Wciąż łyżkami jeść – Dżem, Chorzowskie Centrum Kultury, 3 października 2013

Dżem nigdy nie grał słabych koncertów. Powiem więcej: nigdy nie grał niezłych koncertów. Pierwszy raz usłyszałem ten zespół na żywo chyba trzydzieści lat temu, grali dobrze. Potem działo się tak, że byłem świadkiem ich występów co najmniej raz w roku. Widziałem, jak z dobrej kapeli stają się bardzo dobrą. Świetną.

[more]

I fantastyczne jest to, że lata lecą, skład – także w następstwie najsmutniejszych faktów – parokrotnie się zmieniał, a zespół pozostaje

osobnym rozdziałem w muzyce

nie tylko polskiej, ale, co powiedział już dawno temu Jan Chojnacki, także europejskiej. To formacja rodem z Południa Stanów.

Wzruszył mnie wczoraj Beno Otręba. Czwarty członek ZZ Top, który za sprawą amerykańskich służb przerzucony został na Śląsk, by graniem bluesa czynić znośniejszym komunizm. Był wyjątkowo ożywiony (Beno, nie komunizm), uśmiechał się raz po raz, podśpiewywał sobie momentami, co przywodziło na myśl lata 80., gdy wielokrotnie podchodził do tego samego mikrofonu co Riedel. Jak zawsze – mistrzowsko napędzał bas, raz po raz zabawiając się z młodszym bratem w stylu Status Quo.

Właśnie. Od dawna już przywykliśmy do tego, że gdy pora na gitarową solówkę, to – jak zauważył mój syn – spoglądaliśmy na prawo, w stronę Jerzego Styczyńskiego. Tymczasem wczoraj jeszcze jedno przypominało mi

Dżem sprzed trzydziestu – dwudziestu pięciu lat:

praktycznie równy podział solówek między Styczyńskiego i Adama Otrębę. Ten ostatni nie jest może tak efektowny, ale to także fachman z tych (Tych) nie tak znowu licznych stylowych w Polsce. Jak dobrze, że o sobie przypomniał.

Trochę żałowaliśmy, że koncert był takim Dżemem dla wszystkich, że odegrano chyba w komplecie wszystkie „naj”, a z ostatnich dwóch płyt tylko pięć kawałków – Diabelski żart i Do kołyski z 2004 oraz Do przodu, Nie patrz tak na mnie i Partyzanta z Muzy.

Ale – co tam! Wszystkie atuty zespołu, jakie znamy od dawna, wciąż pozostają atutami: radość grania, fantastyczny warsztat i szacunek dla publiczności. Choć część główna skończyła się po półtorej godzinie, wraz z dwoma pokaźnymi bisami zespół przebywał na scenie blisko sto pięćdziesiąt minut.

Co było

mniej oczywiste,

to początek – pięknie brzmiący Wiem na pewno wiem – nie kocham cię, następnie Boże daj dom (moje uszy chętnie usłyszałyby tu skrzypce) oraz – jeszcze jedno westchnienie za dawnymi latami, kiedy ten utwór był żelaznym punktem każdego występu – Nieudany skok.

Publiczność, zdecydowanie – średnio rzecz biorąc – starsza niż na przykład na festiwalu Ku przestrodze, była jednak wyraźnie zadowolona z tego swoistego „debestofu”. Podniosła się z miejsc przy Harleyu, pozostała tak przy Wehikule czasu, uszczęśliwiona była Cegłą oraz zwieńczeniem koncertu w postaci Whisky.

Ten whiskaczowy scenariusz powtarza się już chyba od kilkunastu lat: zaczyna Styczyński na gitarze akustycznej, a po paru minutach pojawia się właściwy temat i reszta instrumentów. Konstrukcja utworu – wypisz, wymaluj Cockerowskie

With A Little Help From My Friends,

czyli ekstatyczne never ending story. W pięknym wnętrzu odnowionego parę lat temu ChaCeKu, mieszczącego około czterysta osób, ze sceną na wyciągnięcie ręki, widać było, ile węgla przerzucił wczoraj Zbigniew Szczerbiński. Oj, nie oszczędzał się bębniarz Dżemu nic a nic. Gra w starym stylu – gęsto – jak Baker, Bonham, Nebeski czy Hajdasz.

Jerzy Styczyński robił swoje, tak samo Janusz Borzucki, zdecydowanie lepiej nagłaśniany w tej gitarowej przecież kapeli niż dawno temu Paweł Berger (to pewnie sprawa większych dziś możliwości technicznych). Maciej Balcar jest dla mnie, pisałem już o tym, właściwym facetem na właściwym miejscu. Nie wyobrażam sobie nikogo, kto równie pięknie wniknąłby w ducha tej kapeli.

Nie był to z pewnością jakiś szczególny koncert. Jeden z wielu tak dla zespołu, jak i starych fanów. I może właśnie dlatego z tym większą radością konstatuję, że poza mniejszą ilością i bielszym kolorem włosów większości członków zespołu, w Dżemie bez zmian. Czyli wciąż znakomicie.

Dodaj komentarz