Smaczne jadło w karczmie na moście

Martyna Jakubowicz należy do grona tych artystów, których szczególnie sobie upodobałem. Jej pierwsze nagrania to czas, gdy wkraczałem w dorosłość, zachłystując się jednocześnie bezmiarem polskiego grania na początku lat 80. Wykonawców sprzed lat, którzy są aktywni do dziś, pozostało nie tak wielu, a tych wciąż tworzących rzeczy istotne – jeszcze mniej.

[more]

W sobotni wieczór w katowickim Rialcie, w trzy lata po koncercie w Chorzowskim Centrum Kultury, kolejny raz miałem okazję zobaczyć MJ w akcji, a u jej boku czterech panów tworzących Żonę Lota – kapelę akompaniującą jej od tamtego właśnie okresu, od płyty Okruchy życia (2010).

Określić dokonania Pani Martyny frazą

Dokoła wszędzie blues mi gra

oznaczałoby tylko część prawdy. Bo ona nigdy tak całkiem w tej formule się nie mieściła, zaczynała bardziej od folku, od Dylana, Mitchell i Baez. Najbliżej bluesa znajdowała się w czasach pierwszej płyty, a to był rok 1983. Tak naprawdę nie ma to jednak większego znaczenia – liczy się nade wszystko wspaniały puls wyczuwalny w każdym momencie grania, czerpanie z najszerzej pojętej tradycji muzyki lat 60. i 70., ale doprawianej też nutami orientalnymi czy wziętymi z muzyki żydowskiej.

Program koncertu był przekrojowy. Usłyszeliśmy zarówno najstarsze piosenki –

Kłopoty to jej specjalność

czyli jeden z trzech zupełnie pierwszych utworów Pani Martyny, jakie prezentowane były na antenie Polskiego Radia, oraz hymn deweloperów, a więc pochodzący z debiutanckiego albumu największy przebój MJ – W domach z betonu nie ma wolnej miłości. Sporo było piosenek ze Wschodniej wioski (1988), z wciąż przepięknym Młodym winem. Nie mogło zabraknąć numerów z ostatnich dwóch płyt, tych, w których nagraniu uczestniczyli Dariusz Bafeltowski, Przemysław Pacan, Łukasz Matuszyk i Paweł Mikosz. To tu słyszalne były te żydowskie klimaty, na przykład w Co znaczy osobno. Album z utworami Joni Mitchell reprezentowany był przez Błękitny hotelowy pokój oraz Dużą żółtą taksówkę. Z krążka Tylko Dylan (2005), na koniec części zasadniczej, zespół zagrał Pukam do nieba bram. Pojawiła się też pochodząca z drugiego krążka – z długim finałem, porywająco zagrana 

Karczma na moście.

I most, i karczma – a raczej stylowa restauracja dla podniebień znużonych popową siekaniną – to chyba dobre terminy na zdefiniowanie tego, co od lat robi Martyna Jakubowicz. Od dawna już mieszka na wsi, a i artystycznie przestała się z kimkolwiek ścigać. Aby jej posłuchać, trzeba zboczyć z głównego traktu, stanąć na moście, który łączy właściwie wszystko to, co najszlechetniejszego wydobyła z siebie przez dziesięciolecia muzyka okołorockowa. Wejść do tej, niech już będzie, karczmy, usiąść i smakując różnej proweniencji swingujące potrawy i płyny, po prostu poddać się muzyce. A starzy fani zawsze mogą liczyć na chwile nostalgii – na przykład przy Kołysance dla misiaków na sam koniec występu.

(Martyna Jakubowicz i Żona Lota, Katowice, Rialto, 12 kwietnia 2014)

{W NaTemat: 13 kwietnia 2014]

Dodaj komentarz