Narodziny gwiazdy czy Bitwa Warszawska?

Pięknie, zaiste. Jeszcze doba nie minęła, a już karta historii kolejna zdaje się wypełniać gęstym drukiem hymnów pochwalnych. Nowe Wembley. Żeby nie było nieporozumień – też wiele bym dał, by 11 października był dniem narodzin drużyny, a nawet drużyny-gwiazdy, też jeszcze chciałbym na stare lata ogrzać się w blasku polskich sukcesów odnoszonych na piłkarskich stadionach.

[more]

*

Rok 2014 zmierza powoli ku końcowi. I szczęśliwie – doczekaliśmy się wreszcie najważniejszego sportowego w nim wydarzenia. Nic to – fantastyczne występy naszych rodaków za wschodnią granicą i sześć, w tym cztery złote, medali olimpijskich w Soczi, niczym jest „Kryształowa kula” dla Kamila Stocha pieczętująca jego supremację wśród skoczków w minionym sezonie, nieważne sukcesy kolarzy w Tour de France i markowe pieczęcie w postaci triumfu Majki w Tour de Pologne i „tęczowej koszulki” dla Kwiatkowskiego za mistrzostwo świata. Podobnie jeszcze gorący wicemistrzowski tytuł żużlowca – dodaję na wszelki wypadek – Kasprzaka. Jakże niewiele znaczą sukcesy lekkoatletów w mistrzostwach Starego Kontynentu. Nawet mistrzostwo świata siatkarzy, wywalczone w czterdzieści lat po meksykańskiej glorii, w brawurowym stylu i przed własną publicznością nie jest dostatecznie znaczące. Wszystko to blednie wobec faktu kompletnej indolencji strzałowej aktualnych mistrzów świata, ale przecież bezprecedensowego zwycięstwa naszych reprezentantów w piłce kopanej – i to w oszałamiającym rozmiarze XL, czyli 2-0 – nad Niemcami w eliminacjach do ME. 

Nikt chyba piękniej nie uchwycił 

naszego przekleństwa 

dotyczącego tzw. charakteru narodowego, a i – w domyśle – usytuowania na mapie świata niż Andrzej Bursa w wierszu pt. „Modlitwa dziękczynna z wymówką”:

Nie uczyniłeś mnie ślepym Dzięki Ci za to Panie 

Nie uczyniłeś mnie garbatym Dzięki Ci za to Panie 

Nie uczyniłeś mnie dziecięciem alkoholika Dzięki Ci za to Panie 

Nie uczyniłeś mnie wodogłowcem Dzięki Ci za to Panie 

Nie uczyniłeś mnie jąkałą kuternogą karłem epileptykiem

hermafrodytą koniem mchem ani niczym z fauny i flory 

Dzięki Ci za to Panie 

Ale dlaczego uczyniłeś mnie Polakiem?

Jak żaden inny na świecie naród, upodleni po wielekroć, ciemiężeni przez stulecia przez mocarnych sąsiadów, raz z lewa, raz z prawa – niczym bardziej nie jesteśmy w stanie się ucieszyć jak tym, że siatkarze dowalą Ruskim, a teraz, po dziesięcioleciach porażek i nielicznych remisów, futboliści dokopali Germańcom.

Pięknie, zaiste. Jeszcze doba nie minęła, a już karta historii kolejna zdaje się wypełniać gęstym drukiem hymnów pochwalnych. Nowe Wembley. Żeby nie było nieporozumień – też wiele bym dał, by 11 października był dniem narodzin drużyny, a nawet drużyny-gwiazdy, też jeszcze chciałbym na stare lata ogrzać się w blasku polskich sukcesów odnoszonych na piłkarskich stadionach.

Nowe Wembley.

Czyżby? A może tylko Grunwald? Wielka zwycięska bitwa, po której parę miesięcy później postaliśmy (niech będzie, odejdźmy od odwiecznego: my wygraliśmy, ale przegrali – oni: siatkarze, piłkarze, żużlowcy) trochę pod Malborkiem i miast rozwalić Krzyżaków, obrócić ich moc raz na zawsze w proch i pył, pozwoliliśmy odrodzić się tuż pod swoim bokiem pruskiej hydrze. 

Więc teraz, z zachowaniem odpowiedniej miary oczywiście, sportowej (i bynajmniej nie tej gliwiczanina Podolskiego zamierzającego się w ostatnich minutach meczu na Krychowiaka) przekujmy wygraną bitwę w zwycięstwo w całej kampanii. Wembley dlatego tak smakowało – a i smakuje do dzisiaj – że ów remis był remisem zwycięskim, dawał wygraną w eliminacjach do MŚ, które – co niesłychanie istotne – także zwycięskimi były (bo trzecie miejsce w świecie istnym zrządzeniem Ducha Świętego w ateistycznym, komuszym kraju było, zwycięstwem ducha nad socjalistycznym, nadwątlonym ciałem).

Więc jeśli sobotnia wygrana ma być czymś więcej niż zwycięską 

Bitwą Warszawską

z mistrzami świata, niż zdobyciem mistrzostwa Stadionu Narodowego, musi doczekać się konsekwencji w postaci awansu do finałów imprezy. W których, co nie mniej istotne, panowie z orłem na piersiach nie mogą być tylko chłopcami do bicia. Bo było już tak, że wybrańcy Leo B., niemal równo osiem lat temu, 9 października 2006 roku, w naprawdę wielkim stylu ograli 2-1 Portugalię, ale że spektakularnych konsekwencji ta wygrana nie przyniosła (mimo awansu do finałów tamtych ME), to i jej smak, przy Wembley, jakiś taki sobie zaledwie. 

Co więc wydarzyło się w sobotni wieczór: tylko wspomniany Chorzów czy nowe Wembley? Kto odpowie, bo chyba ani nie Szekspir, ani Goethe, ani Bursa. Oby nie szkocki Sienkiewicz, Walter Scott…

[W NaTemat: 12 października 2014]

Dodaj komentarz