Oberek nadwiślański

Dużo ostatnio dni polskich w Trójce. Grają tej rodzimej muzyki w jeden dzień tyle, co kiedyś w miesiąc bez mała. I dobrze, bardzo dobrze.

[more]

Bo ducha należy wzmocnić – po łomocie w Euro, po kolejnej już olimpiadzie, kiedy ponadtrzydziestomilionowemu narodowi, a wręcz państwu niemałemu, w barwach którego występowali nawet przedstawiciele nacji skośnookiej, nie dane było wyjść z dychy, jeśli chodzi o ilość zdobytych medali, po debiucie Fornalików biało-czerwonych i niebieskich, po lechickich, a i legionowych olśnieniach futbolowych. Udowodnić, iż Polacy nie gęsi i swoją muzykę mają. Trudno co prawda przypuszczać, byśmy pokazywali ją, do słuchania podawali wszem narodom postronnym, albowiem ci eine kleine nacht, a nawet hudbę własną mają i trudno przypuszczać, by poza dziwakami jakimiś, Witami Stwoszami, Celtesami czy Johnami Porterami, nad naszą od mazurków i oberków pochylać się mieli zamiar.

A przecież my, najpierwsi wśród Słowian, krew gorącą mamy. Do smaku doprawioną gorzałką i rokendrolem zza wielkiej wody albo kanału La Manche co najmniej. Dla nas trzy gitary i perkusja to bułka z masłem. Pardon, z dżemem. Z Dżemem.

Dżemu dziś usłyszałem dwa kawałki (Czerwony jak cegła i Partyzant), a w ostatnich dniach całe cztery, co jest liczbą iście zawrotną. W tej ciężkostrawnej zalewie nowo powstałych dzieł w sporej mierze nikomu niepotrzebnych, anglosaskich i domowych, wśród powrotów do nazwisk i nazw boleśnie powtarzalnych – miło jest czasem usłyszeć coś mniej oczywistego, niezasłużenie przykurzonego.

Miło jest też poczuć połechtaną miłość własną, a więc usłyszeć znienacka to, co od lat szumi w głowie, co obecne jest na domowych półkach z płytami, co kojarzy się z dawnymi, coraz dawniejszymi niestety latami. Gdy jeszcze brałem grzebień do ręki, by włosy jak myśli nieposłuszne choć na parę godzin ułożyć, grzywkę na bok przerzucić, coby kosmyki niesforne obrazu świata nie zaciemniały, w pomroczność jasną nastoletnią albo nieco późniejszą nie wpędzały.

Bułka z Dżemem. Ale może też być set z pasztetową. Krupniok z ogórkiem w chórkach. Unplugged solidny salcesonu. A niechby i, pal diabli, ogonówki cover. Byle tylko nie – błagam! – garmażeryjne popmielone. I parówkowa dansingowa kiełbasą zwana, koniunkturą przegrzana wielokrotnie – precz z odtwarzacza, won od bębenków moich, zauszników najzaufańszych!

16 sierpnia


 

Dodaj komentarz