Moje From The Begining. Część druga

Dziś na odmianę lampka wina – i słuchamy dalej.
5. Country Tonk, mylnie opisane na pocztówce jako Honky Tonk Women. The Rolling Stones – co tu można napisać? Przecież to największa rock’n’rollowa kapela na świecie.

[more]

6. Kolejna oczywistość w tym zestawie. Myślałem, żeby Beatlesów sobie odpuścić, ale po prostu nie wypada. To największy zespół w historii. Pytanie tylko, czy – z tych pocztówek – ma to być Hey Jude, czy Lady Madonna. Wybieram, przekornie, ten drugi numer.

7. Bob Dylan, Mr Tamburine Man. Znów coś przewidywalnego, największy artysta amerykański. Choć płyta – najsłynniejsze przeboje z lat 60. wydane przez, no właśnie, czechosłowacki Supraphon, oczywista nie była. Za to droga – 120,- zł przy cenach 65,- lub 80,- zł polskich płyt. Rarytas.

8. Cream, Badge. Ostatnia pocztówka. To wejście Claptona w środku utworu wciąż zapiera dech w piersiach! Jakaż rozrzutność – dziś taki riff zostałby co najmniej trzykrotnie wykorzystany w każdym kawałku. Zresztą, sam Clapton zagrał ten utwór dziesięć lat temu na koncertowym One More Car, One More Rider i też nie odmówił sobie wydłużenia pierwotnej wersji.

9. Filmowe More to początki Pink Floyd, 1969 rok. Mniej tu psychodelii, więcej ballady i rock’n’rolla. Płyta po latach, w odróżnieniu od bardzo ilustracyjnej Obscured By Clouds, zdecydowanie się broni. Mój wybór to The Nile Song, nie tak częsty u Floydów porządny łomot. Który wtedy mi, paroletniemu brzdącowi, bardzo przypadł do gustu.

10. Led Zeppelin. To jasne, geniusze rock’n’rolla. Jedni z tych, którzy przeprowadzili muzykę rockową przez morze klezmerskiego i zaledwie przyzwoitego technicznie grania, jakiego pełno było w latach 60., na nowy ląd – absolutnej wirtuozerii wykonawczej. Imigrant Song, nawet nie trzy minuty takiej jazdy do przodu, że daj, Panie Boże, zdrowie. Kończą tam, gdzie Metallica dopiero wychodzi z intro w  swoich kawałkach. Sto kilkadziesiąt sekund porażająco prostej, rozsadzającej energią jazdy bez trzymanki.

11. Love Like A Man Ten Years After. Jeden z najsłynniejszych, przynajmniej dla pewnego pokolenia, riffów gitarowych. Genialny Alvin Lee, najszybszy gitarzysta świata, jak się wówczas, na początku lat 70., o nim mówiło.

12. Wishbone Ash – nie może tej grupy zabraknąć w takim zestawie. Na szpuli były nagrane pierwsze strony pierwszej i drugiej płyty. Gdy wreszcie nabyłem ich debiut na CD, odnalazłem te cudowne emocje z początku lat 70. Nuty tak dobrze zapisane w głowie. Wybieram Queen of Torture.

 

Křižikova fontána (czyli kochajmy Abbę), Praga, 2 czerwca

Tereny wystawowe Expo z końca XIX wieku w Pradze, a na nich specjalnie na tę okoliczność powstała fontanna zaprojektowana przez Františka Křižika. W ostatnich latach dołożono jeszcze reflektory – i w tym koszmarnym połączeniu secesji z demoludową zabudową barakowo-betonową od pewnego czasu odbywają się… No właśnie, co to jest? Organizatorzy nazywają to szumnie spektaklami wody i światła.

[more]

W czasie kilkudniowego pobytu w Pradze mieszkaliśmy z żoną w hotelu na peryferiach miasta. Zbyt daleko, by wypuścić się wieczorem na jeszcze jedną przechadzkę po stolicy Czech. Z braku lepszego pomysłu – wraz z całą grupą jedziemy więc na 22.00 na ów „spektakl”. Wszelkie nasze przypuszczenia potwierdzają się jeszcze przed wejściem na widownię, bowiem uszy załapują się na końcówkę poprzedniego pokazu (te odbywają się co godzinę). Oj, chyba będzie naprawdę źle – kicz zatriumfuje w pełni – wizualnie i słuchowo.

Na widowni głównie Polacy, podobno właśnie my jesteśmy głównymi konsumentami tego czegoś. Czy komercyjne stacje telewizyjne kompletnie wyprały nam już mózgi, że gawiedzi podoba się to, co kolorowe, mieniące się i niewymagające absolutnie żadnego wysiłku intelektualnego? Woda leje się z rurek w różnych kierunkach, trochę wyżej lub trochę niżej, raz na lewo, raz na prawo. Zmieniają się barwy. Po minucie wiadomo już wszystko, a tu przed nami jeszcze trzy kwadranse. Takie to w swych korzeniach rodem z najniższej półki rozrywki niemieckiej. To, co od biedy można nazwać obrazem, stanowią fragmenty filmu  rzucane na ekran utworzony ze strumieni wody. Jakość kiepska, podobnie jak dźwięku, który dobywa się ze sprzętu dość pośledniej klasy.

I w tym miejscu zaczyna się robić znacznie przyjemniej. Streep i Brosnan nie mówią bowiem po czesku, a po angielsku, a warstwę muzyczną pokazu stanowią piosenki z filmu Mamma Mia, czyli przeboje Abby. Dobrze więc trafiliśmy, bo ilustracji muzycznych wodnych przedstawień  jest więcej,

Abby w takiej dawce miałem okazję posłuchać po raz pierwszy od wielu lat. Mój dawny sentyment do Szwedów nigdy nie wygasł, a w trakcie tej imprezy pomyślałem sobie o takim trójkącie: Beatles – Electric Light Orchestra – ABBA. Drudzy inspirowali się pierwszymi, Jeff Lynne zawsze przyznawał się do wielkiej fascynacji dokonaniami czwórki z Liverpoolu. ABBA zaś, choć najbardziej popowa – była jednak zespołem o wielkiej kulturze muzycznej, brzmieniowo bardzo od ELO, śmiem twierdzić, nieodległej. Zarówno wykonawczej, jak i kompozytorskiej i aranżacyjnej.

Choć po latach czuje się w tych nagraniach patenty z lat 70., nie sposób nie docenić bogactwa brzmieniowego i mnóstwa świetnych i pięknych pomysłów melodycznych i harmonicznych zawartych w kolejnych przebojach. To pop, który wypływa jeszcze wartkim strumieniem z głów utalentowanych ludzi, a nie bezdusznych komputerów pełnych plastikowych brzmień.

Pamiętam, jak w 1977 roku byłem rozczarowany, że w segmencie tzw. muzyki dyskotekowej Abbę detronizuje Boney M., typowy niemiecki produkt w landszaftowatym, cukierkowym opakowaniu.

ABBA się broni – różnorodnością i szlachetnością muzycznych rozwiązań, bezpretensjonalnym ciepłem dwóch damskich głosów, solidnym aparatem wykonawczym. Dla pierwszych roczników sześćdziesiątych (i chyba nie tylko) Szwedzi są wspomnieniem szkolnych zabaw i pierwszych prywatek. Są też chwalebnym wyjątkiem w dziejach festiwalu Eurowizji – ich triumf w 1974 roku, piosenką Waterloo, był początkiem autentycznej, wielkiej kariery.

Powtórzę za Markiem Niedźwieckim: kochajmy Abbę. Bo na to zasługuje.