Wyrwane z kontekstu: Maria Sadowska, Dzień kobiet

Dzisiaj będę bardzo wyrywał. Nie będzie o filmie Sadowskiej pod tym samym tytułem, który przeszedł bez echa w Gdyni i wygrał w Cottbus. Nie będzie też o całej ścieżce muzycznej do filmu, a o jednym, tytułowym kawałku. Który, sygnalizuję, sprowokował mnie do sięgnięcia (o czym gdzieś w kolejnych „wyrwanych”) po różnych polskich wykonawców, którzy zwykle albo od bardzo dawna już tego nie robią, a którym zdarzyło się naprawdę dobrze przyłoić.

[more]

Marii Sadowskiej też. Nie sądzę, by utwór sygnalizował stylistyczną woltę w twórczości wokalistki i kompozytorki. Nie sądzę także, by zapisał się jakoś szczególnie w historii polskiego rocka czy ruchu feministek. Marysia S. zdecydowanie nie ma rockowej barwy, choć ładnie dociska chrypą w finale. Natomiast piosenka ma wszelkie znamiona przeboju, ma chwytliwy refren. I to coś, co w gitarowym graniu zawsze mi się podobało: bardzo solidny warsztat muzyków, co sprawia, że otrzymujemy trzy i pół minuty soczystego brzmienia. We wszechogarniającej popelinie, z jaką mamy na co dzień do czynienia, to zawsze miła odmiana.



Dodaj komentarz