Włodek Pawlik Trio, Randy Brecker i NOSPR: Night In Katowice

pobrane2

To, co najważniejsze w tej muzyce, należało do czterech świetnie dysponowanych solistów, jednakże orkiestra zdecydowanie przydawała kompozycjom rozmachu i przestrzeni.

[more]

*

Nie jestem szczególnym wielbicielem łączenia niekoniecznie bliskich sobie stylistyk, na przykład melanżu rocka albo jazzu z brzmieniem orkiestry symfonicznej. Nieco inaczej jednak rzecz się ma z przearanżowywaniem już istniejącego, zapisanego na płytach materiału, a inaczej z braniem się za bary z takim zamysłem na etapie komponowania. Dwoma ilustrującymi to rozróżnienie przykładami są koncerty Billy’ego Cobhama i Włodka Pawlika. Ewentualnych zainteresowanych moimi spostrzeżeniami dotyczącymi występu w Katowicach tego pierwszego odsyłam do innego tekstu, tu natomiast chciałbym podzielić się refleksjami po występie drugiego z wymienionych panów.

Włodek Pawlik, muzyk o klasycznym wykształceniu, z wyboru jazzman, człowiek o

wielkim muzycznym temperamencie,

wciąż balansuje na styku jazzu i muzyki kameralnej, zarówno w wydaniu ilustracyjnym, komponując muzykę filmową (Wrony, Rewers, Pora umierać), jak i – co wydaje się istotniejsze – proponując autonomiczne, duże formy łączące te dwa światy. Całkiem niedawno w sprzedaży pojawił się dwupłytowy album 4 Works 4 Orchestra, zaś w niedzielny wieczór mieliśmy okazję na żywo usłyszeć materiał z nagrodzonej Grammy w 2014 roku płyty Night In Calisia.

Zanim jednak wyjechało na stół danie główne, w pierwszym z trzech setów otrzymaliśmy jazz w formie sauté, czyli Pieniny, Nokturn b-moll I.J. Paderewskiego i Speed Limited – z Pawlikiem na fortepianie, Pawłem Pańtą na kontrabasie i Cezarym Konradem na perkusji. I choć sala NOSPR-u do małych, jak wiadomo, nie należy, a skład zespołu był w tym momencie ledwie trzyosobowy, chyba nikt nie odniósł wrażenia, że muzyka nie była w stanie wypełnić przestrzeni tego zachwycającego miejsca.

Część drugą stanowiło wykonanie We Are From Here – utworu, w którym, obok wymienionej trójki, na drugim fortepianie pojawił się syn lidera, Łukasz Pawlik, oraz nosprowe smyki dowodzone przez Alexandra Humalę. I tu już byliśmy w sąsiedztwie tego, co stanowiło clou programu: po przerwie orkiestra rozrosła się do ponad trzydziestu osób, pojawiły się dęciaki, a z przodu sceny stanął Randy Brecker ze swoją trąbką.

Wykonanie Night In Calisia (In Katowice, jak w pewnym momencie zażartował Pawlik) na żywo zdecydowanie 

zyskało na mocy,

na dynamice. Wynikało to tyleż z typowych różnic w odbiorze muzyki z płyty oraz w sali koncertowej, co z nieco innych aranżacji – szczególnie brawurowo zabrzmiał Quartet of the Roman Merchants 

To, co najważniejsze w tej muzyce, należało do czterech świetnie – co warto zaznaczyć – dysponowanych solistów, jednakże orkiestra, zwłaszcza w spokojniejszych fragmentach, a takich – przepięknych – nie brakuje w tym materiale, zdecydowanie przydawała kompozycjom rozmachu i przestrzeni.  Trudno więc się dziwić, że publiczność owacyjnymi brawami nagradzała wykonawców, nie chcąc, by ci opuścili scenę. Nie obyło się więc bez dwóch bisów, którymi z konieczności niejako były zaprezentowane już wcześniej utwory, w tym Amber Road – nie mylić z Amber Gold (nawiązuję tutaj do dowcipnej zapowiedzi lidera).

 

W ten sposób, wliczając dwudziestominutową przerwę, koncert zbliżył się do imponującego czasowo rozmiaru ponad dwóch i pół godziny. Imponującego z prostego powodu: muzyki znaczonej tylko szlachetnymi, nieoczywistymi rysami. Gdy piszę te słowa, z głośników dobiegają mnie te same nuty odtwarzane z płyty – i myślę jako laik, ktoś bez muzycznego wykształcenia, że Night In Calisia to chyba nie jest najtrudniejsze zadanie dla orkiestry symfonicznej. Jednakże wyraźnie czuć lata świetlne różnicy w tym, co skomponował  Pawlik, a co piszą na orkiestrę ci, czasem także gruntownie wykształceni muzycznie, których przez szacunek dla Pana Włodzimierza w tym miejscu nie godzi się wymieniać.

(Randy Brecker, Włodek Pawlik Trio, Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia, NOSPR Katowice, 4 grudnia)

[W NaTemat: 7 grudnia 2016]

Włodek Pawlik Trio – liryzm i ekspresja

pawliktrioregio

Trudno sobie dziś w Polsce wyobrazić muzyka, którego koncert w ramach szóstej już edycji festiwalu RegioFun byłby bardziej à propos. Włodzimierz Pawlik to jedna z najważniejszych postaci polskiego jazzu ostatnich lat, a od momentu nominacji i potem przyznania nagrody Grammy za album „Night In Calisia” (nagrany przez trio wespół z Randym Breckerem i Filharmonią Kaliską) chyba najbardziej pożądana. Jego nazwisko na afiszu jest dziś wielkim magnesem przyciągającym wielu chętnych, by zobaczyć artystę na żywo.

[more]

Jeśli mowa o pianistach jazzowych tworzących 

muzykę filmową,

pamięć od razu przywołuje Krzysztofa Komedę. Tamta, wspaniale zapowiadająca się światowa kariera, została przedwcześnie przerwana na cztery dni przed trzydziestymi ósmymi urodzinami – 23 kwietnia 1969 roku. Dwaj ludzie z szafą, Do widzenia, do jutra i, przede wszystkim, Dziecko Rosemary Romana Polańskiego ze słynną Kołysanką to tylko trzy z długiej listy filmów zilustrowanych muzycznie przez Komedę. Lista Pawlika (rocznik 1958) także jest  imponująca – i są na niej obrazy znajdujące się wśród tych najważniejszych w dwóch pierwszych dekadach XXI wieku, mające szanse wejść do kanonu filmu polskiego: Pora umierać Doroty Kędzierzawskiej czy Rewers Borysa Lankosza. Nie wolno zapomnieć także o muzyce do Straży nocnej Petera Greenawaya.

Kiedy pochylić się nad 

składami trzyosobowymi,

nie sposób nie zestawiać propozycji Pawlika z innymi uznanymi rodzimymi formacjami – triem Marcina Wasilewskiego i RGG. I choć w każdym z przypadków tropy wiodą tyleż do ojczyzny jazzu, co do Skandynawii, to jednak ekspresja WPT jest zupełnie inna. MWT i RGG to raczej asceza, powściągliwość przechodząca czasem w dostojny chłód, natomiast u Pawlika – obok podobnych klimatów – nie brak też grania forte – mocnej, acz bardzo smakowitej, jazdy do przodu. Mimo to moje skojarzenia i tak pozostają po drugiej stronie Bałtyku – i muzyki tria E.S.T. nieodżałowanej pamięci Esbjörna Svenssona. Pawlik otwarcie przyznaje się do fascynacji bluesem, rock and rollem, muzyką Jimiego Hendriksa – trudno więc dziwić się, że echa tego są tak wyraźnie słyszalne w jego muzyce.

Na półtoragodzinny występ zespołu – obok lidera: na kontrabasie Paweł Pańta, a na bębnach Adam Zagórski (na płycie gra Cezary Konrad) – w katowickim Rialcie złożył się przede wszystkim materiał z ostatniego krążka – 

America.

Nowego, zawierającego niepublikowane wcześniej utwory, ale jednocześnie podsumowującego trzydzieści lat działalności artysty na scenie.

Zaczęło się od znakomitego tytułowego numeru, który chyba wszystkich wybudził  z jesiennego półsnu. A zaraz potem zrobiło się lirycznie, gdy zabrzmiał temat z Rewersu. Tych filmowych konotacji – jakże mogło być inaczej? – było więcej. Usłyszeliśmy także fragment muzyki z Wron, które były kinematograficzną inicjacją Pana Włodzimierza.

Z uroczej, z lekka „odjechanej”, ale zupełnie bez śladów mistrzowskiego zadęcia konferansjerki lidera dowiedzieliśmy się też między innymi, iż uwielbia on polskie kino z lat 50. i 60. – stąd obecność w zestawie (zarówno płyty, jak i koncertu) Blue Munk oraz Zezowatego tanga.
Wśród 

muzycznych fascynacji,

do których przyznaje się pianista, nie zabrakło Chopina (Mazurek f-moll) i Paderewskiego (Nokturn B-dur). Usłyszeliśmy także opracowanie On Green Dolphin Street Bronisława Kapera, polskiego kompozytora, który skomponował muzykę do wielu filmów hollywoodzkich, laureata Oscara. Pawlik pochylił się też nad poezją, prezentując w Prego… Grazie… muzyczną ilustrację wiersza Jarosława Iwaszkiewicza.

Na zmianę z delikatniejszymi fragmentami mieliśmy zdecydowane podkręcanie tempa. Pawlik zresztą skomentował to przy okazji utworu Speed Limited – opowiedział, jak zdarza się, w trasie koncertowej i częstym niedoczasie, łamać ograniczenia prędkości – i potem toczyć rozmowy z drogówką. Całość, już na bis, zespół zakończył bardzo energetycznym wykonaniem tytułowej kompozycji z Night In Calisia. 

Wielka to była frajda dla uszu – dziewięćdziesiąt minut bardzo smakowitego grania. A komu było mało, mógł nabyć po koncercie któryś z albumów artysty i zdobyć autograf. Ludzie bowiem nie zdążyli jeszcze opuścić sali, a Włodzimierz Pawlik już zameldował się przy stoliku i z uśmiechem podpisywał płyty.

(Włodek Pawlik Trio, Katowice, Rialto, 23 października 2015)

[W NaTemat: 25 października 2015]