Trupa Trupa: niezwyczajny ból głowy

trupa_trupa_headache

Karmią nas bólem głowy. Ale nie jakimś tam prostackim napieprzaniem łba, nie arystokratyczną migreną, lecz opętańczym, obsesyjnym rozsadzaniem czaszki aż po przekraczanie granic tego, co powszechnie uznaje się za normalność.

[more]

*

Gdyby w latach sześćdziesiątych dysponowano takimi jak dziś możliwościami w studiach nagraniowych, otrzymywalibyśmy między innymi takie realizacje, jak w przypadku trójmiejskiej Trupy Trupa. Podziało się tak, że musiało minąć niemal pół wieku: „Syn – minie pismo, lecz ty spomnisz, wnuku”, chciałoby się powtórzyć za Norwidem – by to granie wróciło do łask i – w najlepszych przypadkach – zalśniło pełnym blaskiem.

Jeśli Trupa Trupa coś „straciła”, to na samym początku, decydując się na granie prawie zupełnie nieobecne w mediach, z góry odpuszczając ewentualny szum wielkich radiostacji i zaistnienie na ich playlistach. A teraz, na trzecim dużym krążku, wściekle dojrzale i w sposób dowodzący całkowitej pewności tego, co i jak, proponuje jeszcze bardziej zakręconą podróż przez muzyczne lądy.

Próbując pisać o tej muzyce, zamieniam się w bezradnego dzieciaka. Bo przemieliło się już tego w życiu co niemiara, wszystko coś przypomina, wszystko gdzieś już kiedyś zostało zagrane. A przecież czasem (bardzo, bardzo rzadko, coraz rzadziej) nowych kilkadziesiąt minut daje niczym nieskażoną frajdę słuchania. Choć niekoniecznie – tak jak w przypadku płyt TT, jest to podróż do krainy łagodności. Oj, zdecydowanie nie. 

Karmią nas bowiem bólem głowy. Ale nie jakimś tam dostępnym pospólstwu, prostackim napieprzaniem łba, nie arystokratyczną migreną, lecz zaraźliwym, obsesyjnym rozsadzaniem czaszki aż po przekraczanie granic tego, co powszechnie uznaje się za normalność.

Z tym już zostaniemy: najważniejsze, najdojrzalsze w rocku wydarzyło się gdzieś między 1967 a 1975 rokiem – i wszystko (no, prawie), co ważnego powstawało później i powstaje dzisiaj, odnosić się będzie mniej lub bardziej do tamtego okresu. 

Można żonglować tropami (bo ta szafa nie jest muzycznym demobilem, a to, co z niej wypada, trupem), szukać nazwisk i nazw, z którymi kojarzą się docierające do uszu dźwięki. Dosłuchać się – znów, jak na poprzednim krążku – wczesnego Pink Floyd i matowych falsetów w stylu Gilmoura, na przykład w Sacrifice czy Unbelievable. Dostrzec klimat dojrzałych The Beatles w Rise And Fall, a gęstą fakturę wielu utworów nieodmiennie kojarzyć z Velvet Underground. 

Nade wszystko jednak odnajduję „zorganizowaną anarchię” King Crimson – głównie z okresu Frippowsko-Wettonowskiego – jak w fantastycznym Wasteland, ale także Discipline – co wyraźnie słychać w Getting Older oraz w początkowych i końcowych fragmentach utworu tytułowego. W nim nie ma żartów w szczególny sposób: atmosfera gęsta i duszna od pierwszych dźwięków narasta i potężnieje z każdą minutą niczym w The End Doors, a głos Wojciecha Juchniewicza (drugiego, obok Grzegorza Kwiatkowskiego, wokalisty) brnie w rozwibrowane, szaleńcze rejony spod znaku Jima Morrisona. Zespół nie odpuszcza do samego końca. Progi szpitala psychiatrycznego przekraczamy raz jeszcze w industrialnym Picture Yourself.

Od wydania płyty – tym razem przez brytyjskiego wydawcę, Blue Tapes And X-Ray Records, mijają prawie dwa miesiące. Po okresie ostrego aplikowania, a następnie odstawieniu tej muzyki na pewien czas i – teraz – powrotu do niej mogę wreszcie powiedzieć, że poznałem ten materiał, oswoiłem się z nim. Ale nie wiem, czy o psychodelicznym pokoju, w którym czasem brakuje klamek, mogę powiedzieć, że pokochałem.

Świetna płyta.

(Trupa Trupa: Headache, 2015)

[W NaTemat: 26 kwietnia 2015]

Na tropach Trupy Trupa

tt

Muzyka Trupy Trupa (trudno o pełniejszą życia nazwę, prawda?) ujęła mnie od pierwszych sekund. Każdy nałogowo konsumujący muzykę zna takie uczucie: słucha czegoś wcześniej sobie nieznanego i „kupuje” to natychmiast. Gęba śmieje się od ucha do ucha. I, co zrozumiałe, próbuje tę muzykę odnieść do czegoś, co już zna. Te tropy czasem są oczywiste, innym razem nie całkiem.

[more]

Lenny Valentino i psychodelia

Profesor Aleksander Wilkoń, z którym jako student miałem zajęcia, powiedział kiedyś, że poeci czasem nie wiedzą, co piszą. Recenzenci natomiast (to już inna opinia) doszukują się czegoś, czego w dziele – literackim, malarskim, muzycznym – nie ma. Ale tak jak wszystko, co jest wytworem ludzkiego większego lub mniejszego talentu, nie powstaje w próżni, tak próbujący to opisać nieuchronnie szukać będą punktów odniesienia do tego, co zrodziło się wcześniej.

Album ++, od którego zaczęła się moja znajomość z muzyką zespołu, otwiera I Hate. Od razu dopadają mnie trójmiejsko-śląskie – i najlepsze – skojarzenia: Lenny Valentino, czyli projekt muzyków m.in. Myslovitz, Ścianki i Negatywu, a ponadto Radiohead. Następny numer – Felicy – przywodzi na myśl wczesny Pink Floyd. I z tymi porównaniami zostaję już do końca płyty

Jest oldskulowo, psychodelicznie – dorzucić należy jeszcze Doors oraz Velvet Underground – i onirycznie. Pięknie. Wracamy do źródeł – lat sześćdziesiątych, gdy dobry riff znaczył szczególnie wiele, a jednocześnie rock coraz częściej przechodził na mroczną stronę mocy. Gdy sięgnąć po pierwsze duże wydawnictwo TT, nie sposób nie dostrzec też wpływów punka.

Poeta przed mikrofonem

to nie pierwszyzna, choć ciągle wyjątek potwierdzający regułę. Grzegorz Kwiatkowski (rocznik 1984), frontman kapeli, ma na swym koncie kilka tomów wierszy, romanse z teatrem i operą – i wiele nagród. Pewnie porównania do Marcina Świetlickiego i Świetlików byłyby w pełni zasadne, gdyby nie fakt, że Kwiatkowski śpiewa najczęściej po angielsku. Z jednej strony możemy nad tym ubolewać, bo tu Polska i łatwiej przecież dotrzeć do ludzi z przekazem w rodzimej mowie, a z drugiej angielszczyzna jest zdecydowanie znakiem czasu, o wiele bardziej wyrazistym niż zaraz po przełomie 1989 roku i powszechnie dziś stosowanym przez młodych wykonawców.

 

Trójmiasto, niegdysiejsze okno na świat i wciąż wspaniały, wielokulturowy tygiel,

kolebka bigbitu,

raz po raz wypluwa z siebie coś, nad czym nie sposób przejść obojętnie. Coś dalekiego od wizerunków gwiazd wymyślonych przy biurkach i w studiach nagraniowych, gwiazd jednej pory jednego roku, o których w następnej porze roku już nikt nie pamięta.

Trupa Trupa nie miała, nie ma i nie będzie miała lekko. Na przychylność kolorowych mediów nie ma co liczyć, gra zbyt, za przeproszeniem, trudną muzykę. A że takich jak ona wykonawców jest na szczęście więcej, rodzi się pytanie, czy miejsce w szerokiej czołówce ogromnego peletonu wystarczy, by się przebić i zaistnieć w świadomości szerszej publiczności.

Trupa Trupa to dziś Grzegorz Kwiatkowski – g, voc, Wojciech Juchniewicz – b, g, voc, Rafał Wojczal – org, g, voc i Tomasz Pawluczuk – dr. Na dorobek kapeli składają się EPka z 2010 roku i dwa albumy: LP z 2011 i ++ z 2013, z gościnnym udziałem Mikołaja Trzaski (ex-Miłość) i Tomasza Ziętka, udział w Open’erze 2012, OFF Festivalu i Ars Cameralis – w 2013 roku. Ponadto TT jest dwukrotnym laureatem nagrody Gazety Wyborczej „Sztorm Roku” (za oba albumy), a kawałek Take My Hand znalazł się na na jednym z Trójkowych albumów z cyklu „Offensywa”.

Informacją jeszcze gorącą jest ta, że kwartet pracuje obecnie nad nowym albumem, jest już w połowie tego procesu, zaś premiera będzie miała miejsce prawdopodobnie wiosną przyszłego roku. Nadstawcie ucha,

zapamiętajcie tę nazwę,

sprawdźcie na żywo, jeśli zespół pojawi się gdzieś blisko Was. Jest dobrego grania w Polsce naprawdę dużo, toteż nie mam złudzeń, że wszystko pomieści się na niewielkim rynku, a tym bardziej w naszych głowach. A jednocześnie, jako niemłody już człowiek, wiem – i stwierdzam to nieraz z wielkim żalem – jak wielu ciekawych i dobrze zapowiadających się wykonawców przepadło w mrockach dziejów. Niech więc Trupa Trupa trzyma się dzielnie na pokładzie. A my nie pozwólmy jej zatonąć.

P.S. Za zgodą zainteresowanych pozwalam sobie zamieścić link do oficjalnej strony zespołu i przy okazji nagrań: http://trupatrupa.com/%5Dhttp://trupatrupa.com/

[W NaTemat: 26 marca 2014]