Dylan In The Night

dylan_shadows

Bob Dylan, kompozytor niezliczonej ilości genialnych pieśni wykonywanych przez niezliczone rzesze śpiewaków na całym świecie – uczynił z cudzych kompozycji coś bardzo charakterystycznego dla siebie, niepowtarzalnego.

[more]

Moskwę i Lizbonę dzieli chyba wszystko: wiele granic, klimat, kultura, historia. Łączy te miasta właściwie jedynie przynależność do jednego kontynentu, Europy. Z Nowego Jorku do Los Angeles jest niemal taka sama odległość jak ze stolicy Rosji do stolicy Portugalii, a przecież wszystko, co pomiędzy nimi, to – jakkolwiek bardzo złożona – jedna Ameryka, jedno państwo. I, co bodaj najistotniejsze, wspólny język. Z tej hybrydy, z tego patchworku, z bezustannego przenikania się wszelakich zjawisk rodziły się i rodzą wciąż rzeczy wyjątkowe.

*

Piosenki są jak marzenia senne,

które człowiek stara się urzeczywistnić. Jak nieznane kraje, które pragnie odwiedzić. Piosenkę można napisać wszędzie, w przedziale kolejowym, na jachcie, w siodle – bycie w ruchu pomaga. Czasami nawet ludzie wielkiego talentu nie tworzą piosenek, bo nie są w ruchu. Ja też nie byłem w ruchu, przynajmniej fizycznie. Ale pisało mi się tak, jakbym był. Czasami inspiruje cię to, co widzisz i słyszysz„.*

*

Rokendrol ze wszystkimi swoimi przyległościami rósł i dojrzewał w kulturowej, obyczajowej i jakiej tam jeszcze opozycji wobec zastanego w połowie lat 50. i – zdecydowanie bardziej – w latach 60. porządku świata. Dziś sam od dawna jest częścią historii. Jego najwybitniejsi i, po prostu, najstarsi żyjący przedstawiciele niczego nie muszą już udowadniać, zapisali się na kartach nie tylko popkultury ostatniego półwiecza. Ze swych katedr, monumentów i gwiazdorskich galaktyk, z pozycji rockowych mentorów mogą już – bynajmniej nie tylko z powagą starożytnych mędrców – otwarcie przyznawać się do tego, że ich talenty nie rozkwitły na bezludnych, dalekich wyspach wśród jeszcze odleglejszych mórz, ale że dorastali i dojrzewali w wielokulturowych i, najoczywiściej, 

wielopokoleniowych tyglach.

Tworzyli coś nowego, odrębnego, ale jednocześnie wciąż poddani byli takim czy innym wpływom. Mając – jak na genialnych muzyków przystało – uszy szeroko otwarte, chcąc nie chcąc wchłaniali różne rzeczy, muzykę, którą zastali z chwilą pojawienia się na świecie, której słuchali ich rodzice, która dominowała w stacjach radiowych, muzykę wcześniejszych pokoleń.

Dziś ci mędrcy niczego nikomu nie muszą już udowadniać. Z dobrotliwym uśmiechem, z dystansem wobec siebie i świata przynależnym ludziom w okolicach siódmego krzyżyka spokojnie mogą przyznać się światu, że słuchali i słuchają, że w głowach mają i że kochają także takie nuty, do których za żadne skarby nie przyznaliby się pół wieku temu.

 

Paul McCartney, Eric Clapton i teraz Bob Dylan. Shadows In The Night – dziesięć piosenek, trzydzieści parę minut. Łączy je to, że wszystkie powstały w czasach „przedrokendrolowych”, wszystkie pojawiały się na Broadwayu i w Hollywood, wszystkie miał też w swym repertuarze

Frank Sinatra.

To Ameryka w blasku świateł: mieniąca się złotem, ale i blichtrowata, Ameryka oszałamiających damskich kreacji oraz świetnie skrojonych fraków i smokingów, ale i pełna tandety. Wymuskana, olśniewająco gładka, lecz także mdła od nadmiaru kiczu.

Kontrakt z tą wytwórnią był zwieńczeniem ciągu nieoczekiwanych wydarzeń, nigdy nie nastawiałem się na współpracę z dużą firmą płytową. Gdyby ktoś mi powiedział, że będę nagrywać dla Columbii, jednej z największych wytwórni w kraju, mającej w swoich szeregach gwiazdy głównego nurtu, takie jak Johny Mathis, Tony Bennett czy Mitch Miller, nie uwierzyłbym„.*

*

Konteksty z biegiem lat nieuchronnie odchodzą w niepamięć, pozostaje natomiast sztuka, w tym przypadku – piosenki: znakomite i, jak widać na załączonym przykładzie, wciąż będące wdzięcznym materiałem do obróbki. Jeśli Rod Stewart, ubrany w białą koszulę i czarny garnitur, idealnie wpisał się w główny nurt,  by odzyskać trochę dawnej popularności i zasilić konto świeżą gotówką – dał zliftingowaną, ale po staremu lukrowaną wersję 

American Songbook, 

to artysta innej – najwyższej – miary zrobił z tych utworów coś bardzo swojego: wieloosobową orkiestrę zamienił na kilkuosobowy, kameralny skład, gwałtowne instrumenty dęte zamienił na delikatnie znaczone dźwięki gitary. Samemu sobie pozostawił tylko… głos. Od Sinatry różniący się wszystkim. Dylan od lat już bardziej chrypi, niż śpiewa, bardziej skrzeczy, niż idealnie trzyma linię melodyczną, a przecież wciąż pozostaje mistrzem nad mistrze, z cudzych piosenek – on, kompozytor niezliczonej ilości genialnych pieśni śpiewanych przez niezliczone rzesze śpiewaków na całym świecie – uczynił coś tak bardzo charakterystycznego dla siebie, niepowtarzalnego. Tak, jak to tylko on potrafi. 

*

Wielkie sceny amerykańskich teatrów, blask rewii czy papierosowy dym ekskluzywnych kasyn zamieniamy na coś niewymuszonego, kameralnego, pozostającego w półmroku. Zamiast ociekającej dolarami produkcji otrzymujemy nagrania zrobione na setkę w jednym lub dwóch podejściach. Stary folkowiec, bluesman z paroma kumplami podśpiewuje równie stare amerykańskie hity. Jest pięknie. Play it again, Bob.

(Na talerzu lub w szufladce: Bob Dylan, Shadows In The Night, 2015)

[W NaTemat: 22 lutego 2015]

_________________________________

* Bob Dylan, Kroniki, tom I, Wyd. Czarne 2014.

Dodaj komentarz