Moja droga do dokonań Led Zeppelin była zawiła i kręta. Co prawda wśród pocztówek dźwiękowych moich braci znalazło się miejsce na Immigrant Song, ale potem zrobiło się jakoś ciasno i nieprzystępnie. Dla praktycznie całego ostrego, gitarowego grania. Starsza brać zachłysnęła się dokonaniami Emerson, Lake & Palmer, Yes, Pink Floyd i resztą drużyn z ligi rocka symfonicznego. Wtedy wydawało im się, że to muzyczny uniwersytet, zaś szarpidruty to w najlepszym razie szkoła średnia.

[more]
I tak sobie teraz myślę, że jednak mnie tą opinią w pewien sposób zarazili, choć – na szczęście – nie na całe życie. Do dziś nie mam szczególnej atencji do twórczości Deep Purple czy Black Sabbath, choć oczywiście jestem świadomy znaczenia tych kapel w historii rock’n’rolla, doceniam klasę In Rock, Fireball czy Sabbath Bloody Sabbath.
Ale, kurczę blade, co innego Led Zeppelin. Gdy gdzieś w 1978 roku rejestrowałem fragmenty Presence, jeden z braci zapytał: Co, LZ nagrywasz? Nie szkoda ci miejsca na taśmie?
Po latach śmialiśmy się na wspomnienie tego bluźnierstwa. Ale Cepów odkrywałem samotnie, tak naprawdę, w pełni, dopiero po śmierci Johna Bonhama. W 1981 roku w czwartym, stereofonicznym programie PR za wielką prezentację ich dyskografii zabrał się Jerzy Janiszewski. Jak zawsze – fachowo, z potężną dawką informacji. Tyle że – co wielu słuchaczy denerwowało – zaczął od prezentacji nagrań bodaj The Yardbirds. Gdy wreszcie doszedł do pierwszego albumu LedZep i zdążył odtworzyć pierwszą stronę – wybuchł stan wojenny.
Po kilkumiesięcznej przerwie emisyjnej, po wznowieniu nadawania, już w programie drugim – ruszyły niektóre dawne pozycje ramówki. I – w końcu też prezentacja wszystkich płyt zespołu. W miarę posiadanych taśm, o które nie było w tamtym okresie łatwo, nagrywałem kolejne albumy. Wtedy już nie miałem wątpliwości. Miłość do Floydów umierała, ich miejsce w moim sercu zajmowali Zeppelini. I są w nim do dzisiaj.
To, co tylko z rzadka słyszę u Parpli czy Sabatów – jest istotą magii LZ. Chodzi o zupełnie inną głębokość korzeni – o blues. Cały ten olśniewający, zdumiewający na przełomie lat 60. i 70. gitarowy hałas kwartetu wywodzi się z bluesa właśnie. To dlatego jest w nim swing i feeling, wielki czar muzyki bezzębnych Murzynów zaaranżowany na głos Roberta Planta, gitarę Jimmy’ego Page’a i sekcję w osobach Johna Paula Jonesa i Johna Bonhama. Geniusz autorski i wirtuozeria wykonawcza dały fantastyczny efekt w postaci czterech pierwszych albumów zespołu, z których każdy należy do najważniejszych w dziejach muzyki rockowej. Potem może było nieco słabiej, ale należy pamiętać o tym, że „słabiej” w odniesieniu do kapeli tej miary oznacza i tak poziom dla większości najzwyczajniej niedostępny.
Wszystko skończyło się nagle w 1980 roku po tragicznej śmierci perkusisty. Pozostała trójka jakoś nie wyobrażała sobie dalszego grania bez Bonza. Plant zaczął nagrywać swoje płyty, zrobił z pewnością jako solista największą karierę. Page nie dokonał sam niczego szczególnego, Jones tak naprawdę pojawił się dopiero w 2010 roku w superskładzie Them Crooked Vultures.
Przyjaźń liderów – panów P – chyba nigdy nie wygasła, parokrotnie schodzili się, nagrali razem dwa albumy. Ten z premierowym materiałem – Walking Into Clarksdale (1998) – brzmi dziś lepiej niż w chwili wydania i z powodzeniem mógłby być sygnowany nazwą Led Zeppelin. Podobnie jak krążek Page’a nagrany z Davidem Coverdale’em w 1993 roku, a którego realizację gitarzysta proponował pierwotnie swojemu dawnemu kumplowi. Ten jednak nie potrafił się zdecydować i ostatecznie odmówił. Odmówił również – tym razem Page’owi, Jonesowi i Jasonowi Bonhamowi (synowi Johna) na przełomie 2007 i 2008 roku, kiedy – po znakomicie przyjętym koncercie w Londynie okazjonalnie wskrzeszonego zespołu – trwałe reaktywowanie LZ stało się bardzo realnym pomysłem. Plant wydał jednak właśnie świetny i świetnie się sprzedający album nagrany wspólnie z Alison Krauss i nie wyraził zainteresowania ani trasą koncertową, ani nową płytą.
Myślę, że szkoda. Bo byłem w Spodku w 1998 roku na koncercie w ramach trasy promującej Walking Into Clarksdale. Dwaj już wtedy niemłodzi panowie zaprezentowali się rewelacyjnie. Gdy ruszyli z kawałkami LedZep, łzy wzruszenia pociekły mi po policzkach. Ostatnie ocierałem już po zakończeniu występu, po ponad dwóch godzinach wybornego grania. Te emocje na scenie i widowni, jestem przekonany, są w dalszym ciągu do powtórzenia. Bo w tej muzyce jest magia.
Mijające dziesięciolecia przemawiają zdecydowanie na korzyść Led Zeppelin, podobnie jak to jest z The Beatles czy Rolling Stones. To wielka sztuka, która wywarła i nadal wywiera ogromny wpływ na kolejne pokolenia – zarówno tych, którzy grają, jak i tych, co słuchają. Skala dokonań kwartetu należy do bezdyskusyjnie największych. W stylowym, rokendrolowym łojeniu nikt już nie wymyślił nic lepszego.
