Kiedy w 1965 roku Beatlesi otrzymali Ordery Imperium Brytyjskiego, Elżbieta II była królową od dwunastu lat, zaś McCartney był zaledwie dwudziestotrzyletnim mężczyzną. Dziś jest tak, że królowa właśnie świętowała sześćdziesięciolecie swej koronacji, a Sir Paul jest od dawna królem – i to nie tylko Anglii, ale całej muzyki.

[more]
Dowód na jego panowanie
został wczoraj przeprowadzony w sposób nieoczywisty. Stadion Narodowy, na którym znalazłem się po raz pierwszy, jest budowlą imponującą, zaiste – dwudziestopierszowieczną, choć miejsca między rzędami za wiele nie ma, a oparcia fotelików są karygodnie niskie. Ale kichać to wszystko, siedzieliśmy idealnie na wprost sceny.
W życiu niewiele jest takich momentów, że tydzień staje się nagle układem ośmiodniowym, że dzieją się w naszym życiu rzeczy niezwykłe, na które czekaliśmy długie lata i które najpewniej się nie powtórzą. I występ tego Beatlesa w Polsce, pierwszy, był takim magicznym momentem. Cóż jednak z tego. Gdy rozbrzmiały pierwsze nuty Eight Days A Week, nie dowierzałem własnym uszom. Czyżby to była wersja oryginalna, z taśmy, a muzycy stojący na scenie odezwą się w drugiej zwrotce? Ale nie, telebim nie kłamie, palce lidera wyraźnie przebiegają po gryfie. Ogarnęła mnie rozpacz, zacząłem rozglądać się na boki, czy inni słyszą to, co ja. Po kilku piosenkach, zdesperowany, zszedłem z piętnaście metrów niżej, ale dźwięk był równie kiepski. Pogoniony przez ochroniarza, zrezygnowany, wróciłem na swoje miejsce.
W siedemdziesiątej minucie koncertu zdarzył się cud.
Miłość zatriumfowała
nad zmysłem słuchu, nad rozumem. Obraz doskonały, widać, że na scenie jest wszystko w jak najlepszym porządku, tylko to, co wychodzi ze sprzętu nagłaśniającego, obija się gdzieś o beton, o dach, pozbawiając nas basów i czystości wysokich tonów. Im ostrzej, tym gorzej. Ale, jak rzekłem, cud się dokonał. Wielkość tej muzyki, dla mnie niepodlegająca jakiejkolwiek dyskusji, okazała się silniejsza od niedostatków akustycznych. Gdy rozbrzmiałó fortepianowe intro Lady Madonna, moje pocztówkowe wspomnienie z dzieciństwa, ścisnęło mnie w gardle i nie puściło już do końca.
Paul McCartney udowodnił, że jest artystą największej miary. Nie pozostawił żadnych wątpliwości, że jest mistrzem ballady (My Valentine, The Long And Winding Road czy Yesterday), piosenki (We Can Work It Out, Band On The Run czy Ob-La-Di Ob-La-Da) i najmocniejszych rockowych riffów. Po prostu Mr. Music, muzyk kompletny, genialny kompozytor i multiinstrumentalista. I jeśli ktoś zamierza w tym miejscu kręcić nosem nad niektórymi jego dokonaniami, to proszę wskazać mi innego na przestrzeni dziejów artystę, który – tworząc przez pół wieku – nie popełnił żadnego błędu, nie stworzył nic poniżej arcydzielnego poziomu.
Zachwyt nad dziełem Sir Paula nie jest niczym nowym, ale – wybaczcie, świadomość wielkiej klasy jego dzieła uderza w odbiorcę niezwykle mocno, gdy słyszy się te utwory jeden po drugim, na żywo. Gdy się pomyśli, że ten człowiek mógłby ze swoich piosenek ułożyć jeszcze kilka innych wspaniałych koncertów, robi to naprawdę olbrzymie wrażenie. Po prostu nie mam wątpliwości, że obcowałem wczoraj z
geniuszem naszych czasów.
Panem, który kilka dni temu skończył siedemdziesiąt jeden lat, wygląda i rusza się jak czterdziestolatek. Który znakomicie bawi się tym, co robi, i swoją radością zaraża wszystkich wokół. Wciąż zagadujący, żartujący, wciąż jakby sprawdzający, czy otrzymane brawa są tylko kurtuazyjne, czy płynące z serc słuchaczy. Widać było, jak go cieszy żywiołowa reakcja, jak doładowuje w ten sposób swoje akumulatory, zanim zacznie kolejną piosenkę.
Jak go za to nie kochać? Jeden z jego kumpli przegrał z kulą fana-wariata, drugi z rakiem, a on nagrywa i koncertuje nadal, za nic mając kalendarze i metryki, jakby muzyka konserwowała go bezustannie i w najpiękniejszy z możliwych sposobów. Gdy na koniec części głównej występu zagrał jeden z moich utworów wszechczasów, Hey Jude, spora część widzów wyjęła wcześniej przygotowane kartki z napisem „Hey Paul”. Wyraźnie wzruszyło to mistrza ceremonii, który długo dyrygował śpiewającą (właśnie „Hey Paul”) a capella widownią i wielokrotnie kłaniał się, nim zszedł ze sceny.
Ale nikt o zdrowych zmysłach nie myślał puścić już maestra do domu. Niemilknące oklaski spowodowały, że zespół znów pojawił się na scenie. I w tym miejscu słowo o czymś, co mogłoby stać się przyczynkiem do rozważań: jak to jest, że
muzyka łączy pokolenia i narody,
a piłka kopana dzieli i prowadzi do wojen? Szlachcic McCartney wkroczył na estradę, trzymając w dłoniach wielką flagę Polski, a jeden z jego muzyków (zespół świetny, ten sam, co podczas trasy w 2009 roku) flagę brytyjską. Przez dobre pół minuty chodzili z nimi po scenie, mocno wymachując. A widownia w tym czasie wiwatowała. Czy coś podobnego możliwe jest podczas meczu piłkarskiego?
Pierwszy bis okazał się nokautujący dla tych, którzy jeszcze mogli mieć wątpliwości co do siły głosu Mr. Paula – choć o to po Back In The U.S.S.R. i potężnym Live And Let Die było chyba trudno. Niemniej gitarowa zagrywka Day Tripper – może nie na miarę Satisfaction Stonesów czy You Really Got Me Kinksów, ale na pewno porównywalna z Last Time tych pierwszych – robiła wielkie wrażenie. Day Tripper wespół z Hi Hi Hi i Get Back stanowił krótki set ostrej jazdy jednoznacznie dowodzący, że król rokendrola jest dziś tylko jeden.
Ale i to jeszcze nie był koniec. Brawom nie było końca i scena raz jeszcze ożyła. Wpierw wyszedł sam Paul i zaśpiewał Yesterday. Chyba wszyscy obawiali się, że to może być koniec, bo mistrz znalazł się niebezpiecznie blisko kulis. Ale nie – nastąpiła nie wiadomo która już zmiana gitary i dostaliśmy następną porcję łojenia – Helter Skelter. A już na nieuchronne zakończenie – finałowy medley z Abbey Road: Golden Slumbers, Curry That Weight i The End.
Fan-ta-stycz-ne! Mimo niedomagań nagłośnieniowych – były to zupełnie wyjątkowe dwie godziny i czterdzieści minut. Opuszczałem więc stadion spełniony i szczęśliwy.
Tu koniec i bomba – powtórzę za Gombrowiczem. – A kto nie był, a mógł – ten trąba!
