„Undead” – nieśmiertelny swing Ten Years After

tya_undead

W sierpniu, tyle że – bagatela – czterdzieści osiem lat temu wśród nowości płytowych zameldował się „Undead”, drugi w dyskografii, a pierwszy koncertowy album formacji dowodzonej przez Alvina Lee. Materiał został zarejestrowany trzy miesiące wcześniej w dusznym i pełnym kurzu londyńskim klubie jazzowym o nazwie Klooks Kleek, w bezpośrednim sąsiedztwie studiów wytwórni Decca.

[more]

Rok później, latem 1969 roku Ten Years After występują na Newport Jazz Festival, pierwszej jego odsłonie, do której zostali dopuszczeni wykonawcy o proweniencji bluesowo-rockowej, niedługo potem są bohaterami jednego z najlepszych fragmentów pamiętnego Woodstocku, grają wielominutową wersję sztandarowego I’m Going Home, a Lee zostaje okrzyknięty

najszybszym gitarzystą świata. 

W 1970 roku ukazuje się pierwszy w Wielkiej Brytanii singiel grupy – Love Like A Man.

Do 1973 roku TYA święcą największe triumfy. Płyty jednak, śmiem twierdzić, nagrywają nierówne, obok znakomitych numerów pojawiają się tylko takie sobie, stylistycznie krążki także nie całkiem są spójne – pewnie dlatego dziś – jeśli w ogóle – częściej mówi się o wybranych utworach niż całych albumach. Jest jednak w ich dyskografii pozycja, będę się upierał, wyjątkowa.

Z analogową wersją Undead zapoznałem się gruntownie jako bodaj dwudziestodwuletni człowiek. Nie była to łatwa lektura, a jednak było w tej muzyce coś, co nakazywało mi raz po raz wracać do taśmy magnetofonowej z tymi utworami. Gdy parę miesięcy temu wpadło mi w ręce wydawnictwo kompaktowe, nie wahałem się ani chwili. W domu włożyłem płytę do szufladki i… oniemiałem z zachwytu.

Gra czterech chłopaków w wieku dwudziestu dwóch – dwudziestu pięciu lat. 

Potrafią już wszystko:

gitara, bas, organy i perkusja nie stanowią dla nich żadnych tajemnic. Zachwyca jednak nie tylko to, że poruszają się swobodnie zarówno w zakresie rozbudowanych form bluesowych, ale i z młodzieńczą bezczelnością aranżują utwory na jazzowy sposób. Nie są w tej kwestii jedyni, bo jazz-rock wybucha właśnie w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, a wśród pierwszych romansujących z muzyką improwizowaną grup bluesowych i rockowych wymienia się Paul Butterfield Blues Band. Jednak rzeczony krążek jawi mi się jako najbardziej brawurowy przykład grania na styku rokendrola – i to, z racji techniki zastosowanej przez Alvina Lee, raczej rodem z lat 50., tyle że z perfekcyjną już obsługą gitary – bluesa i jazzu właśnie. 

Jeśli rozszerzone wydawnictwa kompaktowe proponują zwykle jako dodatki utwory wcześniej niepublikowane, ale niewiele lub zgoła nic niewnoszące do jakości pierwotnego zestawu, o tyle w przypadku Undead rzecz ma się zdecydowanie inaczej. Przykrojenie zarejestrowanego podczas dwóch występów 14 maja 1968 roku materiału do wymogów płyty analogowej zmusiło do rezygnacji z części zapisu, po latach otrzymaliśmy zestaw z zupełnie innym układem utworów, bogatszy o cztery kawałki, w tym trzy wcześniej nigdy niepublikowane. Z trzydziestu ośmiu minut zrobiło się siedemdziesiąt.

Po zwartym bluesowym wprowadzeniu w postaci Rock Your Mama dostajemy mutację creamowskiej wersji Spoonful W. Dixona, w której po raz pierwszy na tej płycie sekcja rytmiczna, grając w zdecydowanie jazzowej konwencji, stanowi wspaniałe tło dla popisów lidera. Te dwie pieśni tworzą niezłą rozgrzewkę przed I May Be Wrong, But I Won’t Be Wrong Always, blisko 

dziesięciominutowym szaleństwem

całego kwartetu. To fenomenalne boogie to jeden z kilku-kilkunastu utworów w dorobku zespołu naznaczonych muzycznym geniuszem. Jest tutaj, jak zwykle rozpędzona, gitara, która jednak od brawury rokendrolowej przechodzi raz po raz w jazzowe frazowanie, podczas gdy organy, bas i bębny nieustannie, porywająco swingują. Jazzowa struktura utworu daje znać o sobie także w odniesieniu do solowych popisów kolejnych instrumentalistów. To, co wyczynia zwłaszcza Leo Lyons na gitarze basowej, godne jest najwyższego uznania (znakomita jest też jego partia w I Can’t Keep From Crying, Sometimes – okraszona cytatem z Petera Gunna Manciniego). 

Kolejny w zestawie jest Summertime Gershwina. Główny temat zostaje tylko zarysowany, trzech panów idzie ma piwo, a na scenie na kilka minut zostaje perkusista Ric Lee, całość zaś wieńczy krótki finał (coś podobnego ma miejsce rok później na drugiej płycie Led Zeppelin, w popisowym numerze „Bonzo” Bonhama, Moby Dicku). Pora na uspokojenie nastrojów: zespól serwuje stylowe bluesidło Spider In My Web, w którym lider ustępuje na kilkadziesiąt sekund pola Chickowi Churchillowi, do którego należy wyjątkowej urody solo na organach. 

I tak, na najwyższym „C”, jazda odbywa się do samego końca, do I’m Going Home. Ric Lee wspomina, że stracił tamtego wieczoru parę kilogramów. Rzeczywiście, zdjęcia dołączone do książeczki potwierdzają

spartańskie warunki

występów – w małej sali, na ciasnej scenie pot musiał lać się strumieniami. Tym większy podziw i uznanie budzi efekt końcowy. Bardzo wiele zdawało się wskazywać, że supergrupie Cream wyrosła piekielnie silna konkurencja, czy – precyzyjniej – pojawili się godni następcy Bruce’a, Bakera i Claptona.

Płyta – ta przed laty – mogła, jak sądzę, zapowiadać zespołowi wielką przyszłość, rychłe wejście do panteonu rockowych gwiazd. Kolejne płyty studyjne jednak tego nie potwierdziły, nawet Cricklewood Green (1970) ze słynnym Love Like A Man. Prawdziwy żar i ogień pojawiał się „dopiero” podczas występów na żywo. Starsi z pewnością pamiętają wspomniany wyżej set TYA na festiwalu w Woodstocku, klasę formacji w tamtym okresie potwierdza też dwupłytowy Live At The Fillmore East – znakomity materiał zarejestrowany w 1970 roku, a wydany dopiero trzydzieści jeden lat później.
(Ten Years After, Undead, 1968)

[W NaTemat: 9 sierpnia 2015]

Grać jak Alvin Lee

Co jakiś czas z ogromnym smutkiem odnotowujemy, że niebiańska orkiestra wciąż i wciąż się rozrasta. W środę zmarł w wieku sześćdziesięciu ośmiu lat Alvin Lee, określany kiedyś mianem najszybszego gitarzysty świata, lider słynnej na przełomie lat 60. i 70. formacji Ten Years After.

[more]

Lee, mimo iż wciąż koncertował i nagrywał, miarą późniejszych dokonań nie zbliżył się do tych z pierwszego okresu aktywności twórczej. Tamten czas zupełnie jednak wystarcza, by nie wolno było o nim i jego zespole zapomnieć. Choć żadna płyta z premierowym materiałem nie doczekała się miana arcydzielnej, to na każdej znajdowało się parę znakomitych utworów.

Siłę zespołu, niepospolite umiejętności wszystkich czterech instrumentalistów ujawniały dopiero nagrania koncertowe. Słychać to zarówno na drugim w dyskografii, bardzo bluesowym albumie Undead (1968), jak i dwupłytowym, wydanym wiele lat później Live At The Fillmore East (2001), będącym zapisem koncertu z 1970 roku.

Porywający występ Ten Years After należy do najjaśniejszych punktów festiwalu Woodstock w 1969 roku, a jego największą ozdobą jest szalona, rozbudowana wersja I’m Going Home. Takie numery z dorobku grupy, jak – przede wszystkim – Love Like A Man (jeszcze jeden genialny gitarowy riff w dziejach) oraz Hear Me Calling,  I’d Love To Change The World czy 50.000 Miles Beneath My Brain na zawsze pozostaną w pamięci fanów.

Moje From The Begining. Część druga

Dziś na odmianę lampka wina – i słuchamy dalej.
5. Country Tonk, mylnie opisane na pocztówce jako Honky Tonk Women. The Rolling Stones – co tu można napisać? Przecież to największa rock’n’rollowa kapela na świecie.

[more]

6. Kolejna oczywistość w tym zestawie. Myślałem, żeby Beatlesów sobie odpuścić, ale po prostu nie wypada. To największy zespół w historii. Pytanie tylko, czy – z tych pocztówek – ma to być Hey Jude, czy Lady Madonna. Wybieram, przekornie, ten drugi numer.

7. Bob Dylan, Mr Tamburine Man. Znów coś przewidywalnego, największy artysta amerykański. Choć płyta – najsłynniejsze przeboje z lat 60. wydane przez, no właśnie, czechosłowacki Supraphon, oczywista nie była. Za to droga – 120,- zł przy cenach 65,- lub 80,- zł polskich płyt. Rarytas.

8. Cream, Badge. Ostatnia pocztówka. To wejście Claptona w środku utworu wciąż zapiera dech w piersiach! Jakaż rozrzutność – dziś taki riff zostałby co najmniej trzykrotnie wykorzystany w każdym kawałku. Zresztą, sam Clapton zagrał ten utwór dziesięć lat temu na koncertowym One More Car, One More Rider i też nie odmówił sobie wydłużenia pierwotnej wersji.

9. Filmowe More to początki Pink Floyd, 1969 rok. Mniej tu psychodelii, więcej ballady i rock’n’rolla. Płyta po latach, w odróżnieniu od bardzo ilustracyjnej Obscured By Clouds, zdecydowanie się broni. Mój wybór to The Nile Song, nie tak częsty u Floydów porządny łomot. Który wtedy mi, paroletniemu brzdącowi, bardzo przypadł do gustu.

10. Led Zeppelin. To jasne, geniusze rock’n’rolla. Jedni z tych, którzy przeprowadzili muzykę rockową przez morze klezmerskiego i zaledwie przyzwoitego technicznie grania, jakiego pełno było w latach 60., na nowy ląd – absolutnej wirtuozerii wykonawczej. Imigrant Song, nawet nie trzy minuty takiej jazdy do przodu, że daj, Panie Boże, zdrowie. Kończą tam, gdzie Metallica dopiero wychodzi z intro w  swoich kawałkach. Sto kilkadziesiąt sekund porażająco prostej, rozsadzającej energią jazdy bez trzymanki.

11. Love Like A Man Ten Years After. Jeden z najsłynniejszych, przynajmniej dla pewnego pokolenia, riffów gitarowych. Genialny Alvin Lee, najszybszy gitarzysta świata, jak się wówczas, na początku lat 70., o nim mówiło.

12. Wishbone Ash – nie może tej grupy zabraknąć w takim zestawie. Na szpuli były nagrane pierwsze strony pierwszej i drugiej płyty. Gdy wreszcie nabyłem ich debiut na CD, odnalazłem te cudowne emocje z początku lat 70. Nuty tak dobrze zapisane w głowie. Wybieram Queen of Torture.