Giganci tańczą: Van Morrison

vm_duets

Rok 2015 jeszcze młody, a ja chyba mam już swoją płytę aktualnych dwunastu miesięcy. Van Morrison zaprosił plejadę gwiazd i zrealizował blisko osiemdziesięciominutowy materiał. Cudownie lekki i jednocześnie dopracowany w najmniejszych szczegółach.

[more]

*

Rok 2015 jeszcze młody, a ja chyba mam już swoją płytę aktualnych dwunastu miesięcy. Ci, co zaglądają tu częściej, wiedzą, że nie stronię od gitarowego hałasu, a jednak – z biegiem lat i dni – coraz bardziej chwytają mnie za serce brzmienia piękne w sposób nie całkiem oczywisty. Jako dwudziestolatek zwiewałem od takich rytmów czym prędzej i daleko, a  dziś darzę je atencją szczególną.

Van Morrison (urodzony w 1945 roku w Belfaście) z muzycznymi scenami związany jest od końca lat 50. Między 1963 a 1966 rokiem stał na czele formacji

Them.

Tej, która „zasłużyła na opinię jednej z najlepszych grup połowy lat 60”. Która „repertuar aranżowała bardziej pomysłowo niż konkurencyjne zespoły rhytm’n’bluesowe, nie wyłączając The Rolling Stones i The Animals. Nie zdobyła wszakże takiej popularności, na jaką zasługiwała. W czerwcu 1966 zniechęcony Morrison wybrał karierę solisty”*. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Dlaczego Them nie stanęli w jednym szeregu z wymienionymi TRS, Who czy Beatlesami, czego zabrakło, a czego było za dużo – nie sposób już chyba dociec. Podobnie jak tego, że Morrison jest bezustannie artystą bardzo cenionym, ale jeśli wielbionym i kochanym, to przez nieoszałamiające swą liczbą grono.

Korzyść z zajmowanego przez niego w szołbiznesie miejsca jest taka, że może „bezkarnie” sięgnąć do swego repertuaru i raz jeszcze nagrać niektóre numery. A wyobrażacie sobie coś podobnego w odniesieniu do Stonesów, którzy wydaliby krążek z nowymi studyjnymi wersjami własnych utworów sprzed kilkunastu czy kilkudziesięciu lat albo McCartneya z Ringo Starrem sięgających – nie daj, Boże – po piosenki Beatles?! Najprawdopodobniej rozpętałaby się burza: że bezczeszczą świętości, że starymi palcami dotykają sacrum. Albo co najmniej, że robią coś niepotrzebnego, zbytecznego. 

Lecz mogę się mylić w swych przypuszczeniach – w końcu Van Morrison też nie sięgnął po Glorię czy Brown Eyed Girl. Z pewnością natomiast zaprosił 

plejadę gwiazd

(bo jest jednym z tych, którym się nie odmawia, z którymi zagrać to zaszczyt) i zrealizował blisko osiemdziesięciominutowy materiał. Stary – nowy. Cudownie lekki, swingujący – i jednocześnie dopracowany w najmniejszych szczegółach.

Irlandczyk od zawsze tworzył gdzieś na styku bluesa, rhytm and bluesa, soulu, a także jazzu. Jego twórczość, nasączona tak bardzo amerykańskimi wpływami, przywodzi na myśl innego hołubionego przeze mnie wykonawcę: The Band. Jak to się stało, jak to możliwe, że ich drogi nigdy nie zeszły się na dłużej, na jedną całą płytę przynajmniej? Bob Dylan & The Band – jasne, wiemy, znamy. Ale czemu skład Van Morrison & The Band to dwa fragmenty z The Last Waltz (skądinąd chyba najpiękniejszego pożegnania, jakie może sobie wyobrazić nie tylko rockowy wykonawca) oraz nieliczne inne zderzenia w czasie i przestrzeni? Ale odkładam już na bok osobiste muzyczne marzenia.

Bo przecież, jak wspomniałem, zestaw muzyków na 

Duets

jest doprawdy imponujący. Płyta, w odróżnieniu od bardzo wielu dzisiaj wydawanych w rozmiarze pojedynczego winylu, jest bardzo długa, ale słucham jej z zapartym tchem do samego końca. Pierwszy numer na płycie VM zdążył zaśpiewać z Bobbym Womackiem, który zmarł w czerwcu 2014 roku. A potem są jeszcze m.in. George Benson, PJ Proby, Georgie Fame, Steve Winwood, Mark Knopfler, Taj Mahal, Chris Farlowe, Natalie Cole, Michael Bublé i Mick Hucknall. No i Don Was oraz Bob Rock jako współproducenci.

 

Jedna pieśń piękniejsza od drugiej, maestria tym większa, że zupełnie niewymuszona. Zastanawiam się tylko, a mogę mówić jedynie we własnym imieniu, czy aby docenić urodę tego wyjątkowego dzieła, szczyt góry trzeba już mieć za sobą – i zsuwać się nieuchronnie w cień i mrok.

(Van Morrison, Duets. Re-working The Catalogue, 2015)

________________

* Wiesław Weiss: Rock. Encyklopedia. Warszawa 1991.

[W NaTemat: 12 kwietnia 2015]

Cover to Cover: Them i The Doors, Gloria

A Irlandia jest taka zielona… Przed U2 byli Thin Lizzy, a przed Thin Lizzy – Them*. Przed Jimem Morrisonem był van Morrison.

Z jednej strony decydując się spośród wielu na cover Doorsów, idę po linii najmniejszego oporu. A z drugiej – czy ten wybór trzeba jakoś szczególnie uzasadniać?!

[more]

1964 rok. Jeden z najwspanialszych singli w historii rocka: na stronie A – Baby, Please Don’t Go, na stronie B – właśnie Gloria. Jezus Maria, jeśli się zastanowić, co robili wtedy Beatles, Rolling Stones, Kinks i Who, to kawałek Them powoduje jeszcze większe dreszcze, jeszcze większe uznanie. Atak wokalny van Morrisona to ówczesna ekstraklasa, a natarcie gitar, aranżacja tego utworu, wszystko, co dzieje się w środku – to powiew rockowego geniuszu. Ten utwór nic a nic się nie zestarzał.

The Doors – pozornie – podeszli do tematu na miarę swoich czasów: podręcznikowo odegrali oryginalną wersję. Jednak jak chwilę pomyśleć – to po jakie licho jedna rockowa kapela ma majstrować przy fantastycznym numerze innej rockowej kapeli? Czy nie wystarczy, jeśli zagra go równie świetnie? Zdecydowanie wystarczy. Jak jeszcze dosypie – bagatela! – tyle mocy, psychodelii i wyuzdania.  Po prostu – znowu – geniuszu. Jednocześnie też – zamykając drogę innym chętnym, by po takich tuzach zrobić to kolejny raz w podobny sposób.

Na rejestrację płytową wersji Doorsów czekaliśmy długo, bo do 1983 roku. Wtedy ukazał się koncertowy Alive She Cried. Z taśm w paru przypadkach wydawałoby się, że nie do odratowania, w cyfrowej obróbce wyciśnięto pełen blask mistrzowskich wykonań. Gloria (zapis z próby przed występem) w tym zestawie lśni blaskiem największym…

_____

 * Z jednym istotnym zastrzeżeniem: podziału tego kraju i faktu, że dwa pierwsze wymienione zespoły wywodzą się z Dublina, a Them z Belfastu.