Późnojesienne i zimowe, studenckie wyprawy do Koszarawy, do niemałego domu rodziców koleżanki z grupy. 1983 i 1984 – ileż par potworzyło się za sprawą tych eskapad! Wspinaliśmy się w piątkowy wieczór w górę, dźwigając mniej lub bardziej wypchane plecaki. Tylko jednemu z nas zawsze butelki uderzały jedna o drugą. W tych dziwnych czasach jego zadaniem było zadbanie, byśmy całej nocy nie spędzili przy herbacie albo wodzie mineralnej (Boguś, pozdrowienia i uznanie, że nie stłukłeś wtedy żadnej flaszki!).

[more]
To tam wywijaliśmy hołubce przy trójkowej liście przebojów, na której znajdowała się wtedy piosenka
Śmielej
(„Kiedy mówisz do mnie: ja no i ty, ja no i ty nic nie znaczy. Ja no i ty – mów inaczej”), a parę miesięcy później dopadała nas młodzieńcza nostalgia przy Strzeż się tych miejsc („Tu nie wolno głośno śmiać się i za dobre mieć ubranie”).
Pamiętam, że moje zupełnie pierwsze wrażenie dotyczące Klausa Mitffocha było takie – czy to nowy kawałek Republiki?
Parę lat potem w plebiscycie „Magazynu Muzycznego” na najlepszą polską płytę wszechczasów w pierwszej trójce znalazły się właśnie jedyny krążek Klausa oraz debiut solowy Lecha Janerki – Historia podwodna – przedzielone Enigmatic Niemena.
Album Klausa był powalający.
I nie taki prosty do ogarnięcia dla mnie – kogoś, kto do niedawna tkwił w rocku symfonicznym i mainstreamowym, gitarowym graniu, o punku słyszał, ale nie widział tych załóg za wiele na żywo. I, powiem szczerze, niewiele z tej estetyki rozumiał. Tyle że – KM nie mieścił się w niej tak całkiem, a właściwie tylko trochę. To nie byli już nastoletni chłopcy, umieli grać, a Pan Leszek pisał świetne teksty.
Zespół jednak rozpadł się bardzo szybko, a czas pokazał, że artystyczne racje były po stronie Janerki, który do dziś jest jedną z najważniejszych postaci w polskim rocku. Na każdą jego nową płytę czeka się z niecierpliwością. Bo wiadomo, że w tym graniu o coś chodzi, a teksty są często zgryźliwym komentarzem rzeczywistości – jednak na tyle uniwersalnym, że po latach nietracącym na aktualności, wciąż czytelnym dla słuchacza i niejednokrotnie zachwycającym grą skojarzeń.
*
Lech Janerka nagrywa rzadko,
w ostatnim czasie z czynnego uprawiania muzyki wyłączyła go kontuzja ręki, ale problemy – na szczęście – minęły. Płyty brzmieniowo różnią się od siebie. Mamy lżejsze, bardziej „popowe” Piosenki (1989) albo Plagiaty (2005), ale też wyraźniej eksponujące gitary Ur (1991) czy Bruhaha (1994). Łączy je wszystkie wzmocnienie niskich tonów: gitara basowa lidera i wiolonczela jego żony, Bożeny Janerki – rytm, gwałtowność połączone z płynnością i harmonią. Ponadto – zawsze świetni muzycy, których Pan Leszek starannie dobiera sobie na współpracowników.
I teksty: nigdy byle jakie, zawsze o czymś, będące bystrą i gorzką najczęściej obserwacją świata. Czasem też bardzo poetycką, jak na przykład w „Labiryntach”:
Labirynty mają swój ukryty sens
Nie chciałbym zbyt wiele o tym mówić
Ciemność i marzenia i więcej nie ma nic
A na zewnątrz waleczny świt pamiętam tylko przestrzeń
Bezkarny gwałt określeń
Początek snu a potem nic
P.S. Choć to setny wpis, to nie ja jestem w stanie wskazującym. I nie moją jest robotą tło w dołączonej piosence. Nie wiadomo czemu pojawia się okładka Historii podwodnej zamiast Piosenek. Czyżby dlatego, że te ostatnie na CD ukazały się dopiero w tym roku, więc okładki wcześniej nie dało się ściągnąć z internetu?
