Na scenie ośmiu facetów: trzech wokalistów – lider, Said Tachiti, obsługujący strunowe instrumenty szarpane (guembri i lutnię) oraz perkusyjne, pozostali dwaj grający też na perkusjonaliach, do tego saksofon, klarnet, gitara, bas i perkusja – i do głowy przychodzi mi następujący obrazek:

[more]
Paru Węgrów na wycieczce w Maroku,
wskutek krwi bardziej niż zwykle rozrzedzonej palinką, trafia na rynek małego miasteczka. Uliczny handel, targowisko, trwa w najlepsze, gdzieś w samym rogu rozbrzmiewa muzyka – paru grajków próbuje zarobić trochę grosza. Nagle gościom robi się jakoś ciasno i ciemno przed oczami, zostają otoczeni przez grupę kilkunastu tubylców. Spod czarnych grzyw błyskają białka oczu, zdecydowanie mało przyjazne. Porozumieć się nie sposób, sytuacja wymyka się spod kontroli, w dłoniach błyskają noże. Cała grupa, w upiornym milczeniu, przesuwa się gdzieś w kąt, w cień, który dają okoliczne domy. Zatrzymuje się tuz obok muzykantów.
Nagle jeden z Madziarów, wiedziony jakimś instynktem, szybkim ruchem podnosi z ziemi leżący instrument i zaczyna grać wraz z zespołem. Ostrza, które w pierwszej chwili znalazły się tuż przy jego gardle, powoli opadają, tak jak opadają trzymające je dłonie, a po może minucie znikają w kieszeniach. Ktoś z dotychczasowych napastników wybucha śmiechem, co udziela się wszystkim pozostałym. Nie wiadomo skąd pojawia się alkohol i naczynia. Butelka, jedna, potem następna, szybko krąży wśród mężczyzn. Atmosfera ulega całkowitej przemianie – nastrój zabawy udziela się wszystkim.
Dość krwawych wizji, wszak
muzyka łagodzi obyczaje,
łącząc pokolenia i narody. Niesamowite jest to, że na scenie pojawia się ośmiu muzyków – Marokańczyków i Węgrów. Jak oni wpadli na siebie?! Zespół został założony przez śniadego muzyka w Budapeszcie pod koniec lat 90. Lider zagaduje do publiczności, pokpiwając z polskiego lata (było w Katowicach w piątek wieczorem paskudnie, mokro i zimno). Potem zaczyna grać na guembri, przenosząc nas gdzieś do czarnej Afryki. Trzy wspaniałe męskie głosy, a brzmienie instrumentu przypominające, jak w latach 60. i 70. pierwsi muzycy rockowi szukali inspiracji w takich właśnie miejscach na świecie, do tego mantryczna melodia – i gdzieś w to wdzierający się nagle saksofon. Podobnie jest w drugim utworze. A potem wreszcie odzywają się pozostałe instrumenty. Gitarzysta wydobywa nuty rodem z Voodoo Chile Hendriksa, funkuje albo przenosi nas na Karaiby. Nad wszystkim wciąż czuwa mocny bas porządkujący rozwibrowane dźwięki.
Zespół gra
niesamowicie energetycznie,
z każdym utworem coraz więcej jest pląsających osób. Radośnie jest na scenie i na widowni. Zapominamy o przenikliwym czerwcowym zimnie i deszczu, pulsująca muzyka rozgrzewa bowiem coraz bardziej. Z żoną przypomina nam się klimat koncertu, jaki niemal równo pięć lat temu dali wspólnie w Bielsku-Białej Richard Bona, Lokua Kanza i Gerald Toto. Wspaniała zabawa – wtedy i teraz.
Trudno przypuszczać, byśmy o zespole jeszcze kiedyś usłyszeli, choć – patrząc z drugiej strony – ktoś go przecież wyłowił z tysięcy innych i zaprosił do Polski. Dla mojego pokolenia nie jest zaskoczeniem, że na Węgrzech grać potrafią, ale że w Maroku grają – i to pięknie, zawodowo – wciąż oczywiste nie jest. I że mają tam świadomość nie tylko własnej tradycji, ale i głowy otwarte na to, co dzieje się na świecie. I nagrywają – Chalaban ma na swym koncie pięć płyt.
Niedawno, w czasie pobytu w Rzymie, zwróciła moją uwagę młoda kobieta, która najwyraźniej była córką Japonki i Włocha. Z pomieszania tradycji muzycznych, tak samo jak z pomieszania nacji, otrzymujemy nieraz rzeczy nieoczekiwane i zadziwiające. I niepospolitej urody.
