Dlaczego Bob Dylan powinien odebrać Nagrodę Nobla

images

Gdy 13 października ogłoszono, że Bob Dylan został laureatem literackiej Nagrody Nobla, byłem jednym z wielu, którzy bardzo się z tego faktu ucieszyli. Gdy ostatnio artysta oświadczył, że nie przybędzie na ceremonię jej wręczenia, zmartwiłem się. Też – z pewnością – jak wielu.

[more]

*

Gdyby jurorzy Dylanowi takiego Nobla przyznali, (…) otworzyliby literaturę na twórczość, która kiedyś była jej naturalną częścią, a dziś umiejscawiana jest zazwyczaj na literackich peryferiach,  najchętniej zaś – poza literaturą. Chodzi (…) o utwory, w których słowo nie jest sekwencją czarnych liter na białej kartce, ale żywym głosem, wspólnikiem rytmu i melodii.(z książki Jerzego Jarniewicza, All You Need Is Love. Sceny z życia kontrkultury. Wyd. Znak 2016)

*

Gdy 13 października ogłoszono, że Bob Dylan został laureatem literackiej Nagrody Nobla, byłem jednym z wielu, którzy bardzo się z tego faktu ucieszyli. Pozwoliłem sobie wtedy na fb napisać: „Użyję wielkich słów, ale dzień ku temu dziś szczególny: literacki Nobel dla Boba Dylana to ostatnia pieczęć na nobilitacji rock and rolla, pop music czy jak tam zwać to coś zapoczątkowane w drugiej połowie XX wieku. Ostateczne uznanie jako wielkiego, znaczącego zjawiska w kulturze i – po prostu – w dziejach ludzkości”. Gdy ostatnio artysta oświadczył, że nie przybędzie na ceremonię jej wręczenia, zmartwiłem się. Też – z pewnością – jak wielu.

*

To, iż władcy tego świata lubią ogrzać się w blasku chwały artystów, jest stare jak świat. Historia pełna jest przypadków obecności na dworach cesarskich czy królewskich pisarzy, malarzy albo kompozytorów, nie mówiąc o „instytucji” mecenatu, który niejednemu artyście pozwalał dostatnio żyć lub ratował go przed nędzą.
Rokendrol, jak żaden inny ruch kulturowy, na wielką skalę skanalizował bunt młodych przeciw zastanemu porządkowi, skostniałym układom społecznym, przeciw imperialnym zakusom wielkich i mocnych. Rozwój mediów tylko wzmocnił tę i tak potężną falę, umożliwił rozlanie się jej pod wieloma szerokościami geograficznymi, przekraczając i łamiąc granice ustalone przez ówczesną politykę.
Można było udawać, że właściwie nic się nie dzieje, próbować całą tę bombę społeczną i kulturową zamiatać pod globalny dywan, ale nie sposób było twierdzić, że tego zjawiska nie ma. Zwłaszcza gdy z początkiem lat 60. hałas elektrycznych gitar i śpiew wokalistów z rąk czarnoskórych został przejęty przez coraz bardziej zagniewaną białą młodzież po obu stronach Atlantyku.

Już w 1965 roku The Beatles zostali uhonorowani Orderem Imperium Brytyjskiego w uznaniu zasług na polu rozsławiania Zjednoczonego Królestwa w świecie, a najstarszy z członków zespołu, John Lennon, nie miał wtedy ukończonych nawet dwudziestu pięciu lat. Z nie tak odległej przeszłości pamiętamy spotkania Vaclava Havla jako prezydenta Czechosłowacji ze Stonesami. Barack Obama wraz z małżonką wzięli parę lat temu udział w wielkiej gali poświęconej Led Zeppelin. Wojewoda śląski w latach 90., Marek Kempski, też korzystał z okazji, by spotkać się z gwiazdami rocka występującymi w katowickim Spodku – np. z Robertem Plantem i Jimmym Page’em. Przykłady można mnożyć.

Dziś nie sposób wyobrazić sobie drugą połowę XX stulecia w zachodnim świecie bez tego, co nazywa się popkulturą, bez rokendrola. Zjawisko, choć z czasem niosące coraz mniejszy ładunek społeczny, wciąż trzyma się dzielnie, choć przeistoczyło się w potężną gałąź gospodarki i narzędzie w rękach obrotnych biznesmenów. I choć z wielu gwiazd uczyniło multimilionerów, nadal nie całkiem pozbawione jest elementu buntu. A, co najistotniejsze, stało się już jednym z ogniw dziejów kultury, a nie – jak postrzegano to przez pierwsze dekady – ruchem rozsadzającym koło historii. Dość szybko zaczęto dostrzegać walory artystyczne, jakie niósł przekaz najwybitniejszych reprezentantów tego coraz bardziej skomplikowanego zjawiska – przekaz zarówno muzyczny, jak i literacki. Tym ostatnim coraz powszechniej zajmowali się historycy literatury, zaś flirty, mniej lub bardziej udane, z muzyką tzw. poważną, z orkiestrami symfonicznymi i śpiewakami operowymi, a tym bardziej ze środowiskiem jazzowym, od dawna już nie są niczym szczególnym. Rokendrol wszedł do kulturowego mainstreamu – tym łatwiej i bardziej bezkonfliktowo, im bardziej łagodnieli z wiekiem ich wielcy i niejednokrotnie najbardziej obrazoburczy przedstawiciele – uładzony świat coraz mniej ryzykował, wpuszczając na swe salony siwiejących rokendrolowców. Tych znaków wszelakich, iż establishment zaakceptował zjawisko, jest aż nadto dużo, ale też trudno, by było inaczej, skoro wielu dzisiejszych polityków i biznesmenów jest młodszych od gwiazd rocka, skoro na ich muzyce się wychowywali i z nią wkraczali w dorosłość. Muzyka rockowa w świadomości lwiej części przedstawicieli zachodnich nacji odgrywa znacznie większą rolę niż literatura czy malarstwo.

*

Z Nagrodą Nobla, jak z każdym tego typu przedsięwzięciem, bywało różnie. W przypadku tej literackiej psioczono nie raz na akademię za dokonane wybory, na jej polityczną poprawność i różne „parytety”, którymi usiłowała i usiłuje się posługiwać (np. geograficzne, płciowe czy polityczne). Psioczono za to, komu nagrodę przyznała, i za to, że komuś jej nie przyznała (czasem: nie zdążyła), choćby Jorge Luisowi Borgesowi, pisarzowi argentyńskiemu, który podobno bardzo cierpiał z tego powodu.
Bob Dylan znajdował się na liście nazwisk już od dawna, bodaj od lat 90. – „rywalizowała” z nim jeszcze Wisława Szymborska. Wówczas przez kilka kolejnych lat wymieniało się go głośno jako jednego z najbardziej prawdopodobnych kandydatów.
A potem zrobiło się jakby ciszej, a czas biegł nieubłaganie – pieśniarz ma dziś siedemdziesiąt pięć lat. Obawiałem się, że pomysł, by wreszcie dać Nobla muzykowi rockowemu, autorowi, za przeproszeniem, tekstów piosenek – rozejdzie się po kościach i w końcu umrze wraz ze śmiercią artysty. Nobilitacje rokendrola i rokendrolowców odbywały i odbywają się od dawna na przeróżne sposoby, ale tej kropki nad „i”, postawienia wreszcie znaku równości między poetami, powieściopisarzami oraz autorami tekstów piosenek – Nobla dla rockmana wciąż brakowało. Niczym ostatniej perły w bogato inkrustowanej koronie. I dobrze się stało, że gremium doszło chyba do podobnych wniosków. No bo jeśli nie Dylan, to kto?

*

Bob Dylan właściwie od początku był kimś osobnym. To jasne – aby być wybitnym, nie można być takim jak wszyscy. Trzeba iść co najmniej jeden krok z przodu, przecierać nowe szlaki, a nie podążać tymi już wydeptanymi.
Robił swoje. Został okrzyknięty zdrajcą i Judaszem już w połowie lat 60., gdy zamienił gitarę akustyczną na elektryczną. Fani protestowali i odwracali się od niego, a on – pewny swoich racji i wyborów – szedł dalej. I fani wracali.
Dziś, gdy jest starszym panem, o niepodważalnym i ogromnym dorobku, nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzeczy już randze jego dokonań, wielkim walorom literackim pisanych przez niego tekstów – wierszy, poezji po prostu. Wiekiem i pozycją tłumaczymy wiele z jego zachowań: przechodzimy do porządku także nad dwutygodniowym milczeniem po ogłoszeniu tegorocznego werdyktu Akademii Królewskiej. Gdy jednak oświadcza, że do Skandynawii nie przyjedzie, bo trzymają go jakieś inne zobowiązania, moje serce się burzy. 

Robercie Zimmermanie, nie czujesz potrzeby, by to zrobić dla siebie? Zgoda, lecz zrób tę ostatnią rzecz dla zjawiska, którego stałeś się jednym z niekwestionowanych liderów, jego ikoną: wsiądź w samolot i odbierz tę nagrodę.
Bo dzieje ludzkości to także takie różne – krótkie, acz pamiętne i znaczące chwile: czyjegoś hołdu komuś złożonego, składania podpisów przez bardzo ważnych ludzi pod bardzo ważnymi dokumentami, wielkiej chwały lub też medali wręczanych sportowcom na olimpiadach. A więc wiwatujących, bijących brawo tłumów, błysków fleszy i kamer, które to wszystko uwiecznią. 
By kiedyś w przyszłości każdy, kto zechce, mógł zobaczyć, jak w 2016 roku pierwszy spośród rockmanów, genialny artysta drugiej połowy dwudziestego i początku dwudziestego pierwszego stulecia odbiera z królewskich rąk najważniejszą literacką nagrodę na świecie. Rozumiem, że nie zależy Ci na tym, ale powinieneś to zrobić. Przez wzgląd na pamięć tych, co umarli – Jima Morrisona, Johna Lennona czy Leonarda Cohena. Przez wzgląd na zastępy tych, co od drugiej połowy lat 50. poprzedniego wieku szarpali i szarpią struny gitar, okładają klawisze i walą w bębny. Przez wzgląd na miliony rockfanów rozsianych po całym świecie.

[W NaTemat: 23 listopada 2016]

Jack White III Akustyczny

jw_iii

To, najwyraźniej, definiuje styl Jacka White’a: pierwotność, powrót do korzeni, do źródeł bluesa i rock and rolla, prosty, surowy przekaz.

[more]

*

Notując swoje wrażenia dotyczące dwóch poprzednich albumów artysty, zżymałem się na „pośpiech” w rejestrowaniu nagrań, niechęć do wycelowania szczegółów w studiu, ubolewałem, że wciąż brak mi tej kropki nad „i”. A teraz?

Teraz wracam pamięcią do pierwszej sceny 

It Might Get Loud

(Będzie głośno, 2008), w której muzyk, w plenerze, bierze do ręki byle jaką deskę, znajduje jakiś gwóźdź, który – jeśli mnie pamięć nie zawodzi – wbija w tę deskę kamieniem, następnie podnosi z ziemi kawałek drutu i… ma gitarę gotową. I chyba ten obrazek definiuje JW III: pierwotność, powrót do korzeni, do źródeł bluesa i rock and rolla, prosty, surowy przekaz, melodia i tekst, zaś całą tę mniejszą lub większą ornamentykę pozostawia w spokoju, daleko od siebie, niech inni sobie dłubią jeśli chcą, poprawiają i dopieszczają, on – nie.

https://youtu.be/UbDrtUZGHPA

A jakiś czas potem w tym samym filmie trzej panowie – JW, The Edge i Jimmy Page – znajdują się w studiu. I ten ostatni dobywa ze swej gitary pierwsze riffy Whole Lotta Love. Oczy pozostałych dwóch płoną…

*

Whole Lotta Love otwiera drugą płytę Led Zeppelin, wydaną w październiku 1969 roku. Rok później ukazuje się trzecia, moja ukochana, odkąd usłyszałem ją w całości (oj, było to wiele lat później). A na niej – pierwszy 

akustyczny set

w dziejach rocka.

W tym miejscu dodać też należy, że Jack W.  jakiś czas temu zamienił rodzinne Detroit na Nashville. Bo to są te, dość oczywiste, tropy dotyczące nowego wydawnictwa artysty. Tyle że oczywistość niczego jeszcze nie załatwia, częściej może przełożyć się raczej na banalność niż przekaz udany artystycznie, zwłaszcza po upływie tylu dekad, w roku 2016. Tym bardziej że album ma kompilacyjny charakter, zbiera bowiem utwory nagrane na przestrzeni osiemnastu lat. Ściślej – akustyczne bądź prawie akustyczne wersje utworów zamieszczonych na płytach White Stripes, Dead Weather, Raconteurs i solowych.  Album w dodatku nie jest krótki – składają się nań dwie płyty, dwadzieścia sześć utworów.

Dostatecznie dużo, by dać obraz albo odpadów, przypadkowo dość pozbieranych z różnych sesji i lat, niekoniecznie trzymających się tzw. kupy, albo – właśnie: piosenek świadczących o 

wierności

muzycznym ideałom i idolom, dowodzących stylistycznej jednorodności. Rozpiętej – jak na Amerykanina z Południa (z wyboru) przystało – między bluesem, rock and rollem, bluegrassem i country. I jeśli brakuje mi w jego innych płytach ostatniego szlifu, to tutaj mam wreszcie poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu: prawie nic ponad niezbędne minimum, proste aranże, skromna, w przeważającej mierze akustyczna instrumentacja, A to tylko mocniej uwypukla urodę poszczególnych kawałków i ich niekoniecznie prostą fakturę. Czyli, chciałoby się rzec, zupełnie jak u McCartneya, choć White’owi znacznie bliżej do patentów Page’owsko-Plantowskich.

(Jack White, Acoustic Recordings 1998-2016, 2016)

[W NaTemat: 20 listopada 2016]

Van Morrison Forever

pobrane

Te utwory aż zapierają dech w piersiach, jeden piękniejszy jest od drugiego, choć ich faktura – jak to u Van Morrisona – prosta nie jest i do klaskania na raz w ogóle się nie nadaje, natomiast wokal nie uwiódłby żadnego profesora żadnej akademii muzycznej.

[more]

Gdzieś na początku swojego blogowania deklarowałem trwałą i nieprzemijającą niechęć do piosenki francuskiej (w klasycznej postaci) oraz tzw. aktorskiej. Niechęć do tych emocji rozciągniętych do granic możliwości, na najcieńszej strunie, która raz po raz przecina i skórę, i trzewia. Do szeptów lubieżnych albo plucia krwią hen, aż po ostatnie rzędy widowni. Oraz do tego zimnego, wystudiowanego, znów niejednokrotnie wykrzyczanego aktorskiego odrobienia lekcji pt. Zaśpiewam piosenkę.
Wspominałem wtedy o tej bezkresnej przestrzeni rozciągającej się między bielą i czernią, do tych pośrednich stanów nie tylko emocjonalnych, co tak wspaniale potrafili zagospodarować wykonawcy anglosascy.

*

Czasem, gdy coś mi się nie podoba, czepiam się niczym jakiś ortodoks. I odwrotnie, gdy muzyka przypada mi do gustu, jest mi wszystko jedno, jak ją nazwać. 

Czy Van Morrison to jeszcze ciągle muzyk rockowy?

A po jakie licho tego dochodzić?! Irlandczyk, podobnie jak Bob Dylan, raczy nas drugą w ciągu kilkunastu miesięcy płytą. Czyżby przyczyną częstszych odwiedzin studia nagraniowego była smutna świadomość towarzysząca niemłodym już ludziom, że czas kurczy się wciąż bardziej i należy to, co zostało, należycie wykorzystać? Najważniejsze jednak, że większa częstotliwość rejestrowania piosenek bynajmniej nie odbija się na ich jakości.
W tym miejscu nieśmiało tylko chciałbym uzmysłowić kolejny raz – sobie i Wam – że jeśli komuś wydaje się, że od lat kręcimy się wokół tych samych nazwisk, to jest to prawdą. Ale prawdą jest też, że tych nazwisk jest garstka. Z gwiazd lat dawno minionych ostało się ich nie za wiele – i, powtarzam uparcie, to spośród nich wykonawcy najwybitniejsi.
Nad nowymi utworami Van Morrisona rozpływał się w przedostatnią niedzielę Wojciech Mann, używając m.in. starej prawdy w odniesieniu do starych artystów, że VM już nic nie musi. Owszem, nie musi, ale wciąż daje radę, sprawiając przy tym wrażenie, iż nie wymaga to od niego większego wysiłku. Ciekawe, że grono mistrzów – chyba się nie mylę? – jest dzisiaj w formie lepszej niż trzydzieści – dwadzieścia lat temu. Odpoczęli trochę, dali wytchnąć swoim steranym używkami organizmom? Oczyszczone żyły ożywczo podziałały na głowy? Wielkich talentów nie mącą już narkotyczne czy alkoholowe odjazdy?

W poprzedni weekend ulegałem jeszcze emocjom związanym z konkursem Wieniawskiego, mając nieprzemijające niestety poczucie, jak wielkim dyletantem w zakresie muzyki poważnej jestem i już pozostanę, a parę dni później zachwycam się nowym albumem niegdysiejszego lidera Them. I? Znów ta banalna refleksja o „poważnym” co prawda, ale odtwórstwie, graniu zgodnym z zapisem nutowym – a na drugim biegunie muzyce oryginału, autorskiej, będącej takim samym obecnie popem jak Chopin czy Mozart dawniej. Kto z nas jest w stanie orzec, że za dwieście lat nie będzie się grało Beatlesów czy Van Morrisona?
Porzucam jednak te, pożal się Boże, akademickie rozważania, by zająć się emocjami. Własnymi, bo tylko o nich mam pełne prawo mówić. Otóż jestem zachwycony nowym materiałem Irlandczyka. Jest w nim wszystko to, co znamy z wcześniejszych nagrań – i wszystko na poziomie i w stylistyce najlepszych jego dokonań ostatnich dwóch z okładem dekad. 

*

W rockowej formule to granie, powtórzę, niespecjalnie się mieści. Orkiestrowe tu i ówdzie aranże mogłyby sugerować jakieś festiwale piosenki, ale nie kojarzę żadnego, na którym pojawiłoby się 

tyle znakomitych nut jednocześnie.

Bo te utwory aż zapierają dech w piersiach, jeden piękniejszy jest od drugiego, choć ich faktura – jak to u Van Morrisona – prosta nie jest i do klaskania na raz w ogóle się nie nadaje, natomiast wokal nie uwiódłby żadnego profesora żadnej akademii muzycznej. To ostatnie nie ma znaczenia, bo perfekcyjna jest cała reszta, przy czym tę perfekcję osiąga się tutaj niejako przy okazji. całkowitą niewymuszonością dobywania dźwięków z poszczególnych instrumentów i lekkością wspomnianej aranżacji. Trzeba niebywałego mistrzostwa, by operując smakowitymi środkami, robić to tak lekko i z tak wielką prostotą. Że to cholernie trudne – dowodzą codziennie docierające do nas, taśmowo produkowane w studiach nagraniowych konfekcyjne wyroby piosenkopodobne.Swe 

muzyczne korzenie

Van Morrison na nowej płycie sygnalizuje bodaj trzykrotnie, w The Pen Is Mighter Than The Sword, gdzie stylowo pobrzmiewa na pierwszym planie gitara Dave’a Kerry’ego (polskiemu słuchaczowi ten sposób gry nieodparcie kojarzyć się będzie z Wojciechem Waglewskim), w Share Your Love With Me oraz z bluesowym Going Down To Bangor, ale to odnotowuję tylko z kronikarskiego obowiązku. 
Przed ponad czterema dekadami Stonesi zatytułowali swój krążek It’s Only Rock’n’roll (But I Like It), Keep Me Singing jawi mi się jako swoista mutacja tamtego tytułu. Śpiewanie jest tym – mówi stary artysta – co umiem robić w życiu najlepiej, więc pozwólcie mi śpiewać. 

Hero on down to roadside

Well I’m singing, playing my songs

Doing just what I know how to do

Right here where I belong.

Czas bezlitośnie obchodzi się z większością dokonań ludzkich we wszelkich dziedzinach i nie inaczej jest na gruncie muzyki popularnej. Natomiast w odniesieniu do piosenek mistrza Van Morrisona mam przekonanie graniczące z pewnością, że będą one zachwycać i wzruszać także następne pokolenia.

(Van Morrison,Keep Me Singing, 2016)

[W NaTemat: 31 października 2016]

Portret potrójny we wnętrzu

ostatnia_rodzina1

„Ostatnia rodzina” to z pewnością nie jest film o normalnej podstawowej komórce społecznej. Tylko że w takiej normalnej – inaczej niż u Beksińskich – nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Z mieszczańskiego trybu życia raczej nie zrodzi się nowa jakość.

[more]

*

Wściekły na matkę Tomasz – z tego powodu, że pieczołowicie posprzątała mu mieszkanie – wpada do kuchni rodziców, by na oczach osłupiałej i przerażonej rodzicielki (oraz… filmującego to wszystko kamerą ojca) demoluje pomieszczenie, wywracając szafki i zrzucając puszki i inne pojemniki na ziemię. Po takim nalocie wychodzi. Pani Zofia – zapłakana – klęka na kolana i zaczyna sprzątać. Po chwili zwraca się błagalnym tonem do męża, by ulitował się nad nią i przestać kręcić.

W przeciętnej rodzinie, w podobnej sytuacji ojciec, jeśli już nie próbowałby zatrzymać wściekłego syna, to zabrałby się razem z żoną do sprzątania. W innym wypadku w jego stronę natychmiast poleciałby talerz lub inny garnek, a na pewno parę niewybrednych, ale w pełni uzasadnionych sytuacją zdań komentarza.

„Ostatnia rodzina” to z pewnością nie jest film o normalnej podstawowej komórce społecznej. Tylko że w takiej normalnej nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Jej członkowie zwykle nie mają wybitnych osiągnięć, nie są tymi, co posuwają świat choć o milimetr naprzód w tej lub innej dziedzinie, nie legitymują się szczególnymi zdolnościami artystycznymi. Normalność to przeciętność, a ta jest przeciwieństwem indywidualności. Z mieszczańskiego trybu życia nie rodzi się nowa jakość, nie powstaje żadna wartość dodana.

*
Aż boję się to napisać, lecz film mnie rozczarował. Tym mianowicie, że nie wniósł niczego nowego do mojej wiedzy o rodzinie Beksińskich, że nie był w stanie zrobić ani kroku dalej poza to, co opisała w swej znakomitej książce Magdalena Grzebałkowska. Owszem: nagrody w Locarno i Gdyni, świetne recenzje, moja – widza – pewność, że kochany od czasów „Ziemi obiecanej” i „Dyrygenta” Andrzej Seweryn dorzucił do swego CV kolejną wielką kreację, że Dawid Ogrodnik po „Chce się żyć” ma następną wybitną rolę na koncie, że nie ustępuje im Aleksandra Konieczna, wybornie obsadzona w roli Zofii Beksińskiej. O tym byłem przekonany już przed projekcją i po dwóch godzinach w kinie nic się nie zmieniło. A najwyraźniej bardzo pragnąłem być czymś jeszcze zaskoczony.

*

Ze Zdzisławem Beksińskim czy – ściślej – informacjami na jego temat zetknąłem się po raz pierwszy w 1983 roku, zimą. Kolega ze studiów kupił nowy numer „Architektury”, a tam znalazł się reportaż o malarzu uzupełniony kilkoma fotografiami: jego obrazów oraz pracowni. Zafascynował mnie widok zarówno prac, jak i miejsca, w którym powstawały: widać było najwyższej wówczas klasy sprzęt audio, zaś odpytywany artysta opowiadał, że lubi pracować przy muzyce rockowej, a o takie deklaracje nie było przecież łatwo w tamtych latach.

Gdy ponad trzy dekady później oddawałem się lekturze książki „Beksińscy. Portret podwójny” uświadomiłem sobie, że w 1978 lub 79 roku miałem w rękach taśmę magnetofonową będącą własnością Tomasza. Ówczesna członkini naszej rodziny studiowała anglistykę na UŚ – i najpewniej była na tym samym roku, co przyszły redaktor. Co musiała zrobić, by pożyczył jej tę taśmę, nie mam pojęcia. Do odsłuchania ostatecznie nie doszło, bo lepszy sprzęt w moim domu pojawił się dopiero rok-dwa lata później, a wtedy stał tam tylko skromniutki ZK120, owa szpula natomiast była za duża – miała średnicę osiemnastu centymetrów i zawierała w dodatku zapis stereofoniczny.

W latach 80. byłem stałym słuchaczem „Wieczoru płytowego” i zdecydowanie bardziej wolałem propozycje Tomasza Beksińskiego niż Tomasza Szachowskiego. Nie kojarząc do pewnego momentu, że jest on synem Zdzisława, nie przepadając za jego nawiedzonym częstokroć komentarzem, nie zgadzając się z wieloma opiniami – chętnie jednak nagrywałem prezentowane przez niego płyty, np. te King Crimson z lat 80. Pamiętam, jak na przykład zżymał się na So Petera Gabriela, nazywając tę płytę flakami. Schabowym natomiast określił czwarty album artysty.

Jego nocnych audycji w Trójce nie dane mi było słuchać. Ani jego, ani Piotra Kaczkowskiego, ani żadnych innych. Z prostych powodów: za szamanizmem nigdy nie przepadałem, w miejscu pracy musiałem stawiać się najpóźniej o 6.59, a w 1991 roku urodzili mi się synowie, od razu dwaj. To wszystko skutecznie wyłączyło mnie na parę lat ze śledzenia na bieżąco tego, co dzieje się w muzyce, z możliwości spokojnego słuchania radia i płyt. Do regularnej lektury „Teraz Rocka”, następcy „Tylko Rocka”, też już nie wróciłem. Nie znałem więc felietonów redaktora TB.

Który już wtedy, w latach 90., narzekał na komputery i postępującą, jak to się obecnie mówi, cyfryzację – cóż powiedziałby dzisiaj, kiedy „w chmurze” wiedzą o nas więcej, niż mieściło się w teczkach wybrańców peerelowskich służb bezpieczeństwa? O którego odlotach, a tym bardziej ich skali, nie miałem – jak chyba większość – bladego pojęcia.

*

A potem, w odstępie paru lat, obiegły Polskę dwie informacje: o samobójstwie Tomasza (1999) i, znacznie bardziej wstrząsająca, o okrutnym zabójstwie – ale czy zabójstwo może nie być okrutne? – Zdzisława (2005).

Dopiero z wydanej dziewięć lat później książki Grzebałkowskiej, z pietyzmem i detektywistyczną dociekliwością odtwarzającej losy tych kilkorga ludzi, poznałem szczegóły ich życia. Po fascynującej i szokującej wielokrotnie lekturze mogłem zachodzić w głowę, co jeszcze można tutaj dopowiedzieć, jakie ujawnić nieznane szczegóły.

Film Jana P. Matuszyńskiego skupił się na okresie warszawskim – 1977-2005. Zamienił, przepraszam za banał, słowo na obraz. Scenariusz Robert Bolesto napisał co prawda wcześniej, niż ujrzała światło dzienne wspomniana książka, ale film objawił się światu później… No właśnie. Prawdopodobnie gdybym nie znał Grzebałkowskiej, byłbym – podobnie jak wielu – zachwycony. 

Jednocześnie, dodam od razu, mam przekonanie – bo znam trochę siebie – że gdy zdarzy mi się oglądać film drugi czy trzeci raz (a jestem pewien, że tak się stanie), moja opinia złagodnieje. Wiedząc już „co”, uważniej będę śledził „jak”. 

Nie sposób też uwolnić się od refleksji, że „Ostatnia rodzina”, zdecydowanie nieświęta, aczkolwiek z Zofią niczym Matka Boska, a za sprawą matek – babć Tomasza praktykująca i katolicka, w krzywym zwierciadle pokazuje niejedną spośród naszych rodzin, bez wątpienia znacznie bardziej pospolitych. Z tych rodzin – gdy patrzymy z boku – pozorną lub faktyczną dziwnością graniczącą z dziwactwem, z zachowaniami i wzajemnymi relacjami nie do końca uznawanymi powszechnie za normalne. Ale co w ogóle jest normą?

Strach pomyśleć, co by było, gdyby film się nie udał, gdyby zepsuł nośny temat. Jest na szczęście bardzo dobry, tyle że – powtórzę – po lekturze książki niczym już nie zaskakuje, choć niejednego widza – tak jak moją żonę – potrafi porządnie „skopać”.

(Jan P. Matuszyński, Ostatnia rodzina, 2016)

[W NaTemat: 23 października 2016]

Stare, dobre riffy: Cinemon

cinemon_po

Po takich koncertach zwykle radość i smutek mieszają się we mnie. Radość, że tylu młodych gra tak dobrze w starym stylu. Smutek, że tak cholernie ciężko im się przebić.

[more]

*
Zespół zaczął grać piętnaście minut przed dwudziestą pierwszą, trzy kwadranse po – zgoda, luźno – zapowiedzianym czasie. Jako ten, który rusza w dzień wcześnie rano, byłem już nieco zniecierpliwiony przeciągającym się początkiem. Prawie jak Guns’N’Roses – pomyślałem. Panowie przechadzali się po sali, dostrajali instrumenty, poprawiali setlistę, a czas płynął.

Gitarzysta i wokalista to wizualnie skrzyżowanie późnego Jima Morrisona, Michała Muzolfa (Breakout) i brodatego Eddiego Veddera. Bębniarz ma coś z Robbiego Kriegera (Doors), zaś basista jest zdecydowanie wystylizowany na Kurta Cobaina. Kiedy wreszcie wzięli instrumenty do ręki, wrażenie młodzieńczego zblazowania i błazenady natychmiast ustąpiło:

potężne riffy

Messengera rozlały się w moim sercu. Zaczęli ci, którzy są w tym zespole od początku, Michał Wójcik i Jakub Pałka. Decybele szczelnie wypełniły niewielką salę katowickiej Katofonii, a ja pomyślałem o White Stripes, Black Keys czy Royal Blood, czyli koncepcji grania tylko w dwójkę, na gitarę lub bas i perkusję. W tym jednak przypadku – ostry, obsługiwany kostką bas doszlusował w finale pierwszego numeru, dopełniając brzmienia.

Otrzymałem blisko półtoragodzinną dawkę takiego łojenia, jakie lubię najbardziej. Jeśli mowa o triach, to głowa podpowiada tropy najoczywistsze, ale też po prostu najlepsze: Cream i  Jimi Hendrix Experience,  a ponadto patenty pokrewne, czyli gitara, bas i perkusja plus wokal: Led Zeppelin. Sami muzycy wśród inspiracji sygnalizują także grunge. W tym wszystkim zdecydowanym atutem tria jest jednak niemożność wskazania tych inspiracji w  jednoznaczny sposób: choć Claptona, Hendriksa i Page’a jest tam po trochu, a gęste okładanie bębnów przywodzi na myśl Gingera Bakera, nie ma mowy o czymś takim, jak kopiowanie. Atutem są ponadto chórki – rzecz wciąż nieczęsto spotykana nad Wisłą.

Krakowski Cinemon nie jest nieznany, ma całkiem sporo osiągnięć na koncie, ale nie da się powiedzieć, że przebił się do świadomości masowego odbiorcy. Kuba Pałka stwierdził w trakcie rozmowy po koncercie, że w Polsce

nie ma rynku

dla takiego grania. On już, po jedenastu latach istnienia kapeli, wie, że w muzykowaniu ma pod górę, że w naszym kraju nikt nie otwiera przed nimi szeroko ramion. Zwłaszcza gdy śpiewa się teksty w języku angielskim, bo na przykład Organkowi się udało. Fakt, kilkudziesięciu słuchaczy po kilkunastu latach pracy to nie jest złapanie Pana Boga za nogi. Stąd oczy członków zespołu zwrócone są na Zachód, na Niemcy przede wszystkim, bo tam – mówi Pałka – wygląda to inaczej.

A mi jest smutno, gdy myślę o kapelach takich jak Magnifficent Muttley, Cinemon czy Tape Reels (kiedyś nawet miałem być widzem ich wspólnego występu w Krakowie). Dziś, odwrotnie niż w latach 60. czy 70., potrafiących dobrze grać zespołów jest sporo, za to mało miejsca na rynku, strasznie ciasno w peletonie. Jednocześnie też sam łapię się na tym, że – zupełnie inaczej niż przed laty – kupuję sporo płyt, ale już nie nadążam. Za czasem, za nowościami, z „przerobieniem” tego, co mam na półkach. Bo chciałoby się więcej niż tylko polizać nowości, a i, pewnie z racji metryki, ochota, by bawić się w archeologa rockowego (i jazzowego także) wciąż rośnie. Skąd wziąć na to czas i pieniądze?

Wciągam – nieco przećwiczony wcześniej w nieulubionym medium, jakim jest dla mnie internet – krakowski Cinemon na listę kapel obserwowanych

z sympatią i czułością

ojcowską, chętny, by dać się opanować tym szczególnie bliskim dźwiękom gitar i perkusji, ale jednocześnie z przykrą konstatacją, że świat pędzi jak oszalały, niekoniecznie do przodu. Że w różności siła napędowa dziejów, ale nie raz chciałbym, by tych, co muzycznie czują tak jak ja – było więcej.

Póki co,  6 października ukazuje się nowy album tria, ale czy za dwa – trzy lata będzie tak, że wyda ich kolejne nagrania, powiedzmy, niemiecki Nuclear Blast, publikujący płyty Kadavara albo Blues Pills, trudno przewidzieć. A jeszcze trudniej, czy Cinemonowi pisany jest sukces.

(Cinemon, Katofonia, Katowice, 30 września)

[W NaTemat; 2 października 2016]

Profesor Fripp na karmazynowym tronie

kc_zabrze_2016

Uśmiechałem się cały czas w niedzielny wieczór, oto spełniało się moje jeśli nie ostatnie z czasów dzieciństwa i młodości, to na pewno największe marzenie. Ale w osobistej strefie komfortu przebywałem tylko od czasu do czasu. Podążać bowiem za wyobraźnią Roberta Frippa – choć największe wzloty ma on już za sobą – nadal nie jest łatwo.

[more]

*
Nie jest aż tak bardzo trudno wyobrazić sobie formację King Crimson jako gwiazdę wypełniającą i dziś stadiony, wielbioną przez miliony zakochanych w powłóczystych nutach fanów kilku pokoleń. Wystarczy wybrać z dyskografii takie numery, jak np. Epitaph, The Court of The Crimson King, I Talk to The Wind, Cadence And Cascade. Book of Saturday, Starless czy nawet Matte Kudasai. Już widzę te

tysiące rozkołysanych rąk

uniesionych w górę, uzbrojonych w telefony komórkowe lub zapalniczki. Widzę tę nadmuchiwaną, unoszącą się nad sceną gębę Karmazynowego Króla albo, podczas innego touru, „słońcoksiężyc” z okładki Larks’ Tongues In Aspic. Słyszę te opowieści o tonach przerzucanego z miejsca na miejsce wyposażenia, o wielomilionowych kosztach kolejnej trasy koncertowej i jeszcze większych zyskach wpływających na konta muzyków. O kasę chodziłoby tak wielką, że gościnny udział Grega Lake’a razem z Johnem Wettonem byłby tylko kwestią dogadania się prawników stron.

Zespół miał dane ku temu, by gdzieś pod koniec lat 70. stać się takim właśnie wykonawcą. Nawet jeśli uwzględnić cały szereg zmian personalnych, wolty stylistyczne, a więc – z grubsza rzecz biorąc – trzy oblicza w okresie między 1969 a 1974 rokiem (a czwarte od 1981).

Właśnie. Robert Fripp wyczuł

wyczerpywanie się formuły

rocka symfonicznego, progresywnego (czy jak go tam zwał), na długo przed innymi. Wszystko zaczęło rozpadać się i pękać gdzieś w okolicach 1977 czy 78 roku – członkowie Pink Floyd opowiadali, że czują rosnący mur między sceną a widownią, Emerson, Lake i Palmer wyzionęli artystycznego ducha w 1978 roku, panowie z Yes mieli się chwilami tak dosyć, że uprawiali boks na oczach fanów. Genesis położyli głowy pod topór po odejściu Steve’a Hacketta i w 1978 roku wkroczyli na piosenkową drogę. Tylko Peter Gabriel zdał sobie z tego sprawę wcześniej i w 1974 roku opuścił pokład. Tak jak Fripp, który w tym samym 1974 roku rozwiązał swoją grupę.

Rock progresywny dogorywał, ratowali go jeszcze kumple Frippa, tworząc United Kingdom, ale trwało to krótko, ze wschodu nadciągnęło SBB, jednak wszystko szlag trafił ostatecznie w 1980 roku. Rozpaczliwe działania spod znaku zespołu Asia czy wejście na rynek duplikatu Genesis, czyli Marillionu, Final Cut (nomen omen) Pink Floyd – były w moim osobistym odczuciu tylko dowodem ostatecznej klęski tego nurtu.

Robert Fripp był już wtedy o lata świetlne dalej. Przywrócił do życia nazwę, ale pokłócił się z fanami, nie chcąc grać starego materiału – i muzycznie wyprzedził wszystko w rocku o jakieś niebotyczne długości. Wymyślił do tego – on, gwiazdor i trzydziestopięciolatek wtedy – zupełnie nowy sposób gry na gitarze. Taki, że po kilku sekundach wiadomo, iż takie dźwięki, takie rozwiązania harmoniczne mogą wydobyć się tylko z jego głowy i spod jego rąk. League of Gentlemen i, już pod nazwą KC, Discipline to było w rokendrolu, w parę lat po gwałcie punka, wejście na zupełnie inną orbitę.

Fripp otworzył

nowy rozdział

– w swoim życiu, w historii King Crimson i całego rocka. Poszedł w kierunku, który nie mógł zjednać mu uwielbienia tłumów – grał rzeczy nieoczywiste i, najzwyczajniej, zbyt opornie wchodzące zarówno do mniej wyrobionego ucha, jak i tego nawykłego do starych dźwięków. Zaryzykuję opinię, na ile starcza mi wiedzy i świadomości, że nikt od strony rockowej nie zbliżył się tak bardzo do jazzu jak on, to była (i jest) swoista, Frippowska odmiana jazz-rocka i fusion.

Obecnie, gdy w koncertowym repertuarze KC znów, ku radości także i mojej, są kawałki z dyskografii pierwszego wcielenia grupy, widać wyraźnie – i paradoksalnie – jak wszystkie elementy jego układanki się przenikają i niczym puzzle pasują do siebie: progresja i psychodelia najwcześniejszego okresu, jazzowe inklinacje charakterystyczne dla pierwszej połowy lat 70., potężne gitarowe riffy pochodzące z płyt nagranych z Wettonem jako wokalistą, riffy, których nie powstydziłyby się najlepsze ostro grające zespoły nie tylko w tamtych latach, i wreszcie ten szalony, odjechany wynalazek brzmieniowo-rytmiczny z początku kolejnej dekady.

Dziś to wszystko bezustannie przenika się w muzyce KC, miesza, nie pozwalajac słuchaczowi zbyt długo pozostawać w strefie komfortu, jaką daje „nałożenie” w głowie zapisu znanego z płyt na to, co słyszy w danym momencie z głośników. Stadiony tego nie lubią, tam musi być bardziej przewidywalnie, a Fripp zdaje się robić wszystko, aby nikt nie mógł tego powiedzieć o jego graniu. U niego nie ma skakania po scenie, żadnego taniego spoufalania się z publicznością. Panuje wręcz akademicki porządek, są białe koszule, kamizelki i garnitury, w menzurkach i słoikach są może i znane składniki, ale do ostatniej chwili nie wiadomo, czego i w jakich ilościach użyje tym razem

profesor wraz ze swymi asystentami.

On nam i naszym uszom nie schlebia dłużej niż przez kilka minut, znacznie częściej zabiera w niełatwą podróż, której warunki dyktuje nieustannie, zmuszając słuchacza, by przyspieszył kroku, jeśli nie chce stracić z nim kontaktu. Prowadzi nas bardzo nieoczywistymi drogami, a jednak wciąż jest tak, że zapełnia hale. Cztery występy – dwa w Zabrzu i dwa we Wrocławiu -wyprzedane zostały błyskawicznie.

Uśmiechałem się cały czas w niedzielny wieczór, miejsca mieliśmy z żoną fantastyczne, na wprost estrady, oto spełniało się moje jeśli nie ostatnie z czasów dzieciństwa i młodości, to na pewno największe marzenie. Ale z powodów, o których napisałem wyżej, w osobistej strefie komfortu przebywałem tylko od czasu do czasu. Niby od ponad trzydziestu lat Fripp niewiele już nowego wniósł do swojego postrzegania muzyki, a jednak biec za nim wciąż nie jest łatwo. Jak, nie przymierzając – kiedyś i za oceanem – za Frankiem Zappą. Z tą wszakże różnicą, że Zappa przypominał naukowca – szaleńca, raz po raz dającego upust swoim emocjom i nieokiełznanej wyobraźni, zaś Fripp jakby cyzelował swoje dzieła w zaciszu akademickich laboratoriów.

Układ sceny był wręcz matematyczny: na dole trzy zestawy perkusyjne – Pata Mastelotto, Gavina Harrisona i Billa Rieflina, wyżej Mel Collins z fletem i saksofonami, Tony Levin z zestawem basów, Jakko Jakszyk, gitara i wokal, i lider z gitarą i klawiszami. Otrzymaliśmy de facto podwójną dawkę muzyki – wszystko zaczęło się dwadzieścia minut po dwudziestej i z dwudziestominutową przerwą trwało do dwudziestej trzeciej z okładem. Po zaaplikowaniu takiej dawki nikt chyba nie mógł powiedzieć, że za mało i za krótko.

Obawiałem się nieco po perkusyjnym intro, że bębniarze przytłoczą całość potężnymi uderzeniami swoich zestawów. Częściej jednak grali w danej chwili na cztery ręce niż na sześć, a pierwsze mocne akordy gitar i basu w Lizard upewniły mnie tylko, że dźwięk jest ustawiony bez zarzutu, podobnie jak dyspozycja, w jakiej znajdują się wszyscy panowie. Równowaga między starymi (do 1974) i nowszymi (od 1981) utworami była zachowana. Jednak rozglądając się po widowni, widząc w przeważającej liczbie tych, którzy lat naście mieli raczej w okolicach przełomu lat 60. i 70. poprzedniego stulecia, mam przekonanie, że serce żywiej nie tylko mi biło przy najstarszym materiale. Czy muszę się z tego tłumaczyć, że w głowie mam wyrytą każdą nutę z Larks’… zapisanego przez moich braci jeszcze na ZK120? Że przemielone i przetrawione nastoletnią jeszcze głową mam te właśnie siedem pierwszych studyjnych albumów?

Taka karma

i z tym trudno dyskutować.

Tyle lat przyszło mi czekać, by wreszcie móc usłyszeć King Crimson na żywo, wcześniej jakoś się nie składało. Warto było, koncert był znakomity, wrażenia, jakie dopadają człowieka za tym pierwszym razem, uderzyły we mnie z całą mocą. Nie ośmielę się marudzić, że nie było nic z Discipline, że nie śpiewał Adrian Belew, że to czy tamto.

Wciąż na nowo próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie, które wcielenie KC jest mi najbliższe – to symfoniczne (?) z dwóch pierwszych płyt z Lake’em, to psychodeliczno-jazzrockowe (?) z Lizard i Islands, czy progresja połączona z hardrockowymi riffami (?) z czasów Larks’…, Starless… i Red. I najbliższą prawdy odpowiedź otrzymałem w ostatnim numerze na bis – tym pochodzącym z pierwszej płyty z 1969 roku: 21st Century Schizoid Man. Bo były w nim wtedy, przed laty, potężne gitary i psychodeliczno-progresywny odjazd, a teraz jeszcze z dokładką w postaci jazzowych improwizacji. Czyli wszystko.

(King Crimson, Dom Muzyki i Tańca, Zabrze, 18 września)

[W NaTemat: 20 września 2016]

Świetne urodzinowe granie w Katowicach

urodziny_2016

Organizatorzy 151 urodzin Katowic wystawili słuchaczy na nieoczywistą próbę. Nie sprowadzili bowiem żadnego wykonawcy, którego nazwisko czy nazwa kojarzone byłyby przez ogół (pominąwszy Kroke i A.M. Jopek), a poszli tym razem tropem tego, co lokuje się w przepastnym worze określanym terminem world music. Postąpili ryzykownie, ale – jak się okazało – trafnie i ze smakiem.

[more]

Z czterech koncertów, jakie odbyły się wczoraj pod siedzibą NOSPR, zdecydowaliśmy się z żoną na dwa.

La Chiva Gantiva

Międzynarodowy skład powstały na początku obecnego stulecia z inicjatywy kolumbijskich studentów w Brukseli już od pierwszych sekund występu mógł kojarzyć się z najsłynniejszym artystą z tej – mniej więcej – części świata, czyli Carlosem Santaną. Drugi kawałek przywodził na myśl stare, dobre Red Hot Chili Peppers – i z tymi skojarzeniami, za które przepraszam, pozostałem już do końca znakomitego występu. My tu w Polsce o kapeli wiemy niewiele lub, najczęściej, nic, a tymczasem koncertowała ona już we wszystkich częściach świata, na słynnym festiwalu rockowym w duńskim Roskilde pojawiła się dwa lata temu.

Mocna gitara, jakby odwrotnie niż u Santany, od rocka podążająca w stronę rytmów latynoskich i afro, pulsujący, napędzający całość bas (niczym Flea), solidna sekcja instrumentów perkusyjnych, saksofon i flet w rękach pana o wietnamskich korzeniach (Wietnam kojarzył mi się dotąd raczej z konkursem chopinowskim i Dang Thai Sonem, a tu taka niespodzianka). No i szalony frontman, showman obdarzony świetnym głosem – razem dało to puls i dynamikę świetnie współgrające z zupełnie niepolską jak na ten czas w kalendarzu upalną aurą. Scena aż kipiała energią, nic dziwnego więc, że nawet nieskorzy do pląsów moi krajanie ulegli urokowi tej muzyki i im bliżej końca, tym mocniej kołysali biodrami.

Yemen Blues,

kapelę z Tel Awiwu, kojarzyłem już dzięki mojemu edukatorowi z zakresu współczesnej muzyki z innych kręgów kulturowych, Jackowi S., poznanemu, nomen omen, rok temu w Dolinie Charlotty przy okazji koncertu wspomnianego już Santany (pozdrowienia, Dżeku!). Zresztą, Yemen Blues nie byli pierwszy raz w Polsce, w YT dostępny jest nawet cały ich występ sprzed pięciu lat na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. Zespół zjeździł już kawał świata, a – podobnie jak La Chiva Gantiva – ma też za sobą występ na festiwalu w Roskilde (w 2011 roku).

Z tego, co dostępne jest w internecie, widzę, iż skład formacji jest kwestią płynną. Wczoraj zjawili się jako kwintet, a wiodącą rolę pełniły tym razem instrumenty klawiszowe, raz po raz odpływające w stronę jazzu. Kłaniały się lata 70. i Weather Report, ale też coś trochę lżejszego – pewne echa Steely Dan: YB to zespół dowodzony przez wokalistę, Ravida Kahalaniego, więc partii śpiewanych nie mogło zabraknąć. Mimo wszystko trudniej tu jednak, przynajmniej mi, o znalezienie jakichś oczywistych porównań, skojarzeń, nie o to zresztą chodzi, zwłaszcza że instrumentarium wczorajszego wieczora było mało miarodajne w porównaniu z tym, co zwykle serwuje zespół.

Jego muzyka, choć bardzo dynamiczna, trudniejsza jest w odbiorze niż La Chiva Gantivy, bardziej naznaczona miejscem powstawania, czyli Bliskim Wschodem. Muzycy – wszyscy – o wielkich możliwościach, skala głosu lidera imponująca, w wielu momentach można by go pomylić z kobietą. Kawał znakomitego grania.

*

Z mieszania składników wychodzą rzeczy najpiękniejsze. Z mieszania nacji – najpowabniejsze niewiasty i przystojni faceci. Z mieszania muzyki różnych kultur – brzmienia nieoczywiste i dokonujące ożywczego przeciągu, zwłaszcza w głowie takiej jak moja: mieszkańca Europy środkowej, wychowanego na rokendrolu, który czasem sięga po jazz, za rzadko po muzykę poważną, zaś na co dzień żyje w całkowitym oderwaniu od nut rodem z innych szerokości geograficznych. Ubolewam tylko nad faktem, iż na stoisku Miasta Ogrodów płyty La Chiva Gantivy były po 50, a Yemen Blues – po 80 zł. Podobno były to pomysły samych wykonawców, jednak stanowczo za drogie, zwłaszcza te drugie, by pójść za ciosem i utrwalić sobie wrażenia z występów na żywo. Czego bardzo żałuję, bo muzyki z internetu nie słucham prawie wcale.
Żałuję też, iż odpuściłem, pierwszy tego dnia, występ kongijskich bębniarzy – Les Tambours de Brazza. Zrobiłem to z metrykalnej obawy o kręgosłup na odcinku lędźwiowym, a także o jasność muzycznej percepcji dłuższej niż trzygodzinna.

Władzom Katowic oraz osobom odpowiedzialnym za takie ustawienie urodzinowego repertuaru należy najzwyczajniej podziękować. Jako mieszkaniec tego miasta niejednokrotnie się wstydzę, ale tym razem jestem po prostu dumny.

(La Chiva Gantiva, Yemen Blues, Strefa Kultury Katowice, 10 września)

[W NaTemat: 11 września 2016]

Swingo Rodriguez

sixto_zabrze

Sixto Rodriguez, który 10 lipca skończył siedemdziesiąt cztery lata, dzielnie wytrzymał w pozycji stojącej trudy godzinnego koncertu i bisów trwających około kwadransa. Choć wyraźnie niedomagający, w kondycji był lepszej niż poruszająca się o lasce Marianne Faithfull jesienią ubiegłego roku w Chorzowie, a i – można zażartować – w formie wokalnej wyższej niż od lat mistrz Bob D.

[more]

*
Doniesienia dotyczące występów Rodrigueza mających miejsce po jego cudownym come backu w 2012 roku, związanym z uhonorowanym Oscarem filmem Malika Bendjelloula, były różne. Czasem było podobno fatalnie (w Amsterdamie), innym razem fantastycznie (w Warszawie przed dwoma laty), nie bardzo więc było wiadomo, czego dokładnie można się spodziewać.

Gdy artysta powolutku, z nogi na nogę, w damskiej asyście wyszedł na przód sceny, nie sposób było się nie niepokoić o przebieg koncertu. Miłość, jaką polska publiczność przed trzema laty zapałała do Sixto, rozlała się jednak natychmiast i to szeroką falą. Ze standing ovation ”na dzień dobry” zetknąłem się pierwszy raz. Sam jestem ostrożny w takich gestach, nad Wisłą – jak mi się zdaje – nadużywanych, więc podniosłem się chyba jako jeden z ostatnich.

Występ zaczął się

zaskakująco,

bo od Your Song Eltona Johna. Rozpisany tylko na głos i gitarę, zabrzmiał urzekająco. Wokal SR brzmiał ze zwrotki na zwrotkę lepiej, pozwalając zapomnieć o problemach ze zdrowiem bohatera wieczoru – i najwyraźniej dowodząc, że kondycja fizyczna to czasem jedno, a artystyczna – drugie.

Gdy w drugim utworze pojawił się na scenie stylowy, bardzo dobry zespół akompaniujący – gitara, bas i perkusja – obawy, jeśli ktoś – tak jak ja – je miał, były już bardzo niewielkie, zaś zniknęły zupełnie, gdy jako trzeci w zestawie pojawił się, rewelacyjnie zagrany, klasyk Blue Suede Shoes Carla Perkinsa.

Rodriguez zaskoczył pod paroma względami. W jego wieku niektórzy już nie żyją, inni mają się świetnie, jeszcze inni borykają się z przeróżnymi schorzeniami, a mimo to próbują być aktywni cały czas. Sixto sprawia wrażenie, jakby to nie dla niego były te wszystkie owacje, gesty uwielbienia i miłości, jakby pozostawał zupełnie obok tego. Widać popularność przyszła stanowczo zbyt późno, by mogła poczynić jakiekolwiek znaczące zmiany w charakterze tego porażająco

skromnego człowieka.

Gitara w ręku, stolik z dwoma kapeluszami zakładanymi na zmianę, kubek z czymś do picia, ciemne okulary na nosie niepozwalające, nawet z pomocą lornetki, zajrzeć w oczy starszego pana – i do tego konferansjerka, uroczo nieporadna, pełna podziękowań i wdzięczności za gorące przyjęcie, oszczędna do tego stopnia, że zapomniał (?) przedstawić świetnych muzyków towarzyszących mu na scenie.

Piosenki płynęły jedna za drugą, w tempie rodem z lat 60., czyli każda po dwie minuty z sekundami, góra – trzy. Odstępstw od tego było niewiele, solówki gitarowe dozowane były z umiarem i wielkim smakiem. Ci, którzy spodziewali się, iż całość zacznie się od I Wonder, a koncert złożony będzie z piosenek zawartych na kompilacyjnym Searching For Sugar Man, mogli poczuć się nieco zawiedzeni. Rodriguez, autor zaledwie dwóch albumów, wydanych w 1970 i 1971 roku, obficie sięgnął po repertuar innych wykonawców, głównie po

klasyki amerykańskie,

ale bezdyskusyjnie odcisnął w ich interpretacjach własne piętno. Olśniewająco zabrzmiała Fever, nie gorzej Doorsowskie Light My Fire (gdzie nie sposób było nie dopatrzeć się podobieństw do Jose Feliciano) czy Somebody To Love Jefferson Airplane, w którym – chyba nie tylko ja? – odnajdywałem nuty… All Along The Watchtower Dylana. Z utworów jego autorstwa szczególne wrażenie zrobiły na mnie rewelacyjnie, swingująco zagrany Inner City Blues* oraz Sugar Man. Zresztą, dopisać to trzeba do listy niespodzianek, wersje, które usłyszeliśmy, znacznie odbiegały od oryginalnych.

Wokalnie Rodriguez zdecydowanie dał radę: głos brzmiał mocno i bez zarzutu, jako gitarzysta przypominał  zwłaszcza Neila Younga, a więc gęsta faktura, niekoniecznie czysto zagrana, ale frazowanie w stylu czarnych mistrzów bluesa zdecydowanie uwodziło. Warsztatowo piętro wyżej dźwigał całość zespół – miłośnicy amerykańskiego grania na styku folku i bluesa byli z pewnością ukontentowani.

Muzyka to

wzruszenia,

to emocje. Tych w czwartkowy wieczór w Zabrzu miałem pod dostatkiem. W ślad za tym, jak z każdym rokiem przykrywa mnie coraz większy cień coraz większej góry, czuję coraz więcej miłości fana do swoich starych mistrzów, szczególnie tych nadal aktywnych i nadal trzymających fason. Mając pierwszy raz okazję obejrzeć SR na żywo, mogę tylko powtórzyć swe zdziwienie z czasu, gdy pierwszy raz obejrzałem wspomniany wcześniej film, zdziwienie ugruntowane przez wielokrotną lekturę krążka Searching For Sugar Man: jak tak znakomity facet mógł przejść zupełnie bez echa, niezauważony. Choć – jego gwiazda, mimo iż zdecydowanie zbyt późno, rozbłysła, a ilu jest takich – równie znakomitych – co przepadli zupełnie bez wieści?

Jakże się cieszę, że nazwisko Sixto Rodrigueza mogę dopisać do wciąż – szczęśliwie – wydłużającej się listy ukochanych artystów, których dane mi było zobaczyć na żywo. Z emocjami lokującymi się w stanach górnych i najwyższych. Z czułością – powtórzę, co już kiedyś napisałem – po prostu synowską.

(Sixto Rodriguez, Dom Muzyki i Tańca, Zabrze, 14 lipca 2016)
___________________________

* Na setliście dostępnej w internecie brak tego utworu. Ale tym razem z moją pamięcią do tytułów oraz uchem – mam nadzieję – wszystko w porządku.

[W NaTemat: 16 lipca 2016]

Królowa i ulewa

queen_lfo

Na pięć dni przed Brexitem zespół Queen wystąpił w Oświęcimiu. Zespół, a raczej to, co z niego zostało. Logika, matematyka to albo miłość: czy jeśli oryginalny skład liczył czterech ludzi, teraz mamy do czynienia z połową czy tylko dwoma spośród nich? Cieszyć się czy ganić za – zdaniem części dawnych fanów – odcinanie kuponów od niegdysiejszej sławy?

[more]

Lwia część polskiej publiczności wypowiedziała się na ten temat jednoznacznie: chcemy tych utworów na żywo, chcemy Briana Maya i Rogera Taylora, akceptujemy Adama Lamberta jako głównego wokalistę. To referendum wypadło tym bardziej jednoznacznie, że tuż przed rozpoczęciem występu Królowej (dość szalona jak na polskie zwyczaje pora: niedziela, 23.00) zaczęło padać, a w trakcie koncertu rozpętała się potworna ulewa, której koniec odnotowałem dopiero przed dziewiątą rano w poniedziałek.

To, że miałem problem ze znalezieniem na sobie choć jednego w miarę suchego fragmentu odzienia, na pewno nie ułatwiło przychylnego odbioru całości. O wiele bardziej byłbym ukontentowany obecnością

przy statywie mikrofonu

jednej z legend brytyjskiego rocka, Paula Rodgersa, frontmana grup Free i Bad Company, nawet gdyby radził sobie z wokalizami Mercury’ego gorzej od Lamberta. Ale Rodgers parę lat temu podziękował za współpracę.

Bo, jestem przekonany, z tymi wokalizami w pełni nie jest w stanie poradzić sobie nikt. To, co wydawało się takie oczywiste za życia FM, olbrzymią skalę trudności objawiło podczas koncertu poświęconego jego pamięci. Radę dał tylko, ku zaskoczeniu wielu, George Michael, brawurowo wykonując Somebody to Love. Ale pytanie, czy dałby radę przez dwie godziny, pozostanie chyba bez odpowiedzi.

Lambert ma sporo z Michaela, bo dysponuje głosem nie rockowym, a popowym, by nie rzec bojsbendowym. Pierwszych kilka numerów w niedzielę to była masakra, bo zespół zaczął od paru ostrych kawałków z One Vision na sam początek, a ten młodziak zupełnie nie potrafił się wstrzelić w mocne i soczyste brzmienie instrumentów. Parę razy tak zafałszował, że byłem przerażony i zdegustowany.

Po pierwszej zmianie garderoby, gdy zaśpiewał Play The Game, było zdecydowanie lepiej. Widać, że w tych fragmentach mniej rockowych, tam, gdzie nie trzeba dociskać (co Mercury robił z łatwością), a pójść w wysokie rejestry i falsety, daje sobie zdecydowanie lepiej radę. I tak było już do samego końca, co w niczym nie zmienia faktu, że był zaledwie bladym odbiciem oryginalnego wokalisty.

O Taylorze też powiadali i powiadają, że bębniarz to niewybitny, ale perkusja, wspierana zresztą przez drugi zestaw, brzmiała bez zarzutu. O klawiszach i basie – zdecydowanie pomijanych przez kamerzystów i obraz na telebimach (nb. takiego show Life Festival chyba jeszcze nie widział) też nie można nic złego powiedzieć. May, fachura wielkiej próby, był

największą ozdobą całości.

Co prawda burza „pierścionków” na głowie zmieniła barwę z czarnej na srebrną, ale palce wciąż biegną tam, gdzie chce głowa. Potężne riffy One Vision czy Fat Bottomed Girls robiły spore wrażenie.

Queen, poza krótkim okresem albumów Jazz i Live Killers, szczególnie mnie nie kręcili. W latach 80. zastanawiałem się, jak można pójść w komputerowe klimaty, gdy ma się w składzie takiego wymiatacza jak May (dekadę później to samo zrobili U2). Jednakże nie da się udawać, że nie ma w ich repertuarze utworów, które zyskały, jak najbardziej zasłużenie, wielką popularność, utworów w paru przypadkach naprawdę wielkich.

Trudno było się nie wzruszyć, gdy parokrotnie na telebimie pojawiła się postać Freddiego Mercury’ego, a z głośników dobiegł nas jego wspaniały głos. Podczas Under Pressure ujrzeliśmy również Davida Bowiego, co widownia też oczywiście przyjęła owacyjnie. Cóż, show must go on.

Usłyszeliśmy Love of My Life z wokalem Maya, z kolei Taylor zaśpiewał główną partię w A Kind of Magic, znalazło się miejsce na moją ukochaną Crazy Little Thing Called Love, choć brakło w niej tej stylowej solówki na gitarze elektrycznej – cóż, obsługą sześciu strun podczas koncertu zajmował się tylko Brian May, więc w tym numerze było miejsce jedynie na gitarę akustyczną. Z wielominutowego sola gitarowego z elementami Brighton Rock nastąpiło płynne przejście do

znakomicie zagranego

Tie Your Mother Down, po nim przyszła pora na evergreen Bohemian Rhapsody i na koniec… mój senny koszmar: Radio Ga Ga.

Muzycy zniknęli ze sceny, ale – szanując publiczność wiwatującą w strugach deszczu – nie kazali na siebie długo czekać. Na bis otrzymaliśmy to, co od dawna kończy koncerty Queen, a więc We Will Rock You, We Are The Champions, no i hymn.

Nie dziwię się panom Mayowi i Taylorowi, że wciąż chcą robić w życiu to, co potrafią najlepiej i kochają, czyli grać. Że chcą grać te piosenki, dzięki którym zyskali popularność i uwielbienie milionów. Szanuję za profesjonalizm i za to, że nie kalają legendarnej nazwy próbami nowych kompozycji pod tym szyldem. Zastanawiam się jednak, czy na całym świecie nie da się znaleźć wokalisty, który radziłby sobie z tymi karkołomnymi partiami wokalnymi choć trochę lepiej. Widać – nie jest to wcale takie proste.

Nie wiem też, czy w tych miejscach, gdzie grupa występowała w oryginalnym składzie, może dziś liczyć na równie wielkie przejawy miłości fanów. W Polsce z Mercurym i Deaconem nie zagrali ani razu, więc trudno dziwić się żywiołowej reakcji publiczności. Mimo że w  butach chlupocze woda, a niebo tej nocy nie ma nad nami ani odrobiny litości.

(Queen, Life Festival Oświęcim, 19 czerwca )

[W NaTemat: 24 czerwca 2016]

Perfekcyjny Perfect

lfo

Zawodowstwo pięciu nie najmłodszych już panów, zawodowstwo w najlepszym rozumieniu tego słowa, to wcale nie tak często spotykana rzecz, zwłaszcza na rodzimym rynku.

[more]

*
Od dawna już, gdy zdarza mi się mówić: polski rockowy mainstream, sam środek koryta tej rzeki – myślę w pierwszej kolejności o zespole Perfect. Bo to istota klasycznego, gitarowego grania. Jednak jak się gra tyle lat, ciężko jest utrzymać zainteresowanie publiczności na poziomie przynajmniej zbliżonym do tego z początku lat 80., kiedy kapela Hołdysa była jedną z kilku, co to wiodły

rząd polskich dusz

spragnionych gitarowego grania.

Nie miejsce tu na wałkowanie wielokrotnie już przeżutych i wyplutych kwestii dotyczących zmian wokalistów albo liderów grup, ich – grup – prawa do dalszego istnienia, używania nazwy itp. Z oryginalnego składu pozostają w zespole od lat tylko Grzegorz Markowski i Piotr Szkudelski, ale od razu należy zaznaczyć, że wraz z Dariuszem Kozakiewiczem, Jackiem Krzaklewskim i Piotrem Urbankiem grają już ho ho, a nawet dłużej.

Istotne jest to, jak grają. Kawał czasu minął, odkąd widziałem grupę w akcji poprzednio – w 2009 roku na festiwalu „Ku Przestrodze”, ale nic się nie zmieniło. Szczelnie wypełniła się wtedy przestrzeń pod sceną na Polach Marsowych niedaleko Stadionu Śląskiego, a panowie tak pozamiatali, że kończący pierwszy dzień, obchodzący wtedy swoje piętnastolecie Cree wypadł po nich dość blado.

W historii Perfectu dopatruję się niejakich podobieństw do losów Lynyrd Skynyrd. Zawężając temat do muzyki – w obu przypadkach trudno wyobrazić sobie koncert bez

soli i pieprzu,

czyli piosenek z pierwszego, najważniejszego okresu działalności. Ludzie na to po prostu czekają, ludzie by im nie wybaczyli, gdyby muzycy dokonali choć raz innego wyboru. A gra się przecież po to, by w słuchaczach wyzwalać emocje najgorętsze z możliwych, a nie zaledwie letnie.

Zawodowstwo pięciu nie najmłodszych już panów, w najlepszym rozumieniu tego słowa, to wcale nie tak często spotykana rzecz, zwłaszcza na rodzimym rynku. Ze „starych” zespołów – i to z tych, co to wciąż elektryzują publiczność, i to znacznie mocniej niż Perfect – jest szczególnie jedna taka, której nazwę tu przezornie przemilczę, w której wokalista przez ponad trzydzieści lat nie nauczył się choć przyzwoicie śpiewać, a instrumentaliści choć przyzwoicie obsługiwać swoje sprzęty, czego – na Boga – nie potrafię pojąć.

W Perfekcie jest inaczej: Markowski wciąż zdecydowanie daje radę, taki Panasewicz to mógłby mu dziś wiązać sznurówki, a reszta zespołu potrafi rozpalić w każdym piecu. Duet Kozakiewicz – Krzaklewski jest jednym z nielicznych, a może aktualnie jedynym takim w Polsce (Adam Otręba został nieco w tyle za Jerzym Styczyńskim), w którym nie ma śladu rywalizacji, a jest najlepiej pojęta swoboda i biegłość operowania sześcioma strunami i pięcioma palcami obu rąk. Grają

bez popisywactwa, taniego efekciarstwa,

za to z pokorą wobec linii melodycznych i ram czasowych kolejnych piosenek. Serce rośnie, gdy panowie wycinają swoje sola jedno za drugim, jak dodają smaku dość skromnie opracowanym wersjom studyjnym niektórych najstarszych utworów (choćby w Idź precz czy Lokomotywie z ogłoszenia). Stopa Szkudelskiego i bas Urbanka natychmiast, od pierwszych dźwięków otwierającego występ Bla, bla, bla uderzyły mnie w żebra (brzuch przezornie miałem osłonięty zawieszonym od przodu plecakiem), nie pozostawiając wątpliwości, że jestem na rokendrolowym koncercie, gdzie nie będzie żadnego pitu-pitu, lecz porcja solidnego łojenia.

Co istotne, w odróżnieniu od wspomnianych już Lynyrd Skynyrd, rodzimy kwintet wciąż dorzuca coś do koszyka z największymi przebojami. Ostatnim takim numerem jest Wszystko ma swój czas. Nie widzę więc absolutnie powodów do narzekania, psioczenia. Nie śledzicie już ich nowych płyt? Trudno. Ale wybierzcie się na koncert. Nie ma mowy o odcinaniu kuponów, na scenie jest radość grania, a pod nią radość patrzenia i słuchania. Long Live Rock’n’roll.

(Perfect, Life Festival Oświęcim, 19 czerwca)

[W NaTemat: 22 czerwca 2016]