Van Halen. Długo czekaliśmy, by Eddie zszedł się ponownie z Davidem Lee Rothem, bardzo długo. Chyba dopiero aktywność byłych kumpli z zespołu, Hagara i Anthony’ego, którzy weszli w skład supergrupy Chickenfoot, sprowokowała ich do działania. W ogóle, tych zejść po latach jest coraz więcej, by przywołać tylko przypadek Black Sabbath. Ale też – ani tu, ani tu nie udało się tego uczynić w oryginalnym składzie.

[more]
Z amerykańskim zespołem
zetknąłem się bardzo dawno temu, chyba przy okazji pierwszej prezentacji jego nagrań w polskim radiu, w stereofonicznym programie czwartym. Utwory z pierwszej płyty VH tak spodobały się słuchaczom, że tydzień później zaprezentowano następne piosenki – kończące debiutancki album oraz kilka z drugiej płyty. Musiał to być więc 1979 rok.
Potem dotarły do Polski kolejne krążki zespołu. Pojawiły się też wspólne nagrania Edwarda z Brianem Mayem. Miałem ponadto okazję widzieć fragmenty jubileuszowego koncertu na cześć Lesa Paula, słynnego konstruktora gitar. Starszego już wtedy pana, który – o ile pamięć mnie nie zawodzi – sam był też konferansjerem.
Jako pierwszego zaprosił na scenę Edka. Młodego, długowłosego, z nagim torsem. Samego – a ten zaczął wycinać różne dziwne rzeczy na swym wiosełku. To było niesamowite dla mnie przeżycie. Eddie bawił się, serwując
mnóstwo przeróżnych zagrywek, riffów.
Trwało to dobrych kilka minut, uśmiech nie schodził ani z twarzy grającego, ani z twarzy jubilata, który z czułością przypatrywał się, co też można zagrać na gitarze jego konstrukcji.
Wiele lat minęło od tamtego wydarzenia. Wiele zdążyło przez ten czas uleżeć się w mojej głowie. A więc i to, że dokonania zespołu van Halen nie sytuują go w rokendrolowej ekstraklasie wszechczasów. Jednakże…
Ma ta muzyka (myślę o płytach do 1984 roku) bardzo wiele atutów. Żywiołowość, niesforność nastolatków, jedna wielka, niekończąca się balanga, awanturnictwo i rebelianctwo. Potężne łojenie i zabawa. Szokujący poziom opanowania instrumentu przez lidera.
I jeśli gdzieś pojawia się żal, że maestria techniczna nie szła całkiem w parze z możliwościami twórczymi, że te piosenki okazywały się czasem zbyt pospolite, błahe i za proste, to wciąż jednak nie chcę i nie będę podważać dorobku zespołu z uwagi na fakt, że jego muzyka stanowi istotę rokendrola.
To radość grania – i dawanie radości słuchaczom. Zdjęcie na rewersie okładki Diver Down, zrobione gdzieś z tyłu sceny, na zakończenie koncertu, gdy czterech młodych ludzi pozdrawia wypełniony po brzegi stadion, jest bardzo wymowne. Był czas, gdy w Stanach byli bożyszczami tłumów.
W tym miejscu, ze świadomością, iż należy zachować odpowiednie proporcje,
dwa polskie skojarzenia,
dwa porównania. Pierwsze – Oddział Zamknięty, ten z Krzysztofem Jaryczewskim – to też była bezustanna impreza. Drugie – Jan Borysewicz. Świetny gitarzysta, który nie był nigdy wybitnym kompozytorem (choć napisał trochę całkiem niezłych numerów), a którego kunszt objawiał się na płytach ambitniejszych niż Lady Pank wykonawców – np. Obywatela G.C. czy Edyty Bartosiewicz.
Van Halen jest dla mnie jednym z gitarowych mistrzów świata. Wirtuozem instrumentu, spadkobiercą Hendriksa, Page’a czy Claptona. (Nieprzypadkowo przecież na pierwszych płytach VH znajdują się covery – Kinks, Roya Orbisona i innych – będące wyraźnym ukłonem zespołu w stronę tradycji). Facetem, który nigdy nie nadużywał cierpliwości słuchaczy – wystarczy tylko popatrzeć, jak krótkie są kolejne płyty – te do 1984 roku – prawie jak wczesnych Beatlesów, ledwie ponad pół godziny. Jak krótkie zwykle znajdują się na nich piosenki.
Właśnie – piosenki: zwrotka – refren – zwrotka, a gdzieś między to wplecione olśniewające nieraz, brawurowe, zaledwie
kilku- lub kilkunastosekundowe solówki.
W których jest wszystko. Tyle czasu wystarcza Edwardowi, by wprawić słuchaczy, a już na pewno innych gitarzystów, w osłupienie. Ci wszyscy napier…acze, którzy dopiero dopasowują swoje palce do gryfu w miejscu, w którym on już kończy, nudzą mnie okrutnie.
Wiem, że niektórym z Was ta opinia się nie spodoba. Ale za tymi zdaniami stoi wiele lat słuchania muzyki, uświadamiania sobie, co w niej najbardziej mi się podoba. I nikt mnie nie przekona, że panowie Vai, Satriani (chyba że we wspomnianym wyżej Chickenfoot), Malmsteen czy paru innych im podobnych są wielkimi muzykami. Technika i warsztat to bardzo dużo, ale w sztuce, nawet w tej przez mniejsze „s”, chodzi o coś więcej. Popisy nie powinny być celem samym w sobie, bo wtedy scena koncertowa zamienia się w cyrk narcyzów. Lepiej, gdy służą muzyce, a o tym Eddie van Halen nigdy nie zapominał.
Już całkiem na koniec powiem tylko, że o pierwszym albumie grupy, o Women And Children First i 1984 chciałbym napisać kiedyś parę słów. Zwłaszcza o debiucie z 1978 roku, bo chyba w żadnym innym miejscu nie widać tak wyraźnie granicy, a ściślej – przenikania się – rokendrola i metalu. Ciężar tego ostatniego wzięty został z Black Sabbath, natomiast zagrywki Edwarda, z krwi i kości rokendrolowca, stały się najlepszym podręcznikiem albo dziesięciorgiem przykazań metalowych gitarzystów.
