Ty nie jesteś pięknością

Przez ciebie płynie strumień piękności, ale ty nie jesteś pięknością – napisał mój szczególnie ulubiony romantyczny autor, Zygmunt Krasiński. Życie ludzi wybijających się ponad przeciętność zawsze było przedmiotem zainteresowania gawiedzi. Dziś, w dobie internetu i kolorowych pisemek, nieznacznie tylko różniących się od reklamowych gazetek wielkich sieci handlowych, jest to szczególnie łatwe. Niemal z dnia na dzień jesteśmy w stanie śledzić losy zarówno bohaterów niezliczonych seriali, jak i faktów – tzw. autentycznych i domniemanych – z życia odtwórców nie tylko głównych ról.

[more]

Osobom ogólnie znanym

nietrudno jest zatracić instynkt samozachowawczy.

Zwłaszcza w sytuacji, gdy na gruncie artystycznym dzieje się zdecydowanie mniej i gorzej, a wręcz – o, zgrozo – czasem jakby talentu nie stawało. Jakże łatwo wtedy przesiąść się z miejsca na miejsce i może niepostrzeżenie dla samego siebie stać się tzw. celebrytą. Płacą za to, bywa, niemałe pieniądze – szczególnie stacje telewizyjne. Pozwala to być nadal, a może nawet bardziej niż kiedyś, rozpoznawalnym. Myli się wielkość z iluzoryczną popularnością, szczególnie że wokół pełno podobnych osobników. Poklepujemy się wzajem po plecach, utwierdzamy w swej wyjątkowości. Kasa leci, naród pilotowy to łyka.

 *

Wyćwiczyłem w sobie – mam nadzieję, że na stałe –  zdolność

oddzielania człowieka i jego dzieła

(skupmy się już tylko na tym, co jest tego warte). Gdy słucham nagrań Queen, nie mam przed oczami Fredka przewalającego się w łóżku z innym facetem, lecz cholernie zdolnego kompozytora i świetnego wokalistę. To samo tyczy np. Eltona Johna. Nie obchodzi mnie, czy dziś jest mężem, czy żoną.

Schodząc z wojennej ścieżki orientacji seksualnej, powiem tyle, że zawsze przyjemnie jest, gdy ceniony artysta okazuje się także interesującym człowiekiem, gdy przemawia do nas zarówno jego dzieło, jak i on sam – pytany niekoniecznie o to, na którym boku spał ostatniej nocy. Od paru lat ze szczególną uwagą słucham na przykład tego, co ma do powiedzenia Wojciech Waglewski.

Ale z drugiej strony – dobremu muzykowi, aktorowi, pisarzowi jestem w stanie wiele wybaczyć. Nawet, pardon, głupotę, jeśli tylko to, co jest  przedmiotem jego życiowej, twórczej działalności, do mnie przemawia. Czasem wręcz, przyznaję,

wolę prostego chłopa z mocnym gardłem

wyśpiewującego niekoniecznie szczególnie odkrywcze myśli – od dobrego tekściarza, który uparł się, że będzie ludziom śpiewał, mimo iż Bozia poskąpiła mu wokalnego talentu i powinien to robić co najwyżej przy ognisku.

Powtarzam więc: staram się oddzielać dzieło od człowieka. Nawet jeśli on sam – a czasy temu wybitnie sprzyjają – zatracił instynkt. Co wypada, a czego nie, co można, a czego zdecydowanie nie należy. Wołanie o umiar to głos zgreda na pustyni, przecież hasło wszystko na sprzedaż wcale nie jest takie nowe. Zaś mottem ostatnich lat stało się podobne w duchu – wszystko jedno jak, byle mówili.

Dodaj komentarz