Tom Waits, Bad As Me (2011)

Wojciech Mann powiedział kiedyś, że nie cierpi tych wszystkich podsumowań, klasyfikacji, tego określania, co w mijającym roku było “naj”. Zgadzam się z nim. Sztuka (mówmy o rzeczach, o których mówić warto) nie poddaje się tego typu opisowi. Można się w to bawić, sporządzać rankingi, patrzeć, co sprzedaje się najlepiej, ale jest to niewiele warte, bo bardzo doraźne, sporządzane na szybko, na kolanie. Potem mijają lata, dekady całe – i z tych na gorąco tworzonych zestawień niewiele zostaje. Ważne okazuje się częstokroć wcale nie to, co zebrało najpochlebniejsze opinie recenzentów. Wiele domniemanych arcydzieł ginie bezpowrotnie w mrokach czasu.

[more]

Nie wiem, jak będzie z Waitsem. Moje ucho podpowiada mi, że chyba nieźle, ale pewności nie mam. Bo takich płyt ukazuje się trochę od pewnego czasu. Inność Waitsa polega na instrumencie, którym się posługuje – czyli głosie.

Bo z jednej strony jest to wszystko znakomicie wyprodukowane, zgrane w odpowiednich proporcjach. Szlachetna – jak się zdaje – ponadczasowa muzyka, nowa, ale odwołująca się do starych brzmień, tych z lat 60. i 70. Plejada znakomitych gości z Richardsem na czele, co dziś akurat jest bardzo modne – kto z tych wielkich ocalał, przeżył, nie zapił się i nie zaćpał, ma dziś koło sześćdziesiątki albo i więcej –  często gra razem z innymi podobnymi sobie. Rockmani, podobnie jak jazzmani, coraz częściej spotykają się przy okazji takich jednopłytowych, jednotrasowych projektów.

Ale z drugiej strony – właśnie ten aparat gębowy Wuja Toma: to coś absolutnie pierwotnego, niewystudiowanego, a przez lata wypracowywanego w różnych zapyziałych, pełnych papierosowego dymu i oparów alkoholu barach czy po prostu spelunach. Coś, co przywodzi na myśl pierwszych, czarnych bluesmanów z Południa. Ta pierwotność, która nie pozwoliłaby Waitsowi przecisnąć się przez pierwsze selekcyjne sito ogniska muzycznego na poziomie przedszkolnym, a jest wartością z okolic muzycznego doktoratu co najmniej.

I to – zderzenie perfekcji wykonawczej, świetnych realizacji studyjnych z barwą jego głosu – jest czymś, co Waitsa wyróżnia wśród wykonawców nagrywających dzisiaj. Z jednym może wyjątkiem, którego nb. bardzo mi – jako gościa – na tym krążku brakuje, ale ten pan nie udziela się na płytach innych artystów – Boba Dylana. Śmiem twierdzić, że jego dokonania z ostatnich kilkunastu lat są bardzo bliskie Waitsowi.

Dziś nowa płyta Toma W. wydaje się znakomita (i zwarta – jak pięknie, że trwa tyle, co stare winyle, trochę ponad czterdzieści minut!). Ale czy ta znakomitość i smakowitość ocaleje przez lata, trudno wyrokować. Starzy, dobrzy rockmani często idą w ostatnich latach w takie muzyczne klimaty, które wymykają się prostym stylistycznym określeniom i czasowym przyporządkowaniom, ale czy ta brzmieniowa ponadczasowość, dziś wydająca się dużą wartością tych płyt, będzie taką za lat dziesięć, trzydzieści – nie wiadomo.

grudzień 2011