Profan w świątyni – Led Zeppelin po raz trzeci

lz_iii1

Jak dobrze, że nikt ze starych fanów nie musi już odpowiadać na pytanie, którą płytę Cepów lubi najbardziej. Jak dobrze, że nie grozi mi podróż na bezludną wyspę i nie muszę decydować, które płyty zabrać, a na które zabraknie miejsca w bagażu. Dziś każdy, kto ma na to ochotę, może za równowartość 4,50 euro nabyć dowolny katalogowy, pojedynczy album grupy. W dodatku zremasterowany. Coś, co kiedyś było dla większości z nas nieosiągalne, leży teraz praktycznie na podłodze – tylko się schylić.

[more]

Wzruszyłem się jesienią ubiegłego roku, oglądając na dużym ekranie zabrzańskiego Multikina 

Celebration Day

i patrząc na niemłodych, ale szczęśliwych trzech oryginalnych członków zespołu oraz nie mniej szczęśliwego syna czwartego. I nie myślałem wtedy o tym, że ich początki nie były usłane wyłącznie różami. Bo niby od razu zdobyli uznanie, pierwsza wyprawa za ocean uczyniła z nich gwiazdy, a jednocześnie w rodzinnej Anglii nie chciano ich – wykonawców – wpuścić do klubu, bo nie mieli założonych krawatów…

*

Pisanie o płytach Led Zeppelin, choć kuszące, jest jak dotykanie sacrum – „tylko” rockowego, jednak sacrum bezdyskusyjnego. Ale co tam! Love is blindness – ponad osiem dioptrii w jednym i drugim oku. Kwartet na tym krążku dał wyraz swej fascynacji muzyką amerykańską, a ja nie mogę – któryż to już raz – wyrazić swego uwielbienia dla dzieła kapeli?

Immigrant Song

na zawsze już pozostanie dla mnie wspomnieniem dzieciństwa. Powiem: na szczęście, bo gdyby nie pocztówka braci, to bliską znajomość z całą płytą zawarłbym dopiero w… 1982 roku. Otwierający album kawałek to – jeden z wielu w przypadku LZ – ekstrakt najdoskonalszego gitarowego łojenia. Mniej niż sto pięćdziesiąt sekund. Są takie kapele, które w trzeciej minucie wychodzą dopiero z intro, a tu jest wszystko, o co chodzi w rokendrolu.

Since I’ve Been Loving You

pokochałem raz na całe życie. Porywający, przejmujący numer. Klasyczny  sposób podejścia rockowej kapeli do bluesa. Od kilku lat podstawowy sygnał w mojej komórce. Możecie ten kawałek zagrać w czasie mojego pogrzebu. Jeśli nie cały umrę, słysząc go, na pewno będę szczęśliwy.

Cóż jeszcze? P

Jakby prosto z Południa USA wzięte staroangielskie Gallows Pole, przepiękna Mandarynka, bezzębni Murzyni kłaniają się w – nomen omen – Hats Off To (Roy) Harper. Folkowe That’s The Way z cudownie zaplecionymi country’owymi nutami.

Mnóstwo właściwie akustycznego grania. Ten, kto wymyślił koncerty

unplugged,

chyba zakochany był w tej właśnie płycie. Bardzo młodzi ludzie – najstarszy Page miał dwadzieścia sześć, Jones dwadzieścia cztery, Bonham i Plant po dwadzieścia dwa lata – znaleźli sposób na nagranie kolejnego genialnego materiału, na przejście do historii muzyki. Czy tylko rockowej, rozrywkowej, czas pokaże. Piszę te słowa, mając oczywiście omawiany krążek w odtwarzaczu. I kolejny raz ściśnięte gardło. Tak jest od lat i tak już będzie zawsze.

(Na talerzu lub w szufladce: Led Zeppelin, III, 1970)

[11 grudnia 2013]

Dodaj komentarz