Emir Kusturica i No Smoking Orchestra, Katowice, 9 maja

Dni Województwa Śląskiego, dzień pierwszy. Na początek Sokół Orkestar z gościnnym udziałem Renaty Przemyk. Było naprawdę dobrze. Popelinowy Golec uOrkiestra doprowadza mnie do białej gorączki, do Brathanków, choć grających z większą kulturą muzyczną, z Jackiem Królikiem na gitarze, też trudno było nie mieć zastrzeżeń.

[more]

Nie wiem, jak powiedzie się Przemysławowi Sokołowi z kolegami, zwłaszcza że grają bardziej instrumentalnie niż z wokalem. Ciężko więc będzie o zawojowanie skromniutkiego rodzimego rynku, o zaistnienie na nim. Na żywo było jednak bardzo szlachetnie. Zawsze mnie będzie ciągnąć w stronę rock’n’rolla, toteż serce żywiej reaguje, gdy inspiracja folklorem słowiańskim podprawiona jest solidną sekcją rytmiczną i bardzo przyzwoitą gitarą. Do tego trzy dęciaki i akordeon. Było bardzo energetycznie. Gdy pojawiła się Pani Renata (bardzo stylowo ubrana, w białej bluzce i czarnej, szerokiej spódnicy) i mocnym głosem zaśpiewała pod oknami wojewody śląskiego „kochaj, kochaj!”, temperatura na Placu Sejmu Śląskiego wyraźnie wzrosła. Była to znakomita rozgrzewka przed występem gwiazdy wieczoru.

Zrobiło się już ciemno, gdy Emir Kusturica ze swoją No Smoking Orchestra  wyszli na scenę. No i zaczęła się jazda!

Członkowie zespołu niczego nie muszą udowadniać, folklor bałkański mają we krwi, więc podchodzą do niego ze znacznie większą nonszalancją niż Sokół z kumplami. Fascynacja rock’n’rollem oczywista, ci panowie, wszyscy, metrykalnie mieścili się gdzieś w przedziale 55-60 lat. I nic świętego. „We gonna play unza-unza music for you” – powiedział lider przed drugim kawałkiem, a trochę później zagrali jeszcze Mozarta w konwencji Friedrichstadtpalast. Mieszanka gatunkowa: metalowe, fantastyczne zagrywki gitarzysty, brawurowe skrzypce, takiż saksofon i akordeon (świetnie nagłośniony!), rewelacyjna i dyskretna jak u Stonesów sekcja rytmiczna i trzech szalonych wokalistów, nic to, że z angielszczyzną nie najwyższej próby. Na taką anarchię stylistyczną, jazdę bez trzymanki z pogranicza rocka, jazzu, rytmów bałkańskich, musicalu, Waitsowej knajpy i, rany boskie, czego tam jeszcze – mało kto może sobie pozwolić. W wielu momentach słuchacz odnosił wrażenie, że wszystko rozjeżdża się w cztery strony świata, że każdy gra co innego – i zaraz potem dźwięki instrumentów cudownie układały się w  kunsztownie sklejony utwór. Granie o absolutnie hybrydowym napędzie, dziki, bałkański patchwork tworzący rozsadzaną energią całość. To wielka przyjemność – patrzeć, jak niemłodzi już, naznaczeni hektolitrami niekoniecznie dobrze strawionej śliwowicy faceci, znakomicie zabawiając siebie nawzajem – zabawiają publiczność. Niewymuszoną, porywającą muzyką.

Rewelacyjny koncert za zupełną darmochę. Kto został w domu, niech żałuje.

Dodaj komentarz