Kari Amirian, Daddy Says I’m Special, 2011

Rock’n’roll wyzwala w ludziach pierwotne instynkty. Fantastycznie jest dać się ponieść decybelom, odjechać razem z palcami gitarzysty szalejącymi na gryfie, wykrzyczeć wspólnie z wokalistą cały gniew za swoje pospolite życie.

[more]

Ale sposobów na muzyczne oderwanie się od rzeczywistości jest więcej. Jednym z nich jest dla mnie, już od czasów nastoletnich, szeroko rozumiana ballada. Muzyka wyciszona, tkana z delikatnych nut, oszczędna w instrumentalnych środkach wyrazu. A jeśli mająca unieść naprawdę wysoko – najlepiej, by była ozdobiona ciepłym damskim wokalem. Cóż, pewnie przemawia przeze mnie orientacja hetero, ale w  liryczne klimaty mogę bez reszty wpaść tylko pod wpływem głosu kobiety. 

Debiut płytowy Kari Amirian budzi we mnie przede wszystkim wspomnienie pewnej sobotniej W tonacji Trójki sprzed wielu już lat, kiedy Wojciech Mann prezentował pierwszą płytę Suzanne Vegi. To łagodność, ciepło, liryzm, nostalgia. Dźwięki, które są w stanie ukoić najbardziej skołatane nerwy, wyciszyć, przenieść na czterdzieści siedem minut w lepszy świat. A takim jest świat pań w tradycyjnym podziale na wartości kobiece i męskie. Oczywiście, jeśli chodzi o inspiracje, w wypowiedziach samej artystki i recenzjach pojawiają się jednak inne nazwiska.  Stiny Nordenstam, pod wpływem której Amirian obrała taką właśnie muzyczną drogę, oraz Lykke Li, gwiazdy szwedzkiej sceny niezależnej. Cóż, Polsce zdecydowanie bliżej do chłodnej Skandynawii niż do gorących krajów południowej Europy, co od lat potwierdzają jazzmani. Płyta urodzonej w Świnoujściu wokalistki nieprzypadkowo realizowana była w Sztokholmie.

 W muzyce rozrywkowej zawsze było, jest i będzie miejsce na takie brzmieniowe pomysły. Bo to pop, nie boję się użyć tego określenia, najwyższej próby. Tym bardziej zaskakujący, że powstały tu, między Odrą a Bugiem, a chyba nikt nie byłby zdziwiony informacją, że mamy do czynienia z płytą przywiezioną z anglosaskich krain (piosenki śpiewane są w języku Szekspira). Pewnie za dziesięć lat i w takiej produkcji da się wyczuć czas jej powstania, ale jestem przekonany, że ta muzyka starzeć będzie się bardzo, bardzo wolno. A całkowicie nie zestarzeje się nigdy. 

Otrzymaliśmy krążek złożony z dwunastu przepięknych piosenek, szlachetnych kompozycji niezwykle starannie zaaranżowanych i zagranych. Tyle kultury muzycznej i profesjonalnego w każdym calu wykonawstwa nieczęsto spotyka się na polskich płytach. Wsłuchuję się kolejny raz w te nagrania, by spróbować wskazać szczególnie piękne fragmenty – i nie potrafię. Może The Winter Is Back i A Poem. Zapewniam, że wszystkie bez wyjątku są wielkiej urody. To ogromna zaleta tego krążka – żadnych słabszych momentów. 

Wspaniała robota duetu Kari i Roberta Amirianów wspieranego przez jeszcze czwórkę muzyków. Chwalić należy wszystkich, ale wspomnę tylko o jednym elemencie całości: instrumenty perkusyjne ani razu nie wybijają, nie podkreślają rytmu w sposób znany z przeciętnych produkcji.

Trudno wyobrazić sobie, że na kolejnych płytach może być jeszcze lepiej. Oby było równie dobrze.


 

Dodaj komentarz