Elton John: Rocket Man

elton_john_oswiecim

Lata biegną, a Elton John wciąż utrzymuje się w znakomitej formie. Ten. kto zna go tylko z płyt, niewiele wie o sile rażenia tej muzyki na żywo.

[more]

*Pierwszy raz widziałem Eltona Johna w akcji

w 1984 roku.

To był też dla mnie pierwszy raz, gdy zobaczyłem, że artysta z Europy zachodniej gra u nas na pełne sto procent. Był wtedy świeżo po wydaniu znakomitej Too Low For Zero, znajdował się na szczytach list przebojów, ale przecież musiał wiedzieć, że żaden Polak nazajutrz po jednym z trzech zakontraktowanych koncertów (w Katowicach, Warszawie i Gdańsku) nie pójdzie do sklepu i nie kupi za złotówki żadnej jego płyty. Że z emisji jego nagrań w jednym z paru ówczesnych programów radiowych nie dostanie ani szylinga tytułem tantiem. A jednak zagrał tak, jakby miał to być jego, a już na pewno wszystkich widzów w wypełnionym po brzegi katowickim Spodku ostatni koncert w życiu. Na drugi bis wyszedł sam i z towarzyszeniem fortepianu oraz puszczonej z taśmy elektronicznej perkusji zaśpiewał Song For Guy, a na koniec, zlany potem, potwornie zmęczony po dwuipółgodzinnym występie powiedział krótko; „Thank you, goodbye”. Czuliśmy, że Spodek, a my razem z nim, odleciał w muzyczne rejony dotąd po tej stronie muru berlińskiego nieosiągalne. To był – i na zawsze już pozostanie – koncert mojego życia.

Trzydzieści lat czekałem na kolejne spotkanie z EJ, niespecjalnie kontemplując dokonania artysty, niezbyt uważnie śledząc jego dalszą karierę. Ale czy tego pana da się tak w ogóle nie zauważać? Gdy jesienią 2014 roku miał wystąpić w Krakowie, nie wahałem się ani chwili, czy kupić bilety. I znów było pięknie.

Teraz, w półtora roku po grodzie Kraka, wybraliśmy się z żoną do Oświęcimia, na Life Festival. Spokojni o to, co powinno wydarzyć się na scenie, spokojni o miejsce, parokrotnie wcześniej już zaliczone. Pogoda dopisała, lato, bezchmurne niebo – i sobotni wieczór w sam raz na koncert niemłodego już mistrza. Na 

Wonderful Crazy Night,

jak zatytułowany jest jego tegoroczny album – niosący kolejną porcję bardzo udanych piosenek, z których kilka – jestem przekonany – gdyby zostało nagranych przed laty, zostałoby zapamiętanych na dłużej. A dziś takie płyty giną niestety w zalewie nadprodukcji muzycznej pulpy.

Elton John pojawił się na scenie wraz z pięcioma znanymi już kolegami o 20.45 – i od pierwszego wyśpiewanego słowa wiadomo było, że jest, wciąż i wciąż, w znakomitej dyspozycji. Na pierwszy ogień poszedł tym razem numer z 1974 roku, The Bitch Is Back, a więc natychmiast mieliśmy do czynienia z istotą muzycznej formuły artysty: pop mocno zaprawiony, zwłaszcza w wydaniu na żywo, rokendrolem. Trudno się dziwić, że jego przyjaźń z pierwszorzędnym gitarzystą, jakim jest Davey Johnstone, oraz wzruszającym podobnie jak Charlie Watts bębniarzem, siwiuteńkim Nigelem Olssonem, trwa już prawie pół wieku.
A potem była pierwsza dla mnie miła niespodzianka. Klasyczny numer Bennie And The Jets w swym finale przybrał nieco jazzową formę, z bardzo krótkimi, acz stylowo zaznaczonymi solówkami gitary, basu i klawiszy. Już po paru minutach miała miejsce kolejna, bo I Guess That’s Why They Call It the Blues kończył się w rzeczywiście bluesowy sposób, z tym charakterystycznym dla tego gatunku frazowaniem wokalisty.

Czwarty w kolejności był Daniel, jedno z cudeniek w dorobku Sir EJ. Tu mała uwaga: na prywatny użytek utwory z setlisty dzielę następująco:

żelazny zestaw

w postaci niemal wszystkich kawałków z krążka Greatest Hits z 1974 roku (wczoraj było osiem z dziesięciu na nim zawartych), a do tego żonglowanie niezliczoną ilością przebojów dużych i wielkich, zaś całość uzupełniana kilkoma rzadziej testowanymi na żywo numerami (wczoraj Tiny Dancer czy All The Girls Love Alice).  Takie zmiany w zestawie mogą tylko cieszyć słuchaczy.

Powalił mnie, tak jak w Krakowie, rozbudowany do niemal minisuity Rocket Man, z długim, mocnym fortepianowym intro. Elton John nie jest ani wirtuozem w stylu Keitha Emersona, ani szalejącym Jerry Lee Lewisem, ale te parę minut robiło jednak wrażenie. A że piosenka wielkiej urody i smakowicie – cała – zaaranżowana, znów miałem łzy wzruszenia w oczach. Nie zabrakło też Sad Song (Say So Much), ulubionego numeru mojej lepszej połowy. Tu spotkała nas jeszcze jedna niespodzianka, bo utwór podryfował, lekko i jak gdyby nigdy nic, w całkiem stonesowskie klimaty. Zasadniczą część występu zakończył popisowy numer Johnstone’a, a więc Saturday Night Alright (For Fighting), a na bis nieco krótszego niż wspomniane dwa wcześniejsze występu (z racji wymogów festiwalowych) jeszcze Candle In The Wind i Crocodile Rock.

Świetny koncert, co jest

tyleż oczywiste, co niesamowite,

bo lata przecież biegną nieubłaganie. Bawili się wszyscy, starsi i młodzi. Tych ostatnich było – za sprawą festiwalowej formuły i obecności innych jeszcze wykonawców (na koniec Dawid Podsiadło) znacznie więcej niż miałoby to miejsce w przypadku występu samego EJ – mnóstwo. I widać, że świetnie znali piosenki, z których zdecydowania większość powstała na długo przed ich urodzeniem.

A co do panów na scenie, ze szczególnym uwzględnieniem Eltona Johna, Olssona i Johnstone’a – widać, że gdy seksualne i alkoholowe ekscesy ma się już dawno za sobą – pozostaje stary dobry rokendrol. Rock and roll, ten w popowym, piosenkowym wydaniu, rodem ze szkoły Paula McCartneya, szybko zamienionej na szkołę własną, natychmiast rozpoznawalną. Pozostaje rock and roll, mimo upływu kilku dekad, nadal znakomicie podawany.
(Elton John, Life Festival Oświęcim, 18 czerwca)

[W NaTemat: 19 czerwca 2016]

Borzym na tropach Mitchell

borzym_4

Monika Borzym, jako druga polska wokalistka w ostatnich latach, po Martynie Jakubowicz, mierzy się z piosenkami Joni Mitchell. Z powodzeniem.

[more]

*

Joni Mitchell, jedna z ikon pop music, nigdy nie zdobyła w Polsce wielkiej popularności. Najprościej byłoby wrzucić tu jeszcze jeden kamyk do Trójkowego ogródka, ale kto żył w tamtych czasach, ten wie, że czasu antenowego programy muzyczne szczególnie dużo nie zajmowały. I zawsze też – powtórzę, co już nie raz pisałem – działały filtry w postaci upodobań ówczesnych redaktorów.

A jednak jest tak, że w ostatnich latach aż 

dwie panie

śpiewające między Odrą a Bugiem wzięły się za bary z piosenkami kanadyjskiej artystki. O ile płyta Martyny Jakubowicz (Burzliwy błękit Joanny, 2013, z polskimi tekstami Andrzeja Jakubowicza) nie może stanowić szczególnego zaskoczenia – z racji pokolenia i folkowych upodobań – o tyle pójście podobną drogą młodej Moniki Borzym – już tak. Tyle że Borzym od dawna spędza mnóstwo czasu w USA, a tam o zetknięcie się z piosenkami Mitchell i ludźmi zarażonymi ich urodą o wiele łatwiej.

To Pani Moniki dzielenie czasu między USA i Polskę nieodparcie kojarzy się z drogą Grażyny Auguścik. Z tą jednakże różnicą, że ta druga znalazła się w Stanach po przekroczeniu trzydziestki, a Borzym jako nastolatka zaledwie. Cóż, znak czasów.

Można też oczywiście zastanawiać się, czy gdy ma się niespełna dwadzieścia sześć lat i dwie płyty na koncie, tą trzecią powinien być materiał z coverami jednego tylko artysty. Jesteśmy jednak w okolicach wokalistyki jazzowej, gdzie podobna praktyka jest znacznie bardziej powszechna niż na gruncie rockowym. No i – wreszcie – prostą weryfikacją takiej decyzji będzie moment ukazania się wydawnictwa na rynku, a już teraz 

trasa z piosenkami Joni Mitchell

po Polsce.

I tu argumenty zdają się być wyłącznie po stronie artystki. Album nagrała i w trasę ruszyła z trzema muzykami: na bębnach gra Michał Bryndal, znany m.in. z Sofy (razem z Tomaszem Organkiem) czy teraz Voo Voo, na kontrabasie Robert Kubiszyn, stały współpracownik choćby Grzegorza Turnaua czy A. M. Jopek, na gitarach natomiast Mitchell Long. 

To on namówił Borzym do zainteresowania się piosenkami Mitchell, niegdysiejszy hipis, jeden z tych, co to perfekcyjnie rozpracowali patenty gitarowe kanadyjskiej kompozytorki. Bo Mitchell, nie będąc wybitną gitarzystką, musiała szukać dróg na skróty, by zagrać skomplikowane nieraz tonacje. Problem był w tym, że o wymyślonych wytrychach z czasem zapominała – i nie potrafiła tej czy innej piosenki zagrać na żywo. I wtedy nieocenieni okazywali się jej fani, zwłaszcza – rzecz oczywista – ci, co posiedli umiejętność gry na gitarze na znacznie wyższym od przeciętnego poziomie. Jak właśnie Mitchell Long. Który też potrzebował między niektórymi utworami dłuższej przerwy, by ustawić odpowiedni strój.

 

Chemia między czwórką artystów

na scenie była widoczna gołym okiem. Uwagi frontmanki na temat niedawno ukończonej w studiu pracy nad albumem, dziewczyńskie refleksje na temat niedyspozycji głosowej, nieumytych włosów, „niezrobionych” paznokci czy pupilka yorka, o wdzięcznym imieniu Tomek (który wesoło i bezgłośnie przechadzał się po scenie Rialta) – panowie przyjmowali z wyrozumiałością starszych braci, wciąż uśmiechając się do wokalistki i do siebie nawzajem. Publiczność w zdecydowanej większości też przyjmowała te nieformalne zdania ze śmiechem i nagradzając je oklaskami.

Lecz ręce same składały się do braw przede wszystkim za stronę merytoryczną występu. Pieśni Joni M. zostały bowiem z pozoru prosto, ale niezwykle szlachetnie zaaranżowane. W każdej z nich był czas na smakowanie głosu Borzym i chórków męskich, bo panowie  czasem wspierali liderkę, i wreszcie na posłuchanie gitary, basu i bębnów. Klasa Kubiszyna i Bryndala znane są nie od wczoraj, a Long, wychowany na tradycjach rocka lat 60., doskonale wpisywał się w całość.

Koncert sprawił – nie tylko mi – mnóstwo radości. Pozostaje wierzyć, że z płytą będzie podobnie.

P.S. Póki co próżno szukać w YT Borzym śpiewającej pieśni Mitchell, te z przygotowanej do wydania płyty. Stąd – z konieczności – taka a nie inna ilustracja muzyczna niniejszego tekstu. 

(Monika Borzym, Katowice, Rialto, 15 maja)

[W NaTemat: 28 maja 2016]

Jeszcze jeden Rajd Monte Carlos

santana_IV

Najwybitniejsi dlatego są najwybitniejszymi, że gdzieś kiedyś wyrośli swoimi propozycjami wysoko ponad innych, wytyczyli nowe szlaki w muzyce, ale także dlatego, że wśród zakrętów czasu potrafili nie raz i nie dwa potwierdzać swoją klasę.

[more]

*

Kameleonów

w muzyce rockowej, podobnych Davidowi Bowiemu, nie było i nie ma za wielu. Poszukiwanie nowych lądów nie jest proste, a przy tym zawsze grozi utratą starych fanów, niekoniecznie zaś przysporzy nowych. Artyści w okolicach siódmego krzyżyka, ci – powiedzieć trzeba od razu – najlepsi z ocalałych – uwodzą raczej tym, że wciąż potrafią wznieść się jeśli nie na swoje, i nie tylko swoje, najwyższe szczyty, to ledwie nieznacznie niżej. Uwodzą i, jak najbardziej zasłużenie, zasługują w ten sposób na miłość fanów. Tak jak Carlos Santana.

Można oczywiście zastanawiać się, jakimi drogami podążają myśli muzyków, w jaki sposób szukają

inspiracji,

tych impulsów, które raz jeszcze pozwolą im wydobyć z głów i serc nuty i dźwięki niepospolite. Metody są różne, trudno o ich wartościowanie i przedkładanie jednej nad drugą. Weryfikacją, za to bezlitosną, jest efekt końcowy w postaci nowych nagrań.

Najwybitniejsi dlatego są najwybitniejszymi, że gdzieś kiedyś wyrośli swoimi propozycjami wysoko ponad innych, wytyczyli nowe szlaki w muzyce, ale także dlatego, że wśród zakrętów czasu potrafili nie raz i nie dwa potwierdzać swoją klasę.

Santana postanowił wrócić do źródeł, nagrać płytę z tymi, z którymi zaczynał swoją muzyczną podróż, ze współautorami trzech pierwszych krążków sygnowanych nazwą zaczerpniętą od jego nazwiska. I słychać wyraźnie, że ten sam

dobry duch

znów unosił się nad tymi niemłodymi już panami, że dobrej energii było pod dostatkiem, gdy zaczęli wspólne jamowanie. Summa summarum materiał z pewnością arcydzielny nie jest, ale fragmentów znakomitych i bardzo dobrych nie brakuje. Co niezwykle istotne, całość, choć różnorodna, jest zwarta i słucha się jej z przyjemnością.

Zaczyna się od Yambo, prostego, liniowego intro, swoistego wprowadzenia. Już po paru sekundach nie ma wątpliwości, gdzie jesteśmy. Tak grać mogą tylko oni, ten mikst rytmów latynoskich i rokendrola jest niepodrabialny. A zaraz potem mamy absolutną perłę, brawurowy numer Shake It. To mój faworyt – garnek na rozgrzanym piecu aż podskakuje, porywające jest tu wszystko: pulsujące bębny, cudowne, stare hammondy i hendriksowski – pierwszy, ale nie ostatni na płycie – popis gry lidera. I jeszcze… wokal do pomylenia z panem E. C. Do Hendriksa i jego sposobów obsługi gitary wraca Santana raz jeszcze w dynamicznym Caminando.

*

Anywhere You Want To Go jest znana już z radia. To taka

córka, a może wręcz wnuczka

Oye Como Va. Do smakowania w domu albo do tańczenia – np. w tym roku w Dolinie Charlotty, gdzie Santana pojawi się już po raz trzeci. W podobnym klimacie jest piąty w kolejności Love Makes The World Go Round. A między nimi otrzymujemy garść psychodelii – nieco oniryczny numer Fillmore East.

Pulsujący, przebojowy Choo Choo/All Aboard jest jakby ukłonem dla Joego Cockera. Nietrudno sobie wyobrazić właśnie jego wykonującego partie wokalne. Cóż, ale to już nie w tym, jedynym znanym nam świecie.

Z Sambą Pa Ti kojarzyć się będzie Sueňos, a w „Europejskie” klimaty przenosi słuchaczy [i]You And I[/i].  Blues Magic już w tytule nawiązuje do Black Magic Woman, powraca więc tym razem inna inspiracja: dokonaniami Petera Greena.

W tanecznych klimatach

utrzymany jest materiał na jeszcze jeden przebój z tego albumu, nawiązujący do piosenek z krążka Supernatural Leave Me Alone, podobnie zresztą jak urocze kalipso Come As You Are. Całość kończy Forgiveness – coś na wieczorne wyciszenie.

Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych

– pisał nasz wieszcz Adam przed blisko dwustu laty. Carlos Santana odbywa na najnowszej płycie podróż sentymentalną do czasów pierwszych i od razu wielkich sukcesów scenicznych. Wraca do tego, co było – najpewniej – najmocniejsze, gdy chodzi o muzyczne doznania. I jest to podróż bardzo udana.

(Santana, Santana IV, 2016)

[W NaTemat: 7 maja 2016]

SBB – trzech panów w łódce czasu

sbb_1

Ze wszystkich obejrzanych koncertów SBB – ten zrobił na mnie wrażenie największe. Do wielu wcześniej odnotowywanych atutów – doszła ta wyjątkowa chemia trzech panów – oryginalnych członków grupy. Ileż radości sprawia im wspólne granie!

[more]

*
Czy jestem w stanie o SBB – ukochanej grupie mojej młodości, grupie z lat, gdy z okresu inicjacji muzycznej wchodziłem w bardziej świadome słuchanie muzyki –  powiedzieć coś, czego dotąd nie powiedziałem?

Tak się sprawy potoczyły, że wtedy, do roku 1980 i rozpadu zespołu, nie dane mi było zobaczyć go w akcji. I przez długie lata wydawało mi się, że tak już zostanie, że będzie to jedno z tych marzeń, które nigdy już się nie spełnią.

Gdy Józef Skrzek postanowił reaktywować kapelę, z pozostałych dwóch członków zespołu blisko był tylko Apostolis Anthimos. Przez wiele lat grali z wieloma świetnymi perkusistami: Mirosławem Muzykantem, Paulem Wertico, Ireneuszem Głykiem, Gaborem Nemethem czy Frankiem Parkerem. A jednak powrót za bębny Jerzego Piotrowskiego zelektryzował wszystkich fanów, wszyscy poczuli, że to dopiero będzie prawdziwy,

stuprocentowy powrót tria.

Gęba śmiała mi się wczoraj cały czas, bo też bytomski koncert od pierwszej do ostatniej minuty był wielką ucztą. Trzej panowie: Skrzek – kosmita, jak trafnie określił Pana Józefa Piotr Metz, Piotrowski – okładający bębny z pasją Zwierzaka z Muppet Show i koordynator tej międzyplanetarnej ekspedycji – Lakis. Ostatni z wymienionych przypomina Robby’ego Kriegera, gitarzystę The Doors. Anthimos tak jak tamten, sprawiał wrażenie jedynego „przytomnego”, zerkającego, co robią w danej chwili jego rozpędzeni koledzy.

Radość patrzeć, radość słuchać. Przyznam, że od dawna zastanawiam się nad kwestią: dlaczego tak niewielu urodzonych w latach 60. zapoznało się czterdzieści lat temu z muzyką SBB. Wielu moich znajomych słabo lub wcale kojarzy nagrania tria, młodsi podobnie. Jak to możliwe – wtedy, gdy w ogólnym, także muzycznym marazmie mieliśmy ledwie paru naprawdę znaczących wykonawców? Boom rockowy w Polsce lat 80. brutalnie obszedł się z przeszłością, na długo odkładając do lamusa Niemena czy SBB właśnie. Wiele dobrego, by przywrócić nie tylko pamięć o zespole, ale i uświadomić słuchaczom, że działa on nadal i ma się znakomicie, uczynił wspomniany już Piotr Metz. Sala Bytomskiego Centrum Kultury, obliczona na około pięćset miejsc, była wczoraj pełna, jednakże stawili się nie tylko podtatusiali fani kapeli z dawnych czasów, lecz także młodzi miłośnicy tej muzyki.

Pierwsze kilkanaście minut występu przypomniało o

jazzrockowych inklinacjach

formacji, o tym, jak wielkie znaczenie na początku ich drogi miała wspólna trasa po Europie z Mahavishnu Orchestra. Muzyczna formuła grupy sięga od bluesa i rokendrola, poprzez rock progresywny, aż po jazz właśnie.  I bez znaczenia tutaj jest fakt, czy Skrzek obsługuje w danej chwili klawisze, czy gitarę basową.

Zespół go dyscyplinuje, muzyczne ramy, choć niezwykle pojemne, nie są nieograniczone. A mam do tego nieodparte wrażenie, że w paru  przypadkach jesteśmy bliżej pierwotnych wersji utworów niż jeszcze trzy-dwa lata temu, co jest dla mnie wielkim atutem. Doczekałem się wreszcie takiego wykonania Walking Around The Stormy Bay, na jakie czekałem. To arcydzielne – nie mam wątpliwości – nagranie zabrzmiało wczoraj fantastycznie. Z potężną gitarą Lakisa w pierwszej i trzeciej części, ze starannie odegraną, gęstą partią instrumentów klawiszowych w środkowej. Palce same składały się do oklasków. Szalone Wizje i Odlot[, czyli utwory z pierwszego albumu, od lat są stałymi pozycjami w repertuarze koncertowym zespołu – i dobrze, bo miejsce w nich na zaprezentowanie swojego kunsztu mają wszyscy trzej panowie. Kolejny raz ucieszyło mnie potężne, funkujące Rainbow Man. Pięknie zabrzmiało też Memento z banalnym tryptykiem, wciąż skrócone, ale teraz z pełniejszym, wręcz monumentalnym, organowym wstępem, przypominającym nieco Three Fates Emerson, Lake & Palmer. Ze starych rzeczy mieliśmy jeszcze Na pierwszy ogień i – jako pierwszy bis – Z których krwi krew moja.


Znakomita dyspozycja

całej trójki: Skrzek ciągle mocny wokalnie, czego dał dowód zwłaszcza we wspomnianym bisie, zagrał wspaniale linie basu i, co ciekawe, zarówno na gitarze, jak i – zwłaszcza na początku – na klawiszach. Piotrowski odwalił szychtę na przodku, okładał bębny jak za dawnych lat, wciąż gra gęsto, w stylu Gingera Bakera czy swojego mistrza Billy’ego Cobhama. Do tego partia solowa oraz dwa duety perkusyjne z Anthimosem – lekcje obowiązkowe nie tylko dla początkujących perkusistów. W Lakisa grze na gitarze zakochany jestem nie od wczoraj, jego jazzowa lekkość i nieoczywistość dobywania kolejnych dźwięków, porywające, mimo iż niepędzące jak u niektórych innych gitarzystów solówki – to poziom niedostępny dla chyba wszystkich fachmanów nad Wisłą, a i w świecie takich niewielu. Może ktoś powinien namówić Johna Scofielda, by zagrali razem, przynajmniej parę koncertów w Polsce?

No i jeszcze, last but not least, miejsce wczorajszego koncertu, Bytomskie Centrum Kultury. To, które zawsze już będzie takim „powrotem do macierzy”, sceną, gdzie w przeszłości działy się w wykonaniu SBB rzeczy wielkie. Muszę powiedzieć, że ze wszystkich obejrzanych koncertów grupy – ten zrobił na mnie wrażenie największe. Do wielu wcześniej odnotowywanych atutów – doszła ta wyjątkowa chemia trzech panów. Ileż radości sprawia im wspólne granie! „Odmłodnieliśmy wszyscy o dobre dziesięć lat” – powiedział uśmiechnięty lider do wiwatującej publiczności. Oj, zdecydowanie tak.

(SBB, Bytom, Bytomskie Centrum Kultury, 8 kwietnia 2016)

[W NaTemat: 9 kwietnia 2016]

Przedpremierowy błysk Heya

hey_przedbysk

Katarzyna Nosowska była trudna do poznania. Przed trzecim w programie utworem, „Ku słońcu”, powiedziała więcej zdań niż na wszystkich wcześniejszych koncertach Heya, które miałem okazję oglądać. Żartowała, opowiadała anegdoty, raz po raz rozbawiając publiczność. Jak by tego nie było dość – uwaga – pląsała na scenie!

[more]

*

O ileż trudniej jest zachwycić się czymś po latach, po całym ćwierćwieczu mniej lub bardziej intensywnego, ale bezustannego  konsumowania muzyki, niż gdzieś na początku. O ileż trudniej uwierzyć młodszym od siebie niż tym, którzy mogliby być naszymi rodzicami lub przynajmniej starszym rodzeństwem. A jednak gwałtowność pierwszych piosenek śpiewanych przez Katarzynę Nosowską, hałas robiony przez czterech młodych facetów był pierwszym muzycznym doznaniem, który przedostał się przez zapory utworzone z płaczu i pieluch na pupach moich synów bliźniaków.

Z ostrożności kupiona kaseta Fire szybko została zamieniona na CD, do którego dołączały potem wszystkie kolejne. Moje uczucie do zespołu rozkwitło w okolicach Heledore i ?, kiedy niektórzy zastanawiali się, co będzie dalej z kapelą i czy nadal ma

pomysł na siebie

– tymczasem ja zachwyciłem się Listem czy Wczesną jesienią. I te silne emocje towarzyszą mi do dzisiaj, mimo przeżywanych niepokojów fana związanych z odejściem Piotra Banacha czy wyraźną woltą stylistyczną, gdy gitary zrobiły bardzo dużo miejsca elektronice. Nawet jeśli na koncertach brakowało mi dawnej energii, soczystych solówek Marcina Żabiełowicza, to płyty, choć inne niż dawniej, nadal sprawiały wielką radość.

Mimo dominacji klawiatur i komputerów, wciąż jest w graniu Heya to coś najistotniejszego, coś, co – wydawało mi się – w takiej instrumentacji nie jest możliwe: swing, puls. Jest – ta muzyka wciąż płynie, żyje, a nie jest tylko zimnym, wykalkulowanym wytworem studiów nagraniowych, efektem klikania w klawiatury bezdusznych komputerów. Chciałoby się, by czasem, jak dawniej, zespół dosypał do pieca, przypomniał, skąd się wziął, wrócił na parę minut do korzeni, ale skoro chce inaczej, to nadstawiam ucha, by poznać jego

argumenty.

Bo je po prostu ma – i to bardzo mocne. Żadna inna spośród polskich kapel, ani z tych zaczynających w latach 60., ani tych młodszych, nie zaskarbiła sobie tak bardzo moich względów. Żadna z tych, które – jak Hey – poszukiwały, popychały polskiego rocka do przodu, ani, poza Dżemem tylko, które szły wcześniej wytyczonym szlakiem. Żadna z tych nielicznych, które przez kilka dekad są aktywne i ciągle nagrywają nowe płyty.

Tak mam – i tak, najwyraźniej, zostanie. Hey rozpoczął wczoraj swoją trasę koncertową po kraju anonsującą wydanie nowego albumu, Błysku. Występ przy komplecie publiczności w katowickim Rialcie (bilety rozeszły się błyskawicznie) upewnił mnie, że Nosowska i jej pięciu kolegów są nadal w świetnej formie.

Premierowy, po raz pierwszy słyszany materiał – co zawsze obarczone jest dodatkową trudnością w odbiorze – zabrzmiał momentami wręcz znakomicie.

Nasza Kasia kochana

była trudna do poznania. Przed trzecim w programie utworem, Ku słońcu, powiedziała więcej zdań niż na wszystkich wcześniejszych koncertach Heya, które miałem okazję oglądać. Niezmiennie skromna i stremowana, opowiadała o niepokojach związanych z nowymi piosenkami, z graniem ich na żywo jeszcze przed wydaniem płyty. Żartowała, sypała anegdotami, raz po raz rozbawiając publiczność. Jak by tego nie było dość – uwaga – pląsała na scenie! Tak, tańczyła, czego nigdy wcześniej nie było dane mi zobaczyć, co wydawało się w jej przypadku niemożliwe. Z fryzurą jak Mała Mi z Muminków, tyle że – w odróżnieniu od postaci literackiej – pełna ciepła i życzliwości, rozśmieszyła nas na przykład zdaniem, że wybrać się na koncert grupy Hey to jak pójść do muzeum.

Koncert z bisami trwał półtorej godziny, trzy pierwsze kwadranse zajęła prezentacja

nowych piosenek,

z których znana jest tylko [i]Prędko, prędzej[/i]. Trudno oczywiście stwierdzić, na ile wersje koncertowe podobne są do tych przygotowanych na album, który ukaże się jeszcze w tym miesiącu. Było na pewno mocniej niż na dwóch poprzednich krążkach studyjnych.

Frontmenka tryskała energią, ale też, co nie mniej ważne, była w dobrej dyspozycji głosowej. Teksty może nie zawsze dostatecznie czytelne, przebijające się przez instrumenty, ale już po takim pierwszym razie wiadomo, że i z tej strony czekają nas dobre doznania. Nosowska jest dziś niedościgłą mistrzynią w opisywaniu uczuć. W kończących premierowy set Historiach (tu sięgam do setlisty), tak jak przed laty w Romansie petitem, znów w obezwładniająco prosty, piękny sposób opisała to, jak bardzo nie obchodzi jej świat i to w nim, na co nie ma wpływu, a jak ważna jest miłość: Z tobą wszędzie mi po drodze.

Druga część to już dobrze znane utwory

z wcześniejszych płyt,

choć z pewnym żalem odnotowuję, że zespół nie sięgnął w tym wyborze głębiej niż do [sic!], czyli pierwszej płyty nagranej z udziałem Pawła Krawczyka. Było Do rycerzy…, Kto tam? Kto jest w środku?, była Cudzoziemka w raju kobiet i Muka!. Trochę niespodziewanie w tym zestawie pojawił się mocno gitarowy Luli lali. Na bis usłyszeliśmy To tu, Stygnę, [sic!] i na koniec, już bardzo kameralnie, gdy z instrumentalistów pozostał na scenie tylko Marcin Macuk, przepiękne Nie więcej.

Więcej – już niebawem, bo Błysk ukazuje się 22 kwietnia. Sam skorzystałem z okazji i dokonałem przed koncertem przedpłaty, dzięki której krążek ma być do mnie wysłany sześć dni wcześniej. Taką sposobność ma każdy z posiadaczy biletów na występy zespołu w trwającej właśnie trasie. Już się cieszę na słuchanie. Bardzo.

(Hey: Przedbłysk, Katowice, Rialto, 31 marca 2016)

[W NaTemat; 2 kwietnia 2016]

Pop i Homme w objęciach depresji

pop_post

To nie jest album, podczas słuchania którego można odetchnąć, niepokój wyczuwalny jest cały czas. Wsiadłeś, słuchaczu, na depresyjną karuzelę, z której zejść nie sposób.

[more]

*
W kwietniu 2013 roku ukazała się płyta Ready To Die, piąta w dyskografii The Stooges i do 18 marca br. ostatnia, w której nagraniu wziął udział Iggy Pop. Artysta, który przez większą część swojej kariery balansował

na krawędzi,

złożył takim tytułem wyraźną deklarację. A nieco później nawiązał kontakt z liderem Queens of The Stone Age, Joshem Homme’em, wyrażając ochotę, by dokonać wspólnych nagrań.

Okrutny los mógł sprawić, że Homme nie doczekałby wydania wspólnego materiału. Niewiele brakowało, by 13 listopada, jako gość kapeli Eagles of Death Metal, stanął na scenie paryskiego klubu Bataclan (z pierwszych doniesień wynikało, że tam był). Podczas tego koncertu rozegrały się najbardziej krwawe sceny czarnego nie tylko w historii Francji dnia. Muzykom udało się uciec, natomiast z rąk zamachowców zginęło w klubie  kilkadziesiąt osób, w tym menedżer zespołu.

*
Pop – który 21 kwietnia skończy sześćdziesiąt dziewięć lat – przy okazji wydania najnowszej płyty oświadczył, że przechodzi na emeryturę, że ten album to jego pożegnanie. Damy temu wiarę albo nie, nieważne, czas pokaże. Osobiście nie mam nic przeciwko powrotom, byle w dobrej formie.

Póki co można wziąć do ręki czarno-białą okładkę z żółtym napisem u góry: IGGY POP – POST POP DEPRESSION. Czyli? Postpopowa depresja? Albo – po zamilknięciu Popa czeka nas już tylko depresja? Ale na awersie mamy też zdjęcie czterech najważniejszych osób spośród tych, które wzięły udział w nagraniu dziewięciu numerów – i te cztery nazwiska wydrukowane są u dołu tym samym rozmiarem czcionki: od lewej – Homme, Pop, Dean Fertita, kumpel Homme’a z QOTSA, oraz Matt Helders, bębniarz Arctic Monkeys (JH udziełał się wokalnie w nagraniu kilku piosenek na dwóch ostatnich ich albumach).

Jeśli faktycznie stary mistrz miałby wziąć

rozbrat z muzyką,

to wiedział, z kim zabrać się do ostatniej roboty. Joshua Homme zachwycił fantastycznym, szóstym studyjnym krążkiem swej macierzystej formacji, …Like A Clockwork (2013). Krążkiem, którym usadowił się na samym szczycie mojego prywatnego rankingu, jeśli chodzi o rock w XXI wieku. Nikt nie jest podpisany jako autor muzyki na Post Pop Depression, ale nie trzeba szczególnie wyrobionego ucha, by stwierdzić, że główną pracę w tym zakresie odwalił właśnie lider QOTSA. I, co za radość od pierwszego słuchania, dając kolejny dowód  wybornej formy.

Kończąc jeszcze „sprawy wzrokowe”, nie wiem, na ile symboliczna jest, równie czarna jak okładka, książeczka dołączona do płyty. A ściślej: dwa zdjęcia. Z przodu – patrzący wprost na nas Iggy Pop. Oj, nie jest to twarz starszego pana, który spokojnie, po mieszczańsku przeszedł przez życie. Lecz przecież, chciałoby się rzec, still alive. Nie przekroczył tej cienkiej linii, nie zapił się na śmierć, nie zaćpał, nie zmogła go, jak jego męża opatrznościowego, Davida Bowiego, żadna paskudna choroba. Tyle że, jeśli uwierzyć w deklaracje i symbolikę zdjęcia z tyłu książeczki, młodsi od niego panowie jadą dalej, a on już nie. Jeszcze opiera się o bok ich kabrioletu, ale za chwilę auto ruszy i nabierze prędkości, a on zostanie.

*
Muzyka na płycie to dziewięć utworów, nieco ponad czterdzieści minut. „I’m gonna break into your heart/ I’m gonna crowl under your skin” – zaczyna Pop i natychmiast wdziera mi się pod skórę i mości w serduchu.

Druga w kolejności jest singlowa, znana więc już trochę wcześniej  Gardenia. I jeśli wyrwana z kontekstu może nie do końca przekonywała i powodowała pytania, jaka też będzie całość, to na płycie brzmi świetnie. I tak jest do samego końca.

Iggy Pop debiutował w 1969 roku, gdy z The Stooges wydał pierwszy album. Jego producentem był John Cale, znany z Velvet Underground. I nie ma chyba w historii pop music żadnych innych dwóch równie ważnych jak te grup, które w chwili startu i nagrywania swych najważniejszych płyt nie odgrywały praktycznie żadnej istotnej roli. Sława przyszła dopiero

po latach,

The Stooges uznawani są za prekursorów punka, ale kasy na swych trzech pierwszych płytach nie zrobili. Jednak gdy dziś słuchamy nowych piosenek Popa, znaczek wytwórni Electra, dla której nagrywali Stooges, przypomina się nie bez kozery. Electra była też wydawcą Doors, a wokale Popa raz po raz są równie przejmujące, jak te Jima Morrisona na przykład w The End. Bodaj najbardziej w Vulture i Paraguay.

Muzyka – fantastyczna. Homme’owa. Nie z tych, co to od razu wpadają w ucho. Joshua H. jak wino, coraz lepszy, coraz bardziej oszczędniejszy. Zaryzykowałbym nawet porównanie z Milesem Davisem. Coraz więcej operowania gitarową ciszą, akordowymi uderzeniami w stylu lat 60., ściany dźwięku nie usłyszymy na tej płycie ani razu. Nad wszystkim dominuje  mocno nabijany rytm basu wzmacniany jeszcze bębnami. Gitara natomiast nieoczywistymi dźwiękami potęguje efekt deliryczno-schizofrenicznego śpiewu frontmana. Czasem – jak w Sunday – przechodzi to w walczyk. Tyle że jego delikatna faktura już po kilku sekundach przeistacza się w istne szaleństwo.

To nie jest album, podczas słuchania którego można odetchnąć, niepokój wyczuwalny jest cały czas. Wsiadłeś, słuchaczu, na depresyjną karuzelę, z której zejść nie sposób. Ale w zamian uczestniczysz w wielkim święcie, którym jest każde odtworzenie tej płyty. W moim odczuciu – znakomitej.

(Iggy Pop, Post Pop Depression, 2016)

[W NaTemat: 29 marca 2016]

Billy Cobham w Katowicach

cobham_kce

Billy Cobham, jedna z legend jazzu, ze szczególnym uwzględnieniem fusion i jazz-rocka, współpracownik Milesa Davisa, współzałożyciel – razem z Johnem McLaughlinem – Mahavishnu Orchestra, zagrał w piątkowy wieczór w katowickim NOSPR-ze. Był to podobno pierwszy w jego karierze wspólny występ z orkiestrą.

[more]

Koncert podzielony był na dwie części – i właśnie w pierwszej kwartet Cobhama zagrał wespół z orkiestrą symfoniczną NOSPR dowodzoną przez Alexandra Humalę. Ponieważ najwięcej do powiedzenia miała tutaj sekcja instrumentów dętych, można stwierdzić, że na naszych oczach dokonało się przeistoczenie orkiestry symfonicznej w big-band (opracowaniem materiału na orkiestrę zajął się Karol Ślusarski).

I powiem od razu, z największym szacunkiem dla kunsztu muzycznego, duże zespoły to nie jest to, co lubię w jazzie najbardziej. Podobnie jak w przypadku rocka, mam wątpliwości, czy takie aranżacje, choć stanowiące bez wątpienia nową jakość, są jednocześnie wartością dodaną. Mnie te pięćdziesiąt minut nie do końca przekonało, tym bardziej że pograli sobie może Cobham i drugi czarnoskóry członek zespołu, Michael Mondesir na basie, ale orkiestracje dokonały się kosztem gitary Jeana-Marie Ecaya i klawiszy Steve’a Hamiltona.

Ostrzyłem więc sobie zęby na część drugą, na bliższe oryginału wykonania klasycznych pozycji repertuarowych. I wszystko byłoby wreszcie w porządku, gdyby nie fakt, iż trwało to zaledwie pół godziny, a mistrz nie dał się namówić na bis. Osiemdziesiąt – łącznie – minut pozostawiło spory niedosyt. Tym bardziej, że cała reszta była w największym porządku.

Forma lidera bez zarzutu, kilka solówek nie pozostawiało wątpliwości, że mamy do czynienia z jednym z najwybitniejszych perkusistów na świecie. Żadnych przejawów artystycznego narcyzmu, imponujące kilka minut na cztery pałeczki, a poza tym raczej, co nieproste w przypadku bębnów i talerzy, granie wręcz liryczne, delikatne, nie zaś epatowanie szybkością ruchów rąk i stóp.

Basista był taką szarą eminencją na scenie. Elektryczny to jazz, więc  funkujące napędzanie rytmu było świetnie czytelne nawet przy orkiestrze. Gitara Ecaya w rozkroku między jazzem i rockiem, z paroma brawurowymi partiami solowymi, no i charakterystyczne dla takiego grania sprzed około czterech dekad klawisze.

Dwa dni wcześniej skład występował w Krakowie, grając cały koncert w czteroosobowym zestawieniu. Może uczestnicy tamtego koncertu poczuli się bardziej dopieszczeni, w Katowicach brakło przynajmniej kwadransa.

(Billy Cobham Band & NOSPR, 18 marca 2016)

Wzrok strzelający daleko poza płot

henry_davids_gun

Zgadza się tu niemal wszystko. Albo prawie nic. Bo to, że – wbrew wszystkiemu dookoła – ponad pół wieku temu muzycznie wpłynęliśmy na anglosaskiego przestwór oceanu, jest już banałem. A jednak czasami, rzadko, coraz rzadziej, zdarza się usłyszeć muzykę, którą trudno byłoby podejrzewać o to, że powstała w Polsce.

[more]

Bartek Borówka

zawziął się, by skupić wokół siebie grupę młodych artystów – dodać trzeba od razu, że niekoniecznie urodzonych nad Wisłą – tzw. songwriterów (nb. termin „pieśniarz” stał się w ostatnich latach wyjątkowo niemodny), by stworzyć coś na kształt stajni indie. Budowanie dziś czegokolwiek bez znaczących pieniędzy i wsparcia mediów jest wielkim wyzwaniem, a jednak BB uparcie wydeptuje sobie – i wspieranym przez siebie wykonawcom (m. in. Peter J. Birch, Turnip Farm, Halla Nordfjörd) – ścieżkę do uszu coraz szerszego kręgu odbiorców.

Biorąc do ręki przepięknie wydaną płytę

Henry David’s Gun,

która ukazała się 25 stycznia, wpadamy w stare klimaty. Dominująca sepia wskazuje, iż odbywamy wędrówkę w czasie. Trudno byłoby na tej podstawie jednoznacznie stwierdzić, czy potężne domostwo oraz to, co czai się za oknem, w ogrodzie oraz za płotem, to stara Anglia, czy też może dziewiętnastowieczne USA.

 
Właściwy jednak jest ten drugi trop. Po pierwsze dlatego, że zbyt nonszalanckie jak na angielskich dżentelmenów są stroje trzech muzyków zespołu. Po drugie – i zdecydowanie istotniejsze – nazwa zespołu jest rodzajem hołdu dla Henry’ego Davida Thoreau, ale też – najwyraźniej – światopoglądową deklaracją lidera, Wawrzyńca Jana Dąbrowskiego.*

Świat może jest wielki, ale muzyka, którą słyszymy z głośników, uwodzi kameralnością. Gdyby pozostawić ją w zupełnie pierwotnej formie, głos wokalisty plus proste, akordowe granie na jednej gitarze, być może dopadłoby nas znużenie i rozczarowanie. Instrumentów jest na szczęście zdecydowanie więcej, choć pozostajemy

w akustycznych dekoracjach.

I w ten sposób prostota zastosowanych środków nie oznacza absolutnie ubóstwa, lecz dowodzi smaku i staranności, z jaką wszyscy realizujący dwanaście piosenek pochylili się nad dźwiękiem. Już samo instrumentarium zmusza do chwili zadumy: poza gitarami akustycznymi i pianem, słychać ukulele, bandżo, kontrabas elektryczny, ksylofon czy cajon.

Nie sposób też nie pochylić się nad głosami – zarówno wiodącym wokalem Dąbrowskiego, jak i chórkami – niewymuszona lekkość i swoboda w dobywaniu głosu jest zupełnie niesłowiańska. W tak wielu nawet najznamienitszych rodzimych formacjach kulał i kuleje ten jakże ważny element całości, a tu mamy kolejny dowód na to, iż Polacy nie gęsi i swoje

piękne głosy

też mają. A to, że używają mowy Blake’a i Whitmana, jest – zdaje się – problemem pokoleń kształconych w szkolnych latach w zakresie języka Majakowskiego, nie zaś dzisiejszych trzydziestolatków i młodszych.

Jedną z operacji, których dokonuje mózg podczas słuchania nagrań nieznanego wcześniej wykonawcy, jest próba ich odniesienia do już rozpoznanego. I tu mam kłopot. Nie uzurpując sobie, broń Boże, prawa do przemawiania głosem mądrzejszym niż pozwala mi na to wiedza muzycznego fana, lecz amatora tylko, stwierdzam, że to przemawia wyłącznie na korzyść tria – panów W. J. Dąbrowskiego, Macieja Rozwadowskiego i Michała Sepioło. Bo oznacza, że jeśli takie tropy są, to raczej niezbyt oczywiste. Wśród podpowiedzi odnajduję formację Bon Iver, a sam dostrzegam nostalgię i smutek Suzanne Vegi, zwłaszcza tej z debiutanckiej płyty.

Pistoletu Henry’ego Davida nie należy się obawiać – nie strzela, a więc nie zabija ani nawet nie rani, ba, nie robi choćby odrobiny hałasu przy pociągnięciu za spust. Ale uwaga: może być zaraźliwy. I to bardzo.

(Henry David’s Gun, Over The Fence And Far Away, 2016)
___________________________________________

*

Henry David Thoreau to dziewiętnastowieczny amerykański pisarz, eseista i filozof. Wielki oryginał: transcendentalista, fleksitarianin (spożywający mięso tylko okazjonalnie, poza domem), przeciwnik niewolnictwa, sympatyk ruchu obywatelskiego nieposłuszeństwa jako formy walki z uciskiem władzy. Będąc zwolennikiem życia zgodnego z naturą, ostatnie dwa lata krótkego życia spędził w przez siebie zbudowanej drewnianej chacie.
Gdy umierał – mając ledwie czterdzieści siedem lat – zjawił się u niego kapłan. „Czy nie chcesz przed śmiercią pojednać się z Bogiem?”  – zapytał. „Ale ja się z Nim przecież nie powadziłem!” – odparł Thoreau.

[W Natemat: 14 marca 2016]