejszych, cząstkowych? Co stanowi o tym, że patrzymy na mijające dni z satysfakcją lub, odwrotnie, z niezadowoleniem lub wręcz dezaprobatą? Ile znaczą w tym wszystkim młodzieńcze fascynacje, także te muzyczne?

No i co z tego że w komunie, młodość mieliśmy jedną. Trudno nie spoglądać wstecz z nostalgią. Za coraz dawniejszymi latami, za coraz bardziej utraconym „wszystko jeszcze przede mną”. Te kilkaset płyt, w zdecydowanej większości polskich i demoludowych, to jednak kawał mojego życia. Wchłaniania jak gąbka wszystkich dźwięków z tych najstarszych krążków, niezliczoną ilość razy kładzionych na talerz gramofonu. Ileż wspomnień – kolejkowych, bo przecież tych płyt zwykle się nie kupowało, a w pocie czoła zdobywało, polowało na nie, wysupłując resztki grosza z portfela. Ileż imprez albo samotnych wieczorów spędzonych przy słuchaniu muzyki, ileż kontemplowania okładek, rozmów czy wręcz zażartych sporów o to, który zespół lepszy, który gitarzysta wspanialszy.

Nie wszystkie albumy ukazały się w wersji kompaktowej, a niektórych w wersji CD ciągle nie mam. Czy wobec tego nie lepiej będzie kupić jakiś, nawet najprostszy, gramofon? No, dobrze – ale płyty muszą być pod ręką, jeśli mają być słuchane. Gdzież  znaleźć dla nich miejsce, gdzie je upchnąć pośród innych sprzętów?

I znów wracam do pierwszej myśli – pozbyć się? To przeciez prawie jak wyrzucić swoje stare zdjęcia. Sprzedać – wszystkie, za parę groszy? Kolejny raz obejść się z samym sobą tak bezlitośnie, tak bez sumienia wobec lat górnych, chmurnych i durnych? A może jednak pozostawić je w spokoju? Zostawić  tym, którzy będą kiedyś po nas robić porządek? Niech sami ocenią, co z tym począć. Im będzie łatwiej, bez zbędnych emocji, przynajmniej muzycznych. Bez wspomnień.

(5 sierpnia 2012)


Fani i fanki, Franie i Franki

Darmowe koncerty to specyficzne imprezy. Ci, którzy zawiadują przybytkami kultury, mówią, że psują rynek, bo ludzie nasłuchają się latem za darmochę i nie chcą potem kupować biletów na imprezy organizowane w chłodniejsze miesiące. Ale mnie gnębi co innego. Z całą świadomością, że miejsce koncertu to nie kościół, że ma to być zabawa, a nie nabożne skupienie.

[more]

W plenerze, zwłaszcza przy ładnej pogodzie, najgorzej znaleźć się na szlaku łączącym scenę z wyszynkiem. Pielgrzymki suną bezustannie w jedną i drugą stronę, poszturchiwaniu i deptaniu po nogach nie ma końca. Ale zawsze można próbować zejść z linii strzału. Jeśli granie jest dostatecznie elektryczne, głośne – gwar rozmów nie jest tak dokuczliwy.

To, czego doświadczyłem w sobotę na „Urodzinach Katowic”, bardzo mnie zasmuciło. Koncerty pod dachem, widownia – ze sto pięćdziesiąt, może w porywach dwieście osób. Przytłaczająca większość to młodzież studencka i licealna.

Ja wiem, że za darmo, że bez problemu można wejść (choć akurat niekoniecznie, o co niektórzy denerwowali się na tzw. forach) i wyjść. Więc znowu ta ludzka migracja. Zastanawia mnie jednak traktowanie sali koncertowej jak knajpy, w której się siedzi lub stoi i gada ze znajomymi (ciągle ktoś się z kimś wita, ściska i żegna), a gdzieś z kąta płynie muzyka – tak głośna, że trzeba się nieźle nawydzierać, by powiedzieć coś do ucha stojącym obok. Płynie niekończący się potok słów. Na przykład w czasie występu Kari Amirian w kwestii, że się bardziej lubi Julię Marcell od Amirian, że Julia jest lepsza. No dobra, tylko co mnie, stojącego obok, obchodzą te dywagacje? Gęba mu się nie zamyka, swoją znajomością tematu macha jak szabelką przed dwiema panienkami. Opieprzam go w rodzimym narzeczu, że swym gadaniem przeszkadza innym, ale on patrzy i po oczach widać, że nie rozumie, o co mi chodzi.

I tak docieram do sedna sprawy. Bo zarówno w trakcie koncertu The Saintbox, jak i podczas występu Amirian sporo było cichych fragmentów. A tym bezustannie towarzyszył szum na widowni. Jak to nazwać – brakiem kindersztuby, chamstwem, prostactwem, głupotą? Szczeniackim poczuciem wolności do i od wszystkiego?

Przecież, człowieku, przyszedłeś na koncert. Tych paru ludzi stojących na scenie gra również dla ciebie. Oni są w pracy, szczególnej, bo polegającej na dzieleniu się owocami swego talentu. Niemałego, więc tym bardziej wartego okazania szacunku. Jak cię to nie interesuje, nie podoba się – wyjdź. Najlepiej w przerwie między utworami. Wyjdź, a nie stój i nie gadaj. Nie przeszkadzaj muzykom na scenie – oni słyszą ten szum, na pewno nie pomaga im w koncentracji (choć, niestety, już się do niego prawdopodobnie podczas takich imprez przyzwyczaili). Przeszkadza innym, którzy chcą słuchać.

Boże, jakie to proste i, zdawałoby się, oczywiste. A jednak dziś już właściwie nieosiągalne. Czego się czepiam – ja, stary zgred? Przecież ten, co przed chwilą jeszcze tak tokował, teraz kołysze się w rytm muzyki, w zapamiętaniu prawie zamyka oczy. W trakcie trzydziestu sekund skupienia doznaje kolejnej życiowej iluminacji.

Sam też robię wszystko, by skupić się na graniu. Na szczęście słuch mam jeszcze dobry. A o gustach – np. muzycznych lub dotyczących sposobów spędzania wolnego czasu – się nie dyskutuje. Zwłaszcza w trakcie koncertu.

Oberek nadwiślański

Dużo ostatnio dni polskich w Trójce. Grają tej rodzimej muzyki w jeden dzień tyle, co kiedyś w miesiąc bez mała. I dobrze, bardzo dobrze.

[more]

Bo ducha należy wzmocnić – po łomocie w Euro, po kolejnej już olimpiadzie, kiedy ponadtrzydziestomilionowemu narodowi, a wręcz państwu niemałemu, w barwach którego występowali nawet przedstawiciele nacji skośnookiej, nie dane było wyjść z dychy, jeśli chodzi o ilość zdobytych medali, po debiucie Fornalików biało-czerwonych i niebieskich, po lechickich, a i legionowych olśnieniach futbolowych. Udowodnić, iż Polacy nie gęsi i swoją muzykę mają. Trudno co prawda przypuszczać, byśmy pokazywali ją, do słuchania podawali wszem narodom postronnym, albowiem ci eine kleine nacht, a nawet hudbę własną mają i trudno przypuszczać, by poza dziwakami jakimiś, Witami Stwoszami, Celtesami czy Johnami Porterami, nad naszą od mazurków i oberków pochylać się mieli zamiar.

A przecież my, najpierwsi wśród Słowian, krew gorącą mamy. Do smaku doprawioną gorzałką i rokendrolem zza wielkiej wody albo kanału La Manche co najmniej. Dla nas trzy gitary i perkusja to bułka z masłem. Pardon, z dżemem. Z Dżemem.

Dżemu dziś usłyszałem dwa kawałki (Czerwony jak cegła i Partyzant), a w ostatnich dniach całe cztery, co jest liczbą iście zawrotną. W tej ciężkostrawnej zalewie nowo powstałych dzieł w sporej mierze nikomu niepotrzebnych, anglosaskich i domowych, wśród powrotów do nazwisk i nazw boleśnie powtarzalnych – miło jest czasem usłyszeć coś mniej oczywistego, niezasłużenie przykurzonego.

Miło jest też poczuć połechtaną miłość własną, a więc usłyszeć znienacka to, co od lat szumi w głowie, co obecne jest na domowych półkach z płytami, co kojarzy się z dawnymi, coraz dawniejszymi niestety latami. Gdy jeszcze brałem grzebień do ręki, by włosy jak myśli nieposłuszne choć na parę godzin ułożyć, grzywkę na bok przerzucić, coby kosmyki niesforne obrazu świata nie zaciemniały, w pomroczność jasną nastoletnią albo nieco późniejszą nie wpędzały.

Bułka z Dżemem. Ale może też być set z pasztetową. Krupniok z ogórkiem w chórkach. Unplugged solidny salcesonu. A niechby i, pal diabli, ogonówki cover. Byle tylko nie – błagam! – garmażeryjne popmielone. I parówkowa dansingowa kiełbasą zwana, koniunkturą przegrzana wielokrotnie – precz z odtwarzacza, won od bębenków moich, zauszników najzaufańszych!

16 sierpnia


 

Nie lubię piosenki francuskiej

Życie nie jest czarno-białe – zacznę od mało odkrywczej myśli. Między bielą a czernią mamy całą paletę barw, oszałamiających albo delikatnych kolorów, niezliczone odcienie szarości.

[more]

Pewnie ktoś powie, że nie mam pojęcia o piosence francuskiej, ale myśląc o postaciach największych – takich jak Edith Piaf, Georges Brassens, Jacques Brel (wiem, że to Belg) czy – dziś – Celine Dion (tak, wiem, że to Kanadyjka i że śpiewa najczęściej po angielsku), mam nieustanny, mimo upływu lat, odruch wymiotny albo co najmniej niechęć. Mogę cenić warsztat, mieć świadomość, że to profesjonalne, ale przemóc się nie potrafię. I wiem, że nic tu się już nie zmieni.

Nie cierpię, gdy próbuje się na mnie – jako odbiorcy – wywierać tego rodzaju nacisk, presję. Gwałt. W tym śpiewaniu nie ma stanów pośrednich, tego „pomiędzy”, którego przecież w życiu jest najwięcej, tego, co stanowi o wzroście lub obniżaniu się temperatury doznań. Są jedynie stany skrajne.

Piosenka francuska to dla mnie śpiewanie rozciętym gardłem, to głos, który wydobywa się z trzewi. Żadnych niuansów, subtelności, niedopowiedzeń. Życie jest cierpieniem, istnienie boli – i tylko o tym warto śpiewać. A jak to robić inaczej, niż plując krwią co najmniej do dziesiątego rzędu na widowni? Skręcając się w przedśmiertnych konwulsjach, trzymać za fraki mikrofon i każdego słuchacza?

Ja się boję, nie chcę, uciekam. Od radioodbiornika, jeśli coś takiego słyszę, od rozmówców zachwyconych takimi nutami. Od płyt nie muszę, bo ich po prostu nie posiadam. Zwiewam gdzie pieprz rośnie – tam gdzie niedookreśloność, niepewność, gdzie dużo pytań i brak prostych odpowiedzi.

Do muzyki anglosaskiej, w której tego „pomiędzy” jest cały ocean. Gdzie można przycupnąć, przystanąć, schować się na chwilę lub na całe życie. Gdzie po Led Zeppelin można włączyć Cassandrę Wilson, a po Beatlesach Milesa Davisa. Po Ninie Simone wrzucić do szufladki The Smiths albo Manic Street Preachers. Po to, by smakować muzykę całymi garściami. Jeśli już życie, które stało się naszym udziałem, nie jest czymś szczególnie wyjątkowym, to niech choć muzyka dostarcza całej gamy wzruszeń.

Z tekstem w języku francuskim też. Przed laty, na przełomie lat 70. i 80., Wojciech Zamorski prowadził w Trójce program Rock z Kanady. Oprócz takich oczywistości jak Rush, zaprezentował tam kiedyś grupę z Quebec – Cano – w której na zmianę śpiewali w języku Moliera i Woltera pani i pan. Ale całkowicie zanurzeni w anglosaskich niedomówieniach. Również w przecudnej urody wersji Frère Jacques, czyli – po naszemu – Panie Janie.

O dojrzewaniu talentów

W trójkowej Historii pewnej płyty była dziś mowa o pierwszym LP Myslovitz. Na koniec padły znamienne słowa. Krążek sprzedał się w nakładzie dwunastu-trzynastu tysięcy egzemplarzy, co w przełożeniu na dzisiejsze warunki daje jakieś pięćset-siedemset sztuk. Poniesione nakłady nie zwróciły się. Obecnie oznaczałoby to koniec – żaden wydawca nie zaryzykowałby wydania drugiej, nie mówiąc o kolejnych, płyty.

[more]

Nie byłoby więc Miłości w czasach popkultury – jednego z najważniejszych albumów w historii polskiego rocka. Muzycy zawiesiliby instrumenty na kołkach i zajęli się pracą zawodową – w kopalni, szkole, na uczelni. Talenty zostałyby – najpewniej – bezpowrotnie zakopane. Ilu jest teraz takich wykonawców, którzy wiele lat czekają na swoją kolejną szansę, ilu takich, którzy zrezygnowali z czekania?

A przecież twórczość – to najczęściej dojrzewanie, rozwój, powolne dochodzenie, odkrywanie siebie, rozpoznawanie tego, co skrywają, banalnie rzecz ujmując, serce i głowa. Ilu artystów było od razu w pełni ukształtowanych, gotowych? Garstka zaledwie. Dziś książka, film, obraz, płyta – są takim samym towarem jak żywność, ciuch, telewizor, samochód. Mają przyciągać wzrok, rozbudzać chęć posiadania. Coś, co się nie sprzedaje dość dobrze, nie zwraca kosztów, nie przynosi zysków – niewarte jest ryzyka kolejnych nakładów. Okrutne.

Z twórczością i mecenatem (tak czy inaczej rozumianym) jest jak z łowieniem bursztynów albo poszukiwaniem złota. Trzeba strawić wiele czasu, poświęcić sporo sił, wydać nieraz dużo pieniędzy, by osiągnąć pożądany efekt. Czyli z masy produkcji, wielu rzeczy zbędnych, takich sobie, wyprodukowanych w studiu – wyłowić perły, ochronić je, dać spokój – czas i trochę pieniędzy – by mogły rosnąć, rozwijać się. I owocami swego talentu cieszyć wielu, bardzo wielu ludzi. W szczególnych przypadkach, talentów największych – przez długie lata.

Po Gomułce zostało tylko niezbyt dobre wspomnienie. Po Niemenie, Grechucie, Skaldach czy Nalepie – nie tylko Wspomnienie, ale mnóstwo znakomitej, nadal aktualnej muzyki. Która wciąż pyta zupełnie niepotrzebnie Czy mnie jeszcze pamiętasz?, bo kolejne pokolenia mają świadomość, że należy ją Ocalić od zapomnienia. Bo jest tego warta i, co najważniejsze, słuchana. A przecież z wymienionych tylko Grechuta objawił się od razu jako artysta gotowy.

29 kwietnia 2012

 

Słowo o produkcji

Kiedyś wszystko było bardziej przejrzyste. Wchodziłeś do studia, nagrywali cię. Albo umiałeś grać – co było potem słychać, albo nie – co też było słychać.

[more]

Słychać, jak Beatlesi z niemal klezmerów stają się niezłymi rzemieślnikami, co w połączeniu z geniuszem autorskim dało efekt absolutnie ponadczasowy. Słychać, jak Bruce, Clapton i Baker – czyli The Cream – napieprzają we trzech ledwie, tworząc taką ścianę dźwięku, że do dziś, gdy posłuchać zwłaszcza ich nagrań koncertowych, dech zapiera.

A obecnie możesz siedzieć w domu przed komputerem z jakimś oprogramowaniem i „tworzyć muzykę”. Nie mieć pojęcia o grze na fortepianie czy gitarze, a spreparować brzmienie całej orkiestry. Albo w studiu aż do skutku poprawiać wokale, riffy i solówki.

Tylko jak potem wyjść z tym do ludzi, jak zagrać to na koncercie? Termin produkcja zrobił oszałamiającą karierę. Sama produkcja też. Bardzo często dziś chciałoby się zawołać, że – niestety. 


Słowo o debiutach z wysokiego „C”

Jest trochę debiutów płytowych, które nagrane zostały przez wykonawców „gotowych”. Tych, którzy na swych pierwszych płytach zaprezentowali się w pełni, od razu znakomicie.

[more]

Mieli potem bardzo trudne zadanie. Już nie można było mówić w ich przypadku o rozwoju, a „tylko” o ściganiu się z samymi sobą. Takim zespołem byli The Doors, a po nich jeszcze m. in. Wishbone Ash, Steely Dan, Dire Straits czy Pearl Jam. Takim artystą był w tym samym czasie co panowie z Kalifornii Jimi Hendrix.

Kilka niebezpiecznych w pewnym wieku zwierzeń

Wydłubcie mi oczy, obetnijcie ręce i nogi. Ale zostawcie uszy, bo bez muzyki nie wyobrażam sobie życia.

[more]

Mogę sobie wyobrazić resztę życia z dala od ludzi, bez kobiety (choć nie byłoby to łatwe), gdzieś na bezludnej wyspie, ciepłej, bym nie marzł i mógł hodować jakieś rośliny, którymi potem bym się żywił. Ale pozwólcie mi tam zabrać dużo książek i mnóstwo płyt, abym mógł słuchać tego, co kocham najbardziej. I jakąś prądnicę, by móc wytworzyć prąd, dzięki któremu miałbym sposobność uruchomić urządzenie odtwarzające.

 *

Różne rzeczy można mieć w głowie – słowa, obrazy. Ja mam dźwięki. Na początku była cisza, a z niej zrodziła się muzyka. Pewnie to moje subiektywne odczucie, lecz sądzę, że ona jest najbliżej pełni. To ona, jako pierwsza wśród sztuk, jest w stanie pochłonąć wszystkie myśli i zmysły człowieka, pochłonąć go bez reszty.

 *

W życiu miałem i mam tylko jedną używkę. Nie napaliłem się wiele papierosów, niewiele piję alkoholu (choć przed laty, w studenckich czasach, trzy razy urwał mi się film), nigdy nie próbowałem narkotyków. Natomiast w muzykę mógłbym zapaść się zupełnie, mógłbym w niej utonąć.

*

Dźwięki, które naśladują naturę (Boga), są muzyką. Dźwięki, w których nie ma już harmonii, melodii, w których jest już tylko sztucznie spreparowany rytm albo jazgot instrumentów i bełkot dobywający się z gardła domniemanego wokalisty – nie są już muzyką. Piszę to, mając świadomość, że ta granica u każdego przebiega w innym miejscu, że zmienia się z biegiem lat. Dla minionych pokoleń tą cezurą było z pewnością pojawienie się rock’n’rolla – instrumenty podłączone do prądu, wzmacniacze dźwięku, coraz potężniejsze zestawy kolumn.