Wieczór na dworze Karmazynowego Króla

pobrane22

Moja północna dusza uwielbia być od czasu do czasu sponiewierana półmrokiem panującym na dworze Karmazynowego Króla.

[more]

*

Jeśli w piątek, na koncercie Carlosa Santany, doświadczyliśmy z żoną muzyki radośnie rozwibrowanej, wygrzanej w słońcu i pieszczącej na przemian gorącym piaskiem i ciepłym oceanem, to dzień później klimat uległ radykalnej zmianie, choć zamieniliśmy tylko Oświęcim na Kraków. W graniu King Crimson pełno jest 

brytyjskich mgieł,

wściekle uderzających o szyby kropel deszczu, niepokojących porywów wiatrów i z rzadka jedynie wyzierających zza chmur, nieśmiałych promyków słońca. Nic jednak nie poradzę na to, że choć doceniam i bardzo lubię meksykańskiego gitarzystę, moja północna dusza uwielbia być sponiewierana i unurzana w półmroku panującym na dworze Karmazynowego Króla. Tak miałem jako dzieciak i nastolatek, tak mam i dziś – a że wokół siebie lubię raczej porządek niż nieład, laboratoryjne podejście do muzyki Roberta Frippa jest mi szczególnie bliskie.

Miejsce – krakowska hala ICE – świetnie współgrało z koncepcją muzyczną. Nowoczesna bryła, dużo szkła, zaś widownia, z dominującym drewnem,  powyżej parteru stworzona jakby z całego szeregu wysuniętych z półokrągłej komody szuflad, ponownie nas zachwyciła. Matematyczny układ sceny znaliśmy już z koncertu w Zabrzu – trzy zestawy perkusyjne z przodu i za nimi, trochę wyżej, stanowiska dla pozostałych pięciu muzyków. Lista płac wydłużyła się więc o jedno nazwisko w porównaniu z tamtą trasą.

Lepszego początku nie mogłem sobie wymarzyć: Larks’ Tongues In Aspic Part One, nieco skrócony w stosunku do płytowej wersji i z odrobinę inaczej zaaranżowanym, moim ukochanym finale: partia smyków zastąpiona została gitarą. Szczęście to coś, co muska nas w przelocie i zaraz odchodzi? Nie, są takie minuty w życiu, gdy zostaje obok na dłużej. Przecież to był dopiero początek. Gdy jako trzeci w kolejności rozbrzmiał Moonchild, z żalu ścisnęło się chyba nie tylko moje gardło. Na przełomie 2016 i 2017 roku, w odstępie niespełna dwóch miesięcy zmarli Greg Lake i John Wetton, zabierając ze sobą 

okruchy marzeń

fanów o tym, że może jeszcze kiedyś staną wspólnie z Frippem na scenie. A tego najstarszego materiału w programach koncertów zespołu przybywa – i dobrze, bo jest w czym wybierać. W pierwszej części występu – bagatela, osiemdziesięciominutowej – usłyszeliśmy jeszcze The Court of The Crimson King, Cirkus, Lizard, Islands, a na jej zakończenie drugi fragment Larks’.

 

Ciężkie, gitarowe klimaty ostatnich trzech studyjnych albumów to  wariacje, wręcz „umocowane” w postaci tytułu, na temat Larks’ Tongues In Aspic  (wczoraj część trzecia) – a innym razem, mam nieodparte wrażenie, Red. Wzruszyłem się przy pierwszych dźwiękach Cadence And Cascade, jedynego wczoraj, lecz jakże pięknego reprezentanta drugiej płyty, wsłuchiwałem w narastanie napięcia w kończącym zasadniczą część koncertu słynnym Starless. Po kilku minutach niemilknących oklasków grupa pojawiła się raz jeszcze na scenie, by uraczyć nas

długim bisem,

a w nim klasykami Epitaph i, na sam koniec, 21. Century Schizoid Man, jak w soczewce skupiającym styl KC: symforockową monumentalność, potężne gitarowe, niemal heavymetalowe riffy i jazzowo-oniryczny odjazd.

Tym razem uważniej przypatrywałem się perkusistom. Temu, jak kunsztownie rozpisali między siebie partie w kolejnych utworach i jak wspaniale razem walili w kotły i co tam jeszcze mieli. Parokrotnie czułem się, jakby wrota zamku Króla Karmazyna otwierały się przede mną, zaś nim dane będzie stanąć przed obliczem władcy, mam okazję zobaczyć i usłyszeć fenomenalnych afrykańskich bębniarzy. Może ktoś oburzy się na takie skojarzenie, ale z Patem Mastelotto, Gavinem Harrisonem i Jeremym Staceyem jest trochę jak z Paco de Lucią, Alem di Meolą i Johnem McLaughlinem. Bo jeśli w koncertach KC jest 

pierwiastek szaleństwa,

wymykania się z zakreślonych przez lidera ram – to jest on przynależny przede panom z pałeczkami w dłoniach. Lecz nad ich głowami nie było gorzej: na basach szalał Tony Levin, piękne partie fletu i saksofonów odegrał Mel Collins, a jeden z zestawów klawiatur obsługiwał Bill Rieflin. Gitarzystą i głównym wokalistą pozostaje Jakko Jakszyk, barwowo przypominający Haskella i Burella (czyli czas trzeciej i czwartej płyty). No i całkiem na prawo siedział lider, w skupieniu obsługujący gitarę oraz instrumenty klawiszowe.

Była zapowiadana dwudziestominutowa przerwa – to już standard, gdy chodzi o koncerty KC – ale muzyki dużo, dużo więcej. Łącznie z bisami nazbierało się tego sto sześćdziesiąt minut, co usatysfakcjonować i dopieścić musiało chyba każdego.

Parę razy już do tego się przyznawałem: robotę Frippa i kolegów noszę głęboko w sobie. Ten rodzaj muzycznej wyobraźni jest mi wyjątkowo bliski, stąd też przeżywam szczególne emocje w trakcie ich występów. Dają one słuchaczom istotę tego, o co chodzi: staranną, ale bez niekoniecznych szaleństw oprawę koncertu i zero umizgów do publiczności. Bez tego drugiego widzowie mogą się obejść i mimo to uszczęśliwieni wrócić do domów. Warunkiem niezbędnym jest, powtarzam uparcie, strona muzyczna. A ta jest ciągle najwyższej próby, zaś powrót po latach do materiału z pierwszych płyt jest – co tu dużo gadać – wielką wartością dodaną występów kapeli w ostatnich latach.

(King Crimson, ICE Kraków, 16 czerwca)

Dodaj komentarz