U.K. – ostatnia legenda wielkiego rocka progresywnego, czyli tego z lat 70. Informacja o koncercie zupełnie niespodziewana, nieoczekiwana. Jak odpuścić sobie takie granie w nieodległym od Katowic Krakowie, skoro na scenie znów, po latach, mają stanąć obok siebie John Wetton i Eddie Jobson?
[more]
Zaledwie trzy płyty, w tym dwie studyjne, ale zespół utworzony przez byłych członków King Crimson znacząco zapisał się w historii muzyki rockowej. Jak to wszystko zabrzmi po latach, w jakiej formie będą dwaj niemłodzi już liderzy?
Problemy techniczne sprawiły, że występ rozpoczął się dopiero o 20.40, czterdzieści minut po planowanym czasie. I niemal natychmiast irytacja związana z przedłużającym się oczekiwaniem minęła. Pierwsze dźwięki Alaski porwały widownię, a gdy muzycy płynnie przeszli do In the Dead of Night i kolejnych części trylogii otwierającej pierwszy album – wehikuł czasu przeniósł nas w lata siedemdziesiąte. Potężne brawa, owacja na stojąco – dla takich chwil warto żyć, tak spełniają się muzyczne marzenia.
Pozostajemy przy pierwszym krążku – Thirty Years. Do świetnej od początku gry całej czwórki coraz pełniej dołącza głos Wettona, mimo upływu lat brzmiący wciąż mocno i nie do pomylenia z żadnym innym. A potem – potem rozbrzmiały pierwsze dźwięki jednego z najpiękniejszych rockowych utworów wszechczasów: Starless. Wspaniale zabrzmiał zarówno powłóczysty początek, jak i rozimprowizowany, szalony finał. Rewelacja!
Kiedy w następnej kolejności zagrali Carrying No Cross, mój najukochańszy, monumentalny kawałek U.K., byłem już tego wieczoru spełniony. A przecież muzyczna uczta trwała dalej. Na scenie został sam Jobson, najpierw przy klawiszach, grając fragmenty solowej Theme of Secrects, a potem wziął do rąk podświetlane skrzypce. Widzieliśmy skrzypce, a słyszeliśmy solo Hendriksa. Zmiana i na scenie staje Wetton z gitarą akustyczną, by zagrać jeszcze jeden klasyk King Crimson, Book of Saturday.
Powracamy do repertuaru United Kingom, by pod koniec koncertu usłyszeć jeszcze m. in. Danger Money i Nevermore.
Po półtorej godziny kwartet schodzi ze sceny, ale nie na długo. Doskonale zorientowana w twórczości zespołu publika – w większości faceci po pięćdziesiątce – wie, na co czeka. Na pierwszy bis znakomity, rokendrolowy Caesar’s Palace Blues z popisową partią skrzypiec. Palce lizać. I kiedy wszyscy czekają na randkę – niespodzianka: jeszcze jeden „długas”, The Only Thing She Needs. Na koniec na scenie zostają tylko Wetton i Jobson. Wjeżdża dodatkowa klawiatura i wiadomo, że usłyszymy wyklaskaną i wyskandowaną Rendezvous 6.02. W kameralnej wersji, tylko na głos i klawisze.
Jeszcze jedno, ostatnie już standing ovation – długie, długie, w pełni zasłużone brawa – i ruszamy do wyjścia. Było naprawdę pięknie. Żadnych dróg na skróty: pełne, bogate, oryginalne wersje utworów odegrane z maestrią, młodzieńczą energią i świeżością. Stara muzyka trzyma się mocno, ale też jest to stara muzyka w swych najpiękniejszych przejawach. Starszym panom dwóm też niczego nie brakuje – głos Wettona ciągle mocny, a umiejętności instrumentalnych wciąż można tylko pozazdrościć. Warto w tym miejscu dodać, że młoda siła – Alex Machacek na gitarze i Gary Husband na bębnach – świetnie wkomponowała się w całość.
U.K. znowu grają, to był ich ostatni koncert na europejskiej trasie. Nie są to już wielkie hale, a zaledwie kluby na kilkaset miejsc. Ale muzyka nadal najwyższej próby.