Bryan Ferry: arbiter elegantiarum

ferry_avonmore

Jest elegancko. Bardzo – pachnie starą Anglią. Złe myśli zostawiamy w przedpokoju, brzydkie słowa, które cisną się czasem w ciągu dnia na język, wpychamy głębiej w kieszenie. Podchodzimy na palcach, najciszej jak się da, do miękkiego fotela i z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni zamieniamy się w słuch.

[more]

*

Wśród zaproszonych do nagrania płyty muzyków Marcus Miller – wirtuoz gitary basowej, współpracownik m.in. Milesa Davisa, Nile Rodgers, Nile Hubbard czy Mark Knopfler.  Na okładce czarno-białe zdjęcie – prawy profil eleganckiego, ubranego w marynarkę mężczyzny. Nowy album zatytułowany Avonmore? A może pierwsza po rozpadzie Roxy Music solowa płyta Bryana Ferry’ego Boys and Girls z 1985 roku (rewers książeczki)? Okazuje się, że i jedno, i drugie.
Jeden z 

gigantów rocka

nigdy nie miał problemu z doborem współpracowników. Wymienione wyżej nazwiska, a także wiele innych znakomitych, pojawiają się stale w opisach krążków BF. Temu panu się nie odmawia. W przypadku tegorocznego wydawnictwa wspomnieć jeszcze należy przynajmniej Johnny’ego Marra (gitarzystę The Smiths), Flea (basistę Red Hot Chili Peppers) i Steve’a Jonesa (Sex Pistols).

Jeśli mówić o stylistycznych zmianach „na osi czasu”, gdy chodzi o najstarszą i starą gwardię, to bardzo proszę takie, jak w przypadku Roberta Planta. Stanowczo „nie” mówię natomiast temu, co serwują dziś U2. Od tego drugiego zdecydowanie bardziej wolę 

zatrzymanie w przestrzeni,

jakie proponuje Ferry. Upływają już dziesiątki lat, a on właściwie w ogóle się nie zmienia – i w żadnym wypadku nie czyniłbym z tego zarzutu. (Aczkolwiek o tej niezmienności też można dyskutować – bo choćby w 2012 roku wydał album The Jazz Age z jazzowymi opracowaniami utworów Roxy Music).

Głos mistrza, któremu w przyszłym roku stuknie siedemdziesiątka, nigdy do atawistyczno-rokendrolowych nie należał, teraz może jeszcze nieco osłabł, z lekka zmatowiał, ale zachował owe cudowne i natychmiast rozpoznawalne vibrato. A muzyka… Cóż, ta selektywność, czystość brzmienia nigdy nie kojarzyła mi się z chłodnym i wykoncypowanym dziełem powstającym w sterylnym laboratorium. Raczej – z ciepłym, przytulnym wnętrzem living roomu. Wygodnym, przestronnym, w którym chce się spędzać czas, a już zwłaszcza wieczory.

Jest elegancko. Bardzo – 

pachnie starą Anglią.

Złe myśli zostawiamy w przedpokoju, brzydkie słowa, które cisną się czasem w ciągu dnia na język, wpychamy głębiej w kieszenie. Podchodzimy na palcach, najciszej jak się da, do miękkiego fotela i z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni zamieniamy się w słuch. Jak on to, do diaska, robi?! 

Ferry bez wątpienia posiadł raz na całe życie patent na wymyślanie pięknych melodii i dar perfekcyjnego, porażająco lekkiego ich aranżowania. W zasadzie moglibyśmy powycinać z tych utworów dowolne, okołopięciosekundowe fragmenty i bez pudła stwierdzić, że tak grać może tylko on. Wszystko ustawione precyzyjnie i kunsztownie jak w najwyższej klasy szwajcarskim zegarku, ale przecież produkcja wyraźnie pełni tu rolę służebną wobec odwiecznych zasad muzyki: melodii i harmonii.

Wyłączcie telewizory, dajcie spokój z wiadomościami,  nie kłóćcie się ze swoimi najbliższymi. Oddajcie się we władanie [i]Avonmore[/i]. Świat jeszcze nie całkiem zwariował, jeśli wciąż powstają takie płyty, takie piosenki.

(Bryan Ferry, Avonmore, 2014)

[W NaTemat: 23 listopada 2014]

Zespół z dobrego domu – St. James Hotel, St. James Hotel, 2011

Rokendrol to u swych źródeł muzyka buntu. Dziś już jednak znacznie rzadziej funkcjonuje na obrzeżach, rzadziej bierze się z biedy, z chęci wyrwania z niej i wykrzyczenia niezgody na zastany porządek. Blokowiska, wysypiska czy śląskie hasioki to od lat raczej domena hiphopu niż gitar i perkusji.
Rock trafił na salony, trafił do dobrych, najlepszych domów. Wyrosły ze dwa pokolenia wychowane na tej muzyce, buntujące się może przeciwko zestawowi rodzicielskich nakazów i zakazów, ale wychowane w tak czy inaczej rozumianym dobrobycie.

[more]

St. James Hotel powstał w 2009 roku z inicjatywy Jacka Raciborskiego i Tomasza Pełczyńskiego, którzy do dziś stanowią trzon zespołu. Gdy słucham nagrań grupy, gdy próbuję jej muzykę wpisać w szerszy kontekst, nazwać, właśnie „salonowe” skojarzenia – za sprawą frontmana – przychodzą mi do głowy. I, broń Boże, nie jest moją intencją dewaluowanie wartości takiego grania.

Elegancja w rokendrolu

to przecież nic nowego. Mistrzostwo w tej dziedzinie osiągnęli Bryan Ferry i jego Roxy Music. Wertując książeczkę dołączoną do płyty SJH, oglądamy zdjęcia czterech porządnie ubranych facetów wykonane w szacownych wnętrzach katowickiego kinoteatru „Rialto”.

Głos Tomasza Pełczyńskiego ma inną barwę, a jednak zdecydowanie z Ferrym mi się kojarzy. Podobnie jak tamten, nikogo nie wyprowadzi swym atawistycznym krzykiem albo piaskiem w gardle na ulicę. Za to dobra dykcja sprawia, że nie ucieka nam ani jedno wyśpiewywane słowo. Teksty może nie są rockową poezją, ale trzymają przyzwoity poziom.

Muzykę natomiast SJH tworzą zupełnie inną, bardziej korzenną niż Roxy Music. Grają ostro, czerpią z rocka wypływającego z bluesa, grają przy tym melodyjnie. I cały czas elegancko. W ich brzmieniu, inaczej niż w tekstach, nie ma brudu – ani zaniedbanych dzielnic Katowic, ani tych zamierzonych w studiu nagraniowym. Jeśli decydują się tak grać, to muszą sporo potrafić, bo soczyste, klarowne brzmienie instrumentów bezlitośnie obnaża ewentualne niedostatki warsztatowe. I panowie potrafią.

Ta muzyka nie rzuca na kolana, ale jej słuchanie powinno sprawić, jak sądzę,

dużo frajdy każdemu, kto lubi mainstream

i czerpanie z najlepszych wzorców gitarowego grania, a więc przełomu lat 60. i 70. Sami członkowie zespołu, gdy mówią o inspiracjach, akcentują alt country i wymieniają takie nazwiska, jak przede wszystkim D. E. Edwards, a ponadto Bukka White, Bob Dylan, Johny Cash i Nick Cave. I, choć nie miałem jeszcze okazji (poza grą do filmu) usłyszeć kapeli na żywo, to jestem przekonany, że wtedy mogą się pojawić te pierwotne dla rocka elementy – moc, żywiołowość i improwizacja. Ogień, który zdolny jest przenieść się ze sceny na widownię. Trzeba to będzie wreszcie sprawdzić.

Grupa nie jest nieznana, ale trudno mówić w jej przypadku o popularności. Ma jednak trochę znaczących osiągnięć na swym koncie – m.in. występy na Festiwalu „Ku przestrodze” (trzecie miejsce w konkursie 2010), Rawie Blues, Przystanku Woodstock i OFF Festiwalu – i to wszystko jeszcze przed nagraniem pierwszej płyty. Jej nagrania były też prezentowane w Trójce w audycjach Jana Chojnickiego czy Piotra Barona.

Pora na drugą płytę. Ciekaw jestem, w którą stronę to pójdzie. W części bluesowo-rockowej polskiej sceny miejsce po Harlemie z okresu Bezsennych nocy wydaje mi się ciągle nieobsadzone. I możliwe do zajęcia na znacznie dłużej.

*

Utworów SJH w wersji studyjnej prawie nie ma na YouTube. Zapraszam więc na stronę zespołu – i polecam zwłaszcza Huragan uczuć, W kłębach dymu oraz Na swoją obronę.