Jasny gwint – nie przymierzając, w gramofonie! I jakże ja teraz mam dalej, w dodatku – poskarżę się – charytatywnie, blogować?! Jakże to po takich obscenach do klawiatury zbliżać? Toć ryzykuję jeśli nie porażenie mózgowe, to prądem przynajmniej.
[more]
Niech mi ci, co to wiedzą, że o nich chodzi, odpuszczą polonistyczne zboczenie i przywoływanie nadaremno w tych niskich blogowych progach nazwisk wieszczów, ale jako grafoman podeprzeć się muszę celniejszą frazą:
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.
Poeta
Pisała pani kiedy?
Rachel
Nie chciałam.
Gust ten właśnie wielki miałam,
żeby nie pisać – lichą formą się brzydzę.
Niech mi wybaczą, raz jeszcze proszę, nie tylko Miłosz i Wyspiański cytowani wyżej.
Ale zaraz – co to ja chciałem? Ach, już sobie przypominam. Kiedyś, gdy jeszcze intensywnie śledziłem „Idola”, zdarzało mi się, po którymś kolejnym z wiekopomnych tzw. wykonów, w przerwie na reklamy, wyłuskać odpowiednią płytę z półki (tak jest: płytę z półki, a nie klip z youtube’a) i odkręcić nieco mocniej potencjometr wzmacniacza. Tak na odreagowanie, dla nadania właściwego wymiaru sprawom i rzeczom.
Ludzie, przecież te zdania – dziś i w przeszłości – które na pohybel samemu sobie popełniłem, to tylko po to, by powiedzieć Wam, że lubię, że kocham. Te zdania tylko po to, by zaraz Wam zapuścić – doktorat albo nawet habilitację z rokendrola. Jednakże nie moje to (cóż począć) osiągnięcia naukowe, ale…
W tym przypadku – czterech facetów. Jest rok 1971. Pracują w studiu, nagrywając swoją czwartą płytę. A w wolnej chwili, zupełnie ad hoc, rejestrują coś takiego:
Play it again, Sam!
Once more, one more time!
Raz, dwa, trzy… Mało! Sto procent rokendrola w blogu!
Szlag mnie trafia. Że wciąż nie ma mocy sprawczej, by w Polsce – dużym w skali europejskiej kraju – pewnym wykonawcom zorganizować trzy lub przynajmniej dwa koncerty.
[more]
*
Od trzydziestu siedmiu lat jestem katowiczaninem, od prawie trzydziestu mieszkam dwa kilometry od jednej z wizytówek miasta, niezwykle charakterystycznego, nomen omen, obiektu na Górnym Śląsku.
Spodek rodził się u progu lat 70. pod nie tylko politycznym patronatem ówczesnego wojewody katowickiego, powstańca śląskiego, generała
Jerzego Ziętka.
Udzielnego księcia, który jednak nie tyle własne, co swoich poddanych dobro miał na względzie. Jego pozycja w tych komuszych czasach była przedziwna i wyjątkowa, a obok Spodka do pomnikowych dzieł Jorga zaliczyć należy m.in. Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku położony na granicy Katowic, Chorzowa i Siemianowic.
W czasach gospodarki sterowanej centralnie ukrywał budowę hali przed komitetem centralnym oraz wodzem naczelnym jedynie słusznej partii jak długo się dało. Gdy wreszcie Gierek zjechał z wizytą na Śląsk, prace były tak daleko zaawansowane, że o ich wstrzymaniu czy wręcz wyburzeniu tego, co już wyrosło z ziemi, mowy być nie mogło.
Sam Ziętek otworzył pierwszą dużą imprezę organizowaną w tym miejscu – były to mistrzostwa Europy w zapasach w 1972 roku. Ci, co pamiętają Wembley w 1973, zwykle nie zapomnieli też o 6-4 z ZSRR na rozpoczęcie hokejowych MŚ w 1976 roku. Mój brat, całe zawodowe życie będący dziennikarzem sportowym, człowiek, który zjeździł kawał świata, parę lat temu w rodzinnej rozmowie mówił, że drugiego takiego miejsca nie ma nigdzie. Owalny kształt sprawia, że – jak na stadionie – miejsca w każdym sektorze skierowane są ku środkowemu punktowi płyty (sceny), czego nie są w stanie zapewnić hale budowane na planie prostokąta.
Imprez większych i mniejszych
organizowanych w Spodku przez kilkadziesiąt lat było całe mnóstwo. Spektakle teatralne, pokazy filmowe (także takie ze specjalnymi efektami), targi, wystawy, spędy różnej maści i proweniencji, nade wszystko jednak imprezy sportowe i koncerty. Eric Clapton, John Mayall, UFO, Nazareth, Budgie, Elton John, Republika, Lady Pank, Perfect, Kult, Myslovitz, Rawa Blues z Dżemem, Nalepą, Jakubowicz i Dudkiem, Kraftwerk, Klaus Schulze, Saxon, Accept, Whitesnake, Joe Cocker, Basia Trzetrzelewska, Genesis, Yes, Page z Plantem, ZZ Top, Emerson, Lake & Palmer, Jethro Tull, Procol Harum, Deep Purple, Black Sabbath, Heaven and Hell, Sting, Cranberries, Pearl Jam, Alice In Chains – to tak z pamięci, na szybko. Na zdecydowanej większości tych koncertów byłem. Gardło nieraz ściskało mi wzruszenie, łzy ciekły po policzkach, gdy dwaj panowie P grali klasyczne numery Led Zeppelin.
Czas biegł nieubłaganie, zdarzało się, że przy ulewnych deszczach widzom kapało na głowę.
Remont
stawał się coraz pilniejszą potrzebą. W środku niczego szczególnego, niestety, nie zrobiono, standardy z lat 70. pozostały – niezbyt wygodne krzesła, niewielkie odległości między rzędami sprawiające, że kolana wbijają się w oparcia siedzeń w poprzedzającym rzędzie. Zdecydowanie lepiej jest na zewnątrz – obiekt znów przedstawia się imponująco, odświeżono całą elewację, naprawiono dach.
Przy okazji jednak z ogromnej przecież budowli wyprowadzono kasy biletowe. To jasne, każdy metr kwadratowy i sześcienny jest na wagę złota. Zupełnie na zewnątrz stanęły więc gustowne kontenery, prawie jak na placu budowy.
Spodek
we władaniu MOSiR-u
ucichł i przysiadł na jakiejś mgławicy między galaktykami głupoty i niekompetencji. Za spore, najwyraźniej, pieniądze zainstalowano podwieszane nagłośnienie. Ilu szanujących się artystów z Zachodu przyjedzie dziś i zda się nie na swój, sprawdzony sprzęt, a na zupełnie nieznany, stanowiący wyposażenie hali?
Przed halą zawieszono telebim. Kiedyś informacje o kolejnych imprezach pojawiały się w postaci malowanych, olbrzymich reklam. Wisiały nieraz przez kilka miesięcy, skutecznie informując o najważniejszych wydarzeniach. Zniknęły, a wśród migających odtąd obrazków próżno szukać klipów o najbliższych pozycjach repertuarowych. Bywa, że przejeżdżam wieczorem tuż obok, widzę pełno samochodów – i zastanawiam się, co odbywa się w środku. I najczęściej nie znajduję odpowiedzi, chyba że zajrzałem lub zajrzę do gazety czy internetu.
Niedawno jeden z moich synów po powrocie z Wiednia mówił: „Stanąłem obok jakiegoś słupa ogłoszeniowego i widzę, że w jednym tylko miejscu niemal dzień po dniu odbywają się koncerty…”. Mam świadomość, że jesteśmy ciągle za biedni, by miało się dziać podobnie w Polsce. Że i w lepszym dla koncertów okresie z powodu kiepskiej sprzedaży odwołano w Katowicach występy Supertramp czy INXS. Ale
szlag mnie trafia.
Z dwóch powodów – że koszmarne, przypominające stare czasy rządy katowickiego MOSiR-u powodują, że w Spodku pewne rzeczy dzieją się siłą rozpędu, że to dobry stały adres dla, z całym szacunkiem, Australian Pink Floyd Show czy Deep Purple, ale co z całą resztą? Wykonawcy tacy jak Dream Theater, Nine Inch Nails czy Manowar, tacy i zupełnie inni, powinni pojawiać się na tej scenie o wiele regularniej (był taki moment pod koniec lat 90., gdy tydzień po tygodniu grali w Katowicach Jethro Tull, EL&P, Black Sabbath i Deep Purple). Zbyt często ta hala na około dziesięć tysięcy miejsc jest właściwym miejscem na imprezki typu „Disco Day” albo koncert Walentynkowy „Discotex”, na targi ślubne czy giełdę minerałów, ale to, co naprawdę elektryzuje rockowych melomanów nad Wisłą, trafia dziś, najczęściej, do Atlas Areny.
Chciałbym w tym miejscu zastrzec, że nie mam nic przeciwko halom i koncertom w innych częściach kraju. Nie o to chodzi, by wciąż móc w kapciach docierać na występ swojego ulubionego wykonawcy i uśmiechać się z wyższością na widok samochodów z rejestracjami z odległych województw.
Ale, powtórzę, szlag mnie trafia. Że wciąż nie ma mocy sprawczej, by u nas – w dużym na skalę europejską kraju – pewnym wykonawcom zorganizować
dwa lub trzy koncerty:
na przykład w Gdańsku, Warszawie i Wrocławiu. Albo w Szczecinie, Poznaniu i Krakowie, czy też w Łodzi i Katowicach. Bo nie wierzę, by się nie sprzedały, na przykład Peter Gabriel lub Black Sabbath. I rodzą się w mojej głowie, mieszkańca wielomilionowej aglomeracji, jedynego tak wielkiego skupiska ludzkiego w Polsce, dwa proste pytania. Pierwsze – jak wygląda obecnie rachunek ekonomiczny Spodka? I drugie – czy dyrekcja hali oraz magistrat słyszeli o czymś takim, czy wiedzą, jak powinien dziś działać management z prawdziwego zdarzenia?
I nie wierząc w dobre rozwiązania w przyszłości, czekam z niecierpliwością na otwarcie podobnych przybytków w Gliwicach i Krakowie. Bo wyjazd w te miejsca nie będzie wiązał się ze sporymi dodatkowymi kosztami, z co najmniej jednodniowym urlopem oraz wielogodzinną wyprawą (wspaniałą siecią rodzimych autostrad lub szybkimi kolejami). Wyprawą, której koncert będzie stanowił najważniejszą, ale niestety nie jedyną istotną część.
[W NaTemat: 15 stycznia, 28 maja 2014]
P.S. W miniona niedzielę, po raz pierwszy od bardzo dawna, miałem okazję znaleźć sie w Spodku. Widownia wreszcie doczekała się nowych krzeseł, połączenie hali z centrum kongresowym – tak wewnątrz, jak i na zewnątrz – przedstawia się imponująco. Natomiast w toaletach panują nadal zupełnie nieśląskie porządki. No i przede wszystkim: wołanie o sensowny repertuar koncertowy jest nadal aktualne.
– Czy to prawda, że znasz Marylę Rodowicz? – Częściowo. – To znaczy? – Ja ją znam, ona mnie nie.
[more]
Ach, jak miło by było powiedzieć tu i ówdzie, że znam. Tak pogrzać się, mi, maluczkiemu, w cieple znanego nazwiska, i to niejednego. By móc palnąć na jakiejś imprezce tak od niechcenia: No, znam, znam przecież.
Miło jest znać. Tylko jak tu potem, po jakimś kiksie w postaci np. słabego albumu lub występu, iść w zaparte. Twierdzić, że zachwyca, skoro nie zachwyca. Domyślam się, że to nie takie proste dla niektórych dziennikarzy: „Dziś tu sobie gadamy, pijemy piwo, ale jutro powiem na antenie albo napiszę, co myślę”. To może już lepiej nie znać – za blisko lub wcale?
*
Piotr Kaczkowski, pytany kiedyś, dlaczego ciągle się uśmiecha (co słychać nawet przez radio), opowiadając o prezentowanej przez siebie muzyce, odparł, że powód jest prosty. Ponieważ prezentuje to, co lubi. Na inną muzykę szkoda czasu.
*
O gustach się nie dyskutuje. Inżynier Mamoń lubił tylko te piosenki, które znał, ktoś inny lubi muzykę poważną albo disco polo. A ze mną jest tak, że muzyka pozostaje jedyną, za to codzienną używką. Rocka mam we krwi, pewni wykonawcy, pewne płyty wyzwalają we mnie bardzo mocne emocje. I nie będę się tego wstydził, bo to moja pasja. A wiem, ponieważ już trochę wiosen przeżyłem, że najsmutniejsi są ludzie niemający żadnych zainteresowań. Natomiast nie każdy takie upodobania musi podzielać – co oczywiste i nie mogę tego nie uszanować.
*
Życie niesie ze sobą sporo różnych problemów, komplikacji. Zmusza do wielu kompromisów. Gdy przystępowałem do prowadzenia bloga, ani przez moment mi jednak nie przeszło przez głowę, aby miał on stać się kolejnym miejscem, w którym będę zmuszony z kimkolwiek się układać. Od blisko dwóch lat piszę więc wyłącznie o tym, co mi się podoba, czasem tylko napomknę o czymś mniej ulubionym, Zdarzyło się, że – zawiedziony po jakimś koncercie – napisałem parę cierpkich słów.
*
Chwalę tylko to, co mi się podoba. Jeśli miałbym się sprzeniewierzyć tej prostej zasadzie – i klaskać wbrew sobie, z jakichś powodów (bo tak uważa większość czy też, o zgrozo, ponieważ wziąłem za to pieniądze), byłaby to moja osobista porażka. I tyle.
I jeszcze coś dla ludzi pokroju szanownego komentatora mojego poprzedniego wpisu (komentatora, który napisał „Tekst sponsorowany!”) – tych spod znaku spiskowej teorii dziejów:
Idą dwie łodzie podwodne przez las. Jedna mówi do drugiej:
– Hej, ty!
– No i co z tego, że ja?
P.S. Przed laty, w sklepie należącym do jednej z dużych sieci handlowych, zaczepiła mnie panienka, oferując zakup jakiegoś kosmetyku.- Dostanie pan płytę z muzyką relaksacyjną gratis.- Proszę pani, po kwadransie słuchania tzw. muzyki relaksacyjnej nadawałbym się jedynie do tego, by mnie odwieźć do wariatkowa.
Jest taki dowcip z czasów, kiedy w latach 70. w Norwegii odkryto złoża ropy naftowej. „- Teraz – mówi Szwed – każdy z was wreszcie kupi sobie samochód. I z pewnością będzie to Volvo. – O, tak – odpowiada Norweg. – Będziemy też mieli swoich kierowców. I na pewno będą to Szwedzi”.
[more]
I jeśli w te dni „szczególnej troski” pragniemy być trochę lepsi, to pamiętajmy, że my sami też jesteśmy takimi sąsiadami. Odpuśćmy nieco – sobie i innym, sprawmy, by ciśnienie z nas trochę zeszło. Dajmy spokój z tym źdźbłem i belką w oku. Mówiąc górnolotnie, na niechęci i nienawiści ludzkość nigdy zbyt daleko nie zajechała.
Więc jeśli opłatek (nieprzypadkowo biały) ma być symbolem pojednania, to uczyńmy to, przełammy się i przełammy się nim. Niech wyciągnięta ręka nie będzie tylko pustym gestem. Wyobraźmy sobie na przykład, że wyciągamy prawicę i uśmiechamy się przy tym do osób o zupełnie innych poglądach. Że nieobłudnie życzymy najlepszego na przykład tym politykom, na których przez cały rok psioczymy szczególnie, których nie lubimy i podejrzewamy o złe intencje.
Świata nie zmienimy, ale jakąś małą cząstkę w sobie – może tak. Choć na chwilę. Tego sobie i Wam życzę. I mniej telewizora, a więcej muzyki. Ona przecież zdecydowanie łagodzi obyczaje.
Jakiś czas temu, w TVP Kultura, w serii „Klasyczne albumy”, wzięto pod lupę drugi krążek The Band. Członkowie zespołu, starsi już panowie, wspominali czas realizacji płyty z 1969 roku. Jeden z nich powiedział coś takiego: „Gdy byliśmy młodzi, chcieliśmy podbijać świat. Dziś wiem, że najważniejsze to pomagać sąsiadom”.
Dzień dobry Państwu. Albo, mniej oficjalnie i bigbitowo: serwus. Bo w tym miejscu będzie muzycznie – czasem lirycznie, akustycznie, klawiszowo, rzadziej jazzowo i popowo, zwykle jednak gitarowo i rokendrolowo.
[more]
Ponieważ sięgam pamięcią już znacznie dalej, niż bym chciał, a dźwięk podpiętych do prądu instrumentów docierał do mnie, gdy ledwie wystawałem nad stół, nieuchronnie raz po raz skręcać będę w przeszłość, w stronę lat siedemdziesiątych i sześćdziesiątych, a zdarzy się, że jeszcze wcześniejszych. By jednak nie ulec całkowicie pokusie założenia ciepłych kapci i oddania się zgredowemu wspominkarstwu, obiecuję, że o tym, co niedawno ujrzało światło dzienne, też postaram się napisać.
Pragnę w tym wszystkim zachować umiar, nie czując przymusu ani zawodowej konieczności bycia na bieżąco przynależnej dziennikarzom muzycznym. Czas lektur obowiązkowych w moim życiu minął, więc czytam to, co chcę, chodzę do kina tylko na wybrane filmy, słucham tylko tych płyt, które sprawiają mi radość. Na inne szkoda czasu. Jednak mam nadzieję, że wciąż jeszcze szukam, że ten pociąg jeszcze mi nie odjechał.Będzie o muzyce – starej i nowej, o wykonawcach sprzed dekad i całkiem współczesnych, o koncertach, płytach i pojedynczych nagraniach. Wszystko to z miłości, bo bez muzyki nie wyobrażam sobie życia. I choć mam świadomość, że lepiej samemu słuchać, niż czytać, co piszą inni – spróbuję powalczyć z tym paradoksem. Zapraszam do lektury.
*
Tytuł tego tekstu to jednocześnie tytuł piosenki skomponowanej przez Grega Lake’a. Zamieszczonej na czwartej płycie tria Emerson, Lake & Palmer, Trilogy, wydanej w 1972 roku. Jednej z kilku przepięknych ballad napisanych przez tego gitarzystę i wokalistę – na samym początku kariery członka zespołu King Crimson, z którym nagrał dwa albumy: In The Court Of The Crimson King (1969) oraz, już tylko gościnnie, In The Wake Of Poseidon (1970). Gościnnie, bo po drodze zdążył wylądować w ELP.
Nie chcemy za wiele mówić. W tej chwili najzwyczajniej nie wiemy, co się wydarzy. Póki co, szukajcie nas (także, tylko?) w Na Temat, w zakładce „blogi”, tym razem pod nazwiskiem. Dziękując za już, prosimy o więcej. Zostańcie z blogiem. Z blog and rollem.
Rok temu jesienią mieliśmy szczególny wysyp klasyki. Teraz może nie jest to tak zmasowany atak, ale nestorzy reprezentujący co najmniej dwa pokolenia znów dają o sobie znać. Buddy Guy, Paul McCartney, Elton John, Sting, Sammy Hagar, Gov’t Mule, Pearl Jam. Do tego Kings of Leon, Manic Street Preachers, Arctic Monkeys. Nad Wisłą kobiety: Edyta Bartosiewicz, Anita Lipnicka, Ania Rusowicz. Strach brać się za taką wyliczankę.
[more]
Z paru powodów. Po pierwsze, bo zawsze się kogoś pominie. Po drugie, bo trzeba się trzymać za kieszeń. Jeśli moje polowanie na dawniej wydane płyty skupiam przede wszystkim na tych, które są do zdobycia za niewielkie pieniądze (a jest ich całe morze, więc i tak portki można stracić), o tyle w przypadku nowości o okazjach raczej nie ma mowy. Może tylko szybkie porównanie MM i Amazona.
Nie ma litości – znikąd. Rynek i sieci sklepowe chcą mnie wycisnąć jak cytrynę. Artyści co prawda powiadają, że nagrywają rzadko, ale przecież jest ich tak wielu. O żonie i o własnym poczuciu przyzwoitości nie wspomnę. A jeść i płacić rachunki trzeba.
Tyle muzyki, tyle nowej muzyki. Jeszcze nie wiem, dopiero sprawdzam, nad czym tak naprawdę warto się pochylić. Na którą płytę wydać złotówki z przeświadczeniem, że będzie ochota, by wracać do niej wielokrotnie i przez długie lata. Bo inaczej, moim zdaniem, nie warto. I jak tu sobie poradzić? Po prostu okropność.
Mam wreszcie to, o czym jako młody człowiek marzyłem. Jest pięknie.
Jakiś czas temu wystrzelałem się z zapasów, ze starych, długo czekających na swoją kolejkę notatek. Oczywiście, coś tam w zanadrzu jeszcze mam, ale są to albo teksty nieukończone, których pisanie z tych czy innych powodów przerwałem, albo te mniej – w blogu muzycznym – istotne, zamieszczane w cyklach „Języczek u wagi” lub „Zbieg z okoliczności”.
[more]
I tak mi przyszło do głowy, że z blogiem jest jak z tamagotchi. Niektórzy jeszcze pewnie pamiętają ten szał sprzed bodaj kilkunastu lat, gdy dzieci płci obojga wielokrotnie w ciągu dnia zajmowały się swym elektronicznym na przykład zwierzakiem (było, zdaje się, parę wersji do wyboru).
Z blogiem jest podobnie. Oczywiście, z jednej strony chłopski upór, by ciągnąć to dalej i wciąż. Bo przecież nie o wszystkim jeszcze napisałem, ba! – po prawdzie, to raczej napocząłem ledwie temat nie do opisania. A jednak, nieuchronnie, prowadzenie bloga nakazuje opiekę nad nim. Trzeba go nakarmić, wrzucać w miarę regularnie nowe teksty. Wyprowadzać na spacery, czyli sprawdzać, co też – ewentualnie – pojawia się w komentarzach, zerknąć dla przyzwoitości, co porabiają inni blogerzy, co im w szufladkach piszczy. Nawet na urlop ze sobą zabrać, by z oczu na zbyt długo nie stracić.
Więc wciąż dbać, by był nakarmiony, przewinięty w świeżą pieluchę, reagować na ślady wysypki czy przeziębienia.
A jak nie – to szybko dostaniesz po łapach. Znaczy: po statystykach. Nawet jeśli wiemy, że pojęcie prawdy dzieli się – filozoficznie – na prawdę, całą prawdę i g…o prawdę, zaś ekonomicznie na prawdę, całą prawdę i statystykę, to przecież czego tu się trzymać innego, jak nie statystyk właśnie? No bo jeśli przestajesz pisać do szuflady, wychodzisz do ludzi, to chcesz, pragniesz, by się pojawili, by byli. I nie odchodzili za daleko.
Już starożytni Rzymianie zżymali się na młodzież. Z kolei młodzi zdają się coraz głośniej wyrażać swoją niechęć do starszego pokolenia, niewiele rozumiejącego ze zmian dokonujących się w świecie.
Jest taki dowcip z brodą. Otóż bardzo wiekowy pan stwierdza:
– Zawsze mi mówili, że gdy się zestarzeję, nie będę mógł. A mi się po prostu nie chce…
[more]
Przenosząc to na grunt
muzyki
rokendrolowej – i przesuwając nieco środek ciężkości – myślę sobie, że jestem trochę jak ten dziadek z kawału. O wiele lepiej czuję się w starych dźwiękach, wciąż z radością odkrywam kolejnych wykonawców i kolejne płyty z dawnych czasów. I coraz mniej mam ochoty na to, by nadążać.
Z jednej strony widzę, że większość przedstawicieli mojego pokolenia już dawno wysiadła z tego pociągu, a z drugiej sam czuję, że w tym bezmiarze wciąż powstających dźwięków orientuję się coraz gorzej i – najpewniej – w ten sposób coś wartościowego mnie omija.
Jednak z pięcioma krzyżykami na karku łatwiej się z taką koleją rzeczy pogodzić. Już od dość dawna wiem, że wszystkich
smaków życia
nie popróbuję, wiem, że wielu próbować nie warto. Że wiele mnie ominie – i to całkiem szerokim łukiem. Więc godzę się z tym, że tak samo jest i będzie w odniesieniu do muzyki.
Przepraszam. Wiem, że młodzi myślą teraz: a ten znowu o czarno-białej telewizji i monofonicznym radiu. A ja, co wtorek będąc świadkiem bezustannego przekomarzania się Wojciecha Manna i Anny Gacek, śledząc ten ich międzypokoleniowy przekładaniec muzyczny, słuchając wybranych przez, za przeproszeniem, niemłodego redaktora i młodą redaktorkę utworów, wzajemnych – choć wygłaszanych z sympatią – uszczypliwości oraz oznak znudzenia (nawet jeśli są scenariuszowym elementem wspólnego bądź co bądź programu), zastanawiam się, czy jest jeszcze ciągle
tylko jeden rokendrol.
Bo może – tak samo jak wypadają ze spisu lektur Mickiewicz i Sienkiewicz – nie jest konieczna świadomość, że na długo przed tym, kiedy niejedną dzisiejszą gwiazdę zawinięto w pierwszego pampersa, świat zachwycał się Berrym, Beatlesami czy The Smiths.
Anna Gacek jest akurat świadoma tego „przed”, ale moi synowie na przykład już niekoniecznie. Lecz przecież nie uniemożliwia to odbioru muzyki. I czy sprawia, że – ewentualne – wzruszenia albo fascynacje są słabsze, gorsze? I czy mam mieć pretensje do nich, że niespecjalnie pochylają się nad tym, co sam usiłuję im – coraz zresztą rzadziej – podsuwać?
Bo gdzieś – i to niekoniecznie na koniec – pojawia się myśl, że skoro praca zawodowa nie jest całym życiem każdego z nas, tak samo muzyka nie musi.
Być może jest to objaw postępującego zwapnienia szarych komórek, ale moja muzyczna pasja poznawcza wciąż bardziej i bardziej przesuwa się w stronę przeszłości. Wiem już od paru dobrych lat, że nie ogarnę tego, co dzieje się dziś w muzyce, że czasu, sił i ochoty starcza na tylko trochę. Już samo wyłapywanie nazw i nazwisk pojawiających się w kolejnych programach Trójkowych redaktorów przyprawić może o zawrót głowy, a to przecież zaledwie cząstka wielkiej całości.
[more]
Spoglądanie w przeszłość w moim przypadku to najczęściej bardzo
spóźnione odrabianie lekcji.
Zdecydowanie obowiązkowych, jeśli chce się przynajmniej na własny użytek dociec, skąd „to wszystko” się wzięło. Raczej nie ma mowy o penetrowaniu tego, co nazwać by można drugim i trzecim rzędem na tej samej półce (jak to bywa w przepastnych bibliotekach), a po prostu o docieraniu zaledwie do kanonu. Do którego dostęp kiedyś był – bez pieniędzy lub rodziny na Zachodzie – bardzo utrudniony, na który byłem jako bardzo młody człowiek zbyt odporny. Dziś – po upływie paru dziesiątków lat – osobisty kanon z jednej strony zdecydowanie poszerzył swe granice, a z drugiej – stał się bardziej kanoniczny: pewniejszy, bo uświęcony czasem.
Od kilku lat
ceny płyt
zdecydowanie wspomagają mnie w tym powrocie do przeszłości. Od rarytasów za dwadzieścia parę, za kilkanaście złotych wprost uginają się półki (wreszcie, chciałoby się zakrzyknąć). W ten sposób moją własnością stają się klasyczne pozycje z dyskografii tego czy innego wykonawcy albo po prostu obszerne, często dwupłytowe, zremasterowane zestawy najważniejszych piosenek w całym dorobku albo, jeśli wykonawca znaczniejszy, w pewnym okresie jego twórczości.
Żona kręci głową, a ja przynoszę do domu zestawy pieśni Elvisa Presleya, Johnny’ego Casha czy Arethy Franklin. Nie mam aż tyle pasji i potrzeby w sobie, by uczyć się ich chronologii, mając nieuchronną świadomość, że własnego czasu wciąż mi ubywa. W pełni satysfakcjonuje mnie możliwość spokojnego smakowania tej muzyki, przymykam oko na niedostatki realizacyjne nagrań sprzed lat i doceniam ich fantastyczną stronę wykonawczą.
*
Nigdy dotąd nie sporządziłem takiego zestawienia, nie zrobiłem listy, a raczej dwóch list swych ulubionych wykonawców: amerykańskich i brytyjskich. Nigdy dotąd nie zastanawiałem się, która byłaby dłuższa i przez to, być może, bliższa sercu.
Natomiast od czasu powrotu porządnego mainstreamowego łojenia (mam na myśli grunge) coraz wyraźniej uświadamiam sobie różnice między graniem
z jednej i drugiej strony Atlantyku.
Ze trzy lata temu Wojciech Mann westchnął w swoim programie, przy okazji prezentacji nagrań wyspiarskiego Union, że dzięki takim składom ciągle wierzy, iż w Wielkiej Brytanii rokendrol nie umarł.
Tu wracam do wymienionych wyżej ostatnich nabytków. Bo jeśli damy sobie spokój z nudną ortodoksją, to nie sposób nie docenić i nie zachwycić się jedynym w swoim rodzaju przenikaniem się zjawisk w muzyce amerykańskiej. Miesza się wszystko ze wszystkim, muzyka czarnych z muzyką białych, muzyka wsi z muzyką miast, brzmienia Południa z patentami Północy, blues z jazzem, country z rockiem. I z tego pomieszania wychodziły i wciąż wychodzą na świat rzeczy niezwykłe, zadziwiające, szokujące, piękne. Amerykanie z wielką swobodą i nonszalancją łączą wciąż te przyprawy, a jednocześnie za nic mają muzyczny czas i znacznie bezczelniej poruszają się w klimatach, zdawać by się mogło, dawno minionych. Wyssali to z mlekiem swoich matek, dla nich splątanie wszelkich kultur i nacji jest pewnie tak oczywiste, że nie przystoi wciąż o tym mówić.
*
Nikomu – przede wszystkim sobie i swoim uszom – nie śmiałbym odbierać przyjemności mocnych wrażeń przy słuchaniu dopiero co powstałej muzyki. Jednak nie mam wątpliwości, że po przynajmniej polizaniu Presleya, Berry’ego, Beatlesów, Stonesów, Reddinga, Casha, Dylana, Franklin, Doors, Hendriksa czy Creamów – niejedna z pozoru świeża potrawa może sporo utracić ze swego smaku.