
Niedawno stacje telewizyjne pokazywały dość szczególny obrazek: na pierwszym planie książę Walii Karol, a tuż za nim jego ekskluzywna świta, wśród której nie sposób było nie dostrzec uśmiechających się Paula McCartneya (trzymającego śliczną gitarę z wymalowaną flagą brytyjską) oraz Eltona Johna. Jeśli wieczny pretendent do angielskiego tronu ma wyraźne powody do frustracji, o tyle ci dwaj panowie znów – który to już raz? – wydając swoje nowe płyty, znaleźli się na ustach świata. A ten, w zdecydowanej większości, mówi o ich ostatnich dokonaniach ciepło i z uznaniem.
[more]
Słuchając nowych piosenek Paula McCartneya, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że
nuty wciąż wysypują mu się z rękawa
– i to nie jednego. Były bitles to Mr. Music – bezdyskusyjnie. Jako wielki fan czwórki z Liverpoolu, z biegiem lat wciąż większy, nie mam szczególnych problemów ze zdrapywaniem producenckiej i znaczonej początkiem XXI stulecia skorupy z tych utworów – raz jest ona większa, raz mniejsza. Ale zdecydowanie najszczęśliwszy jestem w tych momentach, gdy tej skorupy nie ma wcale, gdy duch The Beatles staje się po prostu ciałem.
Nigdy nie byłem szalikowcem solowych dokonań Sir Paula. Przeszkadzało mi częstokroć nieodparte wrażenie, że odejście od rokendrolowego, gitarowego składu macierzystej formacji uruchomiło w nim popowe inklinacje. I mam tu na myśli nie tyle zapis nutowy, bo ten był i pozostał z gruntu bitlesowski, ale aranże.
Podobno Macca najbardziej nie lubi pracy nad wykończeniem piosenki. Daleki jestem od przypuszczeń, iż miałby to być powód do machania przez niego ręką nad ostatnimi szlifami, w to nie uwierzę. A jednak te
popowe skłonności
sprawiły, że wiele piosenek z jego dorobku nie zalśniło pełnym blaskiem. Czasem choćby z powodu plastikowych klawiszy, czyniących utwór wręcz błahym, oczywistym, krotochwilnym. Owa nadmierna lekkość w traktowaniu materii muzycznej nieraz – jestem zdania – gubiła mistrza. Nie inaczej jest na nowym krążku. Przy słuchaniu pojawiają się w mojej głowie skojarzenia z Blunderbuss Jacka White’a, na której dostrzegam ten sam rodzaj „pośpiechu”. Krótkie, okołotrzyminutowe piosenki, przenoszące nas z jednej strony
wprost w lata 60.,
a z drugiej, również z racji niewielkich ram czasowych, zbyt rzadko dostarczające smakowitych kąsków mających związek z dopieszczoną aranżacją. Czyli tego, co tak obficie obecne jest na przykład na bardzo dobrym Flaming Pie (1997).
Paul McCartney jest nadal w dobrej, a chwilami w bardzo dobrej formie (w koncertowej, o czym miałem okazję się przekonać, wręcz znakomitej). Nie sposób nie docenić nowego materiału. Ale jednocześnie spora jego część trafia w moją, fana, przestrzeń mniej ulubioną: powtórzę, popową, a w niej znajduję znacznie mniej powodów, by zatrzymać się na dłużej przy jednej czy drugiej propozycji.
Jednak parę razy
łza może zakręcić się w oku.
Numer tytułowy, choć brzmią w nim te trochę drażniące klawisze, jest napisany zdecydowanie w stylu Beatles, ma w sobie coś z All You Need Is Love, w I Can Bet gitara wyraźnie nawiązuje do Get Back. Najbardziej ujmujące są te momenty, gdy jestem blisko wspaniałych bitlesowskich ballad – w Early Days, nieco psychodelicznej Hosannie czy w bonusowym Scared. Wtedy niczego nie muszę się dosłuchiwać, zdrapywać jakiejś wartwy wierzchniej – mam to, za co cenię Sir Paula najbardziej. To, co sprawia, że pozostanie dla mnie największym kompozytorem w muzyce rozrywkowej. Jeśli do wielkiej góry McCartneyowskich klasyków i pereł muzyki drugiej połowy XX wieku dorzucamy kilka świetnych utworów z nowego krążka, to – należy oddać sprawiedliwość wielkiemu i od półwiecza obecnemu na scenie artyście – najwyraźniej mamy do czynienia z ważnym albumem.
[W NaTemat: 9 listopada 2013]