Riverside, Shrine of New Generation Slaves , 2013

Zespół przebił się wreszcie, po kilkunastu latach działalności, do świadomości Trójkowych redaktorów od muzyki – i w ten sposób trafił także do mnie. Nie znając wcześniej jego nagrań, w ciemno, nawet bez przesłuchania w sklepie, kupiłem najnowszy album.

[more]

To moje pierwsze od wielu lat tak mocne pochylenie w stronę rocka progresywnego. Bo jeśli szukać jakichś tropów dla Riverside, to  nieuchronnie prowadzą one w takim właśnie kierunku. Wielokrotnie deklarowałem swoją niechęć do tych klimatów, ostatnie żywsze bicie serca miałem przy okazji informacji o nowej płycie Emerson, Lake & Powell (1986). Jeśli później dopatrywałem się dobrze przyswajanych przez moje uszy takich brzmień, to jest to progrock nie całkiem oczywisty: O.K. Computer Radiohead czy krążek tria The Saintbox (Walicki, Kulka, Szupica).

Riverside nie proponują nic nowego,

ale w moim odczuciu  bardzo zręcznie  balansują na od lat bardzo cienkiej granicy między tymi patentami, które byłyby tylko do imentu zajechanym epigoństwem, a tym, co sprawia, iż zdecydowanie da się tej muzyki słuchać. Czyli – bardzo porządnym warsztatem, ucieczką od zdradliwych syntezatorów na pierwszym planie w stronę mocnego, gitarowego grania, umiejętnością wymyślania ładnych melodii oraz starannymi aranżacjami, świadczącymi o umiejętnym czerpaniu z tradycji starego rocka i, najzwyczajniej, o dużej kulturze muzycznej.

Przymykam oko na pretensjonalny sztafaż – tytuł płyty oraz pierwsze litery składających się na niego słów, a tworzące skrót songs (znaczy pieśni). Daję sobie spokój z bonusową płytą, bo to minuty dla oddanych, wiernych fanów. Zdecydowanie bez bólu, a momentami wręcz

z dużą przyjemnością konsumuję podstawowe danie,

zwłaszcza wieczorną porą. Jest w tych nieuchronnie monumentalnych i powłóczystych nutach siła, która na żywo – jestem przekonany – może zapanować nad emocjami słuchaczy.

I wszystko zmierza do finału o niby znanym scenariuszu – do najdłuższego na krążku, prawie trzynastominutowego Escalator Shrine oraz lirycznej, niespełna dwuminutowej Cody. Niby wszystko skądś znane, uszyte z dobrze znanych fragmentów, a jednak świadczące o sporych możliwościach zespołu. Wstęp z Floydów, potem puls basu przywodzący na myśl Riders On The Storm Doorsów, pod koniec piątej minuty pojawiają się klimaty purple’owskie, Lordowo-Blackmoore’owe (w ogóle, organy Hammonda stosowane w wielu nagraniach dają naprawdę świetny efekt), a w dalszej części utworu wracamy do niespiesznych dźwięków w stylu Pink Floyd i Genesis.

Na sam koniec sto sekund Cody. Gitara akustyczna i głos. Tyle tego już było, ale z radością przyjmuję jeszcze jeden podobny utwór – z dobrym, ciepłym męskim wokalem i zgrabną linią melodyczną.

Wojciech Kilar kiedyś powiedział, że w muzyce jest tylko parę nut i naprawdę trudno wymyślić coś zupełnie nowego, coś, co nie będzie przypominało dokonań z przeszłości.

Niech więc przypomina, byle rzeczy najlepsze. I niech będzie zręcznie przefiltrowane przez ręce i głowy kolejnych pokoleń muzyków. A tak jest w przypadku Riverside.