Z rock’n’rollem jest jak z pokerem. Ściśle określona liczba kart, do matematycznego wyliczenia ilość możliwych kombinacji. A jednak ciągle jest tak, że jedni z biedą, od wielkiego święta, trafiają dwie pary, a wybrani, jak Joe Bonamassa, nie schodzą poniżej streeta.

[more]
Bo niby, gdy nadstawić ucha, wszystko już było, w 2012 roku w takim graniu trudno o coś nowego: mamy riffy z Led Zeppelin, Cream, Free, Hendriksa, a nawet Police, a przecież tym, co stanowi o wartości nagrań (i wykonań!) tego gitarzysty, jest ich porywająca świeżość i lekkość.
Bonamassa podąża muzyczną ścieżką wytyczoną na przełomie lat 60. i 70. przez, przede wszystkim, Page’a i Claptona. Przyznaję, że szczególnie przeze mnie ukochaną. To rock’n’roll mocno osadzony w bluesie, do tego wirtuozowskie operowanie instrumentem, swing – biegłość obu rąk służąca muzyce, a nie – jak w przypadku Satrianiego czy Vai – popisom rodem raczej ze sceny cyrkowej.
Pierwszy set unplugged, tyle że z premierowym materiałem, był dziełem Led Zeppelin na ich trzeciej płycie z 1970 roku. Bonamassa poszedł tropem mistrzów. Ruszył z akustycznymi wersjami swoich utworów w trasę, na której znalazło się miejsce na jedyny w Polsce, zabrzański koncert. Zabrał ze sobą Irlandczyka Gerry’ego O’Connora grającego na banjo, skrzypcach i mandolinie, Szweda Matsa Westera na harfie klawiszowej, Portorykańczyka Lenny’ego Castro na przeróżnych przeszkadzajkach i Amerykanina Arlana Schierbauma na saloonowym pianinie, akordeonie czy fisharmonii. Ruszył z wersjami utworów, co warto podkreślić, starannie przygotowanymi – w tym graniu nie było miejsca na niedopracowane dźwięki.
Precyzyjny w każdym elemencie lider (począwszy od ram czasowych koncertu: początek punktualnie o 20.00, koniec 21.30 i kwadrans na dwa bisy) nic nie pozostawił przypadkowi, absolutnie nie tracąc przy tym lekkości i finezji. Grał porywająco, korzystając z bardzo bogatego zestawu gitar ustawionych półkoliście za nim, skupiony, z rzadka zagadując do słuchaczy. Oprawa wizualna koncertu bez szaleństw, ale nie o to przecież chodzi. Publiczność zgromadzona w hali dobrze wiedziała, po co tam przyszła: dla muzyki – starych, nieśmiertelnych – mam nadzieję – dźwięków, które za sprawą jednego z najwybitniejszych dziś gitarzystów bluesowych i rockowych, urodzonego w 1977 roku Amerykanina rozbrzmiały w całej swej okazałości. Z przyjemnością skonstatowałem, że wśród tych, którzy posiadali bilet na wczorajszy koncert, było niewiele mniej pań niż panów. I wiem skądinąd, że też bardzo im się podobało.
Zastanawiające natomiast jest to, że – z jednej strony – na parkingu widać było samochody z rejestracjami z odległych województw, a jednocześnie widownia w około dwudziestu procentach świeciła pustkami. Popularność Bonamassy w Polsce chyba ciągle mierzona jest miarą radiowej „Trójki”, trudno bowiem wyobrazić sobie, by jego kawałki prezentowały stacje komercyjne. Ale ta popularność ciągle rośnie, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że artysta regularnie odwiedza Polskę. Kiedy przyjedzie więc z elektrycznym składem, zrobię wszystko, by podpisać listę obecności.
