Borówkowy Kombinat, czyli prawdziwy festiwal eurowizji

pobrane15

Dwóch Islandczyków o posturach drwali, pięciu pięknych chłopców z Litwy, kowboj z Ukrainy oraz Ukrainka i Polka w strojach ludowych – międzynarodowo i kolorowo było wczoraj na dwóch scenach Chorzowskiego Centrum Kultury. W odróżnieniu od „prawdziwego” Festiwalu Eurowizji – kameralnie, bez kamer, za to z przekazem na więcej niż sensownym poziomie wykonawczym.

[more]

*

Dwóch Islandczyków, o posturach, nie przymierając, drwali, pięciu pięknych chłopców w garniturach lub kamizelkach i białych koszulach z Litwy, kowboj z Ukrainy oraz Ukrainka i Polka w strojach ludowych, mające u boku dwóch panów –  międzynarodowo, kolorowo i różnorodnie było wczoraj na aż dwóch scenach Chorzowskiego Centrum Kultury. W odróżnieniu od „prawdziwego” Festiwalu Eurowizji – kameralnie, bez kamer, za to z przekazem na więcej niż sensownym poziomie wykonawczym.

Wykonawcy, poza ostatnim, raczej tzw. ogółowi nieznani. Nieobecni z Zetkach, Eskach czy RMF-ach, a i w Trójce chyba też nie. Łączy ich fakt, iż związali swe losy, przynajmniej gdy chodzi o nasz rynek, z Bartkiem „Borówką” Borowiczem. Patrzyłem wczoraj (pierwszy raz) na niego, słuchałem konferansjerki – i podziwiałem sympatycznego, normalnego faceta. Parę lat temu nie brakowało złośliwych komentarzy, gdy agencja Borówka Music legitymowała się jedną wydaną płytą. Dziś Piotr Brzeziński, czyli Peter J. Birch, przebija się powoli do mainstreamowej świadomości, zaś Bartek… 

Miał wczoraj na sobie białego tiszerta w czarne albo szare ołówki. A więc tym, muzyką – pomyślałem – zajmuje się w dorosłym życiu 

Zaczarowany ołówek (Ołówek),

bohater jednej z moich ulubionych kreskówek z dzieciństwa. Życie jest brutalne: nie da się, jak w animowanym filmie, jednym rysunkiem wyczarować Złotych Płyt, pełnych sal koncertowych, Grammy czy Fryderyków. A jednak – wbrew rynkowi opanowanemu przez potężne koncerny płytowe i agencje koncertowe – można walczyć o kawałek tortu, realizując przy tym swoją największą życiową pasję.

Na pierwszy ogień „poszedł” Ragnar Ólafsson. O gusta nie sposób się spierać, ale z wielu propozycji Borówka Music  pierwsza solowa płyta Islandczyka, znanego wcześniej niektórym z występów w  formacji Árstíðir)  idealnie wpisała się w moją wrażliwość. Pewnie m.in. dlatego, że odwołuje się do rzeczy „starych”: Simona i Garfunkela, rocka progresywnego – mimo swej kameralności – i Radiohead z okolic O.K. Computer. Obawy, jak staranna i bogata chwilami aranżacja płytowych wersji piosenek przełoży się na koncert, w którym RÓ grający na gitarze akustycznej wspierany jest tylko przez gitarę elektryczną (i damski wokal w jednym numerze), były niepotrzebne. Choć 

Ólafsson

nie gra wybitnie – bo akordami, a nie palcami – całość świetnie się wybroniła. Dzięki przyzwoitej grze na instrumencie połączonej z bardzo ciekawym głosem (Islandczyk to duży mężczyzna operujący o wiele częściej delikatnością niż dociskaniem, przy tym świetnie radzący sobie z falsetami) oraz dającej oddech, lirycznej najczęściej – w stylu floydowsko-gilmourowym – gitarze elektrycznej dało się osiągnąć naprawdę przedni efekt. Wydaje mi się, że Ólafsson ma wszelkie dane, by przebić się na naszym rynku, że gra coś, co stary wyjadacz Piotr Kaczkowski lubi najbardziej, a w ślad za nim – wielka rzesza wyznawców Minimaksu.

Po artyście z Islandii na scenie stanęło pięciu ładnych i dobrze ubranych młodzieńców z sąsiedniej Litwy. Chłopaki podobno są tam sporą gwiazdą, zbierającą wiele krajowych nagród. Choć rozumiem Borowicza, który szuka w Polsce i ościennych krajach nieodkrytych jeszcze przez rodzimego słuchacza wykonawców, tym razem wydaje mi się, że to strzał chybiony. Bardzo schematycznego pop-rocka mamy w rodzimym wydaniu dostatecznie dużo, by nie mieć ochoty  zwrócić baczniejszej uwagi na towar z importu. 

Colours of Bubbles 

to, z zachowaniem proporcji, taki Coldplay. Czyli, jak powiedział onegdaj w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Piotr Metz, ilustrując rozróżnienie między pojęciami „muzyka” i „entertainment”, zdecydowanie to drugie. Schemat goniący schemat, banalne piosenki ubrane czasem w niby ostry aranż – może to coś nowego na Litwie, ale w świecie znane od lat. Do dojrzałego Myslovitz Colours daleko, ale tak sobie przypomniałem, dlaczego nie wypaliła kariera Rojka i kolegów na Zachodzie: w Wielkiej Brytanii podobnie grających zespołów mieli mnóstwo, w dodatku lepiej śpiewających po angielsku.

O wiele przyjemniej zrobiło się podczas seta 

Sashy Boole’a, 

niewysokiego, ale z potężnymi barami artysty z Ukrainy. Niezwykle sympatyczny songwriter zagrał sam (inaczej niż na swojej trzeciej, najnowszej płycie), ale wybronił się znakomicie. Wyposażony był nieźle – w gitarę akustyczną na ramieniu, przystawkę do harmonijek ustnych (szeroki pas na biodrach z ich zestawem wyglądał groźnie, na Ślonsku godajom: choby z handgranatami), a pod prawym butem urządzenie dające efekt stopy perkusyjnej, wzmocnionej jeszcze w końcowych fragmentach występu założonym „tamburynem”. Ach, i jeszcze dwa mikrofony – drugi brzmiący niczym megafon (przepraszam, brakuje mi fachowej wiedzy, by właściwie nazwać instrumentarium Sashy). 

To była porcja muzyki przeznaczona szczególnie dla miłośników amerykańskiego Południa, bluesa, country, folku, porcja bardzo świeża i okraszona na dodatek uroczą konferansjerką (w głowie od razu pojawiły się jakieś skojarzenia z Aloszą Awdiejewem).

Całość zwieńczył występ 

Dagadany

– kwartetu niezwiązanego bezpośrednio z Borówka Music, ale z racji pomieszania tego, co ukraińskie i polskie, co ludowe, jazzowe i elektroniczne, świetnie wpisującego się w międzynarodową formułę agencji. To muzyka, która nie całkiem jest moją bajką, zwłaszcza gdy – jak na początku – elektroniki było sporo, nie jestem też wyznawcą bezustannego forte, wokalnego natarcia, a tak śpiewa Dana Vynnytska (pisownia z oficjalnej strony zespołu). Jednak gdy melodii, ludowości i piana pojawiło się więcej, gdy odnalazłem klimaty z okolic wczesnej Kate Bush czy Tori Amos, serce zabiło zdecydowanie żywiej.

*

Pozostaje, mimo zgłoszonych zastrzeżeń,

pogratulować pomysłu

organizatorom koncertu. Sto dziewięćdziesiąt minut za niewygórowane trzydzieści złotych to przyjazna dla ucha i kieszeni dawka. Bardzo dobrą i pozwalającą zachować dobre tempo koncepcją było też przenoszenie akcji z sali koncertowej do foyer i z powrotem. Po występie Ragnara Ólafssona obejrzeliśmy wystawę zdjęć Bartka Busza, dokumentującą jedną z tras Sashy Boole’a po Polsce i jednocześnie zapowiadającą publikację książkową. Wróciliśmy do sali, by obejrzeć występ litewskiego kwintetu, potem, znów we foyer, wysłuchaliśmy grającego na specjalnie zbudowanej małej scenie ukraińskiego solisty, a na koniec wróciliśmy na fotele, by wziąć udział w koncercie Dagadany. Oszczędzono w ten sposób słuchaczom nużącego czekania, aż scena zostanie przeinstalowana na potrzeby kolejnego wykonawcy.

Kiedyś w Chorzowskim Centrum Kultury odbywały się cyklicznie koncerty, które wraz z gospodarzami przygotowywał nieodżałowanej pamięci Marcin Babko. Wówczas prezentowali się wykonawcy rekrutujący się głównie z województwa śląskiego. Czy teraz – choć formuła inna, międzynarodowa – możemy spodziewać się, iż Kombinat nie będzie jednorazowym wydarzeniem?
(Festiwal Kultury Nieprzymuszonej Kombinat – Dagadana, Sasha Boole, Colours of Bubbles, Ragnar Ólafsson, Chorzowskie Centrum Kultury, 27 października)

[W NaTemat: 28 października 2017]

Czas na Borówki: Sasha Boole i Henry No Hurry!

pobrane11

Bartek Borówka wyrasta na najbardziej lirycznego wydawcę w naszym kraju. W ostatnim czasie trafiły do moich rąk trzy pięknie wydane przez BORÓWKA MUSIC płyty.

[more]

*

Bartek Borówka wyrasta na najbardziej lirycznego wydawcę w naszym kraju. Konsekwentnie podejmuje współpracę z – nie tylko rodzimymi – songwriterami, wyznawcami dźwięków częściej akustycznych niż elektrycznych, nawiązującymi do odwiecznych tradycji muzyki europejskiej, czyli melodii i harmonii, a także czerpiących z muzyki amerykańskiej XX wieku – przede wszystkim folku. W ostatnim czasie trafiły do moich rąk trzy pięknie wydane przez BORÓWKA MUSIC płyty. Chciałbym, póki co, zatrzymać się przy dwóch z nich.

Don’t Hurry Be Henry

Próbując podzielić się wrażeniami po wielokrotnej lekturze zawierającej trzy piosenki EP-ki Henry No Hurry! The Road trudno przebić zgrabny tekst z kartki włożonej do koperty razem z płytą: 
„Jeden samochód, kilka instrumentów.Bez pośpiechu, bez oczekiwań. Sam ze sobą i swoimi „dziwactwami”.Raz Henry, a raz Harry. Dr. Jekyll i Mr. Hyde”.

Wawrzyniec Jan Dąbrowski (Letters From Silence oraz Henry David’s Gun) tym razem przedstawia swój solowy projekt. To dziś dość powszechne, że muzycy pojawiają się w wielu składach, pojawia się tylko wątpliwość, czy w tym konkretnym przypadku mamy rzeczywiście do czynienia z doktorem Jekyllem i panem Hyde’em. Raczej ciągle jest to ten sam facet, który bez pośpiechu proponuje nam swoje niespieszne nuty. Pytanie, czy na tym etapie kariery ma uzasadnienie dzielenie uwagi swojej i – co chyba istotniejsze – słuchaczy między dwie nazwy (o Letters From Silence, mogę się mylić, ale dziś chyba trzeba mówić w czasie przeszłym). Tym bardziej, że trudno znaleźć istotne różnice stylistyczne, a i nazwiska pozostałych członków HDG pojawiają się w opisie tej płyty.

Trzy utwory, niewiele ponad dziewięć minut to zbyt mało, by wyprowadzać daleko idące wnioski. Jeśli ten materiał ma być zapowiedzią czegoś większego, to życzyłbym sobie mimo wszystko paru skoczniejszych przerywników. Nawet łagodność bowiem – jak wszystko w zbyt dużej dawce – może okazać się nieco nużąca. A ponadto – różnicy jakościowej, która pozwoliłaby wyraźnie odróżnić propozycje solowe od tych Henry David’s Gun. Świetny, matowy i chrypiący wokal oraz stylowe, swingujące gitary to spory potencjał. I szkoda by było, gdyby takie atuty przepadły we mgle tego, co usiłuje się nazywać rodzimym rynkiem muzycznym.

Sasha trzeci NieBoolesny

Sasha Boole jest – na ile mogę to ocenić – artystą szczególnie promowanym przez Bartka Borówkę, co po części może wynikać z niespotykanej aktywności ukraińskiego muzyka. Ilość koncertów, jakie daje, robi wrażenie – nawet jeśli uwzględnić fakt, iż organizacja kameralnego czy bardzo kameralnego, akustycznego występu to znacznie mniej roboty i kosztów niż gdy przychodzi zainstalować na scenie pięciu muzyków podłączonych do wzmacniaczy.

Golden Tooth to trzeci album wykonawcy. Nie znając poprzednich, nie jestem w stanie dokonać porównań. Z dołączonej notki dowiaduję się, że nowością jest bogate instrumentarium. Pewnie jest z Boole’em trochę jak z Dylanem albo Youngiem – którzy czasem nagrywali/nagrywają sami, a czasem w większych składach.Te dwa nazwiska wymieniam nieprzypadkowo, bowiem Boole zafascynowany jest tego typu muzyką amerykańską. Zaoceaniczne patenty ma nieźle rozpracowane, widać, jak bardzo inspirujące dla muzyków na całym świecie są dokonania mistrzów – poza dwoma wspomnianymi już wielkimi nazwiskami notka wymienia także Johnny’ego Casha oraz Kinga Dude’a.

Ale nie tylko dźwięki rodem z USA bliskie są Boole’owi. Całość zaczyna się bowiem dudami, których tropy prowadzą słuchacza na szkockie łąki. Natomiast na singlowe przeboje wytypować można by piosenki tytułową oraz Down By The Riverside, jakby wyrwaną z dyskografii Placebo.
Album jest krótki, niewiele ponadtrzydziestominutowy. Stanowi swoisty przegląd fascynacji Boole’a artystami i nurtami przede wszystkim, jako się rzekło, amerykańskimi. To muzyka prosta i bardzo przyjemna dla ucha, choć niekoniecznie łatwa. Piosenki zostały napisane i nagrane z dużą starannością i kulturą muzyczną – całość brzmi świetnie.

Co mi przypomina widok znajomy ten? Krążek Boole’a zamieniam w szufladce odtwarzacza na The Shore Up In The Sky Petera J. Bircha, czyli Piotra Brzezińskiego. Wcześniej soczystość, teraz więcej brudu, ale mam nieodparte wrażenie, że spotkanie obu młodych dżentelmenów w studiu nagraniowym to kwestia niedalekiej przyszłości.

(Henry No Hurry!, The Road, 2017 (EP) oraz Sasha Boole, Golden Tooth, 2017. Wyd. Borówka Music)

[W NaTemat: 8 sierpnia 2017]