Skandynawska asceza: Bobo Stenson

bobo

„Kupuję” tę powściągliwość w dobywaniu kolejnych dźwięków. Momentami zdecydowanie bardziej klasyczną niż jazzową urodę melodii. Ta niespieszność mości się pod skórą i czyni mnie na jakiś czas łagodniejszym człowiekiem. I jako jazzowemu profanowi jest mi w gruncie rzeczy obojętne, czy ktoś uznaje tę estetykę, jakże inną od wzorca amerykańskiego, za jazz dla maluczkich, „łatwiejszy”.

[more]

*

Dokuczliwy jest brak narzędzi, dzięki którym mógłbym choć w miarę swobodnie pisać o jazzie. Lecz przecież jest jeszcze to coś, coś podstawowego i istotnego – mianowicie emocje, które wyzwala w człowieku muzyka. I jeśli są one pozytywne, tym chętniej przychodzi się nimi dzielić.

W trakcie blisko półtoragodzinnego koncertu zastanawiałem się, na ile

pianistyka jazzowa 

weszła w kompetencje tzw. muzyki poważnej – fortepianowej, ile wyrwała z tego akurat muzycznego tortu dla siebie. To pewnie takie rozważania na poziomie szkoły podstawowej, ale gdzieś tam u ich początku pozostaje pytanie, gdzie urywa się świat nienagannych interpretacji klasyki, a gdzie zaczyna nieograniczone szaleństwo muzyki improwizowanej, częstokroć z równie bajeczną techniką, choć pojmowaną nieco inaczej. I czy – wreszcie – do historii muzyki fortepianowej wiek dwudziesty wniósł więcej od strony klasycznej, czy też może jednak jazzu.

*

Niskie na ogół temperatury panujące w Skandynawii przekładają się częstokroć na podobnie stonowane klimaty filmowe, literackie czy muzyczne. A nam, Polakom, jakoś dziwnie blisko było do Bergmana, zaś wspólpraca rodzimych jazzmanów ze Szwedami czy Norwegami ma już liczącą parę ładnych dekad tradycję. Lecz jak popatrzeć na mapę Europy, to przecież okazujemy się raczej ludem Północy niż Południa. W tym upatruję tej szczególnej 

bliskości

– na przykład Komedy i Carlsona, Możdżera i Danielssona, Tria Marcina Wasilewskiego i Mildera czy Stańki i Stensona.

*

Wśród tych, którzy wywarli największy wpływ na Bobo Stensona, dziś już siedemdziesięcioletniego pana, wymienia się przede wszystkim Billa Evansa, a także młodszego od Szweda o rok Keitha Jarreta. Stenson od lat stoi na czele swojego tria, natomiast w CV ma współpracę z takimi gigantami, jak Sonny Rollins, Stan Getz, Gary Burton czy Don Cherry. Legitymuje się wspólnymi płytami z m.in. Janem Garbarkiem, Charlesem Lloydem oraz Tomaszem Stańką.

*

Mnie to bierze, chwyta za serce, kupuję tę 

powściągliwość

w dobywaniu kolejnych dźwięków. Momentami zdecydowanie bardziej klasyczną niż jazzową ładność melodii. Ta niespieszność mości się pod skórą i czyni mnie na jakiś czas łagodniejszym człowiekiem. Dobrze mi z taką muzyką. I jako jazzowemu profanowi jest w gruncie rzeczy obojętne, czy ktoś uznaje tę estetykę, jakże inną od wzorca amerykańskiego, za jazz dla maluczkich, „łatwiejszy”.

Ta asekuracja jest poza tym zupełnie zbędna. Wprowadzaniem pewnych nazwisk polskich czy skandynawskich, w tym Stensona, na salony, do ekstraklasy europejskiej czy światowej zajęli się  już dawno temu inni – biegli w meandrach sztuki jazzowej. Ci natomiast, którzy – jak ja – wybrali się 9 grudnia wieczorem do siedziby NOSPR w Katowicach, zostali przez pianistę wyrwani na godzinę z okładem z rzeczywistości i przeniesieni w lepszy świat. A to warte jest znacznie więcej niż dwadzieścia pięć złotych wydane na bilet. 

(Bobo Stenson solo, NOSPR Katowice, 9 grudnia 2014)

[W NaTemat: 21 grudnia 2014]

AC/DC – rokendrolowy piec na zimowe wieczory

acdc_rock

Zamiast statecznego Mikołaja z chłodnej Laponii wielu wybiera w tym roku drobnego faceta w szkolnym mundurku z gitarą w rękach. Który czterdziesty już rok uczęszcza do czwartej klasy podstawówki, tyle że po drodze zrobił już co najmniej doktorat z rollologii. I chrzani cały obrzydliwie poważny świat, nadal biegając po scenie w krótkich spodniach.

[more]

*

Przyjemnie wsiada się po dłuższej przerwie do co prawda nienowego, ale sprawdzonego w różnych sytuacjach samochodu. Ręce natychmiast odnajdują swoje miejsce na kierownicy i lewarku skrzyni biegów, kręgosłup bez zdziwienia dotyka oparcia fotela. Okres rozbratu z pojazdem uświadamia tylko, jak nam w nim dobrze. Zwłaszcza że silnik, mimo sporego przebiegu, pracuje bez zarzutu, a wręcz zdecydowanie lepiej, niż to niejednokrotnie zdarzało się w przeszłości.

Warto było czekać długich sześć lat na takie 

niewiele ponad pół godziny.

Bo taki rozmiar albumu i okołotrzyminutowe piosenki to powrót do źródeł, do lat 50. Całość zaczyna się, jakże by inaczej, od świetnego riffu, a chwilę potem Johnson rzuca: „Hey yeah, are you ready? We be a good time band (…) You hear the guitar sound, playin’ nice and loud” i wiadomo, że wszyscy są u siebie: ci, co grają, i ci, którzy chcą tego słuchać – „In rock we trust”.

 

Formy można tylko pozazdrościć, toteż zamiast statecznego Mikołaja z chłodnej Laponii wielu wybrało w tym roku drobnego faceta w szkolnym mundurku z gitarą w rękach. Który czterdziesty już rok uczęszcza do czwartej klasy podstawówki, tyle że po drodze zrobił już co najmniej 

doktorat z rollologii.

I chrzani cały obrzydliwie poważny świat, nadal biegając po scenie w krótkich spodniach.  A  egzemplarze płyty sprzedają się jak ciepłe bułeczki.
Ech, łza się w oku kręci. Jestem z tego pokolenia, które w szczenięcych latach emocjonowało się m.in. trójwymiarowymi pocztówkami, a te czasami znajdowały się w posiadaniu kogoś z koleżeństwa (emocjonowało tak samo jak puszkami po piwie czy opakowaniami po papierosach). Takie kartki były wtedy rarytasem, jednym z symboli zgniłego i nieosiągalnego Zachodu. Umieszczenie czegoś podobnego w roku 2014 na okładce płyty zdaje się dowodzić, iż nostalgia może dopaść też i ludzi, którzy całe swoje życie spędzili w kapitalistycznym systemie.

Nowy materiał AC/DC to bardzo udana podróż w czasie – zwyżka formy jest tak znacząca, iż w kilku miejscach porównania z najlepszymi płytami zespołu nasuwają się same. To naprawdę wzruszające, że niemłodzi dziś panowie wciąż potrafią wykrzesać z siebie tyle świeżości, tyle chłopięcej energii. No i 

ten swing, ten blues

znów tak wyraźnie wyczuwalny – zwłaszcza w rewelacyjnych Got Some Rock & Roll Thunder czy Hard Times. Natomiast Rock The Blues Away brzmi jak cover utworu Creedence Clearwater Revival, a głos Johnsona jest wręcz do pomylenia z Fogertym. Gdy pierwszy raz usłyszałem ten kawałek, gęba natychmiast rozjechała mi się w uśmiechu.

*

Na piecu rozgrzanym do czerwoności stoi garnek z podskakującą radośnie pokrywką. W środku – niby od lat znana potrawa, ale ciągle należąca do szczególnie ulubionych. I widać, że tym razem kawał mięsa jest wyjątkowo soczysty, a jarzyny wiosennej świeżości. Roznoszący się wokół zapach zapowiada prawdziwą ucztę.

Rock Or Bust to jedenaście krótkich, w większości brawurowo wykonanych numerów. Słuchając ich, znów czuję tę niczym nieskrępowaną radość w środku, mam poczucie, że muzyka to jedyna, ale absolutnie niezbędna mi do życia adrenalina. I że nic tak nie podkręca pulsu, jak męskie, pierwotne, atawistyczne polowanie na świetne riffy. Angus Young już dawno – zaryzykowałbym nawet, że od czasów Back In Black –  nie czynił z gryfu gitary elektrycznej aż tak dobrego użytku. A reszcie formacji nie pozostało nic innego, jak równać do jego poziomu.

(AC/DC, Rock or Bust, 2014)

[W NaTemat: 14 grudnia 2014]

Grzegorz Turnau w kolejnej drodze do Krakowa

gt_7

Skala talentu artysty zadziwia. Lata biegną, a jego umiejętność wymyślania fantastycznych piosenek wydaje się – niczym u McCartneya – bez granic. W ten sposób konsumujemy to ciastko – i ku swej radości wciąż możemy je mieć, a każdy kęs powoduje zachwyt nad szlachetnością nut i wykonania.

[more]

*

Muzyczny ród Miśkiewiczów stanowi łącznik między albumami, przy których w ostatnich dniach zatrzymałem się na dłużej. W trio Marcina Wasilewskiego na perkusji gra Michał Miśkiewicz, zaś jego siostra Dorota – nie pierwszy raz zresztą – pojawia się w nowych nagraniach Grzegorza Turnaua – kompozytora, aranżera i producenta całości, a także autora tekstu jednej z pieśni. 

Ale 7 widoków w drodze do Krakowa jest też, jak nigdy dotąd w takich rozmiarach, dziełem 

oboisty Mariusza Pędziałka. 

To on właśnie wraz ze swoją żoną odkrył  dziewiętnastowieczne dekoracyjne malowidła ścienne w czasie remontu jednej z krakowskich kamienic. Malowidła, które stały się inspiracją do powstania całego krążka. A na nim instrument Pędziałka, w kilku utworach wyeksponowany na tle orkiestry kameralnej, brzmi wyjątkowo.*

*

Jakieś dziesięć-dwanaście lat temu, kiedy moi synowie pobierali przez pewien czas lekcje muzyki – w rozmowie z ich młodym nauczycielem powiedziałem:- Z całego polskiego rocka najlepszy jest Grzegorz Turnau.

Pośmialiśmy się wtedy trochę, a dziś – słuchając nowej płyty Pana Grzegorza – mógłbym tylko to zdanie powtórzyć. Oczywiście, z rockiem GT ma niewiele wspólnego, co zupełnie nie przeszkadza wielu miłośnikom gitar elektrycznych wsłuchiwać się w jego kolejne propozycje. Zwłaszcza że ci o nieco bardziej zaawansowanych peselach począwszy od płyty Tutaj jestem wyraźnie mogą w jego twórczości dosłuchać się tropów z okolic tria Emerson, Lake & Palmer: uwodzicielsko głębokich wokali w stylu Grega Lake’a oraz harmonicznych i aranżacyjnych 

rozwiązań nieodległych od klasycznych,

a tymi chętnie posługiwał się w swych kompozycjach Keith Emerson.

Nowe utwory Turnaua znów mocniej budzą te skojarzenia, a to z racji zatrudnienia, obok stałego zespołu towarzyszącego liderowi, Śląskiej Orkiestry Kameralnej pod dyrekcją Michała Nesterowicza. Zrobiło się więc nobliwiej, wręcz filharmonicznie, chwilami pachnie Vivaldim i jego koncertami z obojem w roli głównej. Jednakże piosenki są krótkie lub bardzo krótkie – i ta czasowa kondensacja sprawia, że mniej chętnie nastawieni do takich dźwięków nie powinni czuć się osaczeni czy zmęczeni. Piękno w najczystszej postaci po prostu płynie ku nam w każdej sekundzie.

 

Skala talentu artysty zadziwia. Lata biegną, a jego umiejętność wymyślania fantastycznych piosenek wydaje się – niczym u McCartneya – bez granic. W ten sposób konsumujemy to ciastko – i ku swej radości wciąż możemy je mieć, a każdy kęs powoduje zachwyt nad szlachetnością nut i wykonania. Na nowej płycie 

jedziemy do Krakowa

i dojechać nie możemy, krążąc po Czernej, Tyńcu, Krzeszowicach czy Tenczynie. I w zasadzie gród Kraka tym razem możemy sobie darować, bo okolice, po których oprowadza nas Turnau, są niepospolitej zaiste urody.

Na koniec jeszcze jedno – wspominałem o tym już nieraz, ale powtórzę: krótkie płyty, zwłaszcza jeśli bardzo udane, mają tę dodatkową przewagę, że nie sposób się nimi nasycić. Czterdzieści sześć minut z 7 widokami upływa jak z bicza strzelił, głośniki milkną, a ja myślę sobie „To już, koniec?”. I natychmiast mam ochotę ponownie wcisnąć „play”.

(Grzegorz Turnau, 7 widoków w drodze do Krakowa, 2014)

_____

* Wszystko, co piękne pochodzi akurat z albumu To tu, to tam, za to  klip zgrabnie wpisuje się w klimat najnowszego dzieła.

[W NaTemat: 7 grudnia 2014]

Marcin Wasilewski Trio – żar uczuć i delikatność brzmienia

mwt_spark

Ponad siedemdziesiąt minut muzyki rozpisanej, jak zwykle w przypadku MWT, na fortepian, kontrabas i perkusję – w kilku numerach wzbogaconych o saksofon Joakima Mildera. Właściwie nic, co miałoby w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami formacji zaskoczyć, ale przecież album znów dostarcza sporej dawki muzyki pełnej łagodności i ukojenia.

[more]

*

O występie Marka Bałaty w pachnącym nowością gmachu NOSPR w Katowicach pewnie bym się nie zająknął, bo przyjemniej jest się zachwycać, chwalić – niż kręcić nosem z niezadowoleniem czy wręcz niesmakiem. Pewnie bym się nie zająknął, gdyby nie nowy album tria Marcina Wasilewskiego, który właśnie pojawił się w sprzedaży. 

Pewien redaktor nazwał 

premierowy materiał

MWT  „muzyką do windy”. Skłamałbym, mówiąc, że zupełnie tego nie rozumiem, ale w windzie, jeśli już coś ma mi grać, niech będą to raczej Wasilewski z Kurkiewiczem i Miśkiewiczem albo Dire Straits. Jeśli MWT to tylko stan lekkopółśredni (choć mam świadomość, że nad stanem ludzkich emocji, jakie wyzwolić może muzyka, dyskutować nie sposób), to co powiedzieć o Marku Bałacie?!

Być może gdybym systematycznie i od lat penetrował jazz, miałbym inne spojrzenie, inną wrażliwość i może w ogóle byłbym innym człowiekiem. Być może. Wychowałem się jednak na rokendrolu i pewnie przy nim już zostanę do końca swoich dni. Co nie uniemożliwia mi od czasu do czasu podróży w stronę jazzu właśnie lub muzyki poważnej, odchodzenia od ostrych gitar elektrycznych w krainę łagodnych dźwięków gitary akustycznej albo fortepianu.

Spark of Life

to ponad siedemdziesiąt minut muzyki rozpisanej, jak zwykle w przypadku MWT, na fortepian, kontrabas i perkusję – w kilku numerach wzbogaconych o saksofon Joakima Mildera. Właściwie nic, co miałoby w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami formacji zaskoczyć, ale przecież album znów dostarcza sporej dawki muzyki pełnej 

łagodności i ukojenia.

Obok autorskiego materiału znalazły się na krążku covery. Żadne to dziś odkrycie, że jazzmani popatrują na rockowe poletko. Mamy więc opracowania Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan Heya oraz Message In The Bottle Police, co jakoś kojarzyć się może na przykład ze Smells Like Teen Spirit w wersji Możdżera, Danielssona i Fresco. Ponadto Actual Proof Herbiego Hancocka i – zawsze obarczona pewnym ryzykiem – próba zmierzenia się z klasykiem Sleep Safe And Warm Komedy, czyli słynną Rosemary’s Lullaby z filmu Romana Polańskiego (próba zresztą kolejna tego zespołu, bo wcześniejsza miała miejsce jeszcze pod szyldem Simple Acoustic Trio). Wreszcie wycieczka w klimaty poważne, czyli Largo Grażyny Bacewicz.

I mimo iż tych „obcych” kompozycji jest całkiem sporo – duch tria, dobrze już znany klimat wciąż niespiesznie i pewny swych atutów roztacza się nad całą płytą. Na dodatek Joakim Milder, szwedzki saksofonista, wprowadza w ten porządek pewną 

wartość dodaną.

Instrument, na którym gra, tak chętnie anektowany przez rock i pop music, ma przez to chyba szczególnie trudne zadanie, by uciec od zgranych przez lata dźwięków. Wrażliwość Mildera bliska jest jednak temu, co robi polska formacja (stąd przecież wziął się pomysł współpracy) – gra oszczędnie, bez gwałtowności.

Wracam do pojawiających się tu i ówdzie zarzutów: jeśli muzyka często towarzyszy nam w czynnościach dnia codziennego, trudno potępiać Marcina Wasilewskiego i kolegów, że tworzą tło smakowite i wyjatkowej urody. Natomiast jeśli już dane nam jest uwolnić się od krzątaniny i poświęcić tylko słuchaniu – utwory MWT z płyt czy na żywo brzmią jeszcze szlachetniej. A że po dwóch dekadach istnienia składu trudno mówić o efekcie nowości czy zaskoczenia, to jasne. Z trzymaniem poziomu przez starych wyjadaczy bywa różnie (ostatni przykład: U2), więc cieszy mnie niepomiernie, iż bez niepokoju mogę wkładać kolejne krążki tria do odtwarzacza.

Zresztą kogo i o czym chcę tu przekonywać – w końcu o jakiej półce muzycznej mowa? Ci trzej panowie nagrywają dla wytwórni ECM, a chce ich słuchać publiczność pod wszelkimi szerokościami geograficznymi – ostatnio byli w Argentynie i Chile. Czyżbyśmy postępowali trochę w myśl Jachowiczowskiego „Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie” – ?

(Marcin Wasilewski Trio w/ Joakim Milder, Spark of Life, 2014)

[W NaTemat: 30 listopada 2014]

Wyrób jazzopodobny: Marek Bałata Chopin Quintet

nospr

Konfekcja w jazzie jest zdecydowanie bardziej bolesnym doznaniem niż w przypadku innych gatunków muzycznych. Popowa miazga produkowana na tony w manufakturach nagraniowych całego świata niewarta jest więcej ponad wzruszenie ramion. W odniesieniu do jazzu ból nie jest jednak udawany, spreparowany przy komputerze, a dobywa się z trzewi.

[more]

Moja pierwsza wizyta w niedawno otwartej 

siedzibie NOSPR w Katowicach,

budowli zrodzonej w mękach także finansowych, acz bardzo pięknej i zachwycającej tak z zewnątrz, jak i w środku, miała miejsce 11 listopada – i był to koncert Marka Bałaty w Sali Kameralnej. Koncert, w programie którego pojawiły się opracowania utworów Fryderyka Chopina.

Czas świetności Bałaty to dość odległe lata. Wespół z Lorą Szafran wygrywał on klasyfikacje „Jazz Forum” na najlepszego śpiewaka jazzowego w Polsce już parę dziesiątków lat temu.  A jeśli nadal sytuuje się w ścisłej krajowej czołówce, dowodzi to przede wszystkim maleńkiej konkurencji na tym polu.  W ten sposób z niejakimi obawami udawałem się na koncert.

Głos wciąż robi wrażenie. Spore. Ale poza nim absolutnie nic. Już takim jestem muzykofilem-dziadem, że o wiele łatwiej wybaczam orientację seksualną od politycznej, zwłaszcza gdy tak bardzo zaangażowanej (kto chce, niech wygoogluje

Bałatę

i znajdzie artykuł o nim w wikipedii). A przede wszystkim moje ucho nie wybacza: tego, że nie rozumiem, nie słyszę słów śpiewanego tekstu, gdy ten sporadycznie się pojawia, nie wybacza ojczyźniano-wolnościowych grepsów świętokradczo połączonych z Chopinem oraz – ni z gruchy, ni z pietruchy – Summertime i My Funny Valentine na bisy. Nie wybacza muzykom wielu lat nauki w szkołach muzycznych, wyższych na koniec, służących do tak niecnych artystycznie celów, jak na przykład zestaw utworów tego koncertu na okoliczność święta narodowego zaserwowany prawie całkiem bezokolicznikowej, czasem rozpaczliwie upozowanej na zesnobowaną publiczności. 

Przy takich standing ovation zbiera mi się po prostu na wymioty, a skojarzenia widowniane z Patem Methenym same cisną się przed oczy. Pan Bałata zatrzymał się gdzieś całkiem na początku swej drogi, wciąż zapatrzony w Ala Jarreau, otaczający się, niestety, coraz bardziej gładkimi, wyślizganymi z czasem, wyświeconymi jak rękawy starego płaszcza  jazzopodobnymi dźwiękami. Tylko solo Stana Michalaka na elektrycznym basie wyrwało mnie na kilka minut z objęć

znużenia i niesmaku.

Najjaśniejszym fragmentem tego koncertu był… opowiedziany przez lidera dowcip.Spotyka się trzech wielkich sadowników i zaczynają się przechwalać, który ma więcej pieniędzy.- Mógłbym kupić te wszystkie drzewka z renetami, koksą, rubinami i cortlandami – mówi pierwszy.- A ja mógłbym kupić te sady grusz ciągnące się po horyzont – powiada drugi. Na co odzywa się trzeci:- Ale przecież ja nic nie chcę sprzedawać!…

*

Powie ktoś, że sam jestem sobie winien, nikt przecież nie zmuszał mnie do pójścia na ten koncert. I będzie miał rację.

Dwie moje bardzo dobre studenckie koleżanki (z których jedna została trochę później moją żoną) zdawały w tzw. terminie zerowym wraz z jeszcze jednym kolegą egzamin z literatury angielskiej i amerykańskiej. U wtedy doktora, a po latach profesora i rektora Uniwersytetu Śląskiego Tadeusza Sławka, jednego z najwspanialszych nauczycieli, z jakimi dane było nam się zetknąć przez długie lata edukacji. Także poety i – wielkiego miłośnika muzyki rockowej ze szczególnym uwzględnieniem The Doors i Jima Morrisona.

Ów kolega, którego rozwój emocjonalny zatrzymał się na poziomie dwunastolatka, został zapytany o powieści grozy. I zaczął bajdurzyć tak nieprzytomnie, źle i głupio, że dziewczyny nie wiedziały, gdzie oczy podziać, a już zupełnie zrozpaczone popatrywały czasem na egzaminatora.

Ten, znudzony, spuścił na długie parę minut głowę, ale w pewnym momencie usłyszał:

– I wie pan, panie doktorze, ja się w ogóle nie bałem.

Wtedy wreszcie się wyprostował i rzekł:

– To interesujące, co pan opowiada.

I wpisał owemu studentowi „dostatecznie”, pewnie po to, by nie oglądać go więcej, zaś zdecydowanie wyżej ocenionym dziewczynom powiedział na koniec:

– A w przyszłości proszę lepiej dobierać sobie towarzystwo.

To jedna z najważniejszych lekcji w moim życiu, choć – na szczęście – nie dane było mi brać w niej bezpośredniego udziału. Tak ważna, a mimo to czasem zdarza mi się o niej zapomnieć.

[W NaTemat: 27 listopada 2014]

Bryan Ferry: arbiter elegantiarum

ferry_avonmore

Jest elegancko. Bardzo – pachnie starą Anglią. Złe myśli zostawiamy w przedpokoju, brzydkie słowa, które cisną się czasem w ciągu dnia na język, wpychamy głębiej w kieszenie. Podchodzimy na palcach, najciszej jak się da, do miękkiego fotela i z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni zamieniamy się w słuch.

[more]

*

Wśród zaproszonych do nagrania płyty muzyków Marcus Miller – wirtuoz gitary basowej, współpracownik m.in. Milesa Davisa, Nile Rodgers, Nile Hubbard czy Mark Knopfler.  Na okładce czarno-białe zdjęcie – prawy profil eleganckiego, ubranego w marynarkę mężczyzny. Nowy album zatytułowany Avonmore? A może pierwsza po rozpadzie Roxy Music solowa płyta Bryana Ferry’ego Boys and Girls z 1985 roku (rewers książeczki)? Okazuje się, że i jedno, i drugie.
Jeden z 

gigantów rocka

nigdy nie miał problemu z doborem współpracowników. Wymienione wyżej nazwiska, a także wiele innych znakomitych, pojawiają się stale w opisach krążków BF. Temu panu się nie odmawia. W przypadku tegorocznego wydawnictwa wspomnieć jeszcze należy przynajmniej Johnny’ego Marra (gitarzystę The Smiths), Flea (basistę Red Hot Chili Peppers) i Steve’a Jonesa (Sex Pistols).

Jeśli mówić o stylistycznych zmianach „na osi czasu”, gdy chodzi o najstarszą i starą gwardię, to bardzo proszę takie, jak w przypadku Roberta Planta. Stanowczo „nie” mówię natomiast temu, co serwują dziś U2. Od tego drugiego zdecydowanie bardziej wolę 

zatrzymanie w przestrzeni,

jakie proponuje Ferry. Upływają już dziesiątki lat, a on właściwie w ogóle się nie zmienia – i w żadnym wypadku nie czyniłbym z tego zarzutu. (Aczkolwiek o tej niezmienności też można dyskutować – bo choćby w 2012 roku wydał album The Jazz Age z jazzowymi opracowaniami utworów Roxy Music).

Głos mistrza, któremu w przyszłym roku stuknie siedemdziesiątka, nigdy do atawistyczno-rokendrolowych nie należał, teraz może jeszcze nieco osłabł, z lekka zmatowiał, ale zachował owe cudowne i natychmiast rozpoznawalne vibrato. A muzyka… Cóż, ta selektywność, czystość brzmienia nigdy nie kojarzyła mi się z chłodnym i wykoncypowanym dziełem powstającym w sterylnym laboratorium. Raczej – z ciepłym, przytulnym wnętrzem living roomu. Wygodnym, przestronnym, w którym chce się spędzać czas, a już zwłaszcza wieczory.

Jest elegancko. Bardzo – 

pachnie starą Anglią.

Złe myśli zostawiamy w przedpokoju, brzydkie słowa, które cisną się czasem w ciągu dnia na język, wpychamy głębiej w kieszenie. Podchodzimy na palcach, najciszej jak się da, do miękkiego fotela i z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni zamieniamy się w słuch. Jak on to, do diaska, robi?! 

Ferry bez wątpienia posiadł raz na całe życie patent na wymyślanie pięknych melodii i dar perfekcyjnego, porażająco lekkiego ich aranżowania. W zasadzie moglibyśmy powycinać z tych utworów dowolne, okołopięciosekundowe fragmenty i bez pudła stwierdzić, że tak grać może tylko on. Wszystko ustawione precyzyjnie i kunsztownie jak w najwyższej klasy szwajcarskim zegarku, ale przecież produkcja wyraźnie pełni tu rolę służebną wobec odwiecznych zasad muzyki: melodii i harmonii.

Wyłączcie telewizory, dajcie spokój z wiadomościami,  nie kłóćcie się ze swoimi najbliższymi. Oddajcie się we władanie [i]Avonmore[/i]. Świat jeszcze nie całkiem zwariował, jeśli wciąż powstają takie płyty, takie piosenki.

(Bryan Ferry, Avonmore, 2014)

[W NaTemat: 23 listopada 2014]

Royal Blood: i polała się krew…

royal_blood

Panowie łoją aż miło. Dziesięć kawałków, które składają się na debiutancki album, niespełna czterdzieści minut muzyki, nie pozostawiają wątpliwości co do nieokiełznanej inwencji duetu. Uwielbiam taki gitarowy masaż – prosty, ale kipiący zaraźliwą energią.

[more]

*

Muzyka elektroniczna umożliwiła przebywanie na scenie jednego tylko człowieka otoczonego baterią syntezatorów i komputerów (niemiecki kwartet Kraftwerk podejrzewano nawet o to, że potrafi dawać dwa koncerty w tym samym czasie w różnych miejscach, ustawiając za instrumentami kukły członków zespołu). Ale rokendrol kojarzył nam się przez całe lata z aktywną obecnością przynajmniej trzech ludzi.

Elektronika w służbie gitar

funkcjonuje już jednak od dawna, rozliczne przystawki powodują, że jeden gitarzysta potrafi jednym naciśnięciem stopy zbudować potężną ścianę dźwięku. W ślad za White Stripes powstaje więc coraz więcej dwuosobowych zaledwie formacji, co na etapie realizacji studyjnych niczym szczególnym jeszcze nie jest, ale gdy dwóch ludzi wychodzi przed publiczność, by dać pełen ognia rockowy koncert, zaczynamy się nad tym wszystkim zastanawiać intensywniej.

* * *

Przed laty zadziwiała bluesową publiczność w naszym kraju dwuosobowa kapela After Blues, w której basista Leszek Piłat i gitarzysta Waldemar Baranowski obsługiwali jeszcze nogami – skromne siłą rzeczy – zestawy perkusyjne. Z czasem – jeśli dobrze pamiętam – cały ten dodatkowy obowiązek wziął na siebie Piłat, który ponadto śpiewał, grał na basie i harmonijce ustnej.

* * *

Formacja Royal Blood, której debiutancki album trafił do sklepów 25 sierpnia, interesująca jest z niejednego powodu. W składzie ma bowiem… 

basistę i perkusistę,

co samo w sobie już jest zaskakujące, uwzględniwszy dawkę zdrowego łojenia, jaką nas raczy. Ponadto jest grupą brytyjską, co ze wszech miar zasługuje na uwagę, ponieważ o ile w USA hard rock trzyma się mocno i – ze szczególnym uwzględnieniem grunge’u – nigdy nie odszedł w zapomnienie, o tyle w Wielkiej Brytanii opanowanej przez brit pop radził sobie znacznie gorzej, a kapel typu The Union było i ciągle nie jest za dużo.

Coś się jednak – najwyraźniej – zmienia. Vintage, po długim okresie fascynacji brzmieniem lat 60., coraz częściej kojarzy się teraz z następną dekadą, która upłynęła pod gitarowym znakiem Led Zeppelin, Deep Purple czy Black Sabbath.

Kapele czerpiące z dorobku wymienionych wyżej oraz wielu innych tuzów bluesowo-rockowego grania z przełomu tamtych dziesięcioleci mnożą się jak grzyby po deszczu pod wszystkimi szerokościami geograficznymi. Co najmniej przyzwoite umiejętności techniczne, dostęp do wysokiej jakości instrumentów oraz porządnie wyposażonych studiów nagraniowych powodują, iż efekt finalny w wielu przypadkach jest bardzo interesujący i zasługujący na uwagę fanów.

Co pozostaje, gdy 

zrezygnować z gitary?

Gdy odrzucić całą finezję, jaką przynieść może jej wykorzystanie na odpowiednio wysokim poziomie, nie mówiąc już o możliwościach wirtuozów tego instrumentu? Okazuje się, że całkiem sporo – owa redukcja instrumentarium przywodzi na myśl prostotę rokendrola z lat 50. Jednocześnie przystawki robią swoje – brzmienie jest gęste, potężne, wcale nie odczuwamy tu jakiejś dziury. Musi być jednakże spełniony jeden, za to niezwykle istotny warunek.

Muzyka Royal Blood skrzy się od pomysłów. Pędzi do przodu niczym rollercoaster, obficie częstując nas – no właśnie – 

świetnymi riffami.

Panowie łoją aż miło. Dziesięć kawałków, które składają się na debiutancki album, niespełna czterdzieści minut muzyki, nie pozostawiają wątpliwości co do nieokiełznanej inwencji duetu. Uwielbiam taki gitarowy masaż – prosty, ale kipiący zaraźliwą energią.

Nie wiem, co jeszcze może w rocku wydarzyć się na miarę grunge’u, może już nic. Nie wiem, czy RB już teraz można obwołać odpowiedzią Zjednoczonego Królestwa na amerykańskie White Stripes czy The Black Keys. I nie wiem, w jaki jeszcze sposób mogą zaskoczyć słuchaczy na kolejnych płytach, jeśli przyjęta formuła osiągnęła od razu tak dojrzały wyraz na samym starcie. Nie ma jednak powodu, by martwić się na zapas – pozostawmy to raczej panom Mike’owi Kerrowi – głos i gitara basowa, oraz Benowi Thatcherowi – bębny. Sami zaś możemy  cieszyć się solidną dawką rokendrola z Wysp Brytyjskich.

(Royal Blood, Royal Blood, 2014)

{W NaTemat: 16 listopada 2014]

Człowiek orkiestra: Gaba Kulka

gaba_kulka

Klimaty najbliższe Kulce to z pewnością lata 70. i 60. – w tej właśnie kolejności. Piosenka, ale w najszlachetniejszym rozumieniu tego słowa: staranne aranżacje, świetne wykonania, mocno pokręcone – zwykle – faktury muzyczne, z którymi większość wykonawców nie tylko w naszym kraju miałaby szalone problemy.

[more]

*

Po koncercie, przy okazji zdobywania autografów na płytach, zapytałem artystkę, jak jej tata, słynny skrzypek i profesor Uniwersytetu Muzycznego w Warszawie Konstanty Andrzej Kulka, odnosi się do „niepoważnej” kariery córki. „Jest zadowolony – odparła – że nie ścigam się z nim, nie próbuję go gonić, co byłoby niezmiernie trudne”.

Ale przecież widać u Pani Gaby ten ogromny 

bagaż edukacji, 

nie tylko muzycznej, w każdym wydobywanym przez nią dźwięku – z instrumentu lub gardła, w każdym wypowiadanym zdaniu, a tych w przerwach między utworami nie skąpi słuchaczom. Widać wielką kulturę osobistą: przy ekstrawertycznej osobowości – ujmujący sposób bycia, zbawienny dystans do siebie, pokorę i subtelne poczucie humoru. Wielką kulturę muzyczną: lata pracy nad opanowaniem gry na wielu instrumentach, pracy nad głosem; świadomość wielowiekowej historii muzyki w jej klasycznym, poważnym wymiarze, ale i doskonałą znajomość pop music. I, po prostu, wielki talent – wspaniały, o wręcz nieograniczonych możliwościach głos, dający możliwość realizowania chyba każdego kompozytorskiego pomysłu, jaki jej przyjdzie do głowy (a przychodzi całe mnóstwo). No i wreszcie świetną dykcję.

Ta wiedza muzyczna w zakresie muzyki rozrywkowej dwudziestego stulecia i początku obecnego jest imponująca. Jak sama przyznała niedawno w „Tygodniku Kulturalnym” w TVP Kultura – wśród inspiracji wymienić należy w pierwszej kolejności The Beatles, ale zaraz potem padły nazwiska Kate Bush czy Tori Amos. I, zwłaszcza to pierwsze, przy Gabie Kulce pojawiać się będzie chyba zawsze. Rodzi się pytanie, pół żartem, pół serio, na ile podobieństwo barwy i osiagane rejestry powodują czy wręcz prowokują do pójścia nieodległą drogą artystyczną. Oraz uruchamiają – gdzieś kiedyś, na samym początku, podobną 

wrażliwość muzyczną.

Klimaty najbliższe Kulce to z pewnością lata 70. i 60. – w tej właśnie kolejności. Piosenka, ale w najszlachetniejszym rozumieniu tego słowa: staranne aranżacje, świetne wykonania, mocno pokręcone – zwykle – faktury muzyczne, z którymi większość wykonawców nie tylko w naszym kraju miałaby szalone problemy. Do tego wielki temperament, gnający ją ciągle do przodu, do kolejnych poszukiwań, a więc także nagrań w przeróżnych konfiguracjach personalnych. Pominę w tym miejscu niezliczone duety, a wspomnę jedynie o płytach – np. z Konradem Kuczem czy formacji The Saintbox. To pewnie dlatego przyszło nam czekać na jej autorski album z premierowym materiałem całe pięć lat. The Escapist to zbiór starannie opracowanych utworów rozpisanych najczęściej na fortepian, bas, saksofon i bębny. I takie też instrumentarium ujrzeli ci, którzy zjawili się w sobotę w katowickim Rialcie. 

Na początku usłyszeliśmy trzy utwory – nieco odjechane – z debiutanckiej solowej płyty Wojtka Traczyka, basisty zespołu, wspomaganego przez Kulkę oraz Roberta Rasza (bębny). To zrozumiałe, liderka chce pomóc koledze, a publiczność otrzymała swego rodzaju bonus. Potem jednak napięcie mocno siadło, gdyż muzycy zniknęli ze sceny i przyszło nam czekać długich bodaj dziesięć minut na właściwy koncert, a wszystko to – no właśnie – przy „dyskursie wewnętrznym” gwiazdy wieczoru puszczonym z komputera.

Ale warto było czekać. Mówiąc po piłkarsku, ze stanu 0-1 po samobójczym golu zrobiło się efektowne 4-1. Świetne 

piosenki z nowej płyty, 

a to one stanowiły lwią część programu koncertu, zabrzmiały jeszcze lepiej na żywo. Wszystko opierało się na dźwiękach pianina, basu (raz kontrabasu, raz gitary basowej), perkusji, do których w większości utworów dołączały niezwykle oszczędne i delikatne saksofony Michała Fetlera, a czasem ukulele bądź syntezator. 

I to jazzowe de facto instrumentarium znakomicie wpisuje się w szlachetną fakturę kompozycji Kulki. Która udowadnia, że niekoniecznie trzeba szukać nowych lądów, by mieć coś istotnego do powiedzenia. Przykładem tego, że artystka ma oczy i uszy szeroko otwarte, są też zawsze obecne w repertuarze jej koncertów covery. Tym razem, obok piosenek Petera Gabriela czy George’a Harrisona, na sam koniec usłyszeliśmy rewelacyjną wersję Keep Your Eyes Peeled Queens of The Stone Age. Ten kawałek to jeszcze jeden argument przemawiający za tym, by zapoznać się z nowym krążkiem Gaby Kulki, a także wybrać się na jej koncert.

(Gaba Kulka, The Escapist Tour, Rialto Katowice, 8 listopada 2014)

[W NaTemat: 10 listopada 2014]

Znakomity koncert Eltona Johna w Krakowie

elton_j

Trudno to opisać i jeszcze trudniej przekonywać tych, którzy EJ nigdy nie widzieli w akcji. Siła tej muzyki na żywo jest nieporównywalnie większa od nagrań studyjnych. Te czasami drażniły popowym aranżem, bywało, że jawiły się jako banalne i podejrzanie konfekcyjne. Band o zdecydowanie rockowym zacięciu w koncertowych wykonaniach robi z nich piosenki uderzające w słuchaczy z mocą czasem wręcz porażającą.

[more]

*

Nie szargać świętości.

Nie ryzykować, bo ideał może nie tyle od razu sięgnie bruku, ale jednak spadnie z piedestału. To wszystko prawda, tyle że ryzyko jest zdecydowanie bardziej po stronie wychodzącego na scenę artysty niż słuchacza, który po latach znów wybiera się na jego koncert.

Po latach dokładnie trzydziestu, bo tyle mija od występu Eltona Johna w katowickim Spodku (w kwietniu 1984), który miałem możliwość zobaczyć i pierwszy raz, a więc wyjątkowo mocno, najmocniej, doświadczyć magii na scenie, która udzieliła się chyba wszystkim wtedy widzom. To był prawdopodobnie w ogóle pierwszy bądź jeden z pierwszych razów, gdy zachodni artysta z kręgów popowo-rockowych przyjechał do nas i dał z siebie wszystko – w rewelacyjnym, dwuipółgodzinnym koncercie. A jak będzie teraz, po latach, gdy EJ ma trzy krzyżyki więcej, a dzisiejszy showbiznes niekoniecznie traktuje go jak gwiazdę pierwszej wielkości?

Krakowska Arena

robi wrażenie: piękna z zewnątrz, solidna od środka, gdy chodzi o część korytarzową, i imponująca, gdy wejść na widownię. Niepokoiły mnie dość pustawe trybuny, ale te – na szczęście – wypełniły się w sporym procencie tuż przed rozpoczęciem występu.

Czyli o około 19.40. Wtedy sześciu muzyków pojawiło się na scenie i rozległy się pierwsze dźwięki połączonych Funeral For A Friend i Love Lies Bleeding. Przez około kwadrans towarzyszył mi też lekki niepokój dotyczący akustyki, ale gdzieś przy czwartym utworze moje manipulowanie przy małżowinach usznych niczego już nie zmieniało w odbiorze – było bardzo dobrze.

Najistotniejsze jednak i najpiękniejsze było to, że lata biegną, a Elton John i jego zespół, w którym od 1969 roku gra na bębnach Nigel Olsson, a tylko dwa lata krócej na gitarach Davey Johnstone, wciąż są w rewelacyjnej formie i w bardzo zawodowy sposób podchodzą do swojej roboty. Żadnej taryfy ulgowej: znów dwie i pół godziny, świetna forma wykonawcza i imponujący zestaw największych i wielkich przebojów z długiej kariery artysty.

Tak naprawdę trudno to opisać i jeszcze trudniej przekonywać o tym tych, którzy EJ nigdy nie widzieli w akcji. 

Siła tej muzyki

na żywo jest nieporównywalnie większa od nagrań studyjnych. Te czasami drażniły popowym aranżem, bywało, że jawiły się jako banalne i podejrzanie konfekcyjne. Band o zdecydowanie rockowym zacięciu w koncertowych wykonaniach robi z nich piosenki uderzające w słuchaczy z mocą czasem wręcz porażającą.  To, że łzy kręcą się w oczach przy najwybitniejszych kompozycjach, jakie wyszły spod palców pianisty, to jasne, ale że poruszają utwory o prostszej fakturze – to, powtórzę, magia. A taką aurę potrafią stworzyć tylko artyści wielkiej miary.

Kondycja fizyczna mistrza od lat nieco szwankuje – porusza się on z pewnym wysiłkiem, tym niemniej chętnie i, raz po raz podchodząc do brzegu sceny i karmiąc się z bliska żywiołową reakcją widowni, najwyraźniej ładuje w ten sposób akumulatory. Tych niedomagań zupełnie jednak nie widać i nie słychać, gdy zasiada przy fortepianie. Gra wciąż niesamowicie, waląc w klawiaturę z siłą i świeżością młodego rokendrolowca, zaś jego głos wciąż brzmi zadziwiająco mocno. Oczywiście, niemłodzi dziś panowie nie wyciagają już takich gór i nie serwują tych falsecików, z których przed laty słynęli (frazy w Crocodile Rock wzięte ze Speedy Gonzalesa Pata Boone’a puszczone zostały z taśmy), ale i tak chórki wciąż robiły wrażenie. Lider miał też dość energii, by – przy gromkich owacjach – przez dobrych kilka minut, przed bisami, podpisywać płyty i co tam kto jeszcze pod sceną trzymał w wyciągniętych dłoniach.

Elton John od lat opiera 

program 

swych koncertów na przebojach z pierwszych lat działalności – tych, które weszły do historii pop music – ze świadomością, że są najbardziej oczekiwane przez publiczność i nie może ich zabraknąć. Poza tym jednak, mając w czym wybierać, może zmieniać repertuar odgrywany w kolejnych trasach. Materiał prezentowany podczas obecnego touru (do sprawdzenia w internecie) jest stały, ale jednak widać, że muzykom raz gra się lepiej i przyjemniej, innym razem może odrobinę mniej. Dwadzieścia sześć pozycji na krakowskiej setliście to jeszcze jeden dowód na to, że chemii między sceną a widownią nie zabrakło. Natomiast – co odnotowałem ze zdziwieniem – nie pojawił się żaden utwór z ostatniego, bardzo udanego albumu The Diving Board.

Zawsze najbardziej mięknie mi serce przy Danielu i Your Song, a tylko trochę mniej przy Candle With The Wind i Goodbye Yellow Brick Road. Nie inaczej było i wczoraj, ale najbardziej powaliło mnie rewelacyjne, rozbudowane formalnie wykonanie 

Rocket Man 

z mocnym fortepianowym intro i potężnym finałem. Nie zabrakło też ognistego Saturday Night’s Alright (For Fighting) na zakończenie zasadniczej części – trochę może żal, że publiczność nie podjęła wokalnego wyzwania Eltona, ale cóż, w większości to nie te roczniki (już nie, gdy chodzi o dyspozycję głosową, jeszcze nie, gdy mowa o biegłej znajomości języka Szekspira, choć taka akurat w tym momencie nie była wymagana). Jedyna repertuarowa wątpliwość dopadła mnie na samym końcu, gdy Elton samotnie wykonał – połączone – Circle of Live i Can You Feel The Love Tonight? z „Króla lwa”. Zrobiło się trochę nazbyt lukrowato, ale cóż to znaczy wobec ponad dwóch godzin świetnego grania? Tym bardziej że opuszczaliśmy widownię przy dźwiękach Song For Guy, co dla mnie stanowiło jeszcze jeden łącznik z katowickim występem, który kończył się właśnie tym utworem.

Elton John ma dziś sześćdziesiąt siedem lat. Podkreślam ten fakt dlatego, że zalicza się on do grona tych niemłodych już muzyków, którym dyspozycji artystycznej można tylko pozazdrościć. Na koniec powtórzę zaś to, co już kiedyś pisałem: to nie jest mój ukochany wykonawca, nie mam zbyt wielu jego płyt w domu, ale podziwiam go za to, co potrafi zrobić na żywo, za profesjonalizm w każdym calu, za wielki szacunek dla publiczności. Za mnóstwo pięknych piosenek. Za to, że wciąż udowadnia, iż jest artystą przez wielkie „A”.

[W NaTemat: 6 listopada 2014]

U2 w krainie utraconej niewinności

U2_songs

I co mam zrobić z tą płytą, którą mam na myśli? Doprawdy, nie wiem. Wszystko byłoby dobrze, no, niech tam – nieźle, gdyby to nie było wydawnictwo sygnowane nazwą U2. Zespół o każdej innej nazwie, a już na pewno debiutujący, kazałby światu pochylić się nad jedenastoma utworami zasadniczej płyty.

[more]

Problem jednak w tym, że mamy do czynienia z jedną z ikon popkultury, której droga na szczyt wiodła przecież od strony surowych i ostrych dźwięków gitar. To, że U2 jest dziś

innym zespołem

niż trzydzieści lat temu, nie jest niczym dziwnym. Natomiast jest jakiś paradoks w tym, że kwartet, który w latach 80. przeprowadził rockowe granie przez mielizny pierwszej na taką skalę inwazji popeliny, który był jednym z tych, co pozwolił ocalić gitary od zagłady ze strony syntezatorów, dziś proponuje muzykę boleśnie gładką i homogenizowaną. Wypolerowaną tak bardzo, że problemem jest znaleźć w niej jakiś punkt zaczepienia, coś, co pozwoli zadumać się na chwilę, zawiesić w codziennych czynnościach, a może nawet – bo właściwie czemu nie? – zachwycić.

Mogę tylko przypuszczać, że gitara, bas i bębny wciąż przykrywane inżynierską, studyjną robotą, wydostaną się na przód sceny w trakcie koncertów. Że pojawi się wtedy w tych kawałkach trochę mocy i ognia. Nie za duża to jednak pociecha, gdy na co dzień przychodzi co najwyżej wkładać płytę – a nawet dwie płyty – do odtwarzacza. Gdy w parę, paręnaście dni po zakupie wciąż towarzyszy mi natrętne pytanie: czy coś z tego materiału zostanie za parę lat, jeśli już teraz tak bardzo rozczarowuje?

Mija pięć lat od wydania No Line On The Horizon. Otrzymujemy jedenaście nowych numerów, co daje przeciętnie niewiele ponad dwa utwory na rok. Jeśli „pieśni syna niewinności” wyglądają w ten sposób, oznacza to, że Edge’a, Bono i kolegów dopadła potężna niemoc twórcza. Że w ich głowach niemal zupełnie przestały się rodzić frapujące pomysły i melodie wyrastające ponad wszechogarniającą konfekcję. Smutne to, bo mamy swoistą powtórkę z rozrywki – już przed laty zespół odszedł od mocniejszych dźwięków i rozczarował sympatyków, w dodatku dwukrotnie: na albumach Pop i Zooropa, kiedy wdał się w nieudany artystycznie romans z elektroniką. 

Teraz rodzi się pytanie, czy irlandzki kwartet, wciąż wielka gwiazda, ma jeszcze coś istotnego do powiedzenia, czy też może powoli, ale ruchem stałym obsuwał się będzie coraz bardziej na

margines muzyki rockowej?

Starsi w zaokrągleniu o dwadzieścia lat The Rolling Stones też wpadali w różne dołki, nigdy jednak nie zdradzili istoty tego, z czego się poczęli – rokendrola. I, jak widać, dobrze na tym wychodzą. A może też, zwyczajnie, są znacznie bardziej od Irlandczyków utalentowani? Cała ta rozmyta w czasie oraz formach nośnika promocja nowego albumu U2 pozbawiona byłaby większego znaczenia, jeśli otrzymalibyśmy dobry, bardzo dobry krążek. Kiedy jednak taki sposób promocji odnosi się do tworu o zaledwie przeciętnym poziomie artystycznym, pozostaje tylko stwierdzić za klasykiem: tyle hałasu o nic.

A przecież chodzi o muzykę – i to nie tę szczególnie skomplikowaną; chodzi o pozytywne wrażenia, jakich kolejną porcję chciałbym jako stary fan otrzymać. Słucham, słucham, próbuję dosłuchać się dźwięków ponadprzeciętnych, takich, na których dłużej można zawiesić ucho. Może pierwszy numer, The Miracle (of Joey Ramone), w sumie przecież jest w nim mocna gitara? Hm, tak, jest nieźle. Ale potem ześlizgujemy się po gładkich, banalnych refrenach.

Mocniejsze riffy dopadają nas także w Cedarwood Road, ale żeby zachwycały, to bym nie powiedział. W muzyczną paranoję wpadam przy skądinąd poprawnym dziewiątym tracku, Sleep Like A Baby Tonight, gdzie tyle jest brzmień lat 80., które młodzi wtedy Irlandczycy nokautowali strunami swoich gitar. A teraz proszę, grają coś, co charakterystyczne było dla ich popowo-syntezatorowej konkurencji. Błahość Iris (Hold Me Close) oraz This Is Where You Can Reach Me Now obezwładnia mnie zupełnie. Takie numerki powinny ujrzeć światło dzienne ewentualnie za dwadzieścia lat, w nowym wydaniu starego albumu, jako odpady z sesji nagraniowej.

Na kłopoty Lykke Li,

trzeba by powiedzieć. Dopiero ostatni numer, z gościnnym udziałem szwedzkiej wokalistki – The Troubles – wybija się zdecydowanie ponad szarość tej płyty. Dowodząc przy okazji, że nie o moc gitar jedynie tu chodzi, a o szlachetny zapis nutowy i takąż jego realizację. Ale jedna pieśń to stanowczo za mało, by uratować całość.

I jeszcze, na koniec, słowo o okładce. Niech się członkowie, pardon, panowie z U2 cieszą, że wywodzą się z zielonej wyspy, a nie z nadwiślańskiego kraju. Bo jestem pewien, że starsi i młodsi dżendermeni z mojej ulubionej PUPY, czyli Parlamentarnego Ugrupowania Prawdziwych Polaków, domagaliby się zwołania komisji śledczej i nie tylko od Larry’ego Mullena Jra oczekiwaliby szczegółowych wyjaśnień.

(U2, Son gs of Innocence, 2014)

[W NaTemat: 26 października 2014]